Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 7 gości.

Należy popierać Kubę!

kuba 4.jpg

Polemika z: http://www.pracowniczademokracja.org/strony/gazeta0308/8.castro.kuba.030...

Jest taka kategoria lewicowców, według której „można ułożyć sobie w głowie schemat drogi dojścia do komunizmu, na podstawie dzieł klasyków bądź też własnych przemyśleń, kurczowo się ich trzymając. Każdego komunistę, który zboczył z tej drogi, choćby na cal, należy ogłosić rewizjonistycznym zdrajcą, agentem kapitału, a państwo, którym dane było owemu komuniście rządzić, nazwać totalitarnym faszystowskim państwowo-kapitalistycznym biurokratycznym reżimem w niczym się nie różniącym od państw kapitalistycznych albo i nawet od niego gorszym o tyle że nie dość że był „zły”, to jeszcze oszukiwał robotników”[1].

Takich ludzi nazywamy ultralewicą. Taką właśnie niekonstruktywną, krytykancką linię reprezentuje Pracownicza Demokracja w swoim stosunku wobec Republiki Kuby i jej władz. Dowody na to mamy w artykule „Castro na emeryturze? Czy należy popierać Kubę?”. Nie wiadomo, kto jest jego autorem (może wstydził się podpisywać te bzdury własnym nazwiskiem?), ale przetłumaczył go niejaki Paweł Jaworski.

Nietrudno jest obalić „tezy” tego artykułu. Zrobimy to punkt po punkcie.

Autor pisze, że Fidel Castro „nie zaczynał jako socjalista”. Czy to ma być zarzut? Człowieka nie poznaje się po tym, jak zaczyna, lecz po tym, jak kończy. A Fidel Castro kończy jako wybitny rewolucjonista, komunista szanowany przez postępową opinię publiczną, jak i wiele krajów Trzeciego Świata, jako emerytowany przywódca Kuby - państwa socjalistycznego, które zdołało przetrwać kontrrewolucyjną falę.

Poza tym, jak mówi staropolskie przysłowie: „Tylko krowa nie zmienia poglądów”. I to, że Fidel nie był komunistą od początku nie jest żadnym zarzutem. Mimo, że późno, to jednak Castro wybrał właściwą drogę. Choć należy zauważyć, że już we wczesnej młodości zapoznawał się z dziełami klasyków marksizmu. Wiadomo, że czytał „Dzieła wybrane” Marksa, Engelsa i Lenina, jakkolwiek te lektury nie uczyniły z niego automatyczne komunisty. Wspominał nawet, że ukrywał swoje sympatie w obawie przed represjami.

Fidelowi zarzuca się, że należał do Partido Ortodoxo. Jej program skwitowano jako „populistyczny nacjonalizm”, całkowicie pomijając wątki socjalne i ogólnodemokratyczne w ideologii ugrupowania [2]. Pominięcie jednak owych wątków ma bardzo wyraźny cel. Wszak „jeśli fakty nie pasują do tezy, to tym gorzej dla faktów”.

Autor nie próbuje nawet udowodnić, że Fidel Castro był (lub był i jest) nacjonalistą, co tylko źle świadczy o jego wiarygodności. Nawet jeśli przyjmiemy, że był nacjonalistą, to czy jest to automatycznie złe? Różni drobnomieszczańscy lewicowcy i liberałowie odpowiedzą zapewne ochoczo: „tak”. Wszystko zależy jednak od tego, jaki nacjonalizm się reprezentuje. Nacjonalizm rewolucyjny (antyimperialistyczny) czy reakcyjny? Nacjonalizm proletariacki czy burżuazyjny (aczkolwiek i nacjonalizm burżuazyjny można podzielić na postępowy i reakcyjny)?
Otóż Fidel Castro i partyzanci z Sierra Maestra byli rewolucyjnymi nacjonalistami.

I nie ma w tym nic zdrożnego, bo ich nacjonalizm był antyimperialistyczny, był postępowy.

Nie wiemy jednak, czy przekona to organizację, która w każdym nacjonaliście widzi jeno „faszystę”.

„Castro podkreślał wówczas, że nie jest komunistą – określał rewolucję jako oliwkowo-zieloną (od koloru partyzanckich mundurów), a nie czerwoną.”

Owszem, Rewolucja Kubańska nie była od początku „czerwoną” rewolucją. W latach 1959-1961 przeszła ona fazy od demokratycznej i antyimperialistycznej do socjalistycznej (od 1961 roku). Ale czy każdy rewolucjonista musi być od razu komunistą? I czy każda rewolucja musi być od razu socjalistyczna? Przypominam, że również rewolucje w Korei czy Wietnamie zaczynały się jako antyimperialistyczne (czy antykolonialne), a dopiero potem przeszły w swoją fazę socjalistyczną.

„Oddziały Castro triumfalnie wkroczyły do Hawany. Zwycięstwo to było jednak bardziej kwestią znalezienia się na właściwym miejscu we właściwych czasie, niż zasługą strategii partyzanckiej – czego miały dowieść podejmowane gdzie indziej katastrofalne próby powtórzenia „kubańskiego modelu” rewolucji”.

Oczywiście PD nie podoba się partyzancka taktyka Rewolucji Kubańskiej (choć nie piszą, rzecz jasna, że Ruch 26 Lipca miał liczne komórki w fabrykach kubańskich). Oni, oczywiście, wolą opierać się na „oddolnizmie”. Piszą o katastrofalnych próbach kolejnych partyzanckich rewolucji. Owszem, w Kongu czy Boliwii Che się nie udało.

„Oddolniści” nie widzą jednak, że taktyka komunistycznej walki partyzanckiej powiodła się w wielu innych miejscach: w Jugosławii, Albanii,Chinach, Wietnamie i Laosie (choć bez udziału kubańskiego) czy w Angoli oraz w wielu innych krajach. Mimo iż trwałość osiągnięć rewolucji w izolowanych krajach Trzeciego Świata wydaje się być nikła, kłamstwem jest twierdzenie o tym że walka partyzancka zawsze prowadzi na manowce . Ale co tam doświadczenie historyczne! Przecież liczy się dogmat...

„Były to raczej rządy sprawowane dla ludu, niż sprawowane przez lud” – czytamy dalej.

Oczywiście autor nie wie po Rewolucji Kubańskiej urządzano masowe wiece (zwane Ogólnonarodowymi Zgromadzeniami Ludu Kubańskiego), gdzie Kubańczykom przedstawiano projekty uchwał, itd. Rzecz jasna, nie zająknie się także, że gdy w 2002 zmieniano konstytucję (zapisano wówczas m.in., że ustrój socjalistyczny na Kubie jest nieodwracalny), poparło to w demokratycznym referendum osiem i ćwierć miliona Kubańczyków. Nie ma dla niego też znaczenia, że wszystkie wybory na Kubie są całkowicie demokratyczne i mogą w nich brać udział nie tylko członkowie PCC, lecz także bezpartyjni, itd. Gdzieś ma także szeroką samorządność pracowniczą, o której pisała Isabel Rauber w książce „Romper el cerco”.

„Kuba stała się etatowym satelitą Rosji, zastępując ją nawet w wojnach w Afryce (czasami z dużym powodzeniem)” – czytamy w tekście Pracowniczej Demokracji.

To już czyste oszczerstwo. W rzeczywistości Kuba nie „zastępowała” Związku Radzieckiego w wojnach narodowo-wyzwoleńczych w Trzecim Świecie, lecz wspierała je samodzielne, z pobudek internacjonalistycznych, a nie „na polecenie Moskwy”. Ba, często owa Moskwa nawet nie wiedziała o kubańskim zaangażowaniu w sprawy rewolucji.

Pracownicza Demokracja włączyła się tym samym w lament antykubańskiej propagandy antykomunistów, „wolnościowców” i maoistów.

Na poparcie naszych tez przytoczymy kilka cytatów z książki autorstwa znawcy spraw latynoamerykańskich:

„(…) w latach 1962-1968 Kuba prowadziła niemal całkowicie niezależną od Moskwy politykę zagraniczną, chociaż były to działania niezwykle kontrowersyjne”.

Działania Kuby i ZSRR w Ameryce Łacińskiej rozwijały się „w znacznej mierze niezależnie od siebie. Jeżeli już jedna ze stron rzeczywiście wpływała na drugą, to Hawana na Moskwę, a nie odwrotnie”.

„W duecie Kuba-ZSRR to Hawana grała pierwsze skrzypce w tym regionie świata, starając się być pośrednikiem między Moskwą a środkowoamerykańskimi ruchami partyzanckimi”.

„Nie można jednak zgodzić się z twierdzeniem, że Hawana była w Afryce tylko i wyłącznie pionkiem Moskwy. Kuba nie była narzędziem ZSRR, prezentowała własną wizję świata. Kubański internacjonalizm proletariacki – zapisany zresztą w preambule konstytucji z 1976 r. – wynikał zarówno z poczucia międzynarodowego obowiązku (odpłacanie za wsparcie otrzymane od innych państw socjalistycznych przez pomoc krajom rewolucyjnym i ruchom narodowowyzwoleńczym), jak i projektu narodowej rewolucji przekraczającej granice państwowe. Oczywiście, w wielu przypadkach linia kubańska była w pełni koordynowana z radzieckimi towarzyszami, częstokroć jednak podejmowano działania świadczące o realizacji własnych interesów”.

„Z dostępnych dokumentów i relacji wynika, że Związek Radziecki nic nie wiedział o przygotowaniach ekspedycji kubańskiej do Konga. Ambasadora radzieckiego w Hawanie, Aleksandra Aleksiejewa, poinformowano o misji Guevary w niecodziennych okolicznościach, gdy ten był już w Tanzanii. Gdy Aleksiejew został zaproszony na uroczystą inaugurację zafry w Camaguey, ze zdziwieniem stwierdził, że nie było tam Argentyńczyka, mimo iż, jak było mu wiadomo, ten wrócił już z Algierii. W pewnym momencie Castro wziął go na bok i powiedział: „Alejandro, zapewne już zauważyłeś nieobecność Che. On jest w Afryce, udał się tam, aby organizować ruch [rewolucyjny]. Ta informacja jest do twojej wiadomości”. Aleksiejew zrozumiał te słowa jako prośbę, aby nie przesyłał tej wiadomości telefonicznie, ale oczywiście miał obowiązek przekazania sensacyjnej – bądź co bądź – informacji do Moskwy. Tak więc Związek Radziecki dowiedział się o ekspedycji post fatum i nie miał większego wpływu na jej realizację”.

„Mając na uwadze kubańsko-radziecki sojusz w Afryce, warto się zastanowić, na ile Hawana była w Gwinei Bissau narzędziem w rękach Moskwy. ZSRR udzielał pomocy wojskowej partyzantom z PAIGC już od 1962 r., a więc o wiele wcześniej, niż przybyli tam Kubańczycy. Ich pojawienie się na pewno zwiększyło znaczenie oferowanego wsparcia. Wydaje się jednak, że w dużej mierze Hawana realizowała w Gwinei Bissau własną politykę, chociaż była ona zbieżna z interesem Moskwy” [3].

„W pakiecie przyjęto wszystkie skutki uboczne jednopartyjnego państwa komunistycznego, łącznie ze specjalnymi udogodnieniami i względnie wysokimi standardami życia dla liderów Partii Komunistycznej” – pisze pewien siebie autor.

Po pierwsze: autor nie zna podstawowych zasad marksizmu, bo pisze o „państwie komunistycznym”, a jest to oksymoron, ponieważ komunizm to ustrój bezpaństwowy.

Po drugie: na Kubie nie ma systemu jednopartyjnego (jak w ZSRR czy w Rumunii), lecz system partii hegemonicznej (jak w PRL czy NRD), albowiem oprócz Komunistycznej Partii Kuby istnieją także inne ugrupowania.

Po trzecie: Pracownicza Demokracja, która udaje, że czerpie inspirację z Lenina czy Trockiego, nagle wypina się na kierowniczą rolę partii rewolucyjnej.

Po czwarte: „względnie wysokie standardy życia dla liderów Partii” to jedna wielka brednia.

Posłużmy się przykładem Fidela Castro. W 2008 roku rosyjski portal www.willbe.ru podał, że pensja Fidela Castro wynosi 900 rubli (30 dolarów) miesięcznie i jest najniższa wśród znanych rządzących polityków Ameryki Łacińskiej[4]. Również dom Fidela Castro jest dość skromny, w porównaniu z tymi, jakie posiadają inni przywódcy. Atillio Boron scharakteryzował domostwo El Comandante jako niewielki domek z małym basenem, sprzętem medycznym na wypadek nagłych potrzeb interwencji i biurkiem, na którym są poustawiane laptopy w otoczeniu gazet i wycinków prasowych [5].

Warto też przytoczyć opis gabinetu Ricardo Alarcona, sporządzony przez Lenarda Lamberta: „Dach przecieka, popękane ściany, meble tak sfatygowane, jak nieliczna ochrona: salon, w którym przyjmuje nas przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Ricardo Alarcón nie tchnie władzą”[6].

Po piąte: niekonsekwencja, bo najpierw autor pisze, że Kuba to „państwo komunistyczne”, a na końcu artykułu, że „nie powinniśmy łudzić się co do rzekomo socjalistycznego charakteru tego kraju”. I gdzie tu logika?

Polityków, którzy rządzą na Kubie autor określa mianem „kliki”. Nie dość, że nie zna podstawowych faktów, to jeszcze pozwala sobie na znieważanie wybitnych rewolucjonistów, mających po stokroć większe pojęcie, czym jest socjalizm, niż autor artykułu, z którym polemizujemy.

Dodaje jeszcze, że Kubę cechuje „autorytaryzm” i „hierarchiczny reżim, przyzwyczajony do wydawania i egzekwowania rozkazów”.

„Teorie” owe nie znajdują jednak na szczęście potwierdzenia w świadomości, postawie i poglądach olbrzymiej większości obywateli socjalistycznej Kuby (z wyjątkiem garstki kontrrewolucjonistów, tudzież innych wielbicieli „wolności i demokracji” za amerykańskie dolary), a otrzymują poklask jedynie w hałaśliwych grupkach kawiarnianych „rewolucjonistów” – dogmatyków. Łatwo jest bowiem bronić metafizycznej abstrakcji i pięknych, idealnych wizji, rzeczywista konfrontacja z burżuazyjną propagandą wymaga jednak nie tylko deklarowanego poparcia dla idei socjalistycznych ale także obrony prób realizacji ich w praktyce, tam gdzie proces ten osiągnął pewne sukcesy. Przy czym nie wolno przesadzać z ich idealizowaniem aby nie popaść w przeciwstawną skrajność.

Liberałowie i anarchiści często krytykują Kubę za „brak wolności słowa”. I owszem na Kubie prasa ogólnokrajowa ogranicza się do organu Partii Komunistycznej „Granma” i gazety młodzieżówki partyjnej „Juventud Rebelde”. Nie ma tam żadnego rynsztokowego brukowca - odpowiednika polskiego „Faktu”, macki koncernu prasowego Axel Springer, nad czym bardzo ubolewają medialni magnaci, ani też żadnej innej niezależnej od rządu prasy (co najprawdopodobniej oznaczałoby – prasy subsydiowanej przez imperializm i głoszącej jemu posłuszną propagandę).

Przy czym należy tutaj zwrócić uwagę na dwie kwestie.

Po pierwsze za to samo krytykowano bolszewików po dekrecie o „zakazie wydań kontrrewolucyjnych”, który Lenin tłumaczył następującymi słowami:

"Wszyscy wiedzą, że prasa jest jedną z najpotężniejszych broni w rękach burżuazji.

Specjalnie w obecnej chwili, w krytycznej chwili umacniania się władzy robotników i chłopów, nie można było pozostawiać w rękach wroga broni, w tej chwili równie niebezpiecznej jak bomby i karabiny maszynowe. Oto dlaczego zastosowano tymczasowe środki wyjątkowe dla przerwania potoku błota i oszczerstw , w którym żółta i zielona prasa chętnie by utopiła młode jeszcze zwycięstwo ludu"[7].

Przy czym ograniczenie to miało charakter a)tymczasowy; b) stosowane było tylko w wypadku nawoływania do przestępstw, wystąpień antyrządowych i jawnie oszczerczych przekreśleń faktu. Gdy się spojrzy na propagandę imperialistycznej burżuazji dotyczącą Kuby czyli rzekomo obiektywnych faktów to spełnia ona wszystkie wyżej wymienione kryteria stąd cenzura wydaje być się całkowicie zrozumiała, a władza nadal posiada prawdziwie ludowy charakter i więź ze społeczeństwem, na Kubie w przeciwieństwie do PRL nie dochodziło do krwawej pacyfikacji robotniczych protestów.

Po drugie należy jednak zauważyć że w Wenezueli rządzonej przez demokratycznie wybranego prezydenta Hugo Chaveza (regularnie wygrywającego demokratyczne wybory) zachodzą socjalistyczne przeobrażenia gospodarki a mimo to zezwala się na wolność prasy i wypowiedzi także skrajnie reakcyjnym burżuazyjnym mediom (większość mediów wenezuelskich jest w rękach prywatnych), które regularnie plują w kierunku prezydenta imperialistycznym jadem (porównując go nawet do Hitlera)a reputacja Chaveza jako przywódcy wenezuelskich robotników i chłopów pozostaje nienaruszona. Rewolucja kubańską różni od rewolucji wenezuelskiej jednak kilkadziesiąt lat historii, przede wszystkim ta pierwsza wybuchła na gruncie zbrojnej walki z dyktaturą Batisty (co wiązało się z dużą intensyfikacją walki klasowej) , a ta druga, na gruncie demokracji parlamentarnej. Droga rewolucji kubańskiej była więc najprawdopodobniej jedyną możliwą w zaistniałej sytuacji.

Pozostaje jednak faktem że nieskrępowana niczym wolność prasy jest podstawą ustroju socjalistycznego. Zwracał na to uwagę Lenin przy okazji wspomnianego „Dekretu o prasie”

"Gdy tylko nowy ustrój zostanie utrwalony, wszystkie administracyjne restrykcje w dziedzinie prasy zostaną cofnięte; prasa będzie posiadała zupełną wolność"[7].

Kwestia sprowadza się więc do „utrwalenia nowego (tj. socjalistycznego) ustroju”. W małym, izolowanym kraju, samotnej wyspie w kapitalistycznym morzu owo utrwalenie nie jest możliwe, zwłaszcza w sytuacji technologicznej dominacji i monopolu imperializmu a także nowoczesności zachodniego przemysłu. „Socjalizm w jednym kraju” nie jest po prostu możliwy (ze względu na globalną dominację dyktatury kapitału) , w sytuacji Kuby możliwa jest jedynie pewna efektywna forma ustroju przejściowego między kapitalizmem a socjalizmem. Wymaga ona stosownych do sytuacji rozwiązań o charakterze przejściowym. Hasło „wolności prasy” owszem może brzmieć ładnie. Jak twierdzi jednak Gyorgy Lukacs w swojej krytyce Róży Luksemburg:

"Rzecz tylko w tym, jak wszystko to ma być urzeczywistnione, jak nadać „wolności” (i wszystkiemu, co się z nią wiąże) rewolucyjną, nie zaś kontrrewolucyjną funkcję"[8].

Wartością Kuby jest to że saldo tego eksperymentu (po
rozliczeniu wszystkich plusów i minusów) pozostaje dodatnie na tyle, że jest to system atrakcyjny dla społeczeństw Ameryki Łacińskiej. Jest to realna, istniejąca alternatywa dla systemu kapitalistycznego
wyzysku na gruncie niewielkiego, wyspiarskiego państwa, a nie tylko teoretyczna możliwość (jak światowa rewolucja proletariacka czy socjalizm w skali globalnej) przez co wizja ta może być pociągająca dla mas ludowych Ameryki Południowej i Środkowej. Można więc stwierdzić że projekt kubański nadal posiada awangardowy i przodujący charakter.

Do niego odwoływali się nikaraguańscy sandiniści, salwadorski FMLN, wenezuelska PSUV, boliwijski MAS i wiele innych lewicowych ruchów na kontynencie.

Dzisiejszą lewicową (choć nie rewolucyjną) falę u Latynosów, od Urugwaju przez Boliwię, Peru, Wenezuelę po Ekwador i Honduras zawdzięczamy Kubie (tylko dzięki tej fali Kuba może nadal trwać - otwarte subsydiowanie przez
Wenezuelę, ciche przełamywanie blokady poprzez pozostałe państwa kontynentu rządzone przez lewicę). Z drugiej strony nie znaczy to, że na Kubie nie ma zagrożeń, że nie uformowała się biurokracja, która po wymarciu pokolenia
rewolucjonistów będzie próbowała skopiować model chiński i dokonać restauracji kapitalistycznych stosunków produkcji, czego ryzyko istnieje, sam Fidel Castro twierdzi że istnieje na Kubie „kilkadziesiąt tysięcy pasożytów” . Jak mówi Celia Hart:

"Liberalizacja handlu i prawa do posiadania obcych walut –
kapitalistycznych mechanizmów, które zostały wprowadzone, i, które niektórzy uzasadniają porównując je do NEP w Rosji Radzieckiej w latach 20. – doprowadziły do zróżnicowania społecznego i pojawienia
się "nowobogackich""[9].

Nie przesądza to rzecz jasna o charakterze gospodarki, istnienie ograniczonej liczby „prywaciarzy” nie równa się kapitalizmowi, dopóki większość gospodarki jest uspołeczniona a celem gospodarowania nie jest maksymalizacja zysku, ale ludzkie potrzeby.

Na dziś dzień niewątpliwe osiągnięcia społeczne (powszechne
szkolnictwo, służba zdrowia, długość życia na poziomie Stanów Zjednoczonych) są bezsporne, pojawia się jednak pytanie jak długo zostaną one utrzymane. Tym niemniej, pomimo wad, Kuba jest wartością. Można i należy
krytykować deficyt demokracji proletariackiej na Kubie (nie
popadając jednocześnie w metafizyczną, odrealnioną abstrakcję), stanowczo unikając ustawiania się w jednej linii z imperialistyczną propagandą.

Należy zauważyć, że system kubański zawsze dość istotnie różnił się od systemu pozostałych państw demokracji
ludowej (na tle których pozytywnie wyróżniała się także
Jugosławia). Kraj ten rządzony był przez rewolucjonistów - ludzi, którzy rewolucję robili, a nie biurokratów z nadania Moskwy. Przez to Fidel i partia utrzymywali bardzo silną więź ze społeczeństwem i mieli autentyczne
poparcie (to, że na Kubie socjalistyczne wojsko nie strzelało do protestujących robotników, a protesty Fidel gasił przemawiając wśród tłumu) też o czymś świadczy. Wiele rzeczy, które robili Kubańczycy działo
się wręcz wbrew woli Moskwy. W kwestii praktycznej realizacji owej „efektywnej formy ustroju przejściowego” na gruncie niewielkiej, karaibskiej wyspy Fidel Castro zasługuje więc na najwyższe wyróżnienie i szacunek. Jak twierdzi Celia Hart w wywiadzie dla tygodnika „Rouge”, organu francuskiej sekcji Czwartej Międzynarodówki:

"Na Kubie, w przeciwieństwie do NRD w 1980 roku, „Lenin jest żywy”. Nie dokonano na Kubie biurokratycznej kontrrewolucji"[9].

Autor tłumaczonego przez PD artykułu pyta: "Czy należy popierać Kubę?". Żaden uczciwy rewolucjonista nie ma problemu z odpowiedzią na to pytanie. Pracownicza Demokracja najwyraźniej ma.

Przypisy:

[1] Krzysztof Wójcicki, „Cztery nurty w komunizmie”: http://1917.net.pl/?q=node/3020

[2] „Partido Ortodoxo. Programa politico”: http://www.ecured.cu/index.php/Partido_Ortodoxo#Programa_pol.C3.ADtico

[3] Marcin Gawrycki, Natalia Bloch, „Kuba”, Warszawa 2010, str. 303, 386, 393, 408, 412.

[4] „Фидель Кастро живет на 900 рублей в месяц”: http://willbe.ru/news/dengi_i_investicii/fidel_kastro_zhivet_na_900_rubl...

[5] Dawid Jakubowski, „Czy Fidel Castro chodzi? O co chodzi proamerykańskim mediom?”: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/czy_fidel_castro_chodzi_o_co_chodzi_p...

[6] Renaud Lambert, „Tak żyją Kubańczycy”, tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski: http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,13427282,wiadomosc.html

[7]John Reed, "Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem", Warszawa 1956.

[8] Gyorgy Lukacs "Krytyczne uwagi o "Krytyce rewolucji rosyjskiej" Róży Luksemburg":
http://www.1917.net.pl/?q=node/675

[9] "Fidel i Trocki. Wywiad z Celią Hart", tłum. Michał Domański:
http://www.1917.net.pl/?q=node/7506

Portret użytkownika dawid jakubowski
 #

Trzeba jednak przy zaletach tego tekstu zwrócić uwagę na pewne usterki.
Redaktorzy artykułu twierdzą, że na Kubie są tylko dwa oficjalne organy prasowe. Jest to nieprawda, gdyż nie dostrzegli oni działalności takich platform informacyjno-medialnych nie unikających dyskusji, niekiedy zróżnicowanych pod względem opinii, jak na pierwszym miejscu Cubadebate, a po nim Rebellion, Prensa Latina czy Trabajadores, żeby wymienić najważniejsze tylko tytuły i pominąć prasę regionalną.

Z nie wiadomych dla mnie przyczyn, nie poruszono ani słowem działalności kubańskich blogów, od bardziej oficjalnych blogów zbiorowych, po indywidualną aktywność. Samych blogów na Kubie działa kilka tysięcy, o czym miałem okazję czytać nawet w prasie burżuazyjnej.

Gdyby autorzy pokusili się o odwiedzenie neutralnego ponoć obecnie bloga, jaki redaguje dziennikarz amerykański Tracey Eaton o nazwie Along the Malecon - Man in Havana, mogliby dowiedzieć się o wywiadach, jakie przeprowadził ów dziennikarz, założyciel fundacji badającej przepływ amerykańskich pieniędzy na wyspę Cuba Money Project, równolegle z przedstawicielami tejże opłacanej "opozycji", jak i autorami blogów, dziennikarzami takimi, jak np Iroel Sanchez, Enrique Ubieta, redaktorami bloga Joven Cuba, prezentującego własne poglądy młodych komunistów kubańskich, nie zawsze zbieżne w pełni z oficjalnym stanowiskiem partii itd. Tutaj można się zapoznać z wywiadem z Eatonem, jaki przeprowadził Iroel Sanchez, przedrukowanym przez Cubadebate: http://www.cubadebate.cu/noticias/2012/01/06/tracey-eaton-en-eeuu-se-da-....

Eaton zauważa w tym wywiadzie, że w USA panuje niekompletny obraz Kuby. Niestety autorzy tekstu na WR także przekazują niekompletny obraz, sprowadzając całą publicystykę na wyspie do aktywności dwóch oficjalnych organów prasowych.

Jeśli chodzi o Wenezuelę, to porównajmy, co napisali autorzy, a co na ten sam temat w Polityce ostatnio pisał umiarkowanie dotąd wydający się popierać i bronić Chaveza Artur Domosławski:
Wenezuelskiemu konfliktowi rząd–media daleko do prostego, czarno-białego obrazu, niemniej ustawa, jaką tam wprowadzono, daje się wykorzystywać – i rząd Chaveza to robił – do uciszania krytyków władzy.

http://archiwum.polityka.pl/art/kiedy-slowa-traca-znaczenie,432919.html

Chavez doświadczywszy jawnych internetowych prowokacji, polegających na podawaniu przez opozycyjne portale spreparowanych newsów, stwierdził, że nie powinno być w internecie, jak to określił, wpisów zatruwających umysły ludzi, a sprawę co bardziej aktywnych w wypisywaniu kłamstw portali oddał do prokuratury. Kłamliwe wpisy zostały usunięte. Zapewne WR rozumie, że to Chavez miał rację, ale nie można pisać, że państwo Chaveza nie jest zmuszone także czasami do pewnych ograniczeń.

Autorzy raportu piszą :

"Pozostaje jednak faktem że nieskrępowana niczym wolność prasy jest podstawą ustroju socjalistycznego. Zwracał na to uwagę Lenin przy okazji wspomnianego „Dekretu o prasie”
"Gdy tylko nowy ustrój zostanie utrwalony, wszystkie administracyjne restrykcje w dziedzinie prasy zostaną cofnięte; prasa będzie posiadała zupełną wolność"[7].

Jednak Lenin tego zrealizować nie zdołał, to czego przywódcy chcą, co zaś osiągają, to zupełnie inna bajka.

 

Społeczność

front