Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 156 gości.

Wojciech Figiel: Wenezuela - Rewolucja na miarę XXI wieku

wenezuela.jpeg

Z docierających do Polski wiadomości na temat Wenezueli trudno sklecić jakąkolwiek sensowną całość. Zamachy stanu, represje, gnębienie opozycji, petrodolary, Chávez… Te szczątkowe, przeważnie przekłamane, informacje warto uzupełnić o pewien szerszy historyczny i społeczny kontekst. W Wenezueli bowiem ma miejsce nader interesujące zjawisko – prawdziwa rewolucja społeczna.
 
Wenezuela to kraj położony w północnej części kontynentu południowoamerykańskiego. Przez wiele lat nie różnił się on niczym od innych krajów regionu – dlatego nie poświęcano mu w zasadzie żadnej uwagi w mediach. Do czasu.
 

Początek buntu - caracazo
 
Jest luty 1989 roku. Za kilka miesięcy „wolność i demokracja” zawitają pod strzechy w Polsce, a jesień ludów przyniesie w całej Europie Środkowo-Wschodniej nędze, bezrobocie i ogólną frustrację. W Wenezueli natomiast do władzy dochodzi po raz drugi Carlos Andrés Pérez. Sytuacja gospodarcza jest zła. Pérez postanawia zastosować się do poleceń Międzynarodowego Funduszu Walutowego i wprowadzić drastyczne podwyżki cen żywności i usług publicznych, niektóre dochodzące nawet do 50%.
 
Wtedy właśnie w społeczeństwie wenezuelskim rodzi się bunt. Od 30 lat w kraju tym trwa nieprzerwanie system „demokratycznej” władzy, w którym dwie partie (AD i COPEI) wymieniają się u steru. Każda z nich skorumpowana, działająca wyłącznie w interesie własnego kierownictwa i utrzymania się przy władzy. Społeczeństwo w pewnym momencie mówi „dość!”
 
Ludzie masowo wychodzą na ulice. Dochodzi do starć z policją. Wkrótce potem do akcji wkracza wojsko, które 26 lutego 1989 r. otwiera ogień do demonstrantów. Do dzisiaj nie wiadomo ile osób zginęło tamtego dnia. Szacuje się jednak, że nie mniej niż tysiąc. Najczęściej jednak podaje się liczbę od trzech do pięciu tysięcy zabitych i rannych. To taki drugi Tiananmen… O którym media milczą.
 
Tego dnia w Wenezueli rozpoczęła się rewolucja.
 
 
Rewolucja

 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
Ludzie wrócili wprawdzie do domów i teraz już bezradnie zaakceptowali pakiet neoliberalnych reform. Rząd jednak wkrótce potem upadł. Istota rewolucji nie polega jednak na tym, że upada rząd. Rewolucja to proces społeczny. W konkretnym przypadku Wenezueli caracazo było tylko historycznym wypadkiem, który uruchomił drzemiące w społeczeństwie wenezuelskim od wielu lat siły.
 
Rewolucja to zjawisko znane w historii od wieków. Mało kto jednak starał się dojść do jego sedna i zdefiniować rewolucję. Bodaj najlepszą definicję zaproponował badacz rewolucji, rewolucjonista oraz uczestnik kilku rewolucji – Lew Trocki. Oto co na ten temat ma do powiedzenia w książce „Historia Rewolucji Rosyjskiej”:
 
„Najmniej sporną cechą rewolucji jest bezpośredni udział mas ludowych w wydarzeniach dziejowych. Państwo, monarchiczne, czy demokratyczne, góruje w normalnych czasach nad narodem; historję czynią specjaliści od tych spraw: monarchowie, ministrowie, biurokraci, działacze parlamentarni, dziennikarze. Ale nastają zwrotne chwile, kiedy masy nie mogą znieść już dłużej starego porządku; łamią wtedy przegrody, oddzielające je od areny wydarzeń politycznych, wywracają swych tradycyjnych przedstawicieli i przez swą ingerencję stwarzają punkt wyjścia dla nowego ustroju." Lew Trocki (1930), „Historja Rewolucji Rosyjskiej” dostępne również w Internecie pod adresem www.marxists.org/polski/1930/hrr/00.htm
 
To, co Trocki opisywał w 1930 roku zdarzyło się w Wenezueli 59 lat później. Powstanie ludowe, jakim było caracazo, to właśnie początek wejścia na arenę dziejów zwykłych ludzi, którzy od tej chwili nie zamierzali oddać władzy w ręce swoich dotychczasowych – wywodzących się z dwóch głównych partii – „reprezentantów”. Już wkrótce miało się okazać, że władzę tę ludzie mogą nie tylko zdobywać, ale i bronić jej.
 
 
Chávez

Niezadowolenie społeczne, będące u podstaw caracazo, musiało znaleźć swój wyraz. Masowy bunt i represje z 1989 r. były wielkim szokiem dla całego społeczeństwa – nie tylko dla ludzi pracy. Wydarzenia te echem odbiły się także w wojsku. I znowu, nie jest to przypadek charakterystyczny jedynie dla Wenezueli. Rewolucja portugalska z 1974 r. zaczęła się właśnie pośród lewicujących oficerów. W tym czasie istniała grupa młodych, lewicowych oficerów, którzy nie zgadzali się z panującym w kraju porządkiem politycznym. Do tej grupy należał właśnie płk. Hugo Rafael Chávez Frías.
 
 
 
 
Prawie trzy lata po stłumieniu caracazo lewicowi oficerowie dokonali próby puczu. Celem tego puczu jednak nie było zaprowadzenie neoliberalnych i wolnorynkowych reform w kraju (tak jak np. w Chile w 1973 r.), ale zmiana kierunku polityki państwa na bardziej prospołeczny. Akcja się nie udała, ale czołowi liderzy buntu zyskali sobie poparcie i zaufanie społeczne. Po raz pierwszy oto bowiem pojawił się ktoś, kto chciał zmienić sytuację w Wenezueli. Po raz pierwszy ktoś zaczął głośno mówić o tym, że niesprawiedliwym jest kraj, gdzie znajdują się jedne z największych złóż ropy naftowej na świecie i w którym jednocześnie 80% ludzi żyje w nędzy.
 
 
 
Popularność Cháveza sprawiła, że w dwa lata po próbie zamachu stanu został uwolniony z więzienia i tym razem stanął na czele nowej partii – Ruchu na Rzecz Piątej Republiki (MVR). I to właśnie tej partii ludzie zaufali. Była to bowiem jedyna prawdziwie lewicowa i prospołeczna siła. Cała tzw. oficjalna lewica skapitulowała wiele lat wcześniej przed status quo. Przyroda nie znosi próżni – pustkę po lewicy wypełnił MVR i Chávez. 
 
Wybory

 
Mimo histerii medialnej Chávezowi udało się wygrać w wyborach z grudnia 1998 roku z poparciem 56%. I wszystko miało być po staremu. Jednak Chávez, w odróżnieniu od swoich poprzedników, przekupić się nie dał. Nawet najbardziej zagorzali wrogowie rewolucji boliwariańskiej do dzisiaj nie próbują nawet oskarżać Cháveza o czerpanie osobistych korzyści z piastowanych stanowisk.
Zamiast dać się przekupić oligarchii od lat kontrolującej sektor naftowy i sypiącej dywidendami Chávez rozpoczął program zmian – przede wszystkim legislacyjnych – mających na celu bardziej sprawiedliwy podział dochodów uzyskanych z wydobycia ropy naftowej. W ten sposób powstała nowa, jedna z bardziej postępowych konstytucji na świecie, uchwalona w referndum w 2000 r.
Same zmiany w prawie jednak nie świadczą o rewolucyjnym charakterze tych wydarzeń. Dla uważnego obserwatora, stojącego po lewej stronie barykady, ważne jest nie tylko co się zmienia, ale jak się te zmiany przeprowadza. Projekt nowej konstytucji był dyskutowany nie tylko w parlamencie i specjalnych komisjach, ale dosłownie wszędzie. Organizację dyskusji ułatwiły powstające oddolnie kółka boliwariańskie, które w krótkim czasie zrzeszały już ponad półtora miliona ludzi. W słynnym filmie „The Revolution Will Not Be Televised”[1] jedna z postaci mówi o tym, że Chávez konstytucji Wenezuelczykom nie dał – on tylko doprowadził do sytuacji, w której wszyscy mogli dyskutować o konstytucji poprzez masowy program alfabetyzacji.

 
 
 
 
Parlamentaryzm a rewolucja
Wielu działaczy lewicowych stawia na przeciwległych biegunach działania parlamentarne i rewolucyjne. Tworzenie takiej sprzeczności jest nieuprawnione – podobnie jak kreowanie przeciwieństwa między reformą a rewolucją. Chávez przy wielu prospołecznych reformach wykorzystał mechanizmy parlamentarne. Jest to najlepszy po Wielkiej Rewolucji Francuskiej przykład na to jak postępową rolę w dobie rewolucji może odegrać parlament.

Znany brytyjski marksista – Alan Woods – wielokrotnie podkreślał, iż socjalizm polega, między innymi, na wystrzeganiu się dwóch istotnych jednostek chorobowych – obsesji parlamentarnej (socjaldemokracja) i obsesji antyparlamentarnej (anarchizm).
Parlament jednak – podobnie do innych instytucji – ma swoje ograniczenia. Poprzez parlament nie da się obalić wojskowego zamachu stanu i walczyć z lock-outem szefów. A z takimi zjawiskami miała się już wkrótce zetknąć rewolucja boliwariańska.
 
 
Kontratak oligarchii
 
 
Na poczynania Cháveza od początku nieufnie patrzyła rozdzielająca między siebie zyski z wydobycia ropy naftowej oligarchia. Ludzie ci kontrolowali, i w dużej części kontrolują do tej pory, nie tylko przemysł naftowy, ale i zakłady produkcyjne, banki oraz większość ziemi uprawnej.
Sygnałem do kontrataku były zmiany, jakie rząd boliwariański przeprowadził w państwowej korporacji PDVSA zajmującej się wydobyciem i przetwarzaniem ropy naftowej. W lutym 2002 r. powołano nowy, prochavezowski zarząd firmy, który zgodził się przeznaczać część wypracowanego zysku na kampanię alfabetyzacyjną i wyposażenie państwowej służby zdrowia w nowoczesny sprzęt. Tego oligarchia nie mogła znieść.
W kwietniu 2002 r. zorganizowano zatem pucz wojskowy. Demokratycznie wybranego prezydenta Cháveza uwięziono, a na premiera szybko zaprzysiężono Pedro Carmonę – szefa organizacji pracodawców wenezuelskich. Na ulicach polała się krew – przez dwa dni zabito ponad 100 osób.
Zamachowcy jednak najwyraźniej nie czytali Trockiego. Nie wiedzieli, że rewolucja różni się tym od „normalnych” epok, że ludzie nie tak łatwo godzą się na oddanie władzy w ręce „specjalistów od tych spraw”. Już w dwa dni po dokonaniu zamachu stanu kilka milionów ludzi otoczyło kordonem prezydencki pałac Miraflores i protestowało tak długo, aż wojskowi musieli opuścić pole walki przy pomocy helikopterów.
Drugą próbę obalenia rządów Cháveza podjęto w kilka miesięcy później, paraliżując sektor naftowy. Plan był prosty. Paraliż sektora naftowego poprzez opuszczenie miejsc pracy przez inżynierów i techników, do tego lock-out w całym przemyśle, propaganda medialna i wystąpienia wojskowych. I tym razem jednak ten prosty plan się nie powiódł. Znowu, jak i w pozostałych przypadkach, udaremnili go zwykli ludzie, którzy popierają proces zmian zainicjowany przez Cháveza.
Tysiące pracowników sektora naftowego zorganizowały się i przejęły fabryki pod swoją kontrolę. Skoro nie ma szefów – fabryki są nasze, stwierdzili. Trudno odmówić im słuszności. W ślad za nimi poszli też pracownicy innych zakładów. Po dwóch miesiącach zwycięzcami okazali się rewolucjoniści. Jak widać, rewolucja – która jest buntem całego społeczeństwa – mobilizuje ludzi i potrafią oni nie tylko krzyczeć, ale i bronić tego, co sami wywalczyli – nawet oddając swoje życie.
 
 
 
Zdobycze rewolucji
 

Kilka lat, które nastąpiły potem były latami względnego spokoju i dobrej koniunktury na świecie, co umożliwiło rządowi boliwariańskiemu wdrożenie wielu prospołecznych reform.
 
 
 
 
 
Po pierwsze rozprawiono się z analfabetyzmem. Wenezuela jest obecnie jedynym, obok Kuby, krajem w Ameryce Łacińskiej, gdzie praktycznie każdy potrafi czytać i pisać. Dla przykładu w Brazylii, kraju o znacznie większych zasobach ekonomicznych, do dzisiaj 12% ludności nie umie pisać i czytać. W ślad za alfabetyzacją poszedł cały szereg programów, dzięki którym milionom ludzi umożliwiono bezpłatne ukończenie szkół podstawowych, średnich, a nawet zdobycie wyższego wykształcenia. Nie do przecenienia są również zasługi rządu boliwariańskiego w zakresie służby zdrowia. Praktycznie od podstaw zbudowano całkiem sprawny system publicznej opieki medycznej. Zainwestowano również w drogi, koleje, transport i modernizację oraz rozwój miast. Dzięki powołanym przez rząd Cháveza układom międzynarodowym, Wenezuela pomaga kilku innym krajom Ameryki Łacińskiej m.in. w walce z analfabetyzmem. 
 
 
 
 
Porażki
Rewolucja boliwariańska nie jest jednak wyłącznie pasmem samych zwycięstw. Przed Wenezuelą wciąż bardzo dużo wyzwań ekonomicznych i przede wszystkim politycznych. Mimo dziesięciu lat, jakie upłynęły od dojścia do władzy Cháveza, wciąż kraj ten nękają takie plagi jak kryzys gospodarczy, inflacja, kłopoty z aprowizacją oraz wiele innych.
 
U źródła tych problemów leży nietknięta do tej pory struktura państwa oraz gospodarki wenezuelskiej. Aparat państwowy przeżył bardzo niewiele zmian w ciągu ostatnich 10 lat. Starzy urzędnicy założyli czerwone koszulki (symbol rewolucji) i pracują dokładnie tak samo, jak przedtem. Starzy właściciele fabryk, ci sami którzy wyrzucali z powodów politycznych pracowników w czasie antychavezowskich protestów, dalej dyktują warunki w zakładach pracy. Skutkiem tego są np. wspomniane problemy z aprowizacją. Szefowie fabryk nie chcą inwestować.

Wszak inwestycje w krajach ogarniętych rewolucją czasem nie zwracają się. Od kilku lat trwa również cicha kampania sabotowania produkcji żywności. Prywatni właściciele towar eksportują za granicę albo wręcz przetrzymująw magazynach, podczas gdy tego samego towaru brak na półkach sklepowych.
 
Wreszcie w samym ruchu boliwariańskim ujawnił się podział na nieliczną, acz doskonale zorganizowaną, grupę reformistów i masową, acz niezorganizowaną grupę rewolucjonistów. Ci pierwsi domagają się utrzymania starych stosunków produkcji i władzy. Wykorzystując wszelkie dostępne im środki starają się zakonserwować status quo antes. Sojuszników znajdują w biurokratach, a – po cichu – w szeregach opozycji wenezuelskiej.
 
 
Ci drudzy, rewolucjoniści, programu spójnego nie mają, ale wiedzą, że jeśli w Wenezueli utrzym się dotychczasowy ład ekonomiczny to rewolucja zostanie zniszczona przez jej przeciwników. Paradoksalnie najbardziej świadomy tego jest sam Chávez.
 
 

Nowy ład?
Mimo problemów, rewolucjoniści znajdują się i zwierają swe szeregi. Odnajdują się w czasie kolejnych okupacji fabryk, podczas kolejnych protestów pracowniczych i wreszcie na kongresach Partii Socjalistycznej i jej młodzieżówki. Choć rugowani przez biurokrację, stopniowo edukują się i starają zbudować spójną organizację, która będziewyrażała dążenia i pragnienia milionów Wenezuelczyków.
Po dziesięciu latach rewolucja boliwariańska może poszczycić się wieloma sukcesami. Nie tylko na polu służby zdrowia i edukacji, ale przede wszystkim w zakresie samoorganizacji. Wenezuela stała się przykładem nie tylko dla innych krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie też trwa proces rewolucyjny – np. Boliwia, czy Ekwador – ale również dla pracowników w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, czy Wielkiej Brytanii. Na bazie tego właśnie entuzjazmu dla rewolucji boliwariańskiej powstała kampania Hands Off Venezuela (patrz ramka), która obecnie działa w ponad 30 krajach na całym świecie.
 
Pracownikom wenezuelskim udało się od podstaw zbudować nową, dużą centralę związkową – UNT. Udało się też zbudować największą na całym kontynencie, bo liczącą aż 5,5 mln członków, partię socjalistyczną. Oddolna mobilizacja doprowadziła do powstania kilku tysięcy Rad Komunalnych, w których na co dzień dyskutuje się o kierunkach rozwoju społeczności lokalnych. Wreszcie pracownicy wielu fabryk zdecydowali się na okupację i przejęcie pod swoją kontrolę zakładów, w których pracują. Dzięki temu ocalili swoje miejsca pracy, a w nowych warunkach produkują lepiej i wydajniej, a wszystko to przy większych zarobkach i zachowaniu standardów bezpieczeństwa i higieny pracy.
Wszystkie te oddolne działania spotykają się jednak z nieustannym sprzeciwem biurokracji wewnątrz aparatu państwowego, partii socjalistycznej i związków zawodowych. Dla ludzi tych, wszystko to, czego nie mogą kontrolować, jest wrogiem. Toteż największym wrogiem jawi się tutaj kreatywność i samoorganizacja pracowników.
 
Dlatego też rewolucjoniści zaczęli jednoczyć się. Powstał m.in. Front Fabryk Okupowanych i Pod Kontrolą Pracowniczą (FRETECO). Coraz więcej socjalistów w Wenezueli wysuwa postulaty nacjonalizacji fabryk i wprowadzenia kontroli i zarządu pracowniczego, jako odpowiedzi na nękające rewolucję problemy np. z dostawami żywności. Chávez podjął już pewne kroki w tym kierunku, nacjonalizując m.in. kilka dużych przedsiębiorstw i firmy z przemysłu spożywczego. Jednak dopiero skoordynowana akcja pracowników połączona z nacjonalizacją może na stałe zmienić sytuację w kraju. Znacjonalizowaną gospodarkę będzie można zacząć planować w demokratyczny sposób po to, by zaczęła zaspakajać potrzeby ludzi, a nie niewidzialnej ręki rynku. W ten sposób może nastąpić zapowiadane od dłuższego czasu przejście z gospodarki kapitalistycznej do gospodarki socjalistycznej.
 

Dokończyć dzieło Bolivara
Gdy Simón Bolivar, prawie 200 lat temu, wyzwolił wraz ze swoimi wojskami większość Ameryki Łacińskiej zebrał wszystkie rządy nowopowstałych krajów na zjeździe, gdzie zaproponował utworzenie federacji świeżo wyzwolonych krajów. Oligarchie poszczególnych państw jednak miały inne zamiary. Projekt Bolivara został odrzucony, a on wkrótce zmarł na wygnaniu.
 
 
 
 
 
Przez następne 180 lat postać Simona Bolivara była inspiracją dla walk wyzwoleńczych w Wenezueli i całej Ameryce Łacińskiej. Przez ten czas powstały nowe warunki ekonomiczne i nowy układ społeczny, w którym ścierają się sprzeczne interesy kapitału i świata pracy. Dzisiaj marzenie Bolivara o zjednoczonej Ameryce jest bliższe realizacji niż kiedykolwiek przedtem. Rewolucja boliwariańska już teraz stała się symbolem w całej Ameryce Łacińskiej i poza jej granicami. Jednak zmiany w Wenezueli wciąż jeszcze nie są nieodwracalne. Ta sama oligarchia co za czasów Bolivara kontroluje główne gałęzie gospodarki. W najbliższym czasie przed Wenezuelą stanie wybór. Albo zrobić decydujący krok do przodu, albo sto kroków do tyłu.
 
Przypisy: 1. „The Revolution Will Not Be Televised” (a.k.a. Chavez: Inside the Coup) – film dokumentalny z 2002 roku, nakręcony przez ekipę dziennikarzy z irlandzkiej publicznej stacji telewizyjnej RTÉ (Kim Bartley i Donacha O'Briain), którzy – chcąc nakręcić materiał dokumentalny o prezydencie Wenezueli, przypadkiem znaleźli się w jego siedzibie w chwili zamachu stanu stanu. Film pokazuje dokładnie przebieg zamachu stanu oraz proces przywrócenia Cháveza do władzy, którego fundamentem była masowa reakcja społeczna i gigantyczne protesty. Jednocześnie zdemaskowano w nim propagandę amerykańskiego Departamentu Stanu i kłamstwa ówczesnego rzecznika Białego Domu – Ari’ego Fleischera oraz opozycyjnych (wobec Cháveza) mediów wenezuelskich. Film zdobył dwanaście prestiżowych nagród i był prawdopodobnie pierwszą w historii kina dokumentalnego bezpośrednią relacją z zamachu stanu. W polskich mediach nie było o nim najmniejszej wzmianki. „The Revolution Will Not Be Televised” jest dostępny za darmo w na stronach serwisu Google -- http://video.google.com/videoplay?docid=5832390545689805144; więcej na ten temat w j. angielskim można przeczytać na stronach angielskiej Wikipedii oraz w serwisie AllMovies.com.
 Wojciech Figiel
Tekst pochodzi ze strony http://www.socjalizm.org/

Społeczność

front