Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 21 gości.

Droga wojownika: od Majdanu do Donbasu. Spowiedź zwolennika „Pomarańczowej Rewolucji”, albo opowieść o tym, jak on sam po pierwszym „Majdanie” znalazł się wśród bojowników komunistycznej brygady „Prizrak”

Wsiewołod.jpg

Wsiewołod Piotrowski, 28 lat. Urodzony w mieście Artiomowsk w obwodzie donieckim ZSRR, w rodzinie lekarzy, którzy później wyemigrowali do USA. W przeszłości – aktywny uczestnik „Pomarańczowych Rewolucji”, obecnie – współpracownik oddziału politycznego brygady „Prizrak”, opowiada o przyczynach, które miały wpływ na jego przekonania.
 
 
„Kto, mając 18 lat, nie był rewolucjonistą – ten nie ma serca”
 
 
– Czym się obecnie zajmujesz?
 
– Przede wszystkim znajduję się w Ałczowsku, pracuję w oddziale politycznym. Robię materiały wideo, wydaję wojenne pisemko dla opołczeńców i pracuję z tymi, którzy znajdują się bezpośrednio na „przedzie”.
 
– Jak się to stało, że ty, zwolennik „Pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku, stałeś się obecnie przeciwnikiem władzy ukraińskiej?
 
– Dziesięć lat temu miałem całkowicie inne poglądy. W roku 2004, osobiście na Majdanie w Kijowie nie byłem, ale byłem jednym z aktywnych „oranżystów” w Doniecku. Uczestniczyłem w kampanii przedwyborczej Juszczenki, byłem obserwatorem, a potem członkiem komisji wyborczej, biegałem po mieście ze znaczkiem „Tak” Juszczenki. Przyjeżdżali do mnie i przez jakiś czas mieszkali uczestnicy „Pomarańczowej” rewolucji w Kijowie. I za to mnie jakimś dziwnym trafem nie pobito, chociaż groźby były. No ale to nie był jeszcze ten Majdan. Dziesięć lat temu miała miejsce pierwsza repetycja, całkiem pokojowa i „trawożerna”.
 
– Dlaczego wówczas popierałeś Juszczenkę, a obecnie występujesz przeciwko zwolennikom Majdanu?
 
– W 2004 roku miałem 18 lat – wszyscy znają tę odwieczną prawdę: „Kto, mając 18 lat, nie był rewolucjonistą – ten nie ma serca”. Wówczas miałem serce, miałem też nastrój do protestu, głowa – a jakże, była, ale myślenie krytyczne nie było wtedy jeszcze moją mocną stroną.
 
Jeszcze od czasów szkoły średniej interesowałem się historią: zaczęło się od kolekcjonowania monet, potem były olimpiady ogólnoukraińskie, na których zajmowałem nagradzane miejsca; wstąpiłem do liceum przy Państwowym Uniwersytecie Donieckim, przy wydziale historycznym, a następnie i na sam ten uniwersytet i wydział. Pisałem tam prace seminaryjne ze specjalności „historia Ukrainy”. Jak na mój wiek, miałem wystarczający potencjał intelektualny i dobrą pamięć: zapamiętywałem liczby i daty, wydarzenia, i szpanowałem tym wszystkim przed przyjaciółmi. Ale prawidłowo posługiwać się tym bagażem wiedzy, odkrywać związki przyczynowo-skutkowe w wydarzeniach historycznych nie zawsze mi się udawało.
 
– Na czym polega szkolny kurs historii na Ukrainie?
 
– To tak, że od szóstej klasy opowiadają ci o dawnych dziejach Ukrainy od czasów starożytności, a potem zaczynają snuć opowieści o tym, że kozacy zaporoscy byli najgroźniejszą i wyróżniającą się armią Europy, której wszyscy się bali i którą wszyscy szanowali, a nawet, że mieli łodzie podwodne. To nie żart – tę łódź podwodną podręczniki szkolne szczegółowo opisują.
 
W XVI-XVII wieku naród ukraiński już się ukształtował i był strasznie wykształcony. Opisuje się, jak arabski podróżnik, przybywając na Ukrainę, dziwił się, że tutaj wszyscy potrafili pisać i czytać.
 
Potem mieliśmy Bogdana Chmielnickiego, który popełnił niewyobrażalną, historyczną „pomyłkę”, w wyniku której rozpoczęło się trzechsetletnie, moskiewskie „jarzmo”, kiedy to Ukraina popada w zależność od Rosji.
 
Dalej w historii wylicza się hetmanów, z których każdego „chytrzy” i „przebiegli” „Moskale” oszukują, narzucają jakieś pokrętne porozumienia, łamią wcześniejsze uzgodnienia. Faktycznie „zapętlenie” wciąż się nasila, tak jak też nasila się walka wyzwoleńcza narodu ukraińskiego.
 
Nie dysponując zdolnością myślenia krytycznego i nie poddając krytycznej analizie tego, co napisano w podręcznikach, ciężko jest w szóstej klasie zrozumieć, że ta sama Ukraina Chmielnickiego, która w tym czasie nawet nie nazywała się Ukrainą, to była Hetmańszczyzna, to znaczy, że składały się na nią niektóre spośród współczesnych centralnych obwodów dzisiejszej Ukrainy. A wszystko, co Ukraina posiadała do początku tego roku, przyrosło jej za czasów „moskiewskiego jarzma” i tak zwanej radzieckiej „okupacji”.
 
Dalej, kurs obejmuje okres radziecki, w którym drobiazgowo opisuje się „hołodomor” i inne złe rzeczy, winą za które obarcza się „Moskali”.
 
Karmiąc się taką wiedzą, mając 18 lat, doszedłem do poglądów umiarkowanego nacjonalizmu.
 
Znajdując się w tym ukraińskim, patriotycznym mainstreamie, bardzo przeżywałem sprawę języka ukraińskiego, który znam dobrze, i w swoim czasie nawet pisałem po ukraińsku wiersze. Uważałem, że trzeba go rzeczywiście bronić, że rzeczywiście powinniśmy mieć jeden język państwowy – przy tym moim językiem macierzystym jest rosyjski – tak jak i przytłaczającej większości mieszkańców mojego regionu, i w ogóle większości mieszkańców wielkich miast ukraińskich.
 
W roku 2004 doszedłem do wniosku, że Kuczma jest tyranem, że na Ukrainie należy wszystko zmienić, że Janukowycz, którego stara się zrobić swoim następcą Kuczma – to największe zło, że konieczne są jakieś zmiany. W ogóle, cały ten zbiór stereotypów, z którym przychodzą wszyscy szeregowi uczestnicy „kolorowych” rewolucji, jak to zrozumiałem już po fakcie. Wtedy wydawało mi sie, że robię coś znaczącego i ryzykownego – taki był kierunek.
 
 
Pierwszy Majdan
 
Potem, w 2005 roku, po zwycięstwie tzw. rewolucji (a tak naprawdę pierwszego, wtedy jeszcze bezkrwawego przewrotu, który miał miejsce na Ukrainie), zdążyłem zostać członkiem partii „Batkiwszczyna” Julii Tymoszenko. Na pierwszym zebraniu, na które zostałem zaproszony, siedzieli przedstawiciele małego i średniego biznesu, stanowiący doniecką komórkę „Batkiwszczyny”. Oni się kłócili, twierdzili, że łamane są obietnice dane na Majdanie, że Tymoszenko buduje w partii dyktaturę i że tak naprawdę nie ma tam czego szukać. Więcej nie pojawiłem się na tych zebraniach.
 
Prawda, zdążyłem jeszcze za zaproszeniem znajomego wstąpić do partii „Nasza Ukraina”, założonej przez Juszczenkę, gdzie wszystko było tak samo. Po półtora miesiąca napisałem oświadczenie o swoim wystąpieniu. Po tym doświadczeniu zdecydowałem, że nie będę już wstępował do żadnych partii. Minęło kilka lat i zaczęło do mnie dochodzić, że w zasadzie to Kuczma był niezłym prezydentem. Owszem, był skorumpowany i nieco dyktatorski, podobnie jak i pozostali liderzy byłych republik radzieckich. Ale przy tym wszystkim nie popełnił głównej pomyłki: nie zaczął zaostrzać wewnątrzukraińskich, międzyregionalnych, mentalno-ideologicznych konfliktów, które istniały i przedtem, chociaż w zamrożonej postaci. Dzięki poczynaniom Kuczmy Ukraina stała się jedną z nielicznych republik poradzieckich, które przeszły rozpad ZSRR bez wojny, a nawet Krym pozostał bez wojny w składzie Ukrainy. I to, jak to już później zrozumiałem, było osiągnięciem Kuczmy.
 
Na pierwszym Majdanie usiłowano obwiniać go o to, że starał się usiedzieć na dwóch stołkach, że prowadził tzw. politykę „wielosektorowości” – przyjaźnić się i z Zachodem, i z Rosją; rugali go za to, że na swoje pierwsze wybory prezydenckie poszedł jakby od Wschodu, obiecując, że język rosyjski stanie się drugim językiem państwowym.
 
Potem on, co prawda, podobnie jak i Janukowycz, „porzucił” tę obietnicę. A na kolejnych wyborach zwyciężył już dzięki zachodowi [kraju] – w piku komuniście Symonience, który był jego głównym rywalem… Za to wszystko, oczywiście, był on krytykowany. Ale mając władzę zdołał on uchronić kraj od wielkich wstrząsów. Tak sobie myślę, że nie bez kozery to właśnie on od pół roku reprezentuje Ukrainę podczas negocjacji pokojowych z naszymi „separatystycznymi” przywódcami. Negocjacje te, biorąc ogólnie, trudno uznać za sukces – ale można mówić o jakichś połowicznych osiągnięciach, na przykład udaje się dogadać w kwestii kilku „tygodni spokoju” czy o programach wymiany jeńców.
 
W istocie, Majdan 2004 roku wybuchł w całkiem korzystnym okresie dla ukraińskiej gospodarki. Był, jakby nie był krótki wzrost gospodarczy, który zakończył się wkrótce po „pomarańczowym przewrocie”.
 
Z dzisiejszej perspektywy, po dziesięciu latach obserwacji tej Ukrainy, okazuje się, że był to całkiem spokojny i stabilny kraj, w którym nie było wojny, przestępczość nie osiągała tak wysokiego poziomu. Był to kraj, w którym można było żyć, można było spokojnie jeździć do przyjaciół w całym kraju – w tym i na zachodzie Ukrainy. Można było spokojnie się spotykać, prowadzić spory: bezpiecznie toczyć spory na tematy polityczne. A to piekło, w które stoczył się dziś kraj, trudno było sobie nawet wyobrazić.
 
Pierwszy Majdan, w którym ja, ku swojemu wielkiemu żalowi i wstydowi, bardzo aktywnie brałem udział po tamtej stronie, położył podwaliny pod przyszły rozpad Ukrainy. Istotnie, do tego procesu rękę przyłożyły obie polityczne strony Ukrainy. Dlatego nie należy zdejmować z Partii Regionów odpowiedzialności za to, co się stało, ponieważ i ona grała na tych przeciwnościach.
 
Począwszy od 2004 roku, wszystkie wybory polegały na głosowaniu nie „za”, ale „przeciw”. Przypuśćmy, że głosujemy na Janukowycza, ale wiemy doskonale, że to „sukinsyn”, tyle że „swój sukinsyn”, a my głosujemy nie tyle na Janukowycza, co przeciw Tymoszenko czy przeciw Juszczence, czy przeciw Tiachnybokowi, czy też przeciw komukolwiek innemu – my głosujemy przeciw.
 
W końcu gdzieś około 2006 roku zacząłem to wszystko rozumieć i odchodzić od ukraińskiego nacjonalizmu w dowolnej postaci. Kontynuowałem naukę na wydziale historycznym i zacząłem bardziej czytać książki, analizować i rozumieć to, co się stało.
 
 
„Dekonstrukcja ukraińskiego mitu”
 
– Jakie książki wtedy czytałeś?
 
– Czytałem wówczas tzw. klasyków w rodzaju Gruszewskiego i Arkada, którzy ów mit tworzyli. Czytałem też krytykę owych prac, czytałem prace popularnego ukraińskiego archeologa, historyka Piotra Tołoczkę, który był komunistą i poddawał krytyce mity ukraińskiego nacjonalizmu.
 
W tym czasie zacząłem czytać sporo lewicowej literatury, w tym prace Lenina, poświęcone narodowej polityce Ukrainy.
 
Potem była książka Władimira Korniłowa o Republice Doniecko-Krzyworożskiej – o takiej stronicy w historii terytorium ukraińskiego, która nie znajduje odzwierciedlenia w ukraińskich podręcznikach. W efekcie zacząłem sam dla siebie dekonstrukcję ukraińskiego mitu.
 
Poza tym, widziałem jednocześnie, że w kraju zaczynają się kłopoty gospodarcze. Potem, jak odszedł „złodziej kasy państwowej” – Kuczma, z jakiegoś powodu prześcigały się kryzys za kryzysem: a to „mięsny”, a to „mleczny”, a to hrywna skacze i zaczynasz wspominać, że parę lat temu było jakoś inaczej. A tu zwyciężyła „ludowa” rewolucja, chociaż wszyscy dzielą portfele, a ci, którzy na Majdanie obejmowali się czule, obecnie oblewają się nawzajem ściekami: Tymoszenko walczy z Juszczenką. Samego Juszczenkę winią za kumoterstwo, a głównym „kumem” ogłaszają Petra Poroszenkę, który dziś jest prezydentem, a wtedy, w 2004 roku, stał na czele Rady ds. bezpieczeństwa narodowego i obrony, i był jednym z najbliższych Juszczence. To znaczy, widziałem, że kraj z jakiegoś powodu leci na łeb, na szyję, a Juszczenko zajmuje się głównie kultem „hołodomoru”, budową wspólnej „hołodomorowej świeczki” w centrum Kijowa. Podejmuje się różne patetyczne i pozbawione gustu żałobne imprezy, na które idą ogromne pieniądze. I to wszystko w kraju, gdzie naprawdę niektórzy ludzie głodują.
 
 
Realnie o Hołodomorze

– W którym roku zdałeś sobie z tego sprawę?
 
– W 2006 roku, podczas letnich praktyk, kiedy to dziś już nieżyjący historyk, profesor Zadnieprowski, dał mnie i moim kolegom zadanie polegające na zebraniu suchych świadectw statystycznych dotyczących śmierci w obwodach Donieckim i Charkowskim w latach 1932-1933, w okresie Hołodomoru.
 
Profesor miał nadzieję, że po zwycięstwie Juszczenki uzyska dostęp do wszystkich archiwów i że zdoła zająć się tematem bardziej efektywnie i że wreszcie uda mu się zakończyć rozpoczętą pracę. A okazało się, że było całkowicie odwrotnie – SBU zaczęło zamykać mu przed nosem nawet te archiwa, w których pracował wcześniej. A to dlatego, że jego dane, rzeczywiste dane, które zbierał po archiwach ZAGSow, dotyczące śmierci, które można było tak czy inaczej powiązać z głodem, okazały się zbyt niskie – a potrzebne były liczby kilkakrotnie, nawet o rząd wielkości, wyższe.
 
Potem rozpoczęto druk „Księgi pamięci o ofiarach głodu z lat 32-33″ według obwodów Ukrainy. Już pierwszy kontakt z tą publikacją doprowadził do wybuchu skandalu, kiedy okazało się, że do ofiar głodu wliczono ludzi, którzy umarli z powodu alkoholizmu czy choćby od uderzenia pioruna. Autorzy nawet nie wysilili się, aby zredagować dane. Wszystkie diagnozy, które się tam znajdują, są napisane otwartym tekstem. Podczas praktyki nasza grupa jeździła po wioskach rejonu Słowiańska, który osiem lat później stał się areną walki. Szukaliśmy pozostałych przy życiu po Hołodomorze babć i dziadków, i robiliśmy z nimi wywiady. Mieliśmy taką długachną ankietę, w której było ze sto pytań rozrzuconych w niepojęty sposób, a którą nam dała ukraińska Akademia Nauk. Te pytania mieli zadawać studenci w całym kraju. Wiele pytań w tej czy innej postaci powielało się i powtarzało.
 
A oto fragment z książki Władimira Korniłowa „Hołodomor: falsyfikacja w skali narodowej”.
….
Podczas przeprowadzania ankiet szybko pojęliśmy, że zadający pytania nie ma szczególnego przygotowania do tematu, dlatego zaczęliśmy prowadzić wywiady swobodne.
 
Podczas tej podróży wyjaśniłem sobie kilka spraw. Po pierwsze, kiedy zadawaliśmy pytania, wszyscy mówili: „Nie należy teraz o tym mówić, my teraz głodujemy – nasze emerytury są mizerne i nie rozumiemy dlaczego tak wielkie pieniądze traci się na te wszystkie akcje w rodzaju muzeów, „świeczek” i memoriałów. Lepiej byście nakarmili głodujących emerytów”. O tym mówiła praktycznie cała setka ankietowanych przez nas staruszków.
 
Po drugie, emeryci mówili, że nie należy winić Stalina za Hołodomor, ponieważ w tym czasie była susza i w ogóle czasy były bardzo trudne. Potrzebne były środki na industrializację, budowę miast i fabryk, które zostały stworzone od podstaw, i które w konsekwencji pozwoliły na wygranie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. To wszystko mówili staruszkowie, którzy głodowali w tym straszliwym okresie.
 
Ta wyprawa stała się dla mnie jeszcze jednym kamieniem milowym, który wpłynął na zmianę mojego światopoglądu.
 
– Jeśli prawidłowo cię rozumiem, to te liczby dotyczące Hołodomoru, które przedstawia rząd Ukrainy, zostały sfabrykowane?
 
– Najzupełniej. Jeśli wcześniej wliczano do liczby zmarłych od Hołodomoru ludzi, którzy w istocie umierali od alkoholu, to obecnie zalicza się do nich po prostu wszystkich, którzy zmarli w latach 1932-33.
 
Pierwszą, kluczową pozycją, na której opiera się mit Hołodomoru, była książka brytyjskiego historyka Roberta Conquesta „Żniwo [żatwa] skorbi”. Bardzo prawdopodobne jest, że została ona napisana w ramach programu mającego na celu dyskredytację Związku Radzieckiego. Po opublikowaniu książki, w której zamieszczono liczbę 7 mln ofiar, ich liczba w kolejnych „Księgach pamięci” zaczęła rosnąć, w sposób oczywisty wypełniając gorliwie zamówienie przesłane z góry.
 
„Oddzieliwszy” wywody od liczb, przestałem uważać się za ukraińskiego nacjonalistę. To nie stało się tak od razu, po prostu wytyczyłem sobie punkty orientacyjne, które odwiodły mnie od wszystkiego, co było związane z projektem „Pomarańczowej Rewolucji”. Zacząłem interesować się ideami marksizmu i ruchów „lewicowych”. To znaczy tymi sprawami, do których dochodzi młody człowiek zaczynający myśleć krytycznie – mieć wątpliwości, poszukiwać źródeł i różnych podchody.
 
 
„Protiwsichy”
 
– Podczas kolejnych wyborów prezydenckich w 2010 roku, w których rywalizowali Tymoszenko i Janukowycz, byłem już bardziej neutralny, ale powoli rodziły się we mnie przekonania prorosyjskie. Kiedy zwyciężył Janukowycz, nie skakałem ze szczęścia, ale – jako patriota donbaski – byłem raczej usatysfakcjonowany.
 
Donbas – to unikalny region wśród regionów Ukrainy, podobnie jak Krym, jak Galicja. To takie obwody, w których wyżej ceni się patriotyzm regionalny niż ogólnonarodowy. Przy tym Galicjanie uważają samych siebie za subetnos obarczony mesjanistycznym posłannictwem – za właściwych Ukraińców – w odróżnieniu od wszystkich pozostałych, za tych, którzy powinni budować właściwą Ukrainę.
 
W Donbasie tego nie ma. Tu uważają, że „My – Donbas, a w Donbasie porożniak nie gonią – tu kraj ludzi pracy, my karmimy Ukrainę, która nie wiadomo dlaczego nam się poddała. A przy okazji, jeśli Lwów chciałby się oddzielić – to z Bogiem”. Gdyby obecnie historia potoczyła się inaczej i powstałyby ludowa republika lwowska czy Iwano-Frankowska, to ludzie z Donbasu nie staraliby się tam jechać, żeby bombardować Lwów z Gradów. Wręcz przeciwnie, powiedzieliby: „A niech się oddzielają: baba z wozu, koniom lżej”.
 
Podczas wyborów 2010 roku byłem przeciw wszystkim. Byłem tym, którego „ukraińscy patrioci” pogardliwie nazywali „protywsichy” i uważali, że jesteśmy za Janukowyczem i złodziejami. Rozumowali według następującej logiki: jeśli nie zagłosujesz na Tymoszenko, to zwycięży Janukowycz. Powiedziałem im, że niech tam Janukowycz zwycięży, bo mi się nie podoba żaden z kandydatów, ponieważ obaj są przedstawicielami wielkiej burżuazji, która rozbija kraj i zajmuje się wyłącznie umacnianiem wpływów finansowo-przemysłowych grup, do których sami – jako politycy – przynależą i na których pracują.
 
Oba obozy są mi obce, ale dostrzegam, że obóz Janukowycza posługuje się tymi ideami, które i mnie są bliskie.
 
 
Handel hasłami
 
– Na przykład, na każde kolejne wybory Janukowycz i jego partia szli z hasłem o wprowadzeniu rosyjskiego jako drugiego języka państwowego. To jest logiczne, skoro większa część ich elektoratu mieszka na południowym wschodzie kraju. Ale spełnieniem swoich obietnic „regionaliści” się nie przejmowali. Nawet nie usiłowali, dochodząc do władzy, przyjąć drugi państwowy język. No bo i po co rzucać na stół taki atut? Lepiej zostawić go sobie w rękawie – aby potem znowu i znowu wykorzystywać go podczas wyborów, obiecując to samo. Jedyne, co mogła zrobić „prorosyjska” większość – to przyjąć krańcowo skromną i połowiczną ustawę o językach regionalnych, bardzo nieznacznie poszerzającą prawa do posługiwania się językiem rosyjskim w poszczególnych regionach.
 
Ale nawet ten krok wywołał wściekłe przeciwdziałanie ze strony nacjonalistów. A po przewrocie w lutym 2014 roku Wierchowna Rada pierwszym pociągnięciem spróbowała zmienić to prawo – co się stało (na równi z osławionymi „leninopadami”) jednym z mechanizmów spustowych początku masowych protestów na południowym wschodzie, które przemieniły się w „rosyjską wiosnę”.
 
Na pozostałych kierunkach wewnętrznej i zagranicznej polityki oligarchiczne siły południowego wschodu także nie wykazywały się konsekwencją. Na przykład, Janukowycz szedł do wyborów z hasłami o pogłębieniu gospodarczej współpracy z Rosją (czytaj: z Unią Celną). A w 2013 roku jego wyborcy ze zdziwieniem dowiedzieli się, że „bezalternatywną drogą” dla Ukrainy jest eurointegracja. Potem przedłużało się miotanie się rządu, podpisanie stowarzyszenia z UE przesunięto… A co było dalej, to każdy już wie, kto śledził wydarzenia na Ukrainie począwszy od listopada 2013 roku. Jeszcze straszniejszym w tym „politycznym biznesie” było to, że „regionaliści”, tak jak i ich „pomarańczowi” poprzednicy, aktywnie posługiwali się w swoich gierkach jawnymi siłami faszystowskimi. Dla tych, którzy interesowali się politycznymi procesami zachodzącymi na Ukrainie, nie było tajemnicą, że przy Janukowyczu SBU, tak jak i wcześniej, hołubiło ultraprawicowe organizacje: dla „zrównoważenia” radykalnych sił, dla przeciwstawienia ich organizacjom lewicowym, występującym przeciwko oligarchicznej władzy.
 
Często chodziło też o bardziej złożone narzędzia polityczne, związane z ukraińską ultraprawicą. Na okres rządów Janukowycza przypada ostry wzlot nacjonalistycznej partii „Swoboda” i jej lidera, Ołeha Tiahnyboka (w swoim czasie został on wydalony z Juszczenkowskiej „Naszej Ukrainy”: przemówienie Tiahnyboka, które wywołało wiele hałasu, a w którym znalazły się odwołania do „żydów i moskali”, było zbyt radykalnym nawet dla Juszczenkowskich nacjonal-patriotów).
 
Marginalna do tej pory partia „Swoboda” nagle uzyskała znaczący wynik podczas wyborów do Wierchownej Rady. Tiahnyboka i innych jej liderów regularnie zapraszano do udziału w popularnych politycznych teleshow (w tym i na kanałach należących do donieckiego oligarchy Achmetowa, głównego sponsora Partii Regionów).
 
Prawdopodobnie (choć nie mogę tu przedstawić dowodów na piśmie – ale ten temat był przedmiotem refleksji postojanno), sponsorzy Janukowycza przyłożyli ręki do finansowania „Swobody”.
 
Tymczasem neofaszysta Tiahnybok sposobił się do odegrania roli „udobnogo przeciwnika” Janukowycza w drugiej turze wyborów prezydenckich 2015 roku. W opinii wielu politologów, konsolidowanie południowo-wschodnich wyborców przeciwko skrajnie prawicowemu Tiahnybokowi byłoby łatwiej niż, na przykład, przeciwko Kliczce (który, jak by to śmiesznie dziś nie brzmiało, wówczas był uważany za jednego z głównych pretendentów do urzędu prezydenta). Jednak znane nam już, smutne wydarzenia uczyniły wszystkie te scenariusze nieaktualnymi. Janukowycz uciekł do Rostowa. Zmieniła się grupa oligarchów u władzy, zajaśniały gwiazdy „nowych prawicowców” w rodzaju Jarosza, Ljaszki, Bileckiego i Semienczenki. A „Swoboda” stoczyła się za próg politycznego życia. Być może, skończyło się finansowanie… Poza tym, „razkrutka” zwolenników Tiahnyboka i związana z nią legalizacja w świadomości społecznej skrajnie prawicowej ideologii już wypełniła swoje zadanie. Na początku kolejnego Majdanu nazistowska symbolika na flagach „rewolucjonistów”, marsze ku czci Bandery i hasła w rodzaju „Chwała narodowi! Śmierć wrogom!” były przyjmowane jako coś zwykłego i oczywistego.
 
W taki sposób, polityczne gierki ekspertów Janukowycza przysłużyły się upadkowi władzy ich klienta i dalszemu pękaniu kraju, a w konsekwencji i wojnie domowej.
 
 
„Chwostyzm”

Potem zostałem komunistą-internacjonalistą i prawie dwa lata należałem do społecznej organizacji „Borot’ba”, gdzie byłem jednym z koordynatorów komórki donieckiej. Rozczarowawszy się co do skuteczności metod ich pracy, w marcu 2014 roku odszedłem i z tej organizacji. A konkretnie rozczarowało mnie to, że klasyczni „lewicowcy” nie znaleźli sobie własnego miejsca w rewolucji, nie uwierzyli w nią, a zajęli się tym, co Lenin nazywał „chwostyzmem”, to znaczy usiłowali wlec się w ogonie większych ruchów.
 
„Eurolewicowcy” znaleźli się w ogonie zwolenników Majdanu i obecnie część z nich walczy w pododdziałach tzw. ATO, w tym w nazistowskim batalione „Azow”, inni – po prostu popierają ideę ATO i znajdują się w większym nurcie bojowników przeciwko „watnikom i stonkom”. Do samej „Borot’by” to się mniej odnosi, ponieważ popiera ona ideę Noworosji, ale popiera ją jakby z pozycji emigracji i jakoś mało skutecznie.
 
 
Majdan 2014

– A podczas Majdanu w 2014 roku, gdzie byłeś?
 
– W tym czasie byłem koordynatorem „Borot’by” w Doniecku. Zdarzyło się, że z towarzyszami urządziliśmy pokaz filmu antyfaszystowskiego. Przed wejściem do budynku, gdzie miał się odbyć pokaz, otoczyło mnie dziesięciu niepełnoletnich „nazioli”, zdzielili w twarz bykiem, a potem zbili z nóg i popinali. Było to mało przyjemne, ale nie śmiertelne – nie miałem po tym żadnych większych traum. Kiedy zaczął się Majdan, zobaczyłem, że najaktywniejszy udział w nim brały takie właśnie podrostki posługujące się taką samą neonazistowską symboliką, jak te, które mnie pobiły.
 
Na samym Majdanie tacy sami, jak oni, ciężko pobili kilku moich znajomych, którzy stali razem z tłumem i robili związkową, neutralną propagandę – bynajmniej nie prorosyjską, a nawet nie komunistyczną. Ale „naziole” mieli z nimi swoje porachunki po linii „fa” i „antifa”.
 
Stało się to potem, jak ze sceny Majdanu padło, że o kilka metrów dalej stoją „prowokatorzy o czerwonych zadkach” i że jeśli są tu jacyś mężczyźni, to „wiecie, co powinniście zrobić”. W efekcie do bitki wzięło się około setki tak zwanych „mężczyzn”, którzy zajęli się pobiciem i odebraniem sprzętu. Przyglądał się temu poseł z ramienia partii „Swoboda”, Igor Miroszniczenko.
 
Czym jest dzisiejszy Majdan, jakie są jego cele i jakimi metodami się on posługuje, szybko stało się dla mnie jasne. Ponieważ byłem na bieżąco w temacie tych wszystkich ruchów nacjonalistycznych – na przykładzie swoim i wielu innych okaleczonych i zabitych.
 
– Czy brałeś udział w samym Majdanie 2014 roku?
 
– Nic tam nie miałem do roboty. Byłem przeciwko, byłem w Doniecku i nie zamierzałem wcale tam jechać, tylko siedziałem w domu i komentowałem wydarzenia w internecie, w charakterze żołnierza wojsk „kanapowych”.
 
Kiedy w Kijowie nastąpił przewrót, razem z towarzyszami z Doniecka zaczęliśmy chodzić na spotkania tak zwanego Antymajdana. Z początku były to nieliczne zebrania pod pomnikiem Lenina, ponieważ już wówczas zaczął się ten tzw. leninopad i wszystkie te ruchy antymajdanowskie na Ukrainie zaczęły zbierać się pod pomnikami Lenina.
 
Od razu rzucało się w oczy, że – tak jak w 1993 roku, podczas październikowego kryzysu w Moskwie – komuniści, „lewicowcy” i rosyjscy nacjonaliści zjednoczyli się w obliczu wspólnego wroga – groźby ukraińskiego nacjonalizmu. To była taka sytuacja, kiedy ludzie w obliczu wspólnego wroga stali się chwilowymi sojusznikami.
 
 
Z kanapy na wojnę

– Opuściłeś szeregi wojsk „kanapowych” i co wtedy robiłeś?
 
– To było kilka dni po przewrocie w Kijowie. 22 lutego zacząłem chodzić na wspomniane wyżej mityngi, zostawałem na nocnych dyżurach pod pomnikiem Lenina i bratałem się z ludźmi. W tamtym okresie nie uważałem siebie za pełnowartościową, organiczną część tego ruchu. Ponieważ wciąż miałem wątpliwości. Z jednej strony, wahanie się jako wyraz krytycznego myślenia jest czymś pozytywnym, ale z drugiej – to wstęp do bezczynności.
 
Wtedy bardzo się wahaliśmy, uważaliśmy siebie za prawdziwych „true” komunistów-internacjonalistów i dogmatyków i dlatego było nam „niehonorowo” stać w jednym szeregu z rosyjskimi nacjonalistami i występować w imię jakiejś tam „rosyjskiej wiosny”, tym bardziej pod rosyjskimi sztandarami.
 
Wydawało mi się wówczas, że to wszystko jeszcze nie nasze, że to jeszcze nie rewolucja, że prawdziwa rewolucja zacznie się kiedyś potem i że należy się do niej przygotowywać, a teraz powinniśmy po prostu obserwować cały ten ruch, ale pozostawać z boku i nie umoczyć się w żaden nacjonalizm, bo przecież jesteśmy prawdziwymi „lewicowcami”, zaś KPU (Komunistyczna Partia Ukrainy) to nieprawdziwi „lewicowcy”, skoro posługują się oni ideami prawicy i jeszcze takie różne.
 
Z tego powodu nie tylko „Borot’ba”, ale i inne organizacje uważające się za „lewicowe”, nie mogła ani pomóc ruchowi antymajdanowemu, ani w nim okrzepnąć po to, aby pchnąć go bardziej na lewo, niż jest on obecnie. Dlatego parowóz odszedł bez nas. Kiedy się ocknąłem i zobaczyłem, że sytuacja rozwija się w kierunku wojny domowej, opuściłem „Borot’bę”.
 
Wtedy nie było jeszcze mowy o jakichś republikach – Donieckiej czy Ługańskiej. Jedynym żądaniem, z jakim wtedy wyszedł Paweł Gubariow, którego gwiazda wówczas wysoko wzleciała, była federalizacja kraju.
 
Ale w tym czasie, dla ukraińskiej, patriotycznej „mitologii”, nawet federalizacja równała się separatyzmowi. Przestępstwem było choćby wspominanie o czymś takim.
Przy tym, żaden komunista nie chciał włączać idei federalizacji do swojego programu i dlatego wszyscy oni odstawali o krok od podstawowej masy protestujących. W efekcie, w powstaniu bardziej uwyraźnił się dyskurs nacjonalistyczny niż lewicowy.
 
Potem już jako bezpartyjny obywatel uczestniczyłem we wszystkich tych mityngach, nie przejawiałem jakiejś wyjątkowej aktywności, raczej pozostawałem obserwatorem.
 
 
Ogłoszenie Republiki
 
– 6 kwietnia 2014 roku poszedłem do budynku donieckiej administracji, gdzie osobiście byłem świadkiem ogłoszenia Donieckiej Republiki Ludowej.
Do tego czasu już całkiem nieźle poznałem tych ludzi, którzy później stali się liderami politycznymi. Ale ze względu na wyłożone wyżej przyczyny, razem z towarzyszami znaleźliśmy się osadzeni w rolach trzecio- i czwartorzędnych obserwatorów.
 
W maju zaproponowano mi poprowadzenie audycji (podcast) pod tytułem „Głos Republiki”, w której informowałem o nowinach z frontu, przeprowadzałem wywiady z politykami i szeregowymi opołczencami. Program wkrótce wszedł na antenę lokalnej stacji radiowej, zaś w warunkach pustki informacyjnej i w danej sytuacji republikańskich massmediów cieszył się popularnością. Potem jako dziennikarz pracowałem w Ministerstwie Informacji DRL, a jednocześnie jako korespondent Rosyjskiej Agencji Informacyjnej „Interfax”.
 
 
Opołczency

– A kiedy przeszedłeś do opołczenców?
 
– W sierpniu. Początkowo wykonywałem raczej pracę obywatelską – jako korespondent wojenny w oddziale politycznym Ministerstwa Obrony DRL, na którego czele jeszcze wówczas stał Igor Iwanowicz Striełkow. Jeździliśmy na miejsca ostrzałów artyleryjskich, rozmawialiśmy z miejscowymi i, oczywiście, prowadziliśmy wywiady z opołczencami. W ciągu nieco ponad miesiąca pracy widziałem wiele przelanej krwi, wielu zabitych i okaleczonych ludzi, którzy nigdy nie trzymali broni w ręku. W tym i dzieci. To były straszne, okropne chwile.
 
Los niektórych spośród moich kolegów okazał się tragiczny. Kiedy przyszedłem do oddziału było nas 12. Trzech z nich przeszło przez ukraińską niewolę w tym czasie: znany dramaturg, poeta, reżyser, Jurij Jurczenko (który wiele lat mieszkał we Francji, ale jak tylko rozpoczęły się wydarzenia u nas, jako ochotnik przyjechał do Słowiańska), dziennikarka z Symferopola, Anna Mochowa, i urodzony w Jakucji Aleksiej Szapałow.
 
Dwójka kolegów zginęła: Wadig Efendijew z Dagestanu i priazowski Grek, urodzony w obwodzie donieckim, mieszkający ponad 20 lat w Grecji, Afanasij Kosse. Obaj zginęli pod obstrzałem, na donieckim lotnisku.
 
 
Mozgowoj i „Prizrak”
 
– Pochodzisz z Doniecka, obecnie przyjechałeś na Ługańszczynę, do brygady „Prizrak”, do Mozgowoja, a dlaczego nie do jakiegoś innego komendanta?
 
– W okresie pracy w Doniecku byłem rozczarowany wieloma rzeczami. Po odejściu Striełkowa zaczęły się tam nieodłączne w każdej wojnie domowej wewnętrzne konflikty między różnymi ugrupowaniami opołczenia. Zaczęło się dzielenie skóry na żyjącym jeszcze niedźwiedziu: walka o sfery wpływu i o środki.
 
Do brygady „Prizrak” zaprosił mnie mój najlepszy przyjaciel, który w swoim czasie przewodził donieckiej komórce „Borot’by”. W tym czasie dogadał się z Mozgowym co do utworzenia politycznego pododdziału brygady. I tak znalazłem się w Ałczowsku.
 
Na Mozgowowa z nadzieją patrzą liczni opołczency tak w ŁRL, jak i w DRL. Widzą w nim człowieka opowiadającego się za utworzeniem Noworosji jako republiki prawdziwie ludowej i w jakimś stopniu socjalistycznej. Ci ludzie poważają Mozgowowa jako doradcę Striełkowa, jako człowieka, który nie wdawał się w wewnętrzne gierki polityczne. On zawsze mówił o tym, że Noworosja nie powinna zamykać się w skorupie jakichś maleńkich, samodzielnych republik, ale powinna stanowić jedność.
 
Podstawowymi zasadami, na jakich opiera się brygada, to antyfaszyzm, antyoligarchizm i ludowładztwo. To stanowisko jest bliskie większości opołczenców, w tym i tych, którzy walczą w „oficjalnych” pododdziałach stanowiących bazę armii DNR i ŁNR.
 
Tutaj, w szeregach brygady „Prizrak”, ręka w rękę walczą i kozacy-monarchiści, i muzułmanie, i ochotniczy oddział komunistyczny. Nie mają problemu we wzajemnych relacjach i współdziałaniu. Wspólne cele, walka ze wspólnym wrogiem, jednoczą ludzi o bardzo różnych poglądach.
 
Poza tym, w brygadzie „Prizrak” można spotkać się z nietuzinkowymi ludźmi, którzy budzą podziw. Jednym z nich jest lider Młodzieżowej Samoobrony, Jarosław Woskojenko pracujący w oddziale humanitarnym. Ten niewielki oddział, złożony z 16-17-letnich chłopców i dziewcząt, którzy chwycili broń do rąk, uformował się w Lisiczance w celu obrony miasta przed ukraińskimi faszystami. Niektórzy z tych, co przeżyli, obecnie również pracują w brygadzie „Prizrak”; nie dostają broni, ponieważ walczyć powinni dorośli, pełnoletni mężczyźni. Ale te dzieci już się wykazały i teraz pracują na odcinkach humanitarnych.


– Jak sam mówiłeś, twoi rodzice obecnie mieszkają w USA. Dlaczego nie pojechałeś do nich, tylko poszedłeś na wojnę?
 
– Mój ojciec mieszka w Ameryce już od ponad ośmiu lat, zaś matka trochę krócej. Oboje są lekarzami: tata pracuje w szpitalu onkologicznym. Jeździłem do nich kilka razy, byłem w wielu stanach – to były bardzo interesujące wyjazdy. Tam jest całkiem inny kraj, inna kultura, ponieważ Ameryka to mimo wszystko kraj imigrantów. To było ciekawe, ale dlaczego nie zostałem? Pytanie za pytanie: a dlaczego miałbym zostać? Nie znalazłem w sobie wystarczającej motywacji, aby porzucić swoich przyjaciół, prace, które wykonywałem, po to tylko, aby przenieść się do zupełnie innego kraju. Tutaj wydawało mi się ciekawiej. Pojechałem na kilka tygodni do innego kraju, ale jakby to patetycznie nie brzmiało, pozostałem patriotą swojej Ojczyzny – swojego Donbasu i czułem, że tu jest ciekawiej.
 
Co do moich rodziców, którzy pozostają pod wpływem całkowicie innej machiny informacyjnej. Podczas Majdanu dużo się z nimi spierałem i kłóciłem, ponieważ oni wówczas byli po stronie Majdanu. Ale potem, jak nastąpił przewrót i zaczęła się wojna, kiedy na dzielnice mieszkalne poleciały pociski WSU, moi rodzice przewartościowali ocenę sytuacji i zasadniczo zmienili swoje poglądy.
 
Potem, kiedy 26 maja nastąpiła pierwsza walka na lotnisku w Doniecku, moja mama nie wytrzymała – kupiła bilet na pierwszy samolot i przyleciała tu, żeby podtrzymać na duchu mnie i moje babcie. Spędziła tu całe lato i początek jesieni, i przepuściła przez siebie całą tę wojnę. W ten sposób poglądy moich rodziców zmieniły się zasadniczo na korzyść Noworosji. Z tego powodu zresztą pokłócili się ze swoimi amerykańskimi przyjaciółmi, wśród których są i Gruzini, i Kijowianie zajmujący wrogie nam stanowisko.
 
To jest prawdziwa wojna domowa, gdzie rozłam przebiega w poprzek grup przyjaciół, rodzin i par. Ja obecnie nie mogę się już spotykać z większością moich znajomych z różnych części Ukrainy, pokłóciliśmy się z wieloma byłymi, dobrymi towarzyszami, moja była ukochana, z którą pracowaliśmy razem w jednej stacji telewizyjnej w Doniecku, wyjechała do Kijowa i w programie telewizyjnym opowiada o walce z „terrorystami-separatystami”; z nią także się nie spotykam. To wojna, gdzie rozłam tnie po żywym mięsie.
 
Rozmowę spisał i przedstawił materiał Kirił Nesterow.
 
Czytaj też:
W walce z ukraińskim faszyzmem poległ towarzysz Wsiewołod Pietrowskij. Cześć Jego Pamięci!
 
 
Źródło: http://anna-news.info/node/27457.
Wersja robocza w tłumaczeniu: Ewy Balcerek).
Tłumczenie opublikowano na stronie "Dyktatura Proletariatu" (http://www.dyktatura.info)

Społeczność

Dobry kułak