Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 75 gości.

Wojciech Białowąs: Rzeczywistość w Polsce potransformacyjnej (cz.1)

bieda43.jpg

Publikujemy dwuczęściowy atrykuł  jednego z młodych czytelników naszego portalu, Wojtka. Jest to pierwszy jego tekst na naszej stronie.

Redakcja portalu "Władza Rad"
 
 
 
 
 
 „Socjalizm albo barbarzyństwo – innej drogi nie ma!”
 
 

 
Codzienna obserwacja rzeczywistości niechybnie musi doprowadzić do stwierdzenia, że słowa wypowiedziane przez wielką niemiecką rewolucjonistkę, Różę Luksemburg, po dziewięćdziesięciu latach od jej śmierci są nadal aktualne. Bowiem czy można dojść do innego wniosku, gdy spojrzy się na prawa rządzące dzisiejszym światem? Żyjemy w XXI wieku, nasze osiągnięcia techniczne oraz poziom rozwoju są w stanie zapewnić każdemu mieszkańcowi wysoką stopę życia.
 
 
 
Wg danych Światowej Organizacji Zdrowia dzisiejsze technologie pozwalają wyprodukować dostateczną ilość żywności dla 34 mld ludzi. Jak zatem wytłumaczyć fakt, iż obecnie miliard osób na świecie głoduje  [1] a owa liczba zamiast maleć – rośnie? (w 2008 roku przybyło 100 mln głodujących [2], a w obecnym szacunki Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego  mówią o kolejnych 55-90 mln...). Czy system, który doprowadził do sytuacji, w której 3 miliardy mieszkańców naszego globu żyje za mniej niż równowartość 2 dolarów dziennie[3] a 50% ludności świata posiada zaledwie 1% globalnego bogactwa, może być uznawany za najlepszy z możliwych, swoisty koniec historii czy też potwierdzenie słów Margaret Thatcher o braku innej alternatywy? Oczywistym jest, że owe pytania są jedynie retorycznymi dywagacjami. Aby jeszcze lepiej skonfrontować ten pogląd z rzeczywistością prześledźmy zawiłe meandry najbardziej znanego w świecie polskiego dwudziestolatka – nadwiślańskiego kapitalizmu. A zatem: witamy w Polsce. W kraju o największym rozwarstwieniu społecznym w Europie (wskaźnik 13,5:1 – innymi słowy – bogaci zarabiają prawie 14 razy więcej niż najbiedniejsi[4]), w kraju, w którym zarobki 500 najzamożniejszych Polaków stanowią 10 procent PKB, a 70% społeczeństwa żyje poniżej minimum zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych i kulturalnych[5]. Prześledźmy zatem proces, który doprowadził nasze społeczeństwo do takiej, mówiąc eufemistycznie, niezbyt przyjemnej sytuacji.
 
 
 
 
 
„Wyklęty powstań, ludu ziemi”
 
 
 
 
Cały proces transformacji ustrojowej zawładnięty został przez neoliberałów i ich dogmatyzm wolnorynkowy. Osoby pokroju Balcerowicza swoim friedmanowskim [6] zacietrzewieniem i brakiem racjonalnego myślenia doprowadziły miliony rodzin do prowadzenia nędznej egzystencji w warunkach skrajnej biedy a system gospodarczo – społeczny w Polsce zaczął przypominać warunki XIX – wiecznego kapitalizmu. Po '89 roku zaczęto prowadzić na masową skalę prywatyzację wszystkiego, co nosiło znamiona PRL – owskiej  własności państwowej.
 
Nie zwracano przy tym uwagi na to, czy dane przedsiębiorstwo przynosi zyski czy straty, wychodzono bowiem z założenia, że wszystko, co państwowe, jest a priori złe. Służyło to jedynie uwłaszczeniu się wąskiej elity, głównie wywodzącej się z postsolidarnościowych środowisk.
Jedną z zasadniczych cech kapitalizmu jako ustroju, obok dominacji prywatnej własności środków produkcji, jest nastawienie na zysk, co powoduje, że gospodarka z organizowana jest w sposób racjonalny, lecz nie zaspokaja ona potrzeb społeczeństwa, ponieważ jest ono podzielone na dwie antagonistyczne klasy - duże grupy społeczne wydzielone ze względu na stosunek własności środków produkcji - burżuazję - posiadaczy środków produkcji i proletariat - ludzi nie posiadających środków produkcji, zmuszonych do sprzedawania swojej siły roboczej i poddania  się stosunkowi wyzysku, czyli  odbierania przez burżuazję wypracowanej przez proletariat wartości.
Antyspołeczny charakter reform Friedmana w Chile i Balcerowicza w Polsce wynika z tego, że ekonomiści ci są ekonomistami burżuazyjnymi i dązą do tego, aby gospodarka była maksymalnie podporządkowania zyskowi kapitalisty, żeby wyzysk proletariatu był jak największy.
W skład obecnej burżuazji weszli nie tylko "prosolidarnościowi" liberałowie, lecz także w znacznym stopniu uwłaszczona nomenklatura partyjno-państwowa, która w PRL wraz z postępem degeneracji ustroju tego państwa stanowiła uprzywilejowaną warstwę społeczną i po 1989 roku uwłaszczyła się, tworząc część odrodzonej burzuazji
 
 
Dodatkowe otwarcie rynku na obcy kapitał doprowadziło do ogromnych kłopotów rodzimy przemysł, nie dając mu czasu na jakiekolwiek dostosowanie się do nowych, antyludzkich warunków.
 
Działo się to oczywiście pod czujnym okiem instytucji sterujących dzisiejszym procesem globalizacji świata, procesem ubożenia całych narodów w celu zaspokojenia żądzy zysku wąskiej elity, czyli Banku Światowego oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, których ekonomiczne szantaże pod płaszczykiem rzekomej finansowej pomocy pozwoliły wielkim zagranicznym koncernom na zdobycie nowych rynków zbytu w krajach Europy Środkowo – Wschodniej. W ciągu pierwszych 10 lat oddano w prywatne ręce 6500 zakładów [7].
 

 
 
Następnie rozpoczęto prywatyzację ważnych dla państwa, wręcz strategicznych, sektorów gospodarki. Pod młotek poszły banki, przemysł surowcowo – energetyczny. W prywatyzacji dużą rolę obok firm prywatnych odgrywały także zagraniczne przedsiębiorstwa państwowe. Telekomunikacja Polska została sprzedana jej francuskiej odpowiedniczce – France Telecom (swoją drogą, przedsiębiorstwo to zostało sprywatyzowane w '98 roku, co poskutkowało 40 tys. zwolnionych ludzi i falą samobójstw wśród pracowników[8]) a Elektrociepłownie Warszawskie i Górnośląski Zakład Energetyczny zostały sprzedane szwedzkiej państwowej spółce Vattenfall. Rząd często używał także argumentu, że zyski z oddawania zakładów w prywatne ręce zostaną przekazane na pokrycie dziury budżetowej czy spłatę zadłużenia. Jakże śmiesznie brzmi ten argument, gdy spojrzy się na obecne zadłużenie naszego państwa. Przekracza bowiem ono kilkakrotnie te z początku lat '90. Sam dług publiczny wynosi 600 mld zł[9], a zobowiązania zagraniczne 240 mld dolarów(!)[10].
 
 
 
 
Z dotychczasowej prywatyzacji natomiast otrzymaliśmy... 83 mld zł11. Widać więc, jak wysoko wyceniły polski majątek narodowy nowe elity. To, co do tej pory nie zostało sprzedane (ostatnie 800 państwowych przedsiębiorstw), rząd PO chce oddać do 2011 roku. Podobno ma to przynieść 37 mld zł, co i tak nie pokryje nawet obecnej dziury budżetowej. Jeśli owe plany dojdą do skutku Polska stanie się jednym z nielicznych krajów na świecie bez własnych banków, energetyki oraz bez jakichkolwiek rezerw na przyszłość. Co ciekawe, rząd uchyla się od udzielania informacji na temat tego, ile co roku pieniędzy wpływa do skarbu państwa na podstawie dywidend z państwowych przedsiębiorstw. Elity boją się przyznać przed społeczeństwem, że za ich działaniami nie kryje się żaden zysk ekonomiczny, (dla ogółu społeczeństwa) a jedynie czysty dogmatyzm (w imię prywatnych zysków).
 
 
 
Zjawisko maksymalnej prywatyzacji przyniosło maksymalnie negatywne skutki społeczne. Wprowadzono w życie dwie główne prawdy, wyznawane przez elity mające na celu jedynie odniesienie szybkich a także długoterminowych korzyści, które w zasadzie w najzwięźlejszy sposób opisują dzisiejsze warunki społeczno – gospodarcze. Otóż od człowieka ważniejszy jest zysk, ergo to nie człowiek jest nadrzędny wobec gospodarki, lecz gospodarka wobec człowieka, (Jest to jednaz podstawowych zasad funkcjonowania systemu kapitalistycznego) (przyp. red. WR) a ów zysk jest prywatyzowany  przy jednoczesnym uwspólnieniu  strat (co najlepiej widać obecnie – w czasach kryzysu, za który to płaci całe społeczeństwo, a nie finansowo – gospodarcza śmietanka do spółki z politykami, która za ów kryzys odpowiada). Wychodząc z tych dwóch dogmatów, można łatwo wytłumaczyć pewne zjawiska społeczne, jakie zawitały do Polski po '89.
 
 
Bezrobocie.
 
Bodajże największa patologia obecnego systemu, która w zasadzie jest katalizatorem całej dalszej degeneracji organizmu jakim jest społeczeństwo. W pierwszych 3 latach transformacji przeciętne zatrudnienie zmniejszyło się dramatycznie.
 
Wg oficjalnych danych ok. 15% osób w wieku produkcyjnym pozostawało bez pracy. Następnie stopa bezrobocia wahała się, osiągając swoje apogeum na początku 2004 roku dobijając do 20,6%. Faktem jest, że w kapitalistycznej Polsce nie spadła nigdy poniżej 9%.[12] Oficjalne dane to jednak nie całość informacji. Powszechną bowiem praktyką w Urzędach Pracy jest zaniżanie statystyk poprzez skreślanie z ewidencji na podstawie odmowy przyjęcia oferty pracy przez bezrobotnego. Zazwyczaj są to bowiem oferty skandaliczne. Wiele osób nie rejestruje się także w urzędach, bowiem stracili prawo do zasiłku (który swoją drogą jest stały, niezależny od wcześniejszych zarobków, a jego podstawowa kwota wynosi 551,8 zł brutto). Takich osób jest obecnie 1 390 000 (tj. 83% ogółu bezrobotnych).[13]
 
 

Sytuacja zatrudnionych także nie przedstawia się w kolorowych barwach. Polska siła robocza jest notorycznie wykorzystywana przez pracodawców. Jest to spowodowane chęcią maksymalizacji zysków za każdą cenę oraz sankcjonowaniem tego procederu przez prawodawstwo (od 20 lat następuje ciągła liberalizacja kodeksu pracy). Coraz częściej zatrudnia się na czarno (wg szacunków od 15 do 21% siły roboczej) lub na tzw. śmieciowe umowy (cywilnoprawne).[14] Jeszcze bardziej przyczynia się do tego uchwalony niedawno pakiet antykryzysowy, który znosi zapis o tym, że trzecia umowa na czas określony między tym samym pracodawcą i tym samym pracownikiem staje się automatycznie umową na czas nieokreślony.
 
 
Ludzi wykorzystuje się także jeśli chodzi o płacę. W mediach pokazuje się różne dane mówiące o tym, jak bardzo wzrosła średnia pensja w kraju. Jest to jednak całkowite złudne wrażenie, bowiem pensja dla górnej warstwy społecznej rośnie niepomiernie szybciej niż dla nizin. W latach 93-99 70%  pensji pracowniczych rosło wolniej niż PKB[15]. Świadczy to o nierównomiernym podziale dochodu narodowego – odwiecznej cechy każdej gospodarki rządzonej według wolnorynkowych zasad, które dezaktualizują pojęcie sprawiedliwości społecznej. Co gorsze, również ogromny wzrost wydajności pracy (najszybszy w krajach byłego bloku wschodniego) nie przełożył się na adekwatny wzrost wynagrodzenia (w okresie 2000-2004 był to nawet stosunek 4:1)[16].
 
 
Jest to zwyczajne złodziejstwo ze strony pracodawców, bowiem dany pracownik wytwarza znacznie większy zysk dla swojego szefa niż wynikałoby to z jego pensji. Jest to tzw. wartość dodatkowa, o której Marks pisał 150 lat temu i która legła u podstaw zniewalania pracownika przez pracodawcę w gospodarce opartej na prywatnym władaniu fabrykami, narzędziami i maszynami. Szef może okradać swojego podwładnego także w bardziej jawny sposób. W trzech pierwszym kwartałach 2009 roku pracownikom nie wypłacono 100 mln zł pensji.[17] Jeśli chodzi o czas pracy również nie jest lepiej. Jesteśmy najdłużej pracującym społeczeństwem w Europie. Oficjalnie czas pracy wynosi 42 godziny tygodniowo, ale jest to zwykła fikcja.
 
 
 

 
 
 
 
     W pewnych dziedzinach gospodarki praca kilkanaście godzin na dobę jest normą (budownictwo, usługi, handel). Zmusza się ludzi do pracy 6 dni w tygodniu nie oddając potem dodatkowego dnia wolnego, ale płacąc jak za zwykły dzień pracy czy też nie przestrzega się odpowiedniej przerwy na odpoczynek (pracownicy kończą jedną zmianę o 22 a kolejną zaczynają o 6 rano). W imię zysku nie przykłada się wagi także do zasad BHP. W ubiegłym roku doszło do ponad 104 tys. wypadków w miejscu pracy, z czego 523 osoby poniosły śmierć. Całkowita liczba poszkodowanych w ostatnim dwudziestoleciu wyniosła 2 mln, z czego 12,3 tys. zginęło.[18] Wszystko to dzieje się przy ciągłym narzekaniu pracodawców na zbyt duże koszty zatrudnienia ze względu na, między innymi,  „przymus” zabezpieczania miejsca pracy.
 
 
 
 

Należy uzmysłowić sobie fakt, że właśnie takie traktowanie pracowników pozwala rządzącym chwalić się w mediach kilkuprocentowym wzrostem gospodarczym. Wszyscy ci fetyszyści wskaźników PKB etc. nie potrafią jednak, albo nie chcą, zauważyć, jakim kosztem zostają one osiągane. Co więcej, nawet tak ciężko i niesprawiedliwie wypracowany wzrost nie jest równo dzielony.
 
 
 
 
Świadczą o tym różnego rodzaju wskaźniki mierzące rozwarstwienie społeczne w Polsce. Wg OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) średni wskaźnik różnicy w dochodach (porównano zarobki 10% najbogatszych i najbiedniejszych) dla 30 najbogatszych krajów na świecie wynosi 8,9:1. Polska natomiast osiągnęła wynik 13,5:1, co jest najgorszym osiągnięciem w całej UE. Jedynie USA, Meksyk i Turcja są bardziej rozwarstwione. Gdy dołożymy do tego jeszcze parę statystyk (70% społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego, przeciętne wynagrodzenie na stanowiskach robotniczych to 56% przeciętnych wynagrodzeń na stanowiskach nierobotniczych, 26% dzieci jest zagrożonych ubóstwem z czego 750 tys. żyje poniżej minimum egzystencji[19]) pojawia się bardzo pesymistyczny obraz polskiego społeczeństwa. Przyczynia się do tego także kulejąca opieka socjalna. Zamiast zwalczać przyczyny biedy, walczy się jedynie z jej przejawami.
 
 
Zaledwie 19,2% PKB trafia na wydatki socjalne, co jest liczbą o wiele mniejszą od średniej unijnej (26,9%). Co ciekawe, w ostatnich latach doszło do ograniczenia tychże wydatków o 1,8%. Jeśli chodzi o poszczególne dziedziny: na służbę zdrowia wydajemy zaledwie niecałe 4% PKB (ponad połowę mniej niż średnia UE), na politykę prorodzinną 0,8% (najmniej w UE) a na aktywne programy rynku pracy 0,2%. Wbrew narzekaniom liberałów na rzekomo rozbudowany socjal, w Polsce jedynie 33% wydatków na zabezpieczenia pochodzi z budżetu państwa. 48% natomiast stanowią składki ubezpieczeniowe, a aż 18,8% pochodzi z innych źródeł (największy odsetek w Europie).[20]
 
 
Świadczy to o narastającej prywatyzacji opieki socjalnej, co najlepiej widać na przykładzie AWS – owskiej reformy emerytalnej czy też obecnej prywatyzacji służby zdrowia przez PO.

 
 
 
 
 
Ludzie zaczynają się także zwyczajnie bać korzystać z pomocy w instytucjach pomocowych, bowiem pracownicy socjalni coraz chętniej i częściej składają wnioski o pozbawienie praw rodzicielskich ze względu na złą sytuację materialną.
 
 
 
Ważną kwestią jest także sytuacja ruchu pracowniczego w Polsce.
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Po '89 roku większość pracowników, o ile utrzymała zatrudnienie, to straciła w prywatyzowanych zakładach jakąkolwiek pozycję. Szeregowemu robotnikowi odebrano choćby tak słabą namiastkę podmiotowości w przedsiębiorstwie, jaką było kontrolowanie tychże przez państwo, czyli w bardzo pośredni sposób przez społeczeństwo. Doprowadziło to do kolejnego, typowego dla posttransformacyjnej  gospodarki a opisywanego przez Marksa, zjawiska, czyli alienacji pracownika. Brak udziału w rządzeniu zakładem spowodował zniechęcenie do pracy, nieutożsamianie się z przedsiębiorstwem a także bardzo słabą pozycję w rozmowach z pracodawcą (czyli jednym słowem - wyobcowanie). Pomoc teoretycznie niosą związki zawodowe, ale teoria niestety często mija się z praktyką. 
 
 
Zacznijmy od tego, że poziom uzwiązkowienia w Polsce wynosi zaledwie 17%, wskaźnik aktywności strajkowej... 0%, a objęcie układami zbiorowymi dotyczy 20% pracowników.[21] Liczby te zadają kłam bezczelnym oszczerstwom ze strony Wyborczej czy Faktów o rzekomym terrorze związkowym w Polsce. Zresztą sami szefowie największych central związkowych jednogłośnie stwierdzają, że działania związkowe, na tle europejskich, są oazą spokoju. Akurat nie jest to powód do dumy, a raczej do mocnego uderzenia się w pierś. Główne centrale związkowe w Polsce – OPZZ i NSZZ „Solidarność”, są środowiskami dość hermetycznymi, mocno scentralizowanymi, upartyjnionymi i o zbiurokratyzowanym kierownictwie.
 
 
 
 
Ruchowi związkowemu oczywiście nie pomagają także w żaden sposób główne media. Kreuje się portret związkowca jako roszczeniowego półgłówka, dla którego największą rozrywką jest spalenie opony przed gmachem ministerstwa i oberwanie gazem pieprzowym po oczach.
 
 
 

To, w jaki sposób traktuje się dzisiaj chociażby związkowców ze Stoczni Gdańskiej, i to w rocznicę 20-lecia obalenia „komunizmu” świadczy jedynie o stanie moralnym polskich elit. Jest to także idealna sytuacja dla pracodawców, którym tworzy się podatny grunt dla ich malkontenctwa. Otóż podatki od pracy w Polsce wcale nie stoją na jakimś kosmicznym poziomie, jedynie dotykają nieśmiało średniej unijnej, a od 2000 roku wręcz spadły o 1,5%.
 
 
 
 
 
 
Podatki od kapitału natomiast wynoszą 22,8%  i ustaliły się zdecydowanie poniżej średniej UE[22]. Można więc stwierdzić, że pracodawcy narzekając ciągle na wysokie koszty pracy próbują jedynie wymusić szantażem ekonomicznym jeszcze większe zyski dla siebie, a koszty tego działania przerzucić na pracowników przyczyniając się do ciągłej pauperyzacji tychże. A o tym, że owa pauperyzacja przyjmuje wręcz tragiczne formy niech świadczy kolejna zdobycz polskiego kapitalizmu.
 
 
 
 
 
Mieszkanie prawem, nie towarem!
 
 
 
 
O ile utrata pracy oznacza w krwiożerczo – kapitalistycznej, polskiej rzeczywistości ogromny spadek społeczny i zagraża popadnięciem w wielkie zniechęcenie, co jest z kolei pierwszym krokiem do depresji, o tyle stanie się bezdomnym jest praktycznie jednoznaczne z wykluczeniem poza margines społeczeństwa. Literatura psychologiczna wspomina o syndromie bezdomności, który przejawia się niemożnością poradzenia sobie z trudną sytuacją życiową, brakiem pomysłu na dalsze życie, utratą motywacji do podjęcia jakichkolwiek działań. Co zatem dzisiejsze państwo robi, żeby pomóc takim osobom? A może inaczej – co robi, żeby zapobiec zjawisku? Otóż niewiele. Oczywiście nie ma żadnych oficjalnych danych na temat liczby osób dotkniętych tą społeczną patologią. Szacunkowe statystyki podają dane w granicach od 50 tys. do pół miliona.[23] Jednak od owych statystyk bardziej szokujący jest fakt, że liczba ta stale rośnie, zamiast maleć. Przyjrzyjmy się zatem przyczynom.
 
 
 
Oczywiście głównymi powodami utraty dachu nad głową po '89 roku były masowe zwolnienia spowodowane dziką prywatyzacją oraz  likwidacja hoteli pracowniczych. Jednak warto nieco szerzej spojrzeć na mieszkaniową politykę państwa.
 
 
 
W czasach obrzydzanego nam obecnie PRL – u, szczególnie w epoce Gierka, oddawano do użytku średnio 200 tys. mieszkań rocznie (w rekordowym roku '78 nawet 283 tys.[24]). Jednak solidarnościowa i postsolidarnościowa władza w żaden sposób nie chciała oraz nie chce nawiązywać do wielu prospołecznych działań mających miejsce w minionym systemie, a zatem... w zeszłym roku powstało... 143 tys. mieszkań[25], co ciekawsze – głównie domów jednorodzinnych oraz drogich mieszkań budowanych przez firmy deweloperskie. O horrendalnych cenach metra kwadratowego na wolnym rynku nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Dlatego też zadaniem rządu powinno być wzmożone budownictwo komunalne. Niestety jest wręcz przeciwnie. Od 20 lat robi się wszystko, aby pozbyć się zbędnego balastu minionej epoki. Zaczęło się od rozdawania za bezcen mieszkań komunalnych (bo tak można nazwać sprzedaż za 5-10% wartości).
 
 
Jest to tym bardziej barbarzyńskie, ponieważ owe mieszkania były budowane trudem całego polskiego, powojennego społeczeństwa za pieniądze pochodzące ze składek odciąganych z pensji. Gminy uznały jednak, że stworzone w czasach PRL – u mieszkania to jedynie niepotrzebny kłopot, który trzeba jak najszybciej sprywatyzować. W ten sposób oddano kilkaset tysięcy mieszkań gminnych i ponad milion zakładowych. Owe urynkowienie spowodowało, że ceny czynszów poszybowały w górę. Ludzie przestali płacić, bowiem najzwyczajniej w świecie nie było ich na to stać. Przeciętna Polska rodzina wydaje na opłaty mieszkaniowe ok. 25% swoich dochodów, natomiast w gospodarstwach jednoosobowych, zwłaszcza wśród emerytów, liczba ta wzrasta do 50%.[26] Wszystko to powoduje zmianę struktury miast, w szczególności Warszawy. Obecnie przypomina ona bowiem latynoskie połączenie slumsów z dzielnicami dla bogaczy (w Warszawie istnieje ok. 200 strzeżonych, monitorowanych, odgrodzonych osiedli, a dla porównania w Berlinie zaledwie kilka).
 
Blokada eksmisjiBlokada eksmisji
 
Działający w Polsce ruch lokatorski donosi non stop o przypadkach łamania praw lokatorskich, eksmisjach, szantażach kamieniczników podwyższeniem czynszu etc. Wartym podkreślenia jest także to, jak święte prawo własności stało się już dawno ważniejsze od prawa do ludzkiej godności czy wręcz do życia. Najdobitniej widać to właśnie na przykładzie działań właścicieli budynków względem ich lokatorów. Można wspomnieć chociażby o lipcowych wydarzeniach z Lublina. Niezamożna rodzina, której skończył się okres najmu, otrzymała od kamienicznika rozkaz natychmiastowego opuszczenia lokalu. Z tego względu, że owe małżeństwo z małym dzieckiem nie miało dokąd i za co się wyprowadzić (czekali bowiem na przydział mieszkania socjalnego), nie spełnili „prośby” właściciela. Ten więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce – wyważył drzwi, zdemolował mieszkanie a próbującą bronić swojego dobytku lokatorkę poturbował.
 
 
Interwencja policji była równie karygodna. Panowie policjanci stwierdzili, że właściciel może robić na swoich włościach co mu się żywnie podoba. Owa sytuacja to dowód na nie tylko całkowity upadek człowieczeństwa i jakiejkolwiek ludzkiej empatii, ale także pogwałcenie prawa lokatorskiego – właściciel nie może sam wyegzekwować eksmisji, musi mieć na to nakaz sądowy, a eksmisje przeprowadza komornik. Ale cóż, wiadomo przecież, że postępowanie sądowe trwa i kosztuje. A w dzisiejszej codzienności czas to pieniądz.
 
 
 
O tym, do jakich skrajności gotowi są zniżyć się właściciele może świadczyć głośny przykład z Mińska Mazowieckiego. Przeprowadzano eksmisję starszego, chorego na raka, mężczyzny, któremu nie pozostało zbyt wiele dni życia. Aby usprawnić sobie usunięcie niepotrzebnego balastu, przywiązano na wpół żywego człowieka do łóżka i razem z meblem wyniesiono z mieszkania. Mężczyzna na następny dzień zmarł.
 
 
 
Nieludzkie traktowanie lokatorów przez prywatnych właścicieli to jedna strona medalu. Nie lepiej postępują gminy zarządzające tą resztką mieszkań komunalnych, jaka pozostało po prywatyzacji i reprywatyzacji. Za przykład niech posłuży nam Hanna Gronkiewicz – Waltz, znana skądinąd miłośniczka zabaw z gazem pieprzowym, który czasem niepostrzeżenie trafia prosto w oczy i płuca protestujących Warszawiaków. Otóż miasto stołeczne Warszawa obiecywało swego czasu przeznaczyć każdą złotówkę z, wyśrubowanych do granic możliwości, czynszów na remonty kamienic. Co się jednak okazało, przychód z podwyższonych opłat wyniósł 29 mln zł, natomiast na remonty w zatwierdzonym już budżecie przeznaczono... 13 mln.[27]
 
 

Ogromnym problemem jest również stan mieszkań socjalnych, czyli tych, do których trafiają ludzie po eksmisji. Po tragedii w Kamieniu Pomorskim (pożar hotelu socjalnego) nie zmieniło się w tej kwestii nic. Na jaw wychodzą kolejne doniesienia o makabrycznych, urągających jakimkolwiek standardom, warunkach panujących w tych miejscach. Ostatnio natomiast cała uwaga działaczy lokatorskich skupia się na Bytomiu i wyczynach tamtejszego prezydenta (należącego swoją drogą do Platformy OBYWATELSKIEJ).
 
 
 
Mianowicie ów włodarz, Piotr Kaja, zamierza stworzyć osiedle kontenerów, które mają zastąpić mieszkania socjalne. Powstanie zatem nic innego, jak swoiste getto biedy i źródło nowych patologii społecznych. Widocznie trudno było wziąć pozytywny przykład z Rudy Śląskiej, gdzie niszczejące pustostany zamienia się w mieszkania socjalne, a przy remontach pracują również osoby zagrożone eksmisją. 
 
 
 
Mówiąc o sprawach lokatorów nie można nie wspomnieć o działającym ruchu lokatorskim. Takie stowarzyszenia jak Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej czy Lewicowa Alternatywa odgrywają ważną rolę broniąc praw mieszkańców, organizując manifestacje, blokując eksmisje. Niestety, jest to jedynie kropla w oceanie potrzeb. Oficjalne media oczywiście w żaden sposób nie wspomagają działań lokatorów, a wręcz przeciwnie – ukazują negatywny obraz ofiar i stających w ich obronie społeczników jako darmozjadów, którzy chcieliby państwowego rozdawnictwa czy przekazywania majątku publicznego. Niestety dla mainstreamowej propagandy – nie jest to prawda. Ruch lokatorski walczy bowiem o prawo do dachu nad głową dla każdego mieszkańca, a nie o prawo do własności mieszkania. Polepszenia sytuacji na rynku doszukuje się we wzmożonym budownictwie komunalnym i tworzeniu społecznych zasobów mieszkaniowych, nad którymi władzę sprawowałyby gminy. Niestety, trudno dostrzec takie perspektyw na przyszłość.
 
 
Rządzące elityee nie chcą bowiem w żaden sposób być konkurencją dla deweloperów oraz dla wszechmocnych banków, dla których wysokie ceny mieszkań są zbawienną sytuacją, bowiem pchają ludzi w pułapki kredytowe, co jest równoważne z ogromnymi zyskami finansjery.
 
 
 
 
Kościół katolicki.
 
 
 
Mówiąc o społecznych konsekwencjach przemiany ustrojowej w Polsce nie sposób pominąć kwestii duchowości Polaków. Jednak po krótkim zastanowieniu zapala się w głowie żarówka wątpliwości. Czy mówiąc o kościele katolickim rzeczywiście poruszymy kwestię duchowej przemiany w narodzie po '89? Niekoniecznie. Kler bowiem postawił sobie inne zadanie, aniżeli wspieranie swoich owieczek w trudnych czasach, pełnych wyzysku i przemocy ekonomicznej. Przybrał rolę głównego ideologa zasymilowawszy się całkowicie z władzą. Udało mu się to w banalnie prosty sposób. Stworzono mit organizacji, która w ciężkich i bezbożnych czasach „komuny” walczyła razem z opozycją o Polskę wolną, demokratyczną i mlekiem oraz miodem płynącą. O tym, jakże to wszystko jest naciągane, mogą świadczyć niemałe kłopoty lustracyjne episkopatu. Nie dość, że co chwila wyciągane są na światło dzienne kolejne przypadki współpracy księży z SB, to dotyczą one w dodatku najważniejszych nazwisk.
 
 
Prałat Henryk Jankowski
 
 
Ostatnio kompromitacja sięgnęła zenitu, bowiem okazało się, że chętnie donosił nie kto inny, jak kapelan Solidarności – prałat Jankowski (pseudonim Delegat oraz Libella). Wspominam o tym po to, aby podkreślić jedynie obłudę hierarchii katolickiej, która potrafi się dogadać z każdym, jeżeli tylko upatrzy w tym swój interes.
 
 
 
 
 
 
 
 
O  ile Kościół za czasów PRL – u dogadywał się z władzą, tak teraz posiada jedynie żądania i roszczenia, które rząd musi spełnić. O tym, jakie owa sytuacja niesie negatywne skutki, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Notoryczne łamanie konstytucyjnego rozdziału państwa od kościoła a także konkordatowej niezależności obu tych podmiotów, skazuje obie powyższe ustawy na pośmiewisko. III RP przyniosła bowiem całkowitą bezkarność panów w czarnych sukienkach. Stało się tak dlatego, że konkordat wprowadził pojęcie prawa kanonicznego. Co ten zapis oznacza w praktyce? Dajmy na to taki Caritas – organizacja obracająca co roku ogromnymi kwotami pieniędzy jest obecnie organizacją prawa kanonicznego. Państwo de facto nie ma prawa wtykać swojego nosa w liczne interesy Caritasu. Co więcej, z 46 istniejących Caritasów 26 uznano za organizacje pożytku publicznego. Oznacza to, iż mogą one przyjmować od państwa zlecenia na organizowanie dożywiania dzieci (oraz kolonii i zimowisk), prowadzenie stołówek i schronisk dla bezdomnych. Na ich konto można również wysyłać 1 procent odliczenia od podatku PIT. Taka działalność wymaga jednak rozliczania się z dotacji, czyli składania odpowiednich sprawozdań finansowych.
 
 
I Caritas to robi, a dokładnie... jeden oddział Caritasu. Pozostałe 25 ma gdzieś polskie prawo, którego zresztą nikt nie śmie od nich egzekwować. Warto w tym miejscu dodać, że owy brak kontroli państwowej nad katolickimi biznesami doprowadził do głośnej afery Stella Maris. Źródłem pomysłu prania brudnych pieniędzy w tym wydawnictwie był fakt, że instytucje kościelne pozbawione są obowiązku płacenia podatku za swoją działalność.
 
 
 
Jeszcze bardziej bulwersującym przykładem rażącego łamania prawa państwowego na rzecz kanonicznego jest kwestia ochrony danych osobowych. Jak wiadomo, Kościół katolicki posiada ogromne zbiory danych o swoich owieczkach. Okazuje się jednak, że państwo zrzeka się jakiejkolwiek kontroli nad tymi informacjami i co za tym idzie – ich ochrony, bowiem w myśl prawa kanonicznego (sic!) „archiwum powinno być zamknięte, a klucz do niego winien mieć tylko biskup i kanclerz, a do tajnego archiwum tylko biskup” (kanony 487 oraz 490 kodeksu prawa kanonicznego). Takiej oto właśnie „argumentacji” użył Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych w instrukcji z 23 września dotyczącej ochrony(?!) danych osobowych w działalności kościoła katolickiego w Polsce. Jeszcze bardziej precedensowym przypadkiem łamania prawa państwowego jest sprawa apostatów, czyli osób, które zrezygnowały z członkostwa w tej organizacji. Otóż owym nikczemnikom „nie przysługuje prawo żądania usunięcia danych osobowych z ksiąg kościelnych” (kanon 535 KPK). Ustawa o ochronie danych osobowych oczywiście milczy przyjmując za obowiązujące w Polsce prawo owy cytat z kościelnego dokumentu.
 
 
 
Szalenie mocna pozycja kościoła w Polsce nie przejawia się jedynie możliwością formowania prawodawstwa pod siebie, ale także niebywałą hojnością państwowego budżetu, co kosztuje co roku ok. 5 mld zł. Dzieląc tę kwotę pomiędzy wszystkich obywateli naszego kraju otrzymujemy wynik 131 zł rocznie, które każdy z nas przeznacza bez swojej zgody, a często i wiedzy, na utrzymanie tej podobno niezależnej od państwa organizacji.
 
 
 
Drugą ważną kwestią działalności kościoła katolickiego w czasach „wolnej” Polski jest jego rola głównego dowódcy sił ideologicznych. Episkopat używając od 20 lat jednego argumentu – rzekomego odsetka katolików w społeczeństwie (słynne „ponad 90%”) rości sobie prawo do bycia sumieniem narodu. Pominę tu jednak kwestię hipokryzji (jakim prawem organizacja o tak brutalnej przeszłości i równie nieczystej teraźniejszości chce decydować o trzonie moralnym narodu?), a zajmę się wyjątkową szkodliwością społeczną takiej sytuacji. Prowadzi ona bowiem do powstawania państwa wyznaniowego, gdzie jakiekolwiek zasady zdrowego, pluralistycznego i wolnego światopoglądowo społeczeństwa są łamane notorycznie.
 
 
Środowiska laickie podnoszą larum już od dłuższego czasu, jednak ich racjonalną postawę kwituje się rzekomą postkomuszą mentalnością czy jakimś innym równie niedorzecznym, aczkolwiek zabawnym, epitetem/neologizmem. Prowadzi to jednak do zaniku jakiejkolwiek dyskusji na temat roli kościoła w społeczeństwie. A jest o czym rozmawiać. Patologie, jakie przyniosła ze sobą klerykalizacja, można mnożyć w nieskończoność. Począwszy na niby mało ważnym zapisie w ustawie medialnej o wspieraniu wartości chrześcijańskich, a skończywszy na jednej z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Europie lub wliczaniu religii do średniej ocen. Prowadzi to jedynie do wykluczenia całej masy ludzi (ateistów, bezwyznaniowców lub nie-katolików) z głównego nurtu życia społecznego.
 
 
Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że owa ideologiczna działalność kościoła przybiera postać, jakby to ujął Gombrowicz, upupiania społeczeństwa. Dobitnie wyraził się na ten temat Tadeusz Bartoś (teolog, były dominikanin, który od momentu zrzucenia habitu jest notorycznie atakowany przez środowiska katolickie): „Jesteśmy dorosłymi ludźmi, biskupi tymczasem ciągle usiłują sprowadzać społeczeństwo do pozycji dzieci, które nie wiedzą, i trzeba im wyjaśniać, jak mają żyć”(Fakty i Mity, nr 42)
 
Dalsza część artykułu

Społeczność

LENIN