Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 30 gości.

Ewa Balcerek: Kim jest robotnik?

Otto Griebel  Die Internationale 1930.jpg

„Mam takie pytanie, które powstało na skutek pewnej dyskusji mianowicie: kim jest robotnik? Czy osoby pracujące w transporcie lub branży spożywczej są robotnikami? Kierowca busa i pracownik masarni na przykład.”
Pytanie przesłane przez użytkownika Lewą Marsz.
Odpowiedź na pytanie przesłane do redakcji "Władzy Rad" chcieliśmy skonsultować z towarzyszami redagującymi stronę "Dyktatura Proletariatu", tymczasem tam, na bazie pytania, powstał bardzo ciekawy, obszerny tekst Ewy Balcerek, który publikujemy za stroną www.dyktatura.info
 
 

Kim jest robotnik?
 

Kusi mnie odpowiedź w stylu dialektycznie myślącego, chińskiego mędrca – „To zależy!” Właściwa odpowiedź jest bowiem uzależniona od tego, kim jest zadający pytanie… I jakiej odpowiedzi oczekuje…
 
Byłaby to skądinąd odpowiedź najlepiej pasująca do klasyków marksizmu, wziąwszy pod uwagę to, że ich teoria miała cele praktyczne, a nie wyłącznie ściśle naukowe.
 
 
Preambuła

Z pojęciem robotnika, w naszej kulturze językowej, łączymy takie cechy, jak wykonywanie pracy fizycznej. W tym sensie oba wymienione przez zadającego pytanie zawody są zajęciami fizycznymi, czyli ich wykonawcy są robotnikami. Jednak wszystkie zajęcia można raczej uszeregować w zależności od zawartości w nich elementu pracy fizycznej i umysłowej, niż przedzielić grubymi kreskami, a więc różnią się między sobą zawartością składowej fizycznej. Ponadto, zajęcia o charakterze fizycznym są uważane za mniej prestiżowe niż zajęcia o charakterze umysłowym, czyli zaszeregowanie do kategorii „robotnik” może być odczuwane, w przypadku, np. kierowcy busa, jako deprecjonujące. Pojęcie „robotnik” zawiera ponadto odczucie niesamodzielności w wykonywaniu pracy, bycia tylko narzędziem, zaś zawody, w których nie ma ciągłego nadzoru (jak w przypadku kierowcy), również oddalają się od kreski oznaczającej czystą kondycję robotniczą.
 
Nie zawsze tak było, i nie chodzi mi tylko o okres PRL, ponieważ akurat wtedy pojęcie robotnika nie wiązało się jakoś szczególnie z poczuciem szacunku. U progu epoki industrialnej niektóre kategorie robotników natomiast cieszyły się powszechnym szacunkiem i uczestniczyły w ożywieniu kulturalnym swoich społeczeństw. Społeczeństwo burżuazyjne rychło jednak wyczerpało zasoby, które jako rezerwa minionych wieków posłużyły akumulacji kapitału i sprowadziło robotników do poziomu pauprów, określanych przywróconym do życia mianem proletariatu.
 
Z tego względu, można by powiedzieć, że robotnikiem jest ten, kto spełnia warunek wykonywania pracy fizycznej i podporządkowanej, oraz poczuwa się do bycia robotnikiem. Poczucie bycia robotnikiem wiąże się nie tyle z codziennym samokatowaniem się poczuciem podrzędności, ale na solidarności z podobnymi sobie robotnikami, łącznie tworzącymi klasę robotniczą, która nie jest prostym agregatem składających się na nią ludzi, ale nową jakością społeczno-ekonomiczno-polityczną.
Ponieważ jednak historycznie tak się złożyło, iż klasa robotnicza wiąże się z ideologią ruchu robotniczego i z socjalizmem, poczuwanie się do takiej wspólnoty jawi się współcześnie, w wyniku zmasowanej ofensywy propagandowej ostatnich 30 lat, jako niezbyt atrakcyjne. Przynajmniej w naszym kraju.
 
Bo już, np., coroczne, brytyjskie badania na temat poczucia przynależności do klasy robotniczej ukazują, że chociaż zaledwie 25% społeczeństwa wykonuje obecnie pracę rutynową i fizyczną, to 60% Brytyjczyków wciąż uważa siebie za przynależnych do klasy pracującej, co jest opisywane jako zjawisko pozostawania „mentalnie robotnikiem”, którego nie odmieniły gwałtowne wszak zmiany na rynku pracy (https://www.theguardian.com/society/2016/jun/29/most-brits-regard-themselves-as-working-class-survey-finds). Można by twierdzić, że wynika to z faktu, iż working class ma znaczenie szersze niż nasze „klasa robotnicza”, przez co mniej stygmatyzujące, jednak badanie pokazuje, że identyfikacja wynikała właśnie z poczucia zaostrzającej się opozycji między nielicznymi bogatymi a resztą społeczeństwa oraz z poczucia, że obecnie trudniej dokonać przejścia między klasami. Odczucia nie zmieniał diametralnie fakt posiadania pracy kwalifikującej respondenta do tzw. klasy średniej. Odpowiadający utożsamiający się z working class częściej utożsamiali się jednocześnie z wartościami konserwatywnymi.
 
Wskazuje to na obecne znaczenie czynnika samoidentyfikacji w określaniu przynależności klasowej.
 
Dzięki czemu robimy tu pętlę i wracamy do naszego sceptycznego nieco podejścia do zadanego pytania, które to podejście okazuje się nie tak bardzo pozbawione podstaw ani dziwaczne, jakby na to wyglądało z pozoru.
 
 
Krótkie wprowadzenie

Pytanie o to, kim jest robotnik nabrało dla młodszego pokolenia lewicy sensu dopiero wtedy, kiedy powoli, po niemal 30 latach usilnej propagandy, zaczął ustępować aksjomat o tym, że definicja klasy robotniczej wyczerpuje się na tym, że jest to klasa, która jakoby zdradziła socjalizm. Propaganda ta była wygodnym samousprawiedliwieniem nie tylko dla byłych zarządców i propagandystów ostatnich lat PRL, ale i dla tzw. nowej radykalnej lewicy, która ochoczo przyjmowała kapitalistyczną transformację w imię skalkowanego z Zachodu, implantowanego w kraju poprzez emisariuszy radykalno-lewicowych konkwistadorskich partii-matek, głównie posttrockistowskiego chowu, entuzjazmu dla demokracji bezprzymiotnikowej, czyli… burżuazyjnej. Zachodnia lewica już dawno rozmyła pojęcie klasy robotniczej w szerokim pojęciu klasy pracowniczej, odzwierciedlającym zanik samodzielności ruchu robotniczego wobec pozostałych ruchów społecznej kontestacji, wychodzących od sprzeczności innych niż sprzeczność między społecznym charakterem wytwarzania a prywatnym sposobem zawłaszczania wytworzonego produktu. Zaś rodzima opozycja demokratyczna z trudem ukrywała co najmniej niechęć do klasy robotniczej, wdrażając się w rolę przyszłych filantropów.
 
Pojęcie historycznie ukształtowane

Problem definiowania pojęcia „robotnik” czy „klasa robotnicza” polega na tym, że to pojęcie kształtowało się historycznie, natomiast współczesne próby definiowania go w ugłaskanej postaci „klasy pracowniczej”, na podstawie wyrwanego kryterium, jakim jest pozostawanie w najemnym stosunku pracy, świadomie abstrahują od szerszego kontekstu, w jakim to pojęcie się ukształtowało. Jest to więc podejście ahistoryczne.
Już w pracy pt. Położenie klasy robotniczej w Anglii F. Engels skupiał uwagę na klasie, która kształtowała się w wyniku niczego innego, jak procesu industrializacji. Co więcej, ukazał ewolucję, jakiej ulegali tkacze mieszkający na wsi, na drobnym kawałku ziemi, którzy wraz z rodzinami zajmowali się przędzeniem i tkaniem bawełny w celu sprzedaży swej produkcji pośredniczącemu agentowi organizującemu cały proceder, skupiający wielu podobnych sobie wytwórców przędzy.
 
Dla F. Engelsa, rzecz nie ulega wątpliwości: „Historia klasy robotniczej Anglii rozpoczyna się w drugiej połowie ubiegłego stulecia wraz z wynalezieniem maszyny parowej i maszyn do przeróbki bawełny. Wynalazki te stały się, jak wiadomo, bodźcem do rewolucji przemysłowej, rewolucji, która przeobraziła zarazem całe społeczeństwo obywatelskie… Przed wprowadzeniem maszyn przędzenie i tkanie surowców odbywało się u ROBOTNIKA w domu. … mógł często tkacz odłożyć nieco grosza i wziąć w dzierżawę mały kawałek gruntu, który uprawiał w wolnych chwilach – a miał ich tyle, ile sam chciał, gdyż tkać mógł, kiedy chciał i jak długo miał ochotę. Niewątpliwie był on marnym rolnikiem, niedbale prowadził swoje gospodarstwo rolne i rzeczywistych dochodów miał z tego niewiele; ale za to NIE BYŁ PRZYNAJMNIEJ PROLETARIUSZEM, … był osiadły i stał w społeczeństwie o stopień wyżej niż dzisiejszy robotnik angielski” (F. Engels, Położenie klasy robotniczej w Anglii, MED, t. 2, s. 280-181 – podkr. EB). Nie ma więc wątpliwości, że wedle Engelsa klasa robotnicza RODZI SIĘ właśnie wówczas i że jest to proces związany z rozwojem przemysłu. Charakterystyczne, że Engels nazywa już „protorobotnika”, wiejskiego tkacza, robotnikiem, co wskazuje na swoistą i silnie sprofilowaną genealogię tego pojęcia.
 
Ani kapitalizm, ani robotnik nie narodzili się więc w II połowie XVIII wieku. Jednak industrializacja miała przełomowe znaczenie dla tego systemu produkcji, rodząc KLASĘ ROBOTNICZĄ, w przeciwieństwie do wcześniej istniejącej, dość marginalnej grupy społecznej zajmującej się tkactwem jako szacownym zajęciem w społeczności wiejskiej. Przywiązany do fabryki robotnik przemysłowy natomiast stał się dodatkowo proletariuszem, podobnie jak proletaryzacji uległy również inne grupy społeczne, nie stające się wszakże, przez to, klasą robotniczą.
 
Wyróżniona pozycja klasy robotniczej polega na jej swoistym i bezpośrednim związku z kapitalistą przemysłowym, z którym wspólnie stanowią trzon nowej formacji. Powstanie nowej formacji społeczno-ekonomicznej miało wpływ na wszystkie grupy społeczne, przekształcając ich formy egzystencji wedle reguł rynkowych, ale nie włączając ich do mechanizmu napędowego owej formacji.
 
K. Marks, w Kapitale, także prowadzi swój wywód w oparciu o stosunki fabryczne, ukazując już dalszy etap ewolucji opisanej przez Engelsa organizacji pracy. Także i jemu nie przychodzi na myśl, aby zilustrować swój wywód innymi rodzajami prac najemnych. Zdefiniowanie klasy robotniczej wedle Kapitału Marksa wymagałoby zacytowania tej pracy niemal in extenso.
 
„Nowocześni” interpretatorzy Marksa powołują się na jego faktycznie zawarte w Kapitale odniesienie do innych zawodów, które opierają się na pracy najemnej, traktując je jako legitymizację swej opinii, że są to również prace o charakterze produkcyjnym. Abstrahują przy tym od filozoficznej zawartości teorii Marksowskiej, która nie da się sprowadzić do czystego prekursorstwa współczesnej socjologii. W tej sytuacji bowiem traci znaczenie rozróżnienie na pracę produkcyjną i nieprodukcyjną. I faktycznie, na cóż potrzebne jest dziś owo rozróżnienie? Niektórym wydaje się, że służy ono nieuzasadnionemu wywyższaniu jednego rodzaju pracy nad drugi, w ramach bałwochwalczego kultu „robociarstwa” połączonego z niechęcią do wszystkiego, co pachnie „inteligenckością”. Dzisiejsza lewica odsyła te kwestie do lamusa jednym ruchem ręki, które w ogóle pozbawia zagadnienie sensu, stwierdzając, że pracy nadano niezasłużoną wartość kosztem „prawa do lenistwa”, czyli, faktycznie, do swobodnego rozwoju swojej osobowości. Dodajmy – niezależnie od klasowego charakteru społeczeństwa.
 
Tego typu postawa rozwiązuje na sposób kwietystyczny wszelkie problemy społeczne, a w szczególności nie rozwiązuje żadnego, tylko pozbawia je znaczenia. Można by rzec, że lewica, wyzwolona z presji ruchu robotniczego, ma możliwość niezakłóconego, spontanicznego i w pełni naturalnego rozwoju swego potencjału intelektualnego i organizacyjnego. Efektem jest zniesienie problemu klasowości na rzecz koncepcji jednostkowego rozwoju duchowego.
 
Waga pytania

Ważne jest więc pytanie o to, dlaczego spór o definicję klasy robotniczej ma znaczenie dla walki lewicy o emancypację społeczną. Młode pokolenie lewicy zostało wychowane w błogim przeświadczeniu, iż w warunkach dezindustrializacji jest to kwestia anachroniczna, przestarzała, nie mająca odniesienia do bieżącej walki klasowej, a zajmowanie się nią jest przejawem ślepego dogmatyzmu, co niebezpiecznie zbliża „dogmatyków” do koncepcji stalinowskich, czyli z definicji wykluczających z „dobrego towarzystwa”.
 
Spektakularny krach radykalnej lewicy na wszelkich polach reformistycznej gry politycznej spowodował, że krytycznie nastawione, młodsze pokolenie lewicy, zaczęło kwestionować oczywistości (dogmaty?) swych poprzedników. Jako efekt uboczny mamy powrót nurtów neostalinowskich, które nieoczekiwanie zyskały sobie zwolenników wśród młodego pokolenia. Poparcie powracającej klasy robotniczej dla populistycznej prawicy również obudziło popyt na wyjaśnienie tej kwestii drogą zrewidowania dotychczas obowiązujących aksjomatów.
 
Dwa aspekty zagadnienia

Zagadnienie ma dwa aspekty. Jednym jest zdefiniowanie klasy robotniczej w ujęciu historycznym, o czym była mowa wyżej. Drugim – zróżnicowanie klasy robotniczej według kryterium produkcyjności wykonywanej przez nich pracy.
 
Wychodząc od definicji robotnika jako kogoś, kto wykonuje pracę materialną i fizyczną, możemy przejść do różnicowania na robotnika sfery produkcyjnej i nieprodukcyjnej. Tutaj kryterium jest stosunek do przyrody. A także rozróżnienie, poczynione przez Marksa za klasykami ekonomii, na bogactwo i wartość.
 
I tak, Marks w Kapitale (t. I, MED, s. 602-603) pisze: „Z początku … rozpatrywaliśmy proces pracy abstrakcyjnie, niezależnie od jego form historycznych, jako proces zachodzący między człowiekiem a przyrodą. … Jeżeli proces pracy jest czysto indywidualny, to ten sam robotnik łączy w sobie wszystkie funkcje, które potem oddzielają się od siebie. Przywłaszczając sobie indywidualnie przedmioty przyrody dla swych celów życiowych, kontroluje on sam siebie. Później jego kontrolują. … Produkt przekształca się w ogóle z bezpośredniego produktu indywidualnego wytwórcy w społeczny, wspólny produkt robotnika łącznego, tzn. kombinowanego personelu roboczego, którego poszczególni członkowie stoją bliżej lub dalej od bezpośredniego oddziaływania na przedmiot pracy. A zatem wraz z rozwojem kooperacyjnego charakteru procesu pracy rozszerza się siłą rzeczy pojęcie pracy produkcyjnej i jej przedstawiciela, robotnika produkcyjnego. Ażeby pracować produkcyjnie, nie trzeba już teraz samemu przykładać ręki. Wystarczy być organem robotnika łącznego i pełnić którąkolwiek z jego podfunkcji. Przytoczone wyżej początkowe określenie pracy produkcyjnej, wyprowadzone z samej istoty produkcji materialnej, pozostaje nadal słuszne w stosunku do robotnika łącznego, rozpatrywanego jako całość. Ale nie stosuje się już do każdego z jego członków, wziętego z osobna” (s. 602-603 – podkr. EB). Widać tu wyraźnie, że Marks wiąże pojęcie pracy produkcyjnej ze sferą produkcji materialnej, o czym świadczy odwołanie do relacji między człowiekiem a przyrodą w przypadku prostej produkcji towarowej, która to relacja pozostaje słuszna i po przejściu do bardziej złożonego sposobu produkcji, w którym podkreśla się materialny charakter produkcji. Ponadto, Marks podkreśla, że cecha produkcyjności pracy, odnosząca się do robotnika łącznego, nie przenosi się na poszczególnych członków tej całościowej postaci.
 
Ale czytajmy dalej: „Z drugiej jednak strony zwęża się pojęcie pracy produkcyjnej. Produkcja kapitalistyczna jest nie tylko produkcją towaru, jest ona przede wszystkim produkcją wartości dodatkowej. … Produkcyjny jest tylko ten robotnik, który wytwarza wartość dodatkową dla kapitalisty, czyli służy samopomnażaniu kapitału” (s. 603).
 
Tutaj często szuka się poparcia dla tezy, iż produkcyjna jest wszelka praca, która pomnaża kapitał. Zauważmy jednak, że Marks nie formułuje zdania w ten sposób; nie pisze wszak: produkcyjny jest każdy robotnik, który wytwarza wartość dodatkową dla kapitalisty, ale „tylko ten robotnik, który wytwarza wartość dodatkową dla kapitalisty”. Biorąc pod uwagę to, co zostało powiedziane wyżej i to, co przynosi nam drugi cytat z Marksa, mamy warunek pracy produkcyjnej, który głosi, że jest to praca, która spełnia dwa kryteria: jest produkcją materialną (tworzy towar) oraz przynosi wartość dodatkową kapitaliście.
 
Można tu, dla przybliżenia kwestii, powołać się na rozróżnienie między gospodarką rzeczywistą a wirtualną (sfera finansów). Bogactwo fizycznych dóbr materialnych, zaspokajających potrzeby społeczne, stanowi domenę sfery produkcyjnej. Natomiast sfera wartości stanowi nadbudowę nad produkcją dóbr materialnych, która decyduje o podziale owych dóbr i tytułów własności, które – chociaż dziś wirtualne – stanowią o podziale dóbr fizycznych, realnych, w przyszłości, w przyszłym podziale. Marks określa to w ten sposób, że wartość jest stosunkiem społecznym.
 
Krytycy Marksa twierdzą, że wprowadzając koncepcję wartości jako zasadniczą kategorię swojej ekonomii, wkłada w nią coś z gruntu naddatkowego, co niczemu w pozytywnej nauce ekonomii nie służy. Trudno się dziwić burżuazyjnym krytykom, że tak twierdzą. Kategoria wartości mówi bowiem o klasowym stosunku zawłaszczania tytułów do przyszłego podziału dóbr jak najbardziej realnych (nie wirtualnych). Dziwić może tylko wrogi lub co najmniej lekceważący stosunek niby lewicy do tej kwestii – ale w sytuacji, kiedy jej znacząca część przeszła na pozycje reformizmu w ramach stosunków kapitalistycznych, to zdziwienie jest co najmniej objawem naiwności.
 
Podziały w obrębie klasy robotniczej

Kontynuując nasze rozważania o pracy produkcyjnej, zauważmy, że robotnik sfery nieprodukcyjnej wytwarza wartość dodatkową, spełniając jedno z dwóch kryteriów pracy produkcyjnej, przytoczonych wyżej. Praca ta jednak ma charakter poniekąd „wirtualny”, podobnie jak cała owa sfera, podobnie jak i całość dziedziny wartości, która nie materializuje się w konkretnych dobrach materialnych (stale zderzamy się z paradoksami wyceny usług, których koszt wytworzenia nie uzasadnia narzuconej ceny). Dopóki jednak sfera rzeczywista gospodarki funkcjonuje sprawnie, wartość dodatkowa, wypracowana w sferze nieprodukcyjnej, wymienia się na dobra materialne sfery produkcyjnej oraz materialne usługi. Natomiast sfera produkcyjna zawsze wytwarza dobra materialne, które stanowią bogactwo społeczeństwa, jednak z uwagi na klasowy podział tytułów własności, czasami bogactwo to ulega zmarnowaniu.
 
W sferze nieprodukcyjnej mamy do czynienia z „produkcją” tytułów własności, które przysługują kapitaliście, ale ich realizacja jest uzależniona od stanu gospodarki realnej, czyli od stanu sfery wytwórczości produkcyjnej, materialnej. Problem ten jest komplikowany przez nakładanie się na stosunki wewnętrzne stosunków na międzynarodowym rynku zbytu i w międzynarodowym podziale pracy. A więc, owa zależność między krajową produkcją materialną a niematerialną jest zapośredniczana przez wpływy stosunków międzynarodowych, co tłumaczy dlaczego czynniki całkowicie niby spoza zakresu gospodarki, jak np. wojna, są ściśle i obiektywnie uzależnione od stanu rywalizacji gospodarczej.
 
Podobnie, jak sfera finansowa panuje nad rzeczywistą gospodarką (co wydawałoby się dziwne, gdyby nie było normalną praktyką), tak zasady teorii wartości panują nad sferą wytwórczości materialnej, co najlepiej widać na przykładzie produkcji surowców, która może być błogosławieństwem lub przekleństwem w zależności od przesłanek politycznych, określających charakter faktycznie obowiązujących stosunków własności i dominacji.
 
Niespójne pojęcie „klasy pracowniczej”

Na spójności „klasy pracowniczej” cieniem kładą się wzajemne sprzeczności, naturalne w tak niejednorodnej grupie. Sfera finansowa zdobyła dominację nad sferą produkcyjną i cała jej siła zależy od stopnia wyzysku rzeczywistej gospodarki. Panowanie nad tą sferą zapewnia jej cały system prawny współczesnego państwa, zaś istnienie ogromnej warstwy grup pośrednich, pozbawionych tytułu własności innego niż własność swojej siły roboczej, której dochody zależą od stopnia panowania nad sferą bezpośrednio produkcyjną, gra na korzyść sfery finansowej. W tym bowiem układzie sił, dominujące współcześnie warstwy pośrednie nie są konsekwentnie zainteresowane emancypacją sfery produkcji materialnej od sfery finansowego pasożyta, albowiem ich dochody są zależne od stopnia wyzysku – w ostatecznym rozrachunku – robotników sfery produkcyjnej. Dlatego też ślepota lewicy nie do końca jest efektem przyjęcia fałszywej teorii, ale także, i być może w stopniu nawet wyższym, intuicją własnego interesu grupowego.
 
Jako że nic nie skłania grup pośrednich do poszukiwania innego uzasadnienia dla swego udziału w podziale wartości dodatkowej wytwarzanej w sferze produkcyjnej (zmaterializowanej w takich dobrach, jak samochody, mieszkania itp. dobra użytkowe), znaczenie przypisywania sobie roli pracownika produkcyjnego nie stanowi dłużej ambicji grup nieprodukcyjnych, niemniej, na lewicy, pozostaje pewnym niedostatkiem nobilitacji, niewielkim, acz irytującym dysonansem w uzasadnionym samozadowoleniu. Dlatego trudno jest im odpuścić ten, mało w końcu ważny, przyczółek. W tym dziele powołują się na następujący cytat, z tego samego rozdziału Kapitału: „… nauczyciel szkolny jest robotnikiem produkcyjnym wówczas, gdy nie tylko urabia umysły dzieci, lecz również sam się zapracowuje gwoli wzbogacenia przedsiębiorcy. Stosunek ten nie zmienia się wcale przez to, że przedsiębiorca włożył swój kapitał w fabrykę oświaty, a nie w fabrykę kiełbas. Pojęcie robotnika produkcyjnego zawiera więc nie tylko stosunek między działalnością a efektem użytkowym, między robotnikiem a produktem pracy, lecz również swoiście społeczny, historycznie powstały stosunek produkcji, który na robotniku wyciska stempel środka służącego bezpośrednio pomnażaniu wartości kapitału. Tak więc prawdziwy to pech, a nie szczęście, być robotnikiem produkcyjnym.” (s. 603)
 
No to leżymy i kwiczymy, bo sam Marks explicte napisał, że Filip Ilkowski [nauczyciel akademicki - przyp. red WR] jest robotnikiem produkcyjnym nieodróżnialnym od, np. Lecha Wałęsy z lat 70-tych. Biedny Ilkowski! Sam Marks uznałby to za przejaw pecha.
 
Ze stanowiska kapitału, którego punkt widzenia przesłania wszelkie inne możliwe punkty widzenia, jest to prawda. Gdyby kapitalizm wyparł wszystko inne, wszystkie relikty minionych czasów, wszystkie potencjalności zawarte w dziejach ludzkości, mielibyśmy do czynienia z prostymi relacjami opartymi na prostym wynikaniu, bez niekonsekwencji i bez sprzeczności. Dlatego, jak sądzę, Marks dorzucił autoironiczną uwagę o pechu, która narzuca nieco dystansu do zacytowanego stwierdzenia.
 
Pisze też dalej coś, co ów dystans pogłębia: „ … klasyczna ekonomia polityczna dawno już świadomie uczyniła z wytwarzania wartości dodatkowej istotną cechę wyróżniającą robotnika produkcyjnego. Dlatego też wraz ze zmianą jej poglądu na naturę wartości dodatkowej zmienia się jej określenie robotnika produkcyjnego. Na przykład fizjokraci twierdzą, że tylko praca rolnicza jest produkcyjna, bo tylko ona dostarcza wartości dodatkowej. Ale dla fizjokratów wartość dodatkowa istnieje wyłącznie w postaci renty gruntowej” (s. 603-604). Przy bliższym przyjrzeniu się sprawie, wracamy do kwestii tego, czy w społeczeństwie następuje przyrost jakiegoś materialnego bogactwa, które daje nam możliwość samodzielnego bytowania, niezależnie od zmienności naszych stosunków z zewnętrznym otoczeniem. Wartość jest stosunkiem społecznym, podobnie jak przyrosty lub spadki na giełdzie, czyli przemieszczanie się realnego bogactwa z rąk do rąk pod dyktando symbolicznego pośrednika; natomiast bogactwo jest twardą, materialną podstawą, którą różni gracze usiłują zawładnąć dzięki swoim sztuczkom. Ale, choć symboliczna aż do granic zaprzeczania jej istnieniu przez przeciwników teorii wartości opartej na pracy, kategoria wartości niemniej bezwzględnie wymusza swą wolę niczym instrumenty polityki finansowej, bezwzględnie panujące nad światem realnej produkcji.
 
Wartość dodatkowa, jaką przynoszą swemu nieprodukcyjnemu kapitaliście pracownicy, z definicji nieprodukcyjni, służy temu ostatniemu do zgłaszania swoich pretensji do udziału w podziale realnej wartości dodatkowej, wytworzonej w sferze produkcyjnej. Najlepiej o tym świadczy fakt, że niezależnie od różnorakich losów społeczeństwa polskiego, najpewniej ma się biznes spożywczy, obok medycyny i budownictwa. Fizjokraci wiedzieli, co mówią… W tym kontekście należy też rozpatrywać różnice między robotnikiem produkcyjnym a nieprodukcyjnym. Każdy z nich przynosi swemu pracodawcy wartość dodatkową (czyli nadwyżkę między nakładem a wynikiem), z tym, że niekoniecznie jest to wartość dodatkowa dla społeczeństwa. Dla jej realizacji na rynku potrzeba większego wyzysku robotnika produkującego materialne produkty.
 
Warto też skonfrontować powyższy cytat z wypowiedzią Marksa z Wojny domowej we Francji: „Z chwilą wyzwolenia pracy każdy człowiek staje się robotnikiem i praca produkcyjna przestaje być właściwością klasową” (MED, t. 17, s. 389). Mamy coś na kształt powrotu do systemu produkcji prostej, czyli bezpośredniego stosunku do przyrody, na styku z którą rodzi się praca produkcyjna. Relacje międzyludzkie zaś są oparte na zasadach niekomercyjnych, w których nie ma miejsca na porównywanie włożonych nakładów z uzyskanymi wynikami. Wtóruje temu wypowiedź F. Engelsa w liście do Międzynarodowego Kongresu Studentów-Socjalistów z grudnia 1894 r., w którym Engels używa wyrażenia „proletariat pracy umysłowej”, co przytacza się niekiedy jako potwierdzenie tezy o tym, że proletariat fabryczny i umysłowy zlewają się w jedno. Engels pisze: „Oby Wasz wysiłek zdołał obudzić w środowisku studentów świadomość tego, że w ich szeregach powinien zrodzić się ów proletariat pracy umysłowej, który z jego braćmi, robotnikami rąk pracy, powołany jest do odegrania po ich stronie doniosłej roli w zbliżającej się rewolucji” (MED, t. 22, s. 499). Z obu wypowiedzi klasyków wynika, że przemieszczają się oni po całej rozciągłości dynamicznego procesu przekształcania się społeczeństwa, orientując się już to na kwestie bieżące, już to na swoje antycypowanie przyszłości, traktując je jako czynnik nadający sens pewnym zjawiskom, które zauważamy w teraźniejszości. Zasadnicze znaczenie ma jednak zachowanie zdrowego rozsądku w interpretacji ich dzieł oraz niedogmatyczne konfrontowanie ich opinii z rzeczywistymi procesami, czyli trzymanie się ducha, a nie tylko litery tekstu.
 
Niejednoznaczność w koncepcji samych klasyków

Możliwość pojawienia się niejasności w rozumieniu pojęcia robotnika produkcyjnego mogła wynikać z faktu, iż Marks i Engels ujmowali pojęcia i procesy w ich dynamice. Ponieważ przewidywanie rozwoju pojęć i procesów mogło się wyrażać jedynie w kreśleniu ogólnych linii, założenie, że ludzie pracy najemnej będą coraz bardziej utożsamiali się z klasą robotniczą, wynikało z przewidywania, iż zasoby i potencjał kapitalizmu będą się kurczyć. Jako tendencja to przewidywanie nie zostało sfalsyfikowane, niemniej nie ma ono z założenia dokonywać się jednoznacznie i bez zapętleń wewnętrznych sprzeczności, gry przeciwstawnych, drobniejszych procesów. Opowiedzenie się grup pośrednich za kapitalistycznymi stosunkami społecznego podziału wynika z bieżącej oceny ich interesu – większe prawdopodobieństwo, że kapitał wszelkimi środkami zdoła jeszcze wydusić z globalnej klasy robotniczej więcej wartości dodatkowej, niż by wynikało z niepewnego podziału już dziś ograniczonego potencjału przetwarzania zasobów naturalnych pomiędzy dużo liczniejsze grupy społeczne.
 
Doświadczenie realnego socjalizmu nauczyło ludzi pewnego sceptycyzmu w podejściu do optymistycznego hasła o nieograniczonym wzroście sił wytwórczych, wyzwolonych z ograniczeń gospodarki kapitalistycznej. Świadomość ekologiczna działa tu na niekorzyść owego optymizmu. Teza rewolucjonistów dotycząca przewidywania, że rezerwy są jeszcze nieujawnione, że dzisiejsze marnotrawstwo świadczy o tym potencjale, wywołuje tylko wzruszenie ramion, ponieważ wszelkie gwałtowne procesy rewolucyjne nie sprzyjają planowemu działaniu, zaś sytuacja nadzwyczajna demoralizuje wszelką władzę do odnawiania niesprawiedliwego podziału, ewentualnie do „dzielenia biedy”, na którą nie ma przyzwolenia społeczeństw krajów rozwiniętych, od których postawy wszakże zależy akceptacja socjalizmu na poziomie globalnym.
 
Ta umocowana w konkretnej sytuacji życiowej chwiejność grup pośrednich, przenoszących świadomość klasową i rewolucyjną ruchu robotniczego, i której trudno się dziwić, kształtuje się na bazie oderwania od klasy robotniczej, czyli braku choćby pośredniego poczucia panowania nad naturalnymi i materialnymi warunkami swojej egzystencji. Jeżeli robotnik mający ogląd procesu produkcyjnego na co dzień nie musi czuć takiego ograniczenia, to pracownik najemny sfery nieprodukcyjnej ma wpisane w swoje doświadczenie życiowe zapośredniczenie między sobą a warunkami bytu przez klasę właścicieli środków produkcji lub przynajmniej decydentów o podziale środków, w których wypracowywaniu nie mieli udziału.
 
„Proletariat” a „klasa robotnicza”

I tu wracamy do wagi historycznego podejścia do kwestii definiowania klasy robotniczej. Ma to odzwierciedlenie w określeniu „proletariat” w niejakiej opozycji do pojęcia „klasa robotnicza”. Otóż, jak sądzę słusznie zwraca się współcześnie uwagę na to, że w koncepcji formacji, sformalizowanej później przez Stalina do granic absurdu, klasycy niewłaściwie zinterpretowali istotę formacji świata starożytnego, uwidaczniając to w nazwaniu jej formacją niewolniczą. Otóż, niewolnicy nie byli klasą produkcyjną, mimo że ich udział w życiu ówczesnych społeczeństw był bardzo wyraźny i rzucający się w oczy, a wręcz przesłaniający, jak się okazuje, faktyczne relacje produkcyjne. Można ich traktować jako „mówiące narzędzia” lub jako usługodawców – w przypadku wykształconych niewolników, ale nie jako klasę stanowiącą podstawę ekonomiczną formacji, która pozostawała rolnicza. Bogactwo świata starożytnego pozwalało także na pozostawanie na utrzymaniu państwa jego obywateli, „proletariuszy” – coś w rodzaju starożytnego dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela, niezależnie od jego wkładu pracy. „Nowolewicowe” rozwiązanie tego problemu, jak widać z historii, nie zapobiegło kryzysowi cywilizacyjnemu i upadkowi wielkiej i wspaniałej kultury. Sprzeczności klasowe bowiem narastały i wymagały rozwiązania. Rzym nie upadł też z powodu rewolucji niewolników. Upadł pod wpływem ciężaru nierozwiązanych problemów własnych, cofając ludzkość w barbarzyństwo, z którego długo wychodziła, nie wykazując szczególnej zdolności do uczenia się na historii. No bo historia uczy, że jeszcze niczego nas nie nauczyła…
 
Z naszego punktu widzenia ważne jest, że źródłem tzw. wolnych zawodów w szerokim rozumieniu nie jest podstawowa klasa społeczna producentów, stojąca w opozycji do klasy panującej, ale warstwa niewolników przystosowanych do służenia ludziom mającym środki, aby ich usługi opłacić. Istnienie warstw usługodawczych świadczy o poziomie cywilizacyjnym danego społeczeństwa, o istnieniu nadwyżki nad potrzeby bezpośrednich wytwórców i ich panów. Brak środków na ich utrzymanie oznacza, że kurczy się poziom sił wytwórczych danego społeczeństwa i danej cywilizacji. Włączenie potencjału naukowo-technicznego do sił wytwórczych oznacza intensyfikację przetwarzania zasobów naturalnych, która osiąga dziś barierę wytrzymałości Przyrody. A ponieważ narzucane są tu niekonsekwentne ograniczenia, to – z drugiej strony – ów rozwój naukowo-techniczny służyć może jedynie zaostrzeniu rywalizacji między społeczeństwami, tak aby nie ruszając Przyrody, zwiększyć swoje zasoby kosztem sąsiadów.
 
Konsekwencje dla współczesności

Znajdujemy się więc w samym oku sytuacji niedojrzałej do sensownej zmiany. Ucieczka do przodu oznacza zintensyfikowaną gospodarkę rabunkową na przyrodzie; chęć uniknięcia tego katastrofalnego rabunku prowadzi do alternatywy: albo rewolucja i planowy, narzucający siermiężność system zastępujący kapitalizm, albo wojna odsuwająca na jakiś czas konieczność podjęcia wyboru dzięki stwarzaniu sztucznej koniunktury w warunkach wymuszonego, ale dzięki wojnie zobiektywizowanego spadku poziomu życia, za który klasy panujące nie biorą odpowiedzialności, umywając ręce; i bez efektu planowości, który położyłby kres wyzyskowi kapitalistycznemu, wojnom i rabunkowej gospodarce zasobami przyrodniczymi.
 
Opisywana przez klasyków tendencja do zmniejszania się liczebności klasy robotniczej w wyniku zdobyczy technologicznych prowadziła do prostej dyrektywy, aby za kryterium dyktatury proletariatu przyjąć realizację interesu klasowego owej małej i stale malejącej klasy produkcyjnej (choć – jako robotnik łączny – wytwarzającej ogromne bogactwo społeczne i stale rosnącej w swym nieprodukcyjnym segmencie). Formy tej dyktatury są zależne od sytuacji. Pociągałoby to, jak można rozumieć, nieznaczną zmianę, acz o decydującym, wręcz jakościowym znaczeniu dla całego społeczeństwa. Tymczasem, przyjęcie, że klasa produkcyjna obejmuje 99% społeczeństwa (znajdującego się we wzajemnie sprzecznych relacjach interesów grupowych) sprawia, że zmiana jakościowa staje się dziełem, którego ogrom i złożoność powoduje, że ręce opadają nawet najbardziej entuzjastycznym zwolennikom antykapitalizmu. Ku coraz większemu samozadowoleniu rekinów światowej finansjery…

Społeczność

LENIN