Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 43 gości.

Jak było w PRL-u? Półprawdy gorsze niż kłamstwa

pzpr.png

Prawdziwe informacje i zdjęcia, wyrwane z kontekstu i odpowiednio zmontowane, mogą stworzyć zupełnie fałszywy obraz rzeczywistości. Tak właśnie zakłamywana jest obecnie historia PRL.

Polska Rzeczpospolita Ludowa miała wiele wad. To nie był system doskonały. Mimo to, był sprawiedliwszy i korzystniejszy dla większości społeczeństwa niż kapitalizm.
 
„Witam, od niedawna zacząłem wspierać komunizm, ponieważ bardzo podobają mi się te idee oraz uważam, że są lepsze od kapitalizmu, w którym obecnie żyjemy. Mam więc pytanie - zawsze kiedy wspominam o tym, że wspieram komunizm ludzie przeważnie mówią, jaka to zła gospodarka w PRL-u nie była oraz, że ludzie musieli godzinami w kolejkach stać, aby zakupić dany towar. Z racji, że jestem dość nowy w tym temacie, nie wiem czy jest to prawda oraz czy faktycznie było tak źle. Szukałem odpowiedzi w Internecie ale jest tam pełno antykomunistycznej propagandy. Czy są jakieś artykuły czy książki, które mógłbym przeczytać i dowiedzieć się jak było naprawdę? Dziękuję z góry za odpowiedź”.
 
hana best"
 
 
PRL to prawie 45 lat historii kraju. Praktycznie każda dekada była inna pod względem gospodarczym i społeczno-politycznym. Cały ten okres ma jednak kilka cech wspólnych. W PRL wszyscy mieli zagwarantowaną pracę - bezrobocie nie istniało. Czymś niewyobrażalnym była bezdomność i żebractwo. Ludzie znali te plagi wyłącznie z książek i filmów historycznych. Doniesienia o tym, że w bogatych krajach Zachodu są bezdomni i żebracy, traktowano jako wymysł komunistycznej propagandy. Nikt nie grzebał w śmietnikach, żeby przeżyć i nie prosił na ulicy o pieniądze na leki. Obecnie to norma, część naszej rzeczywistości.
 
W PRL były okresy reglamentacji towarów, czyli słynne kartki. Były też kolejki po mięso, ale nigdy nie było ludzi głodnych. Dziś Polski Czerwony Krzyż alarmuje, że mamy 700 tys. niedożywionych dzieci, choć półki sklepowe uginają się od żywności.
 
Na planową operację w szpitalu, trzeba było czekać kilka miesięcy, obecnie dłużej czeka się na zwykłą wizytę u lekarza specjalisty. Ci, których nie stać na prywatne leczenie, umierają w kolejkach nie doczekawszy pomocy medycznej. Wszelkiej maści demokraci, obrońcy praw człowieka, kościół katolicki ani związek zawodowy „Solidarność”, chełpiący się wspólnie obaleniem „zbrodniczego” komunizmu, nie widzą większego problemu w tej systemowej eutanazji. W końcu wywalczyli nam wolność. Pracy i chleba nikomu nie obiecywali, a im niczego nie brakuje.
 
W Polsce Ludowej obowiązywał i był skrupulatnie egzekwowany kodeksowy, 8-godzinny dzień pracy (w „wolnej” Polsce przestrzegany chyba tylko w urzędach). Za nadgodziny i pracę w dni ustawowo wolne, wypłacano wynagrodzenia wg podwyższonej stawki (spróbujcie dziś upomnieć się o nadgodziny w prywatnej firmie). Wszyscy mieli normalne umowy o pracę, prawo do zasiłku chorobowego i płatnego urlopu. To co wtedy było normą, obecnie jest luksusem – pracującemu na umowie śmieciowej nie przysługuje ani chorobowe, ani płatny urlop wypoczynkowy. Wynagrodzenia wypłacano w pełnej wysokości i zawsze na czas. Nie wypłacenie pensji pracownikowi było czymś nie do pomyślenia. Obecnie duzi i mali kapitaliści, nie dość, że nie zawsze płacą, to potrafią pobić, a nawet zamordować człowieka domagającego się należnego wynagrodzenia [1]. Działająca w Polsce niemiecka sieć handlowa „Praktiker” była na tyle bezczelna, by grozić pozwami sądowymi pracownikom, którzy odeszli z pracy, gdyż nie otrzymywali wypłat [2]. Zdaniem kapitalistów, mieli obowiązek pracować pomimo braku wynagrodzenia. Feliks Dzierżyński wiedziałby jak im za to podziękować. Niestety, „żelaznego Feliksa” już z nami nie ma.
 
I jak wypada to porównanie? Która gospodarka jest nienormalna?
 

 
 
Lata tłuste i lata chude
 
Okresem największej obfitości w PRL były lata 70-te – tzw. „dekada Gierka”. Był to czas pełnych półek sklepowych, wielkich inwestycji przemysłowych oraz infrastrukturalnych. Inwestycje te, w dużej mierze były finansowane z pożyczek i kredytów udzielanych hojnie przez rządy i banki państw Zachodnich. Polska, podobnie jak Rumunia i kilka krajów Ameryki Łacińskiej, wpadła wówczas w tzw. „pułapkę zadłużenia”. Na Zachodzie początek lat 80-tych był okresem dotkliwej recesji i kryzysu społecznego. W Hiszpanii stopa bezrobocia dochodziła do 30 proc., w Wielkiej Brytanii premier Margaret Thatcher brutalnie pacyfikowała strajki górników, w USA prezydent R. Reagan wprowadzał neoliberalne reformy, zaczynając od ostrych cięć wydatków socjalnych. U nas gospodarka została sparaliżowana półtorarocznym okresem strajków organizowanych przez „Solidarność”. W takiej sytuacji każda gospodarka by się rozsypała.
 
W konsekwencji Polska Rzeczpospolita Ludowa, podobnie jak kilka krajów peryferyjnego kapitalizmu, zbankrutowała na rynkach zewnętrznych, tzn. przestała spłacać zadłużenie zagraniczne, w pełni realizując zobowiązania wewnętrzne: wypłaty pensji, emerytur, finansowanie szkolnictwa i służby zdrowia. Po wprowadzeniu stanu wojennego, PRL została objęta sankcjami gospodarczymi nałożonymi przez USA, co dodatkowo skomplikowało sytuację ekonomiczną. Wstrzymano niemal wszystkie inwestycje i remonty, wprowadzono system reglamentacji, czyli tzw. kartki na żywność i podstawowe artykuły przemysłowe, a na dodatek wyłączono energochłonne reklamy neonowe, rozświetlające polskie miasta w latach 70-tych.
 

 
 
To z tego okresu pochodzą słynne zdjęcia szarego PRL-u, pustych półek sklepowych i długich kolejek przed sklepami. Są jak najbardziej prawdziwe, ale sprowadzanie całej historii PRL do tego okresu, to świadome zakłamywanie historii. PRL wyglądał tak, jak na tych kadrach przez 3-4 lata. Z każdym rokiem sytuacja zaopatrzeniowa powoli się poprawiała, znoszono kartki na kolejne grupy produktów, choć poziomu życia z okresu kolorowego i sytego PRL-u lat 70-tych nie udało się odbudować.
 
Życie toczyło się jednak w miarę normalnie: dzieci spędzały wakacje na dofinansowanych przez państwo i zakłady pracy koloniach i obozach harcerskich, robotnicy zwyczajowo wyjeżdżali na urlopy do zakładowych ośrodków wypoczynkowych lub ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych (był to wypoczynek dofinansowany i powszechnie dostępny). Luksusem i przywilejem były tylko wczasy zagraniczne. Poza tym, w relacji do ówczesnych pensji, bardzo tanie były książki, płyty i bilety do kina. Znacznie tańsze były też bilety kolejowe.
 
Ta sytuacja wymuszała pod koniec PRL-u inny styl życia i inny model konsumpcji. Żywność była tania, choć na kartki. Z kolei modne ubrania, sprzęt RTV-AGD, samochody, realnie dostępne były tylko w handlu prywatnym, po cenach rynkowych, czyli zaporowych dla większości Polaków. Na co można było wydać pensję? Na to, co dostępne i relatywnie tanie, na kulturę i podróże po kraju. Ludzie więcej czytali, chodzili do kina. Nikt nie bał się bezrobocia ani utraty dachu nad głową. Praca trwała 8 godzin, a wolny czas przeznaczano na spotkania z rodziną i znajomymi, podczas których sporo się piło. Władza próbowała dorobić do tego pozytywną ideologię, popularyzując hasło „wolę być niż mieć". Trudno tę sytuację nazwać dobrobytem - niezaspokojone aspiracje i potrzeby konsumpcyjne były ogromne. Z drugiej strony, takich enklaw nędzy i upodlenia człowieka jakie istnieją w „wolnej” Polsce, w PRL-u nawet sobie nie wyobrażano.
 
W innych krajach tzw. „realnego socjalizmu” np. w Niemieckiej Republice Demokratycznej, Czechosłowacji, na Węgrzech, nie było w tym czasie ani kartek ani kolejek. Półki sklepowe były tam cały czas pełne. Polacy wykorzystywali każdy wyjazd do bratnich krajów „socjalistycznych”, by kupić deficytowe u nas towary, po czym duża ich część trafiała na bazary i targowiska kraju.
 

W NRD, Czechosłowacji i na Węgrzech półki skleepowe były pełne przez cały okres „komunizmu
 
Dwa rynki - dwa światy PRL-u
 
Z punktu widzenia obywatela-konsumenta, w PRL istniały dwa równoległe światy: świat cen regulowanych i świat cen wolnorynkowych. Rynek to - z definicji - abstrakcyjne miejsce spotkania popytu i podaży, na którym dochodzi do ustalenia ceny, tzw. ceny równowagi. W gospodarce kapitalistycznej zawsze obowiązuje cena równowagi. Sklepy są pełne towarów, nawet wtedy, gdy obok tysiące ludzi umierają z głodu. Kto ma pieniądze kupuje, kto ich nie ma - żyje w nędzy lub głoduje. Jest to uważane za sytuację normalną i nikogo nie szokuje. Społeczeństwo PRL było społeczeństwem egalitarnym, nie akceptującym nierówności społecznych i dużych różnic majątkowych, co wyrażało się w popularnym haśle protestów robotniczych: „wszyscy mamy równe żołądki”. Dlatego w PRL i innych krajach „socjalistycznych” „dobra władza” wprowadziła ceny regulowane i dotowanie podstawowych produktów, tak aby płaca robotnika wystarczała na godne życie.
 
Na papierze wszystko wyglądało dobrze. Problem w tym, że usztywnienie cen nie zwiększa ilości dostępnych towarów, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Aspiracje konsumpcyjne społeczeństwa nie ograniczały się do zaspokojenia podstawowych potrzeb, a nie sposób dotować wszystkich grup towarów i usług. Na dłuższą metę, regulacja cen okazała się zabiegiem całkowicie jałowym. Z tego błędu władze PRL kilka razy próbowały się wycofać i przywrócić ceny równowagi. Za każdym razem spotykały się jednak z oporem społecznym i protestami. Ludzie żądali tanich towarów (po cenach państwowych/regulowanych), a nie po cenach wolnorynkowych, znanych im z handlu prywatnego, który w PRL też istniał. W efekcie mieliśmy handel państwowy z cenami regulowanymi/dotowanymi i częstym deficytem towarów oraz równolegle świat wolnego rynku i pełnych półek, ze znacznie wyższymi cenami rynkowymi (sklepy prywatne, bazary i targowiska, sieci sklepów Pewex i Baltona, gdzie płaciło się dolarami). Sytuacja zmieniła się ostatecznie w 1988 r. kiedy ostatni „komunistyczny” rząd Mieczysława Rakowskiego doprowadził do uwolnienia cen żywności i artykułów przemysłowych (kontrolowane pozostały ceny energii i paliw). Półki państwowych sklepów zapełniły się w ciągu kilku miesięcy. Był to jednak ostatni etap przygotowań do odbudowy kapitalizmu.
 
Sklepy Pewex - dolarowy świat PRL-u lat 80-tych


 
W 1991 r. oprócz pełnych półek, mieliśmy już masowe bezrobocie, bezdomnych i żebraków na ulicach oraz pierwszych multimilionerów. Ogłoszono, że Polska stała się nareszcie normalnym, wolnym i niepodległym krajem. Szok był tak wielki, że w 1993 roku ludzie masowo zagłosowali na „postkomunistów” z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, oddając im demokratycznie władzę – stało się to w niespełna cztery lata od obalenia komuny. SLD - w odróżnieniu od swoich wyborców - nie tęsknił jednak za PRL i nie zamierzał jej odbudowywać. Wręcz przeciwnie, SLD-owski rząd kontynuował prywatyzację majątku narodowego i neoliberalne, antyrobotnicze reformy. W końcu to ci sami ludzie likwidowali Polskę Ludową, spiskując z agentami imperializmu przy Okrągłym Stole. Ich celem było uwłaszczenie i zamiana kruchych przywilejów nomenklatury na dużo pewniejszą „świętą własność prywatną”.
 
Warstwa post-stalinowskiej biurokracji partyjno-państwowej, właśnie przekształcała się w burżuazję - klasę kapitalistów, rządzącą odtąd III RP i reprezentującą na miejscu interesy wielkiego kapitału międzynarodowego. Dokładnie tak samo postąpili biurokraci w innych krajach „realnego socjalizmu”. Obalili „komunizm", wprowadzili demokrację oraz wolny rynek i dzięki uwłaszczeniu stali się kapitalistami. Z kursów marksizmu-leninizmu zapamiętali tyle, że w kapitalizmie dobrze żyje się wyłącznie kapitalistom i zrobili z tej wiedzy odpowiedni użytek. Społeczeństwa bloku wschodniego uwierzyły natomiast zachodniej propagandzie, mówiącej o wolności, demokracji i dobrobycie dla wszystkich nie lękających się pracy. Wyszły na tym jak przysłowiowy „Zabłocki na mydle". Cóż, trzeba było czytać Marksa zamiast słuchać Radia „Wolna Europa”.
 
 
„Się należy”, tumiwisizm i gnicie PRL-u

 Objęcie władzy przez Polską Partię Robotniczą (później, po zjednoczeniu z Polską Partią Socjalistyczną Józefa Cyrankiewicza i Edwarda Osóbki-Morawskiego przekształconą w Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą) zaowocowało przeniesieniem na nasz grunt podstawowych zdobyczy społecznych Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Nacjonalizacja przemysłu, handlu oraz części rolnictwa umożliwiła zlikwidowanie bezrobocia, bezdomności, analfabetyzmu, wprowadzenie powszechnego dostępu do edukacji i opieki medycznej oraz ustanowienie rozbudowanego systemu zabezpieczeń społecznych i ochrony praw pracowniczych. Rozpoczęto i konsekwentnie realizowano planowe uprzemysłowienie kraju.
 
Potężny strumień dochodów generowanych przez przedsiębiorstwa sektora uspołecznionego nie trafiał już do kieszeni kapitalistów, powiększając ich majątki, ale wykorzystywany był do finansowania kolejnych, wymienionych wyżej, zadań społecznych. Był to jednak system w wersji stalinowskiej. Klasa robotnicza była klasą panującą tylko nominalnie. W rzeczywistości nie miała realnego wpływu na władzę.
 
Rządy sprawowała niepodzielnie biurokracja partyjno-państwowa. Biurokracja ta, nie podlegając niczyjej kontroli, korzystała z licznych przywilejów (specjalne, lepiej zaopatrzone sklepy, talony na deficytowe dobra, np. samochody, pierwszeństwo w przydziale mieszkań, lepsze ośrodki wypoczynkowe). W PRL grupa ta często była określana przez robotników mianem „czerwonej burżuazji”. Zarobki biurokratów nie były znacząco wyższe niż robotników, ale łatwo mogli oni spieniężyć swoje przywileje. Dzięki talonom omijali kolejkę i kupowali samochód po cenie państwowej, po czym natychmiast jechali na giełdę samochodową i sprzedawali po - znacznie wyższej - cenie wolnorynkowej. Kolejnym źródłem dochodu biurokratów, tym razem całkowicie nielegalnym, ale zupełnie bezkarnym było łapownictwo. Oczywiście przywileje i dochody nomenklatury wydają się dziś śmieszne w porównaniu z tym, czym dysponują kapitaliści. W społeczeństwie egalitarnym kłuły jednak w oczy dużo mocniej niż obecnie bogactwo Kulczyków, czy Solorza.
 
Największym problemem krajów demokracji ludowej był brak jakiejkolwiek demokracji - a zwłaszcza ludowej. Robotnicy każdego dnia słyszeli, że są klasą panującą, choć realnie nie mieli nic do powiedzenia. Mówiono im, że żyją w kraju sprawiedliwości społecznej, choć wokół widzieli wiele niesprawiedliwości. Poziom życia poprawiał się, ale konsumpcja elit rosła szybciej niż robotników, co wywoływało społeczny sprzeciw. Wszelka krytyka była jednak zakazana, a nawet karalna. Jedyną efektywną metodą nacisku na władzę były masowe wystąpienia robotnicze, w wyniku których przeważnie lała się krew. Partia „robotnicza”, wysyła „ludowe” wojsko, żeby strzelało do robotników. Potem z reguły dochodziło do przewrotu „pałacowego”. Nowa kilka biurokratów odsuwała od władzy poprzednią, oskarżając ją o sprzeniewierzenie zasadom socjalizmu, po czym, w ramach „odnowy” i „demokratyzacji socjalizmu”, wprowadzano reformy korzystne dla odradzającego się sektora prywatnego i utrzymujące uprzywilejowaną pozycję biurokratów.
 
Zgodnie ze stalinowskim dogmatem, partia była nieomylnym i wszechmogącym opiekunem klasy robotniczej. Ubezwłasnowolnieni politycznie robotnicy, widząc przywileje biurokracji, przyjmowali postawę roszczeniowego dziecka. Płaca robocza stała się czymś w rodzaju należnego każdemu świadczenia socjalnego, nie mającym większego związku z jakością i wynikami pracy. To oczywiście działało demoralizująco, stąd powiedzonka typu: „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”, czy też: „państwowe, znaczy niczyje – można brać”. To drugie często upowszechniali księża katoliccy na lekcjach religii. Bezkarnie kradli biurokraci, kradli więc i robotnicy.
 
 
Początek kontrrewolucji w PRL
 
 Premier Piotr Jaroszewicz i pierwszy sekretarz PZPR Edward GierekPremier Piotr Jaroszewicz i pierwszy sekretarz PZPR Edward GierekW ramach „reformowania socjalizmu” Edward Gierek jako pierwszy przywódca PRL, otworzył szerzej drzwi dla kapitału, umożliwiając w 1976 r. zakładanie tzw. firm polonijnych. W praktyce wyglądało to tak, że polski rzemieślnik lub handlarz wynajdował w USA lub innym kraju Zachodnim jakiegoś polonusa-figuranta i otwierał w PRL prywatny zakład produkcyjny. Były to czasy, kiedy państwo gwarantowało wszystkim zatrudnienie i sektor prywatny, żeby pozyskać pracowników, musiał płacić więcej niż sektor państwowy. Wtedy właśnie w społeczeństwie zaczęło kiełkować fałszywe przekonanie, że pracodawca prywatny jest lepszy niż państwowy, bo przecież płaci więcej. Ci, którzy wtedy upowszechniali mit dobrego prywaciarza, a skończyli na umowach śmieciowych, pracując za cztery złote netto na godzinę, na własnej skórze przekonali się, ile płaci prywatny właściciel, kiedy nie czuje na plecach komunistycznego bata.
 
Wraz z powolnym odradzaniem sektora prywatnego, zaczął się proces zrastania nomenklatury z kapitałem. Firmy prywatne potrzebowały opieki biurokratów, ochrony przed zbyt drobiazgową kontrolą podatkową, czy też gwarancji dostawy surowców, bo ich dystrybucja odbywała się planowo, a pierwszeństwo miały zakłady państwowe. Pojawiły się łapówki, przyjaźnie biznesowo-partyjne, które później, już w „wolnej” Polsce owocowały spółkami dawnych funkcjonariuszy nomenklatury i PRL-owskich prywaciarzy.
 
Powoli w PRL zwiększało się rozwarstwienie zarobkowe. Rosła grupa osób osiągających dochody w tzw. twardej walucie, które kilka lat pracowały w USA lub RFN (to były główne kierunki emigracji zarobkowej) lub na kontraktach dewizowych realizowanych przez państwowe przedsiębiorstwa, przeważnie w krajach arabskich. Wracali do kraju z kilkoma, rzadziej kilkunastoma tysiącami dolarów. Na Zachodzie taka suma nie robiła wrażenia, w PRL, licząc po kursie czarnorynkowym, był to majątek. Za dolary można było od ręki kupić samochód i mieszkanie, o pomniejszych dobrach nie wspominając. Rosła też arogancja nomenklatury. Z ust do ust podawano sobie informacje o wyczynach syna ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza, zwanego w Warszawie „czerwonym księciem" lub „królem życia”. Szeptano o częstych lotach żony Edwarda Gierka do Paryża, gdzie miała robić zakupy i bywać u fryzjera. Pojawiła się tak zwana bananowa młodzież, czyli szastające pieniędzmi dzieci ministrów i dyrektorów wielkich przedsiębiorstw. Narastało kumoterstwo, nepotyzm i łapówkarstwo.
 
Nic dziwnego, że z czasem w PZPR ubywało robotników. Wielka fala oddawania legitymacji partyjnych miała miejsce w latach 1980-81. To był ostatni bunt robotniczy przeciwko biurokracji. Niestety, „Solidarność” szybko została przejęta przez środowiska antykomunistyczne (kościół katolicki, KOR i inne środowiska prawicowe) i przekształcona w ruch antysocjalistyczny. Nomenklatura, przerażona perspektywą utraty władzy i przywilejów spacyfikowała siłowo opozycję wprowadzając stan wojenny. Znowu zginęli robotnicy. W latach 80-tych, starzy, przedwojenni komuniści byli już na wymarciu i nie mieli żadnego wpływu na PZPR. Z nazwy robotnicza, przekształciła się w całkowicie bezideową partię władzy, zrzeszającą głównie urzędników, dyrektorów przedsiębiorstw oraz wojskowych i milicjantów.
 

 
Tymczasem w 1982 roku, swoją firmę polonijną w PRL otworzył - przebywający wcześniej w Niemieckiej Republice Federalnej - Henryk Kulczyk, ojciec pierwszego polskiego oligarchy Jana Kulczyka. W drugiej połowie lat 80-tych kurs na odbudowę kapitalizmu był już widoczny gołym okiem. W ramach kolejnego etapu reform gospodarczych, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać tzw. „spółki nomenklaturowe". Ich głównym zajęciem było pasożytowanie na przedsiębiorstwach państwowych. Tworzone przez dyrektorów lub ich znajomych, wchodziły jako pośrednik między kooperujące zakłady państwowe. Dostawy i usługi, które można było kontraktować bezpośrednio, zamawiane były za pośrednictwem prywatnej spółki, doliczającej swoją marżę. Zaczęto propagować prywatną inicjatywę, a sam Wojciech Jaruzelski pofatygował się na otwarcie pierwszego prywatnego domu towarowego w Krakowie. 
 
 
Kto zniszczył PRL i dlaczego?

 Już sama nazwa junty Jaruzelskiego i Kiszczaka: Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (a nie np. Obrony Zdobyczy Socjalizmu) pokazywała, że reżim nawet nie próbuje nawiązywać do idei Marksa i Lenina. Zamiast tego puszczano oko do jawnie antykomunistycznej opozycji, tworząc Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON) jako społeczne zaplecze junty. Przesłanie było następujące: patrzcie jesteśmy dobrym Polakami, patriotami, a nie żadnymi komunistami, wszystko co złe to Sowieci. Sygnał został w końcu odebrany i właściwie zrozumiany przez opozycję i jej sponsorów z CIA - odbudowa kapitalizmu jest możliwa, ale tylko pod warunkiem zapewnienia odpowiednich profitów nomenklaturze. Żeby udobruchać KOR-owców, Jaruzelski zadbał o poprawę relacji z Izraelem, zdradzając arabskich sojuszników z Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
 
W końcu Amerykanie dali swoim podopiecznym zgodę ma negocjacje, Moskwa prowadząca własne „reformy rynkowe” też była ciekawa wyniku eksperymentu. Tak zaczął się słynny Okrągły Stół, a później obalanie komunizmu we wszystkich krajach demokracji ludowej. Tamtejsze nomenklatury na gwałt organizowały grupki opozycyjne i demonstracje antysystemowe. Potem następowała szybka demokratyzacja i prywatyzacja majątku narodowego. Robotnicy krajów bloku wschodniego osłupieli widząc, jak „komuniści” z zapałem obalają komunizm. Nie rozumieli jeszcze, że właśnie są okradani z dorobku, który zbudowali pracą całego życia, z majątku, który miał zabezpieczyć godne życie ich dzieci i wnuków.
 
Wkońcu się dogadali...

....a księża im pobłogosławili

 
 
 
Tło historyczne

 Pamiętajmy, że władzę burżuazji obalono początkowo w zacofanych krajach peryferyjnego kapitalizmu, w większości rolniczych, słabo uprzemysłowionych. Niektóre z nich – przede wszystkim Polska - zostały mocno zniszczone podczas II Wojny Światowej. Przed wojną były to kraje dużo słabiej rozwinięte i znacznie biedniejsze niż Niemcy, Francja, Wielka Brytania, czy Stany Zjednoczone.
 
Najbogatszych państw świata nie udało się dogonić. Obecnie, w ponad ćwierć wieku po przywróceniu kapitalizmu, dawne kraje „realnego socjalizmu” nadal są najbiedniejszymi członkami Unii Europejskiej, z najniższymi płacami i poziomem życia. Wzrosło tylko zróżnicowanie społeczne. Pojawili się multimilionerzy, których majątki są odnotowywane na listach najbogatszych ludzi świata i nędza jakiej w PRL-u nawet sobie nie wyobrażano.
 
W poszukiwaniu lepszego życia, Polacy już XIX w masowo emigrowali do krajów bogatszych, emigrowali również po odzyskaniu niepodległości w 20-leciu międzywojennym (emigrantem zarobkowym był w tym czasie przyszły lider PZPR Edward Gierek), emigrowali z PRL, a teraz masowo wyjeżdżają z „wolnej” Polski. W tym miejscu warto zaznaczyć, że najbogatszych krajów nie dogoniły również inne państwa peryferyjnego kapitalizmu, których rozwoju nie przerwał „zbrodniczy” eksperyment komunistyczny. Irlandczycy, Portugalczycy, Hiszpanie, Grecy, a nawet Włosi, nigdy nie byli i nigdy nie będą tak bogaci jak Niemcy.
 
Meksykanie, Brazylijczycy, Argentyńczycy nawet przez moment nie zbliżyli się do przeciętnego poziomu życia obywateli USA, czy Kanady choć zawsze panował u nich „jedynie słuszny” ustrój kapitalistyczny. My mieliśmy swój okres względnej równości, postępu i wielkich nadziei, u nich zawsze byli bogacze i nędzarze. Od dziecka uczono ich, że inaczej być nie może. My wiemy, że inny świat jest możliwy. Wielu z nas jeszcze go pamięta.
 
 
Socjalizm albo barbarzyństwo
 
Klub kilku najbogatszych państw świata (czyli dawnych potęg kolonialnych, grabiących podbite narody) jest klubem zamkniętym. To elitarne grono chroniło i będzie chronić swoją uprzywilejowaną pozycję kapitalistycznego centrum, przerzucając koszty kryzysów systemowych na kraje peryferyjne.
 
Imperialistyczne centrum zrobi wszystko, aby kraje kapitalizmu zależnego, takie jak Polska, pozostały na wyznaczonym im miejscu, jako dostawcy żywności, surowców i taniej siły roboczej oraz rynek zbytu dla zaawansowanych towarów wysokoprzetworzonych.
 
Albo wywalczymy socjalizm i staniemy się faktycznymi gospodarzami, albo na pokolenia pozostaniemy półniewolniczą siłą roboczą kapitału.
 
Szary PRL versus ...


 
...kolorowa III RP
 

 
 
 
PRZYPISY
[1]

Usiłowali zabić pracownika, gdyż domagał się wypłaty. Okaleczonego mężczyznę zasypali w grobie, myśląc że nie żyje
 

Znaleźli go skatowanego, z odciętymi palcami. Wyrok ws. usiłowania zabójstwa pracownika
 
 
[2]
 
Dramat pracowników Praktikera! Dostali wezwania do zapłaty zamiast wypłat
 
Praktikera pomysł na biznes: zamiast wypłacić zaległe pensje, jeszcze żąda zapłaty od byłych pracowników
 
Pracownicy Praktikera - wezwania do zapłaty za wypowiedzenie umowy

Społeczność

LENIN - rocznica