Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 8 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Rwący potok historii

kl.jpg

Nawet gdybyśmy mieli pokusę uważać inaczej, to temat powolnego, acz stanowczego powrotu podmiotu historycznej zmiany na lewicową wokandę, nie jest w pełni naszą zasługą. Wydaje się, że setna rocznica wybuchu pierwszej udanej rewolucji socjalistycznej stanowi zdecydowany bodziec dla poszukiwania przyczyn tak dogłębnego kryzysu nie tylko międzynarodowego ruchu robotniczego, ale i lewicowej świadomości w ogóle.
 
Gdyby chodziło tylko o ruch robotniczy, to sprawa nie byłaby tak drażliwa dla lewicy. Ewolucja lewicy, na Wschodzie i na Zachodzie, od drugiej połowy XX wieku, szła bowiem w kierunku akceptacji kapitalizmu, rozumianego jako postkapitalizm z nieodłącznym przydatkiem  w postaci „państwa dobrobytu”, oraz w kierunku odrzucenia podmiotowej roli tradycyjnie rozumianej klasy robotniczej w walce emancypacyjnej. Współcześnie, jako antykapitalizm rozumie lewica odrzucanie „dzikiego”, XIX-wiecznego kapitalizmu na rzecz kapitalistycznego welfare state, które rzekomo ma stanowić ewolucyjne przezwyciężenie społeczeństwa burżuazyjnego.
 
Odrzucanie złych stron danego systemu z akceptacją jego stron „pozytywnych”, jest – jak zauważył K. Marks – cechą myślenia drobnomieszczańskiego. Nic dziwnego zatem, że również podmiot historyczny uległ w ideologii stosownemu przemieszczeniu w kierunku drobnomieszczaństwa. Postmarksistowskie koncepcje traktowania społeczeństwa kapitalistycznego jako zbioru osobnych cech i właściwości, które można traktować w oderwaniu od ich kontekstu i hodować jak pożyteczną roślinkę bądź usuwać jak chwast, zaowocowały wysypem różnorakich grup mniejszościowych, które zaczęły postulować konsekwentne stosowanie ogólnych zasad społeczeństwa demokratycznego do każdego, partykularnego przypadku. W sposób oczywisty spowodowało to konflikt i zderzenie fragmentarycznych interesów na zasadzie „klauzuli najwyższego uprzywilejowania”, a mianowicie uznania, że wszelkie prawa należne jednej, uprzywilejowanej grupie powinny zostać upowszechnione konsekwentnie na pozostałe, objęte postulowaną klauzulą, grupy społeczne.
 
W ten sposób, zamiast tradycyjnie lewicowego sprzeciwu wobec zakłamania mieszczańskiej rodziny, zaczęto postulować rozszerzenie prawa do zakładania mieszczańskiej rodziny dla każdego, kto zgłosi taką potrzebę. W paradoksalny sposób, lewicowa, postmarksistowska postawa stanowi podstawę teoretyczną dla konserwatywnego przekonania wyrażonego w politycznej formie polemicznej przez Margaret Thatcher, że nie istnieje coś takiego, jak społeczeństwo. Fakt, że zasady rządzące społeczeństwem są wytworem relacji społecznych, kształtowanych na przestrzeni długich stuleci, nie będąc potwierdzonymi żadnym wyższym autorytetem (brak takiego autorytetu), skutkuje nihilistyczną postawą społeczną. Wyjścia z takiej sytuacji są dwa: albo odrzucenie wszelkich zasad spajających społeczeństwo, albo konieczność przyjęcia ponadludzkiego autorytetu moralnego, żeby zagwarantować podstawowe wartości, bez których funkcjonowanie społeczeństwa staje się niemożliwe.
 
Odrzucone zostało trzecie wyjście, właściwe marksizmowi w jego klasycznej postaci, a mianowicie głoszące, że oparte na racjonalnej, materialistycznej analizie zrozumienie mechanizmów społecznych nie oznacza równie mechanicznego projektowania zachowań społecznych w przyszłości. Czyli manipulacji czy inżynierii społecznej. Racjonalne zrozumienie przeszłości jest możliwe, ponieważ w toku dziejów zamykają się pewne otwarte wcześniej możliwości rozwoju sytuacji. A po tych „śladach” – wytłumaczalnych, acz nie zdeterminowanych wcześniej wyborach – można odtworzyć działające prawidłowości i zastosować je w racjonalnym planowaniu przyszłych działań. Im bardziej ogólne prawidłowości, tym większa szansa powodzenia, ale też i tym większy rozrzut konkretnych wyników.
 
W poszatkowanym rozumowaniu epoki postnowoczesnej, kiedy fragmenty rzeczywistości wydają się oderwane od siebie, nie jest możliwe przewidywanie skutków ogólnoludzkich podejmowanych działań. Zakłada się bowiem, że rzeczywistość, której nie rozumiemy i nie ogarniamy (niczym idei Boga), jest nieskończenie pojemna i neutralizuje skutki partykularnych, najbardziej nieodpowiedzialnych działań. To takie przeniesienie zasady wolnorynkowej na stosunki społeczne: niewidzialna ręka rynku jest, niczym Bóg, gwarantem, że wszystko się wyrównuje, choćby i dotkliwym kosztem mniej lub bardziej przypadkowych bytów.
 
Cywilizacja zachodnia  nie jest w stanie zrezygnować z takiego postrzegania świata, ponieważ jest to najkrótsza, ale i najbardziej dosadna definicja wolności, jak ją ta cywilizacja rozumie. To jest możliwość realizacji w świecie rzeczywistym wszystkich pojawiających się potencjalności. Niekoniecznie idzie to w parze z „rozpasaniem” jednostek, jak to moralnie, acz niesprawiedliwie, osądza Kościół.
 
Realizacja potencjalności dokonuje się poprzez doświadczenia mnogich jednostek – każda realizuje swoją. Razem świat jest różnobarwny i wolny, ale właśnie świat jako całość, a nie – paradoksalnie – jednostki. Każda z nich jest jednocześnie tym bardziej zdeterminowana w swoim ograniczającym wyborze, im więcej możliwości wyboru pozostaje na zewnątrz niej. Chcieć ogarnąć w jednej jednostce wszystkie (lub przynajmniej większość dostępnych potencjalności) skutkuje brakiem konsekwentnej realizacji żadnej z nich, a więc stałym poczuciem niespełnienia i braku szczęścia. Jednostka nie stawia oporu przeciwnościom rzeczywistym, co napawałoby ją zasłużoną dumą, ale sprzecznościom istniejącym we własnej głowie. Co sprawia, że jej walka (samej ze sobą) jest z góry skazana na niepowodzenie ze względu na wyrównane siły biorące udział w konflikcie.
 
Sprawa jest zajmująca sama w sobie, więc jej analiza może zająć całe pracowite życie badacza akademickiego. Co stało się zresztą samonapędzającą się treścią badań postmarksistowskich.
 
*
 
Tymczasem, upadek obozu socjalizmu realnego przyniósł także nieoczekiwaną, acz spektakularną degrengoladę mitu „państwa opiekuńczego” jako normalnej drogi rozwoju kapitalistycznych stosunków produkcji, oczywiście – z pewnymi, nieuchronnymi, opóźnieniami dla różnych części świata. Był to efekt uboczny tzw. upadku „komunizmu”, ale nie mniej bolesny. Trudno więc się dziwić, że wątpliwości co do dotychczas uznawanych za pewniki rozwiązań teoretycznych nawarstwiły się prowadząc do konieczności porównania przyczyn sukcesów ruchu robotniczego w I połowie XX wieku z wyraźnym wbudowaniem tzw. nowych ruchów społecznych w system i wynikającym stąd brakiem alternatywy pod koniec XX wieku.
 
Podział teoretyczny, który odrodził kwestię podmiotu rewolucji, wynikał z podziału lewicy na tych, którzy uważali niesławny koniec eksperymentu socjalistycznego za cios dla ruchu, i tych, którzy upatrywali w tym wydarzeniu możliwości rozwinięcia skrzydeł przez lewicę uwolnioną wreszcie od bagażu stalinizmu i związanego z nim odium.
 
Nie wystarczy dowieść (jak czyni to …. Popow) zasadności stosowania wąskiego rozumienia proletariatu praktycznymi cechami, które predestynują tę grupę społeczną do odegrania aktywnej roli w procesie rewolucyjnym, chociaż ta kwestia ma istotnie pierwszorzędne znaczenie. Zalążki organizacyjne nowego społeczeństwa tworzą się wokół takich właśnie ciał, jak rady robotnicze czy komitety fabryczne. Ale rzecz nie tylko w zdolności organizacyjnej robotników przemysłu, których miejsce pracy już samo z siebie narzuca im kolektywność działania i samodyscyplinę.
 
Rzecz w tym, że produkcja przemysłowa, która zastąpiła uprawę roli w dziele przetwarzania przyrody, jest podstawą nowego społeczeństwa, jednocześnie stanowiąc problem do rozwiązania przez owo społeczeństwo.
 
Dla Marksa problem ten sprowadzał się do tego, że członkowie społeczeństwa muszą dzielić swój czas między działalność przynoszącą im dobra służące ich fizycznemu przeżyciu a działalność służącą rozwojowi ich wyższych umiejętności. Klasowy antagonizm polega na tym, że tę praktyczną niedogodność klasy panujące rozwiązały w ten sposób, że ten pierwszy typ działalności przerzuciły na klasę bezpośrednio produkcyjną, zawłaszczając produkt dodatkowy, stwarzając tym samym możliwość rozwijania się grup ludności wykonujących prace polegające na obsługiwaniu klasy panującej zarówno w sensie usługiwania w życiu codziennym (służba domowa), jak i w sensie świadczenia usług  zaspokajających wyższe potrzeby duchowe klas panujących.
 
Tak więc, społeczeństwo klasowe nie składa się wyłącznie z klasy wyzyskującej i klasy wyzyskiwanej, ale także i z grup pośrednich, które nie posiadając materialnych środków produkcji są jednak w stanie sprzedawać nabywcy wytwory swojego talentu czy umiejętności. Są to, w odróżnieniu od sprzedaży prostej siły roboczej, łatwo zastępowalnej i przez to sprowadzonej do urągającego godności człowieka poziomu bytowania, umiejętności rzadkie i wyżej cenione. Inną grupą są rzemieślnicy, którzy posiadają własność środków produkcji, ale także są uzależnieni od nabywcy. W procesie tworzenia się społeczeństwa burżuazyjnego, wszystkie grupy społeczne, poza kapitalistami, są zmuszone wystawiać swoje „aktywa” na rynku. Ale pozycja owych grup jest niemniej zróżnicowana.
 
Marks zauważył, że tylko w społeczeństwie człowiek (jednostka) może nic nie robić, aby przeżyć. W tym znaczeniu „nic” oznacza: nic dla fizycznego przetrwania.
 
Ideałem komunistycznym jest minimalizacja czasu poświęcanego na produkcję materialnych dóbr niezbędnych do przetrwania i maksymalizacja czasu, który można przeznaczyć na uprawianie działalności przynoszącej satysfakcję i rozwijającą osobowość.
 
Współczesne koncepcje lewicowe, przeinterpretowujące marksizm, wciskają działalność rozwijającą osobowość w kanon pracy najemnej, podlegającej wyzyskowi, zrównując ją z pracą fizyczną robotnika przemysłowego. Co tu brzmi fałszywie? Przecież faktycznie mamy do czynienia z wyzyskiem pracy twórczej (kreatywnej) przez kapitalistę (kapitalistyczne państwo), które czerpie wartość dodatkową z owej pracy kreatywnej.
 
Jeżeli za wzorzec wyzysku przyjmiemy wyzysk pracy kreatywnej, a nie wyzysk pracy fizycznej, to przyjmiemy równie niewolniczo za ideologią burżuazyjną, że wyzysk jest niezbędnym elementem życia w społeczeństwie i znieść go możemy jedynie pod warunkiem upowszechnienia biedy. I to jest faktem na naszych oczach, taką ideologię przyjmuje dziś tzw. nowa radykalna lewica.
 
Kapitalizm dąży do podporządkowania wszystkich relacji społecznych sobie właściwym relacjom osiągania zysku. Nie omija to tych pozycji społecznych, które do kapitalizmu nie służyły przynoszeniu wartości dodatkowej – jak praca na roli – ale utrzymywane były z wtórnego podziału owej wartości dodatkowej przez dysponentów siłą roboczą chłopa: dwory, kościoły itp. właściciele feudalni.
 
Wraz ze skokiem poziomu sił wytwórczych i wydajności pracy, wielkość pozostającej w dyspozycji wartości dodatkowej (ponad wartość niezbędną dla utrzymania bezpośredniego producenta) wzrosła w sposób  niesłychany. Można było zwiększyć liczebność grup społecznych utrzymujących się z wtórnego podziału wartości dodatkowej. Kapitaliści działający w sferze cyrkulacji rywalizują ze sobą o dostęp do wartości dodatkowej wytworzonej w sferze produkcji materialnej. W kapitalizmie zmieniła się forma otrzymywania przez pracowników kreatywnych swojej „doli” – ich pozycja socjalna upodobniła się zewnętrznie do pozycji robotnika, ale nie stała się z nią tożsama. Społecznie – nie ma różnicy, ale społeczeństwo nie jest naturalną formą przyrodniczą. Zewnętrzne formy relacji społecznych są płynne, ale istota pozostaje taka sama. Marks pisał, że feudalne stosunki nie zakrywały istoty brutalnego, fizycznego wyzysku, podczas gdy kapitalizm stał się z tej perspektywy nieprzejrzysty. Niemniej postrzeganie wyzysku feudalnego pomaga nam w zrozumieniu ukrytej sprytnie istoty wyzysku kapitalistycznego. Tak samo nie zmieniła się istota tych pozycji społecznych, które wcześniej były dotowane z kasy klasy wyzyskującej w zamian za swoje usługi (talent artystyczny, znajomość medycyny czy usługi typu służba domowa). W kapitalizmie, grupy te również świadczą swoje usługi otrzymując  za nie wynagrodzenie. Z punktu widzenia teorii jednak sfera nieprodukcyjna, w której działają, nie przynosi materialnej wartości dodatkowej, związanej z produkcją materialną. W sensie społecznym jednak, jako że wartość jest stosunkiem społecznym, są oni wytwórcami wartości dodatkowej w sferze gospodarki „wirtualnej”. Tutaj rachuba w kategoriach wartości (bardziej cen) służy innemu sposobowi podziału wartości dodatkowej, wypracowanej w sferze produkcji materialnej, będącej i pozostającej fundamentem, na którym społeczeństwo może zwiększać ilość środków przeznaczonych na utrzymanie grup nie pracujących produkcyjnie, pozostających poza sferą pracy niezbędnej.
 
Kapitalizm uniformizuje przejawy aktywności ekonomicznej w miarę, jak opanowuje coraz śmielej mechanizm społeczny. Niemniej, nie jest w stanie zuniformizować wszystkiego, a przede wszystkim ukrytej istoty relacji między poszczególnymi grupami i klasami społecznymi. Podobnie jak w feudalizmie, mimo opanowywania życia społecznego przez feudałów, nie doszło do sprowadzenia wszystkich pozostałych grup społecznych do szeregów chłopstwa, tak i w kapitalizmie nie jest tak, że wszyscy członkowie społeczeństwa stają się jedną klasą robotniczą.
 
Właśnie wzrost poziomu rozwoju sił wytwórczych zastosowanych do przekształcania zasobów przyrody, które są niezbędne do fizycznego zapewnienia przetrwania ludności, pozwala na utrzymanie grup społecznych, niezwiązanych z produkcją materialną. Jest to kwestia zupełnie  niezależna od pojęcia wyzysku. Wszak służba domowa była chyba najbardziej wyzyskiwaną częścią społeczeństwa, co nie znaczy, że sposób rozwiązania problemu służby domowej wyznacza linię budownictwa socjalizmu czy jak byśmy nie nazwali społeczeństwa dążącego do z niesienia antagonizmu klasowego. Nie zniesienie krzyczącej krzywdy wyzysku służby domowej może nam dać wyobrażenie o mechanizmie zniesienia ekonomicznej podstawy powielania się relacji klasowych i relacji wyzysku. To na sposobie zawłaszczania produktu wymiany między społecznością a przyrodą tworzy się powolnie, ale konsekwentnie, mechanizm trwałej (utrwalonej) sprzeczności klasowej. Pozbawienie bezpośredniego producenta własności środków produkcji rodzi poszukiwanie sposobów zarobienia na życie przez ludzi, którzy utracili kontakt z produkcją owych środków do życia. Antagonizm między chłopem a panem feudalnym czy między robotnikiem a kapitalistą polega na sprzeczności co do sposobu wykorzystania zastosowanych środków produkcji i ich efektów. Dlatego bezpośredniemu użytkownikowi owych środków produkcji zależy na odzyskaniu tytułu własności do nich. Jednocześnie, jest to odzyskanie środków pracy, których własność decyduje o podziale efektów ich zastosowania.
 
Jeżeli zwolennicy szerokiego rozumienia pojęcia „proletariat” jako nieomal synonimu klasy robotniczej czy raczej pracowniczej (oba pojęcia w ich rozumieniu różnią się tylko powierzchowną cechą inności wytwarzanego produktu, ale nie mechanizmem społecznym) twierdzą, że całemu proletariatowi zależy na uspołecznieniu własności środków produkcji, to z konieczności powinni odnosić się do różnorodności owych środków produkcji. W jaki sposób przedstawiciel, np. wolnego zawodu ma postulować uspołecznienie własności swojego środka produkcji?
 
Nietrudno zgadnąć, że pozostała część „proletariatu”, która  nie zalicza się do klasy robotniczej, rozumie pod pojęciem uspołecznienia środków produkcji właśnie uspołecznienie środków produkcji materialnej. Nietrudno też zauważyć, że takie uspołecznienie – z punktu widzenia robotnika przemysłowego – równa się zmianie właściciela środków produkcji, podczas, gdy on sam pozostaje tym samym robotnikiem, jakim był wcześniej. „Uspołecznienie” środków produkcji staje się zmianą jednego sposobu wyzysku na drugi. Co było widoczne przy okazji realnego socjalizmu. Pomijamy tu kwestię terminologiczną, czyli rozróżnienie między upaństwowieniem a uspołecznieniem, albowiem gdy pod pojęciem uspołecznienia  nie rozumie się realizacji zasady dyktatury proletariatu, to rozróżnienie to ma charakter ledwie semantyczny.
 
Nie jest więc prawdą, iż w obiektywnym interesie pozostałych członków „proletariatu” leży uspołecznienie całości „środków produkcji”, włącznie z ich mózgami kryjącymi ich zdolności i umiejętności. To  by było obalenie pierwszego mitu.
 
Samo pojęcie proletariatu jest wysoce nieprecyzyjne. Faktycznie obejmuje ono wszystkich członków społeczeństwa, którzy ulegli pauperyzacji. Nie ma tu znaczenia, czy są to robotnicy, czy przedstawiciele „kognitariatu”, którym zabrakło talentu lub szczęścia, czy pozbawiona szczególnych kwalifikacji służba domowa.
 
Jeżeli przyjąć racjonalnie, że pauprzy głównie łakną podstawowych dóbr, do których dostęp mają jedynie poprzez sprzedaż swoich umiejętności warstwom zamożniejszym społeczeństwa, to nie można twierdzić, że w ich bezpośrednim interesie leży odebranie ewentualnym nabywcom ich umiejętności możliwości czerpania zasobów z wyzysku bezpośrednich producentów. Złapanie bogatego nabywcy leży w interesie paupra. Dopiero zrozumienie, że bezpośredni, wyzyskiwany producent nie da się w ramach walki klasowej wykorzystywać, może ich prowadzić do zaakceptowania idei uspołecznienia własności środków produkcji. Ale to musi być dopiero ustosunkowanie się do programu odzyskania własności środków produkcji wyłożonego przez partię klasy robotniczej, która instynkt robotniczy przekłada na akcję polityczną.
 
Oczywiście, im bliżej pauper znajduje się klasy robotniczej, tym lepiej rozumie punkt widzenia robotnika. Im bardziej szanse zawodowe i życiowe są związane z szeroko rozumianą obsługą klasy panującej, tym mniej poczucia solidarności z robotnikiem.
 
Inna kwestia – w odróżnieniu od pracy produkcyjnej, zajęcia związane z twórczością, kreatywnością, nie są pracą w tym samym sensie, czyli przymus poświęcenia jakiejś części swego życia na wykonanie prac niezbędnych, ale nierozwijających osoby ludzkiej. Twórczość jest uważana za sens czasu wolnego od pracy niezbędnej. Społeczeństwo bezklasowe nie będzie traktowało twórczości jako tytułu do osiągania korzyści materialnych. Czy leży to w obiektywnym interesie „kognitariatu”? Szczególnie, jeśli pracodawcą nie jest poszczególny kapitalista (jak w przypadku pogardzanej służby domowej), ale państwo, którego administracja jest podatna na wrażenie, jakie robią na niej twórcy, celebryci czy utalentowani artyści lub naukowcy itd., itp.
 
Społeczeństwo, w którym miałoby nastąpić upowszechnienie zjawiska twórczości, nie leży więc w bezpośrednim interesie nosicieli tej cechy. Mogą się oni pogodzić z innym mechanizmem społecznym dopiero jeśli okaże się, że nie mają większego wyboru. Nie jest pewne, czy docenią oni to, iż takie rozwiązanie leży w ich interesie OBIEKTYWNYM.
 
Ogólnie rzecz biorąc, program marksistowski nie polega na rozwiązywaniu rozlicznych i różnorodnych, złożonych problemów społecznych, odzwierciedlających niejednoznaczność interesów różnych grup społecznych, choćby się wydawało, że łączy je wspólnota podlegania wyzyskowi w ramach systemu kapitalistycznego.
 
O ile pozycja robotników w strukturze wytwarzania warunków reprodukcji społeczeństwa decyduje o ich roli w walce klasowej, czyli w walce o likwidację ekonomicznych warunków reprodukcji stosunków klasowych, o tyle pozostałe grupy społeczne są zainteresowane innym podziałem tych materialnych środków reprodukcji społeczeństwa. Ta mentalność znajduje szerokie odzwierciedlenie we współczesnej refleksji programowej lewicy, która całkowicie ją przejęła od warstw drobnomieszczańskich, zainteresowanych wyłącznie warunkami sprzedaży swych towarów czy usług.
 
Warunkiem utrzymania wolności w nie mniejszym stopniu, niż ma to miejsce w społeczeństwie burżuazyjnym, należy zabezpieczyć się przed zasadniczą przyczyną istnienia antagonizmu klasowego, czyli przed zawłaszczeniem warunków reprodukcji życia społecznego. Cała reszta, jako struktura nadbudowana nad tą podstawą, dostosuje się. Co nie znaczy, że będzie to idealny model społeczny, bo i nie taki jest cel. Chodzi bowiem – wbrew przekłamaniom przeciwników ideologicznych – nie o wyeliminowanie wszelkich sprzeczności, ale o wyeliminowanie jednej, acz podstawowej. Ta jest związana ze sposobem produkcji podstawowych dóbr materialnych i tylko z tym. A w tym sposobie zawiera się relacja robotnik – kapitalista, a nie dowolna inna.
 
Rozwiązanie tej sprzeczności jest jednoznaczne z potraktowaniem pracy twórczej zastosowanej do produkcji jako nie-pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami. Podwyższanie wynagrodzenia, np. inżynierom, nie rozwiąże problemu związanego z miejscem robotników w systemie produkcji, natomiast emancypacja robotników wpłynie na status inżyniera. Tymczasem lewica ogranicza się do kwestii wynagrodzenia, ponieważ przejęła program polityczny drobnomieszczaństwa. Odbija się to również na jej stosunku do klasy robotniczej, co jest zrozumiałe przy zmienionej mentalności.
 
*
 
Trzydzieści lat transformacji prokapitalistycznej, popieranej przez lewicę posttrockistowską i postmarksistowską wedle wspomnianego wyżej schematu opartego na iluzorycznej możliwości wyboru „dobrych” cech gospodarki kapitalistycznej (efektywność związana z własnością prywatną) i demokracji burżuazyjnej (zindywidualizowane swobody obywatelskie) przy odrzuceniu „złych” (wojny i drastyczne zróżnicowanie społeczne), to był czas konieczny do tego, aby mogły do głosu dojść te segmenty lewicy, które wydawały się totalnie skompromitowane na początku owej drogi.
 
Lewica poststalinowska mogła się odrodzić na bazie oczywistej nieadekwatności posttrockizmu i socjaldemokracji (nurtów coraz bardziej konwergujących ze sobą) do otaczającej rzeczywistości.  W międzyczasie nawet te nurty posttrockizmu, które przez lata opierały się dzielnie inwazji tzw. nowej radykalnej lewicy, ewoluowały w kierunku tej samej ślepej uliczki (jak np. Lutte Ouvrière we Francji).
 
Jednym z efektów odrodzenia się poststalinizmu, zwłaszcza w młodym pokoleniu zrażonym bezalternatywnością propozycji radykalnej lewicy, było nawiązanie do tradycyjnej ideologii, której zasadniczym zrębem pozostawała klasa robotnicza jako źródło legitymizacji całego ruchu. Niemałą rolę odegrał też fakt kompromitacji koncepcji dezindustrializacji przeprowadzonej pospiesznie w ramach transformacji, co odrzuciło kraje b. obozu realnego socjalizmu wstecz, do pozycji peryferii rozwiniętego centrum kapitalizmu. Okazało się, że transformacja była tylko folderem reklamowym kapitalistycznego rozwoju i że nie da się tak prosto dołączyć do Centrum wyzyskującego resztę świata i rozłożyć swój kocyk na tej samej plaży.
 
Niemniej, poststalinowcy, których wyrazicielem jest Popow, pozostają na poziomie tradycyjnego, pragmatycznego rozumienia znaczenia roli klasy robotniczej, sprowadzając to znaczenie do koncentracji i stopnia determinacji klasy robotniczej w walce rewolucyjnej. Decydujące znaczenie ma polityczna wola skupiona w rewolucyjnej partii robotniczej, reprezentującej obiektywną świadomość klasową robotników. Determinację i skuteczność takiego zespolenia masowości i koncentracji z wolą polityczną potwierdziło doświadczenie Rewolucji Październikowej i ten fakt stanowi wystarczające uzasadnienie dla zachowania tezy o roli klasy robotniczej. Samo dociekanie dlaczego partia kierująca się teorią marksizmu przyjmuje klasę robotniczą jako zasadniczy element swej ideologii pozostaje sprawą drugorzędną, akademicką.
 
Poststalinowcy przyjmują, z mniejszą lub większą ochotą, nowolewicową interpretację zmiany, jaka zaszła w klasie robotniczej wraz ze zmianami samego procesu produkcji. Kierując się tradycyjną teorią marksizmu, ustawiają jednak różne segmenty świata pracy w pewnej, pragmatycznie (względami skuteczności walki rewolucyjnej)  uzasadnionej, hierarchii.
 
Nie zwracają uwagi na teoretyczny wywód zawarty w Kapitale Marksa, skupiając się na z życia wziętych ilustracjach wyzysku robotnika, które nie straciły na aktualności mimo bardziej wyrafinowanych form kamuflujących istotę tego wyzysku.
 
W tym sensie jesteśmy raczej ewenementem w skali światowej, ponieważ zwracamy uwagę na to, co zawarte w całości teorii Marksa, a nie tylko na elementy, poszczególne fragmenty jego pracy. W tym sensie również nasza interpretacja marksizmu wyprzedzając cykl odejścia i powrotu do koncepcji klasy robotniczej, podążającego śladem rzeczywistych procesów społeczno-gospodarczych, nadal wyprzedza stan świadomości społecznej oraz teoretycznej. Nie będąc masowym nurtem, nie mamy większych możliwości wpływania na przyspieszenie dojrzewania owej świadomości. Niemniej, wraz z nabieraniem przyspieszenia przez procesy dziejowe, owa świadomość dojrzewa spontanicznie, a w tym procesie szuka ona jakichś pomocnych opracowań, od których możliwe będzie odbicie dla nabrania właściwego kierunku, najlepszego z punktu widzenia skuteczności działania. Mamy nadzieję, że ta fala nas zaleje niczym rwąca rzeka przelewająca się przez wąziutkie brzegi koryta wytyczonego przez maleńki strumień.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
30 kwietnia 2018 r.

Społeczność

1917 rev