Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 31 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Konstytucja dla nauki i złośliwe schadenfreude

kdn3.JPG

Jak pamiętamy, a, w przeciwieństwie do Tymoteusza Kochana, pamiętamy PRL, to polscy naukowcy byli permanentnie niezadowoleni z odcięcia ich od zachodniego świata nauki, od dostępu do literatury i możliwości przeflancowywania na polski grunt „jedynie prawdziwej” nauki, nie opartej na skostniałym, dogmatycznym i z gruntu fałszywym marksizmie-leninizmie.

Na zagraniczne konferencje wyjeżdżali tylko posłuszni lokaje-propagandziści reżymu, sprawdzeni pod względem ideologicznym (czyli późniejsi dysydenci, którym zmianę życiowych drogowskazów wyznaczał rytm ewolucji biurokracji). Finansowanie badań było wyznaczone kluczem ideologicznym; odmienne poglądy (w tym marksistowskie – w wydaniu najpierw antystalinowskim, a później antyantykomunistycznym) były zaś powodem wykluczenia ze środowiska naukowego.

Jednym słowem, cała polska nauka wzdychała do światowej, a zwłaszcza amerykańskiej, nauki jako do niedościgłego ideału. Jak do Coca-Coli i dżinsów.

Po transformacji okazało się, że American pie wydaje się słodkie jedynie, kiedy patrzy się na nie przez szybę.

*

Ku przerażeniu polskich naukowców, władze kraju, który stał się „wreszcie własnym domem” – kiedy już „znormalizowały” sytuację w polskiej gospodarce – przeszły do „normalizowania” sytuacji w polskiej nauce. Było to poniekąd wymuszone faktem, że „normalizacja” polskiej gospodarki „znormalizowała” także i budżet państwa, a przez to musiała „znormalizować” również budżet na naukę. Trzeba jednak sprawiedliwie przyznać, że w przeciwieństwie do gospodarki, w której zastosowano terapię szokową tak skutecznie, że nikt nie zdążył nawet pisnąć, reforma nauki trwa od jakichś 20 lat i końca nie widać.

Obserwując mniej więcej od takiego czasu z bliska tortury polskiej nauki, można mieć swoistą schadenfreude z tego, jak zasady nowego, kapitalistycznego wszak społeczeństwa, tak jednoznacznie popierane jako powrót do racjonalności ekonomicznej przez niemal cały kwiat nauki, w tym byłej marksistowsko-leninowskiej, wracają bumerangiem uderzając w czoło swoich propagatorów. Oczywiście, popierane dopóki dotyczyły one roboli i „wsiowych”…

Ale nie śmiejmy się na wyrost, nauka cieszy się podtrzymywanym mniej lub bardziej sztucznie autorytetem z tego prostego powodu, że jest najskuteczniejszym – póki co – narzędziem propagandowym, zamykającym twarz wszystkim, którzy do świata nauki nie należą. Dlatego też w PRL, jak i w kapitalizmie, nauka cieszy się specjalną protekcją państwa, któremu bardzo na naukowo uzasadnionej legitymizacji swoich rządów zależy (z powyższych powodów). Dlatego nauka bezczelnie wykorzystuje tę zależność rządzących przeciągając reformę i zmieniając jej założenia.

Są jednak dwie kwestie, które, choć odkładane w czasie, pozostają nie do przezwyciężenia w dziedzinie reformy nauki, a wynikają z założeń gospodarki kapitalistycznej. Jedna to fakt, że nie jest możliwy model objęcia finansowaniem całej nauki przez budżet państwa, jak to miało miejsce w PRL. Tam rząd czerpał środki bezpośrednio z przedsiębiorstw państwowych i nie musiał się gimnastykować, jak związać koniec z końcem (chyba że na własne życzenie, biorąc zagraniczne kredyty). Dziś – nawet najbardziej antykomunistyczni uczeni wzdychają do systemu finansowania nauki rodem z PRL, tak jak w swoim czasie wzdychali do modelu amerykańskiego, nie bardzo zdając sobie sprawy z tego, jak on funkcjonuje naprawdę.

Nauka – w świetle myśli Karola Marksa – należy do sfery produkcji tylko w tej części, która wiąże się z procesem technicznego opanowywania przyrody. Natomiast humanistyka należy do sfery czasu wolnego, swobodnego rozwoju jednostki itp. wizji, które dziś, przez szanującego się marksistę są pomijane wstydliwym milczeniem. Marksiści, niemarksiści, wszyscy uczeni uważają, że za snucie rozważań filozoficznych należy się miska zupy, bezpłatna literatura przedmiotu oraz wszelkie materiały biurowe, w tym papier, toner i dostęp do wszelkiego sprzętu, a wszystko finansowane przez zatrudniającą instytucję, wyjazdy badawcze finansowane z budżetu państwa (plus wychowanie i wykształcenie dzieci z kilku małżeństw, dom dla siebie i byłych żon, SUV, wczasy na Karaibach, przedostatnia żona młodsza o 25 lat i tym podobne skromne wymagania, bez których spełnienia polski uczony czuje się pariasem w gronie europejskich kolegów).

Fakt, nie wszyscy uczeni potrafią osiągnąć ten poziom, zwłaszcza starsi, przyzwyczajeni do tego, że o zaspokojenie potrzeb się nie walczy, nie rywalizuje z kolegami. Jak zwykle, nierówności w dostępie do przywilejów występują nagminnie i nie są one związane z zasługami merytorycznymi lub ich brakiem, ale z przynależnością do odpowiedniej koterii. Jak w PRL. Rzecz w tym, że środowisko naukowe rządzi się samo (w ramach swojej autonomii, której znaczenia skądinąd totalnie nie rozumie) i te nierówności są efektem gry o przywileje, co nie wyróżnia środowiska na tle innych ani pozytywnie, ani negatywnie. Działa zasada korporacyjnej solidarności środowiska, a jedynym rozwiązaniem byłoby zwiększenie środków, tak aby móc zadowolić wszystkich, w mniejszym kub większym stopniu, tak jak to było za PRL.

Problem w tym, że top uczonych ma dziś aspiracje o wiele wyżej zawieszone niż poprzednio (jacyś niewykształceni pajace w (show)biznesie za byle co mają więcej), a zadowolenie tych na dole wciąż się odkłada na bliżej nieokreśloną przyszłość. Co budzi irytację i uzasadniony niepokój owych dolnych debili, tj. sorry… decyli.

Rozerwanie jedności środowiska uczonych jest nie na rękę władzy, ponieważ mogłoby spowodować kompromitację reputacji uczonego, a co za tym idzie – utratę legitymacji do sprawowania rządów przez dzisiejszych pomazańców, których autorytet opiera się na wątłej podstawie stereotypu o wyższości gospodarki kapitalistycznej nad socjalistyczną, gorliwie uzasadnianego przez kastę dobrze sytuowanych uczonych.

W rozważaniach o kondycji finansowej uczonych nie bierze się pod uwagę faktu, że cieszą się oni PRL-owskim zabezpieczeniem wszelkich potrzeb związanych z wykonywaniem zawodu ze środków publicznych: wspomniane wyżej finansowanie narzędzi pracy (sprzęt i literatura), z których korzystają nie tylko w miejscu pracy, ale i w domu, opłacanie kosztów wyjazdów zagranicznych w celach badawczych lub upowszechniających własny dorobek, finansowanie kosztów publikacji wyników naukowych. Gdy tymczasem pracownikowi fizycznemu potrąca się za ubranie robocze, zaś za szkolenia wybrane swobodnie przez pracownika on sam musi zapłacić.

Głos Tymoteusza Kochana [https://strajk.eu/nauka-english-only/] wyraża opinię tych kręgów środowiska, które zdały sobie sprawę z tego, że znajdują się na celowniku władz, zmuszonych ograniczyć liczbę adeptów zawodu. Nie chcąc zrezygnować z jakości posiadanych przywilejów, środowisko dokonuje samoselekcji. Jednak nie może i nie chce otwarcie przyznawać się do tej akcji, ponieważ nie chce dopuścić do precedensu, który mógłby być później wykorzystywany przeciwko pozostałym po pogromie. Dlatego środowisko udaje jedność i deklaruje chęć obrony wszystkich swoich członków, gdy tak naprawdę to trwa zacięta walka o prestiżowe miejsce w świecie nauki, co daje gwarancję, że odsiew obejmie tylko tych, co stoją niżej.

Nic dziwnego, że najostrzej protestują ci, którzy są najbardziej zagrożeni. Głos T. Kochana potwierdza tę prawdę. Minister Gowin nie kłamie, kiedy mówi o szerokich konsultacjach i o poparciu… tych, z którymi się liczy. Środowisko uczonych od lat reformuje naukę, a kształt tej reformy nie jest narzucony przez Jarosława Kaczyńskiego. Konieczność i kształt reformy jest ukształtowany przez transformację ustrojową, której autorami byli liberalni uczeni z Leszkiem Balcerowiczem na czele, popierani w decydującym momencie przez takich socjalistów, jak Jacek Kuroń czy Ryszard Bugaj.

Jeżeli przyjrzeć się enuncjacjom najwybitniejszego spośród polskich marksistów tego czasu, prof. Jarosława Ładosza, to także można zauważyć, że nie było tu oporu, poza kilkoma pobożnymi postulatami, czy raczej prośbą o łaskawe potraktowanie…

Marksistowscy zwolennicy tezy o kapitalizmie państwowym w ogóle nie mieli powodu, aby buntować się przeciwko przekształceniu „nienormalnego” kapitalizmu państwowego w „normalny” kapitalizm, zaś marksiści zaprzeczający problemowi biurokracji z pozycji zdrowego rozsądku filozoficznego ograniczyli swój radykalizm do spraw światopoglądowych, pozostałe pozostawiając modnej postawie agnostycyzmu.

T. Kochan słusznie rozszyfrowuje zamysł reformy nauki jako chęć autoselekcji środowiska na drodze pobudzanej rywalizacji między naukowcami. W tym zbożnym dziele nie ma większego znaczenia, jakimi kryteriami będziemy się posługiwać – punktami (stary model) czy oceną merytoryczną (propozycje reformy). Z tym, że punkty mają tę kolosalną przewagę dla zatroskanych o budżet państwa, że ucinają pretensje jako „zobiektywizowane” kryterium.

Przy okazji, gdyby ktoś z czytelników miał jednak wątpliwości co do tego, że środowisko nie potrafi się bronić i w takiej sytuacji, to warto przytoczyć fakt, że po kategoryzacji instytucji naukowych, która zakończyła się wraz z I kwartałem 2017 roku, do tej pory trwa rozpatrywanie odwołań ocenianych instytutów. Środowisko nie poddaje się. Od ponad 20 lat trwa coś w rodzaju biernego oporu w nauce. Bierny opór wobec każdej decyzji władz, która uderza w dotychczasowe przywileje nauki. Skuteczny, choć bez palenia opon.

Mechanizmy stosowane przez Ministerstwo nie wymuszają na instytucjach naukowych racjonalizacji polityki kadrowej i naukowej, niemniej wymuszają ograniczanie zatrudnienia, co też jest nie do pogardzenia.

*

W PRL nauka była traktowana zgodnie z całościowym podejściem do problematyki gospodarczej, odmiennym niż w ekonomice burżuazyjnej. Wkład nauki w rozwój gospodarczy kraju miał charakter pośredni. Aksjomatem było, że wartość dodatkową wytwarza dział produkcji przemysłowej, a wartość ta jest niezbędna do utrzymania dobrobytu społeczeństwa na poziomie odpowiadającym osiągnięciom cywilizacyjnym. Te osiągnięcia cywilizacyjne, upowszechnione w społeczeństwie dzięki społecznym funduszom spożycia (edukacja, ochrona zdrowia, mieszkalnictwo, komunikacja, ubezpieczenia socjalne itp.), wpływały na wzrost gospodarczy dzięki coraz lepszej i lepiej wykształconej sile roboczej, co skutkowało wzrostem społecznych funduszy spożycia itd.

Oczywiście, w PRL warstwy i grupy pośrednie, w tym naukowcy i inteligencja w ogóle, były nieusatysfakcjonowane takim miejscem w gospodarce, albowiem dawało ono do zrozumienia, że nie odgrywają one samoistnej roli w procesie tworzenia dochodu narodowego i ich roszczenia – w tej logice – są wtórne wobec roszczeń bezpośrednich wytwórców. Nawet jeśli w rzeczywistości chwała bezpośredniego wytwórcy sprowadzała się do tego, że miał on zaszczyt być wyzyskiwany nierzadko równie brutalnie, jak w kapitalizmie. W końcu zobowiązania socjalne państwa socjalistycznego były i są kosztowne, a ich adresatem nie jest wyłącznie klasa bezpośrednich wytwórców, a nawet nie przede wszystkim. Z tym, że – w przeciwieństwie do kapitalizmu – społeczeństwo socjalistyczne, a szczególnie segment pozaprodukcyjny, nie odczuwa wdzięczności dla władz, albowiem żaden narzucony z góry sposób podziału nie będzie uważany za satysfakcjonujący, bo zawsze można sobie wyobrazić, że mógłby bardziej uwzględniać potrzeby niezadowolonej grupy społecznej. Kosztem, oczywiście, innych grup, a szczególnie kosztem klasy robotniczej, która „w sposób naturalny” jest uważana za predestynowaną do bycia wyzyskiwaną – bo taka jej karma (m.in. dlatego, że nie chciało się robolom uczyć i studiować, albo że są obciążeni dziedzicznie ułomnością umysłową, która im uniemożliwia korzystanie ze ścieżek awansu indywidualnego).

Jak można zauważyć, w tej kwestii myślenie o klasie robotniczej w II RP nie odbiega od PRL-owskiego stereotypu.

Wracając do środowiska nauki, to stalinowskie korzenie wiedzy o mechanizmach gospodarczych (utrzymane przez luminarzy epoki stalinowskiej jako zgodne z marksizmem, a raczej tym, co oni naprawdę za marksizm uważali przed i po śmierci Genseka) całkowicie zamazały fundamentalne rozróżnienie Marksowskie na pracę produkcyjną, wytwarzającą wartość dodatkową i, jednocześnie, nowe bogactwo, które dopiero (jako bogactwo społeczne, czyli nadwyżka nad konsumpcją bezpośredniego wytwórcy) stanowi podstawę uruchomienia kapitalistycznego (niekoniecznego z punktu widzenia historii ludzkiej) stosunku społecznego, jakim jest wartość (i wartość dodatkowa), w pozostałych sferach gospodarki.

Wedle nauczania Stalina i (post)stalinowskiej ekonomii politycznej socjalizmu, podmiotem jest całe społeczeństwo, którego potrzeby mają być rosnące i zaspokajane. Ta podmiana podmiotu (klasy robotniczej przez społeczeństwo en bloc) sprawiła, że z czasem zaczęto dostrzegać całkowitą nieadekwatność scholastycznie uczonej ekonomii politycznej, gdzie podmiotowość klasy robotniczej miała aksjomatyczne, ale puste znaczenie. Ekonomiści nie mogli nie zauważać, że ekonomia polityczna socjalizmu jest czymś pokracznym w porównaniu z ekonomiką burżuazyjną, gdzie aksjomat traktowania społeczeństwa jako jednorodnej całości, bez wyróżniania sfery produkcyjnej od nieprodukcyjnej, lepiej jest uwzględniany, a sama nauka wydaje się więc o wiele bardziej spójna.

Jeżeli odrzucamy wagę powyższego rozróżnienia, nie ma sensu odmawianie jakiejkolwiek pracy znaczenia dochodotwórczego – w nowej nomenklaturze: wytwarzania produktu krajowego.

Reasumując: biurokratyczna, o stalinowskich korzeniach nauka ekonomii zafałszowała podstawowe rozróżnienie w teorii marksistowskiej. Biorąc pod uwagę spory początku dwudziestego stulecia, niewielu teoretyków marksizmu było świadomych fundamentalnego znaczenia tego elementu myśli Marksa, którego waga nie była zresztą wyrażana explicite (jako coś samooczywistego w tamtym czasie). Jednocześnie, w samym sercu ruchu robotniczego, w Niemczech, rozwinęła się teoria rewizjonistyczna, która dotykała tego problemu, ale nie zostało to również wyrażone explicite jako zanegowanie ważnego elementu, a raczej jako normalne dostosowanie teorii do zmieniających się warunków politycznych i społecznych. To, że Lenin nie spodziewał się zdrady ze strony socjaldemokracji Europy Zachodniej najlepiej świadczy o tym, że zmiana teoretyczna nie wydawała się tak groźna, jak się okazała następnie. Również postawa Róży Luksemburg, oponentki nie tylko Bernsteina, ale i Lenina z okresu sprzed wojny i rewolucji, a która nie wahała się, po której stronie opowiedzieć się w sytuacji rewolucyjnej, świadczy o tym, jakie kryterium teoretyczne decydowało o takiej, a nie innej postawie praktycznej.

Ze Stalinem było mniej więcej tak, jak dziś jest z Koreą Północną i rodziną Kimów, czy z Chinami doby reform – język propagandy, nawet wzmocniony represjami, nie jest w stanie przesłonić bardzo konkretnych ustępstw na rzecz systemu, który ma przewagę. Służy on wyłącznie legitymizacji tej konkretnej władzy, która dąży do poddania się wreszcie systemowi hegemonicznemu, ale chciałaby uzyskać dobre warunki kapitulacji, tzn. gwarancje dla elity panującej.

Alternatywy wobec kapitalizmu te systemy władzy nie są w stanie znaleźć, ponieważ nie mają teoretycznej wiedzy na temat tego, co jest istotą systemu przejściowego do społeczeństwa bezklasowego. Co nie znaczy, że świadomość tej istoty daje gwarancję zwycięstwa. Nie uważał tak i Lenin, ale miał on przynajmniej wyczucie, że należy wycofać się na z góry upatrzone pozycje i w szyku zwartym, pozostawiając sobie możliwość ofensywy w nadarzającej się sytuacji. Bez jasności teoretycznej nie sposób się wycofywać na z góry upatrzone pozycje i nie w rozsypce. Takie nadzieje na to, że zwartość szyku istnieje w przypadku Chin, cechuje do dziś licznych marksistów. Problem w tym, czy mają oni świadomość teoretyczną. Czy też zwarty szyk oznacza jedynie biurokratyczną solidarność. A to jest dopiero pytanie.

Wracając do pierwotnego tematu, czyli do kwestii roli nauki w życiu gospodarczym, przypomnijmy, że burżuazyjna ekonomika daje nauce tę satysfakcję, iż czyni z niej siłę bezpośrednio produkcyjną, jako że wytwarza ona wartość dodaną w produkcie krajowym. Wystarczy bezpodstawnie utożsamić wartość dodaną z dodatkową i już mamy pozornie marksistowską koncepcję teoretyczną, gdzie wartość jest określana po prostu wynagrodzeniem. W ten sposób ucina się te wszystkie niepotrzebne głupoty, jakie wypisywał Marks usiłując bezskutecznie powiązać wartość z ceną, a co jest w oczach dzisiejszych marksistów ciekawostką, a bynajmniej nie czymś istotnym teoretycznie.

Jeżeli tak długo rozpisujemy się o tych kwestiach teoretycznych przy okazji dyskusji o zamachu na naukę polską przy okazji reformy min. J. Gowina, zwanej Konstytucją dla nauki, to dlatego, że nie chcemy poprzestać na zdroworozsądkowym ustosunkowywaniu się do stron owej dyskusji, ale zająć się nią z pozycji marksistowskich właśnie.

Roszczenia świata nauki (i grupy intelektualistów) z okresu PRL o tym, że nauka stanowi siłę bezpośrednio wytwórczą (co się utożsamia z funkcją kreatywną), zostały zaspokojone w III RP. Nauka przestała się postrzegać jako skazana na okruchy z podziału wartości dodatkowej, stała się natomiast grupą, której roszczenia są nie mniej uzasadnione niż roszczenia robotników. W tej kwestii świat nauki znajduje wdzięcznych słuchaczy w osobach kolejnych ministrów nauki i szkolnictwa wyższego (nieważne, jakie nazwy przybierało ministerstwo przez minione lata). Sami ministrowie wywodzą się ze środowiska, więc z natury są całym sercem ze swoimi kolegami, ale…

Ale sposób myślenia zależy od miejsca siedzenia. Chichot historii (i samego Karola Marksa) odbija się głębokim echem w pustych korytarzach ministerstwa. Jeżeli nauka jest czynnikiem tak samo produktywnym, jak każda inna działalność wytwarzająca towary, to podlega ewaluacji ze względu na kryterium efektywności wykorzystania zasobów. I tu zaczynają się schody.

Okazuje się, że podnoszenie wynagrodzeń uczonym jednak nie generuje wartości dodatkowej (vel dodanej) jak sądzono. Założeniem ekonomiki burżuazyjnej było to, że każde wynagrodzenie jest efektem racjonalnej alokacji zasobu. W gospodarce kapitalistycznej, która ewoluowała wedle logiki dostosowującej podaż do zapotrzebowania, powyższa zależność mogła być zasadnie założona. Dopiero później na te podstawowe zależności nakładały się komplikujące i burzące równowagę działania interwencyjne państwa. Tymczasem, w krajach tzw. postkomunistycznych, w warunkach destabilizacji gospodarczej i pauperyzacji jako masowego trendu, równowaga nie była ewolucyjnie burzona, jej w ogóle nie było, została zburzona wraz ze zburzeniem równowagi poPRL-owskiej.

Możliwość rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego w krajach kapitalizmu rozwiniętego wynikała z ich przewagi ekonomicznej w dziedzinach tradycyjnej produkcji. Ten rozwój był więc wynikiem nadwyżki wartości dodatkowej nad spożyciem bezpośrednich producentów, co dało możliwość zastosowania nauki (w tym myśli technicznej) do osiągania przewagi nad innymi krajami i możliwością osiągania przez kraj przodujący korzyści nadzwyczajnych. Co powodowało lawinowy przyrost przewagi ekonomicznej nad rywalami.

O ile produkcja dóbr materialnych może dać pewną skuteczność na krótką metę polityce autarkii, o tyle rozwój nauki i czerpanie korzyści z tego rozwoju są możliwe tylko poprzez konkurencję z innymi o przewagę w osiąganiu wartości dodatkowej nadzwyczajnej. Tylko w ten sposób nauka może imitować funkcję siły produkcyjnej – myśl techniczna daje możliwość wyzyskiwania mniej szczęśliwych, tradycyjnych producentów wartości dodatkowej.

Jeżeli odrzucimy koncepcję, że podniesienie poziomu edukacji całego społeczeństwa da nam w przyszłości moc skuteczniejszej produkcji w celu zaspokajania potrzeb tego społeczeństwa i przyjmiemy logikę kapitalizmu, to otrzymamy to, co dziś widzimy: stereotypowe przekonanie, że powszechność średniego i wyższego wykształcenia jest Polakom zbędna. No bo nie przekłada się to na konkurencyjność naszej gospodarki. A w koncepcji Marksowskiej w ten właśnie sposób przejawiała się pośrednio produkcyjna rola nauki. Skoro nauka nie jest potrzebna do tego celu, to pozostaje jedynie wiara w bezpośrednio produkcyjną moc nauki jako takiej. Ale gdzie ta nauka miałaby działać, żeby osiągać wartości finansowe dla naszego społeczeństwa? Rozumie się samo przez się, że na rynku międzynarodowym.

Stąd, pozornie niezrozumiały dla naszych uczonych, pęd ministerstwa do wypchnięcia nauki polskiej do podjęcia konkurencji na rynkach międzynarodowych. Nie mając gospodarki, ani rozwiniętej turystyki, która mogłaby ją zastąpić, rolę gospodarki lub turystyki powinna przejąć może nauka?

Może się to wyrażać niekoniecznie w walucie, ale też w dostępie do ekskluzywnego klubu zwycięzców na światowym rynku, czyli dostępie do grona tych, którzy dzielą między sobą łupy z powszechnej wojny ekonomicznej, bycie w gronie decydentów, choćby i na dalszej pozycji w rankingu. Być wśród tych, którzy ogłaszają sankcje, a nie tych, którzy im podlegają – z dowolnych powodów.

Nie sposób tego dokonać wlokąc za sobą zaściankowe środowisko uczonych, którzy boją się rywalizacji międzynarodowej niczym diabeł święconej wody. Wiadomo bowiem, że z różnych przyczyn, z których niedoinwestowanie nauki polskiej jest najmniej istotnym, taka rywalizacja jest z góry przegrana dla większości rodzimej kadry naukowej. Słusznie pisze T. Kochan, że „Bycie przymusowo przyłączonym do zachodniego rynku oznacza też oczywiście przymusowe dostosowanie do potrzeb Zachodu. Z tamtejszej perspektywy nie wszystkie polskie dyscypliny będą posiadały swą rację bytu, a miejsce dla polskich naukowców będzie okrojone i dostosowane do potrzeb tamtejszych właścicieli środków produkcji. Nimi w tym wypadku stają się zagraniczne czasopisma naukowe podpięte pod zachodni kapitalizm.”

Problem w tym, że komu potrzebne są „polskie dyscypliny” nawet w Polsce? Dlaczego nauka miałaby być inaczej potraktowana niż rodzima kultura wyparta przez anglosaską czy rodzimy przemysł wyparty przez dżinsy i Coca Colę? Skąd pomysł, że naukę powinien czekać los diametralnie przeciwstawny do losu innych dziedzin życia w kraju?

Zalew zachodniej szmiry literackiej nie spowodował, że nie ma autorów polskich uważanych za wartościowych. Jednak rynkiem wydawniczym i światem artystycznym rządzą reguły gry kapitalistyczne, panuje głębokie zróżnicowanie statusów i dochodów, co jest skądinąd zgodne z tym, co istnieje na Zachodzie. W nauce zachodniej także nie jest tak, że wszyscy uczeni żyją na tej samej stopie, co międzynarodowe sławy. I nie zawsze jest to zróżnicowanie sprawiedliwe.

To w PRL-u bycie nawet byle jakim literatem czy uczonym szło w parze z ogromnym uznaniem i poważaniem społecznym. I to niezależnie od faktu, że nie byli oni zaliczani do bezpośrednich producentów, a nawet właśnie dlatego.

Skargi T. Kochana pod adresem reformy nauki mijają się z faktami. Pisze on bowiem:

„Już od kilku lat decyzją kolejnych polskich rządów liczba punktów przyznawana naukowcom za publikacje zagraniczne jest zdecydowanie wyższa od liczby punktów przyznawanych za publikacje w języku polskim. Zupełnie bez znaczenia pozostaje przy tym sama treść czy wartość merytoryczna danego artykułu… Nowa ustawa, a także ogólny kierunek zmian wytyczany już przez poprzednie ekipy rządowe eliminują bowiem Polskę z grona państw inwestujących we własną naukę i własną naukową podmiotowość. [...]

Aby wyrównać punkty, które można zdobyć za pojedynczą publikację np. w amerykańskim czasopiśmie punktowanym pracownicy naukowi, a także doktoranci i studenci (w przypadku ubiegania się o różnorodne stypendia) musieliby napisać 3-6 razy więcej artykułów w języku polskim. Pojedynczą publikacją w zachodnim, choćby popularnonaukowym, czasopiśmie możemy więc bez większego trudu nawet kilkukrotnie podbić liczbę punktów oferowaną przez najbardziej nawet prestiżowe polskie czasopisma naukowe z danej dziedziny.”

„Nasz język ojczysty jest więc – zdaniem władz – zasadniczo bezużyteczny i z gruntu nienaukowy, a polski rynek czasopism naukowych i publikacji naukowych powinien po prostu umrzeć śmiercią przyśpieszoną.”

Ministerstwo odparowuje tę skargę następująco:

„Wsparcie dla polskich czasopism

Konstytucja dla Nauki przewiduje również systemowe wsparcie dla polskich czasopism. Konkurs dla czasopism skierowany będzie głównie do naukowców z nauk humanistycznych i społecznych. Wsparcie czasopism i wydawnictw naukowych to także walka z tzw. punktozą. Ustawa wprowadza mechanizmy, które sprawią, że naukowcom będzie się opłacało publikować mniej, ale w lepszych, bardziej prestiżowych miejscach. Nie będzie się już opłacało – tak jak dotychczas – publikowanie wielu artykułów o niskiej wartości naukowej.”

Jasno wynika z tego, że reformatorzy usiłują robić dla humanistyki to, co jest możliwe w danych warunkach gospodarczych. Jednak ratowanie humanistyki może się dokonać jedynie kosztem redukcji jej kadr. System punktów dawał Ministerstwu pewną tarczę, za którą mogło się schować, wskazując, że kryteria (niezbędnej) selekcji są zobiektywizowane. Jak pisaliśmy wyżej, skoro nauka ma być siłą bezpośrednio produkcyjną, to musi spełniać kryterium optymalizacji relacji nakładów do efektów.

Roszczenia uczonych do tego, że są oni wartością samą przez się, nawet bez realizowania prestiżowych badań i grantów, wynikają z ich roli edukatorów społeczeństwa. Jeżeli jednak społeczeństwo jest optymalizowane jako siła robocza i nie potrzeba tak wielu humanistycznie wykształconych obywateli (to byłoby marnotrawstwo środków), to konieczna jest redukcja kadry uczonych w tym segmencie. A wówczas pozostali będą mogli być wynagradzani zgodnie ze swymi aspiracjami.

Dementując ideologię burżuazyjnej ekonomiki, wynagrodzenia tworzące wartość dodaną nie generują zabezpieczenia tych wynagrodzeń w dobrach materialnych wytwarzanych z sferze produkcji. Jak to się zdawało polskim uczonym w okresie PRL. Marks by się uśmiał!

Ponadto, śmieszne są argumenty T. Kochana, odwołujące się do „nacjonalizmu naukowego” na wzór „nacjonalizmu gospodarczego”. Akurat w nauce powinno się przekraczać granice państwowe, a możliwość komunikowania się ze środowiskiem międzynarodowym jest bezcenna. Nie wtedy jednak, kiedy pisanie artykułów naukowych służy jako sposób na zarabianie na życie. Wówczas nie ma znaczenia dyskusja naukowa, a nawet nie jest ona wskazana, ponieważ może podważyć autorytet naukowy. Najlepiej, kiedy naukowcy, zamiast spierać się między sobą, powołują się jeden na drugiego, bo wtedy trudno jest coś zakwestionować, skoro można się narazić komuś może potężniejszemu. Dlatego w nauce przeważają spory ideowe, okołopolityczne, natomiast sama nauka jest wolna od zderzenia idei. To tłumaczy parcie uczonych na udział w życiu politycznym, ponieważ w atmosferze gnuśności środowiskowej można zapewne umrzeć z nudów.

Uczeni – także z nudów – usiłują robić z siebie polityków czy poetów, zaś uprawianie nauki jest dla nich tym samym, co szycie butów, czyli sposobem na życie. To ciekawe, twórcze rozwinięcie Marksowskiej wizji komunizmu, w którym w czasie wolnym robi się dopiero coś naprawdę kreatywnego. Uczeni więc politykują lub układają wiersze.

Można by się zastanowić, czemu miałoby służyć publikowanie po polsku prac naukowych, co samo w sobie nie jest niczym zdrożnym. Koledzy-naukowcy muszą posługiwać się przynajmniej angielskim, żeby funkcjonować w życiu naukowym. Czy dotychczasowe publikowanie po polsku służy może masowemu czytelnictwo prac naukowych przez odbiorców spoza środowiska akademickiego? Bardziej temu celowi służy tzw. popularyzacja nauki. Rozumielibyśmy, gdyby argumentem było, że tworzenie naukowe po angielsku zabija rodzime słowotwórstwo, kreowanie nowych, specyficznie polskich terminów i pojęć pewnych nowych zjawisk. Ale przecież zwyczajem naukowców jest wtrącanie do tekstów po polsku specyficznych terminów i pojęć angielskich jako nieprzetłumaczalnych bez zaprzepaszczenia niuansów znaczeniowych i ich funkcjonowanie w obiegu naukowym w kraju w ich oryginalnym, niepolskim brzmieniu. Więc nie udawajmy, że chodzi tu o jakiś patriotyzm językowy.

W przeszłości językiem elit intelektualnych była łacina, dziś to jest angielski. Gdyby w grę wchodził czysty interes rozwoju nauki, nie byłoby dyskusji, że językiem nauki jest jeden język dominujący, nieważne, że to niesprawiedliwe. Przy okazji, ciekawe jest odnotowanie, w jaki konkretny sposób pewne tendencje dziejowe zderzają się z barierami i ograniczeniami, które mogą zmodyfikować lub zmienić bieg głównego nurtu. Jeżeli istnieje żywotny interes reprezentowany przez wystarczająco liczną grupę społeczną, to najprostsza, najoczywistsza droga zamienia się w krętą serpentynę.

Śmieszne poniekąd jest jeszcze to, że w sytuacji drastycznej uniformizacji kultur, utrzymanie różnorodności których miało uzasadnienie, akurat nauka jako coś uniwersalnego ze swej istoty staje się symbolem oporu wobec uniformizacji ze względu na zaangażowane tu interesy ekonomiczne (wynagrodzenia naukowców). Okazuje się, że pozaekonomiczne wartości nie znajdują swoich skutecznych obrońców, a przynajmniej jest o nich trudniej i zazwyczaj nie są to osoby zaangażowane w spontaniczną kreację w tej właśnie zagrożonej dziedzinie. Co daje do myślenia, kiedy zastanawiamy się nad mechanizmami procesów historycznych.

Reforma nauki nie zrezygnuje z wymogu konkurowania polskiej myśli naukowej na świecie, ponieważ to jest wymóg ekonomiczny. Rozwalenie gospodarki odziedziczonej po PRL nie zostanie cofnięte programem reindustrializacji raz-dwa-trzy. Ponadto, konkurowanie na płaszczyźnie myśli technicznej i technologicznej jest elementem naszej rywalizacji gospodarczej. Humanistyka nie przekłada się bezpośrednio na korzyści gospodarcze, ale pośrednio służy temu celowi poprzez utrzymywanie kraju w „klubie dżentelmenów”, co może skutkować zaproszeniem do grona biesiadujących, zwłaszcza jeśli koszt posiłku ponosi jakaś trzecia strona.

T. Kochan: „W świecie nauki wiele z kolonialnych praktyk przeszło już do porządku dziennego. Większość społeczeństwa nie ma jednak pojęcia o tym, że posługiwanie się językiem polskim jest już dla polskich naukowców zupełnie nieopłacalne. Nie opłaca się stosować go w praktyce naukowej, nie opłaca się posługiwać się nim na konferencjach naukowych i nie opłaca się pisać w nim artykułów.”

Słowo-klucz u T. Kochana, to „nie opłaca się”. Jak to nadmieniliśmy wyżej, nauka nie ma się „opłacać” uczonemu. Wedle marksizmu, ma ona być ogólnie dostępnym sposobem wykorzystywania czasu wolnego dla realizacji pełni swej osobowości twórczej. W socjalizmie praca opłacana, to praca należąca do sfery produkcji materialnych warunków reprodukcji społeczeństwa na poziomie wyznaczonym przez członków tego społeczeństwa. Można spędzić 2-3 godziny dziennie przy pracy, która należy do kategorii znoju, a potem zająć się twórczością. Dopiero takie postawienie sprawy rewolucjonizuje nasze cele społeczne i powoduje przemianę ustrojową, a nie drobiazgowe analizy, jak „sprawiedliwie” opłacać pracę najemną. Czym zajmują się dość bezpłodnie różni uczeni i, co gorsza, różni lewicowcy, podczas, gdy akurat w tej kwestii praktyka jest wymagana od zaraz.

Jednak T. Kochan wie swoje: „Stopniowa zagłada nauki uprawianej w języku polskim to jedno. Szykowana przez Jarosława Gowina reforma idzie jednak znacznie dalej. Najgłębsze przesłanki, na których opiera się cała ‘Konstytucja dla nauki’ są przy tym absolutnie szalone i zwyczajnie głupie.

Oto u samych fundamentów założeń ustawy leży głębokie przekonanie, że dokładnie ci sami naukowcy, którzy już teraz znajdują się na polskich uczelniach – zarabiający wielokrotnie mniej od swoich kolegów z państw Zachodu – będą w stanie rywalizować, a nawet wygrywać konkurencję z zachodnią nauką, i to na łamach zachodnich czasopism i na zachodnich uniwersytetach!”

A co ma do tego wysokość zarobków? Ze słów T. Kochana przebija podświadome przekonanie, że nauka zachodnia jest lepsza, skoro nie można z nią konkurować. Nauka zachodnia jest lepsza, ponieważ jest lepiej finansowana. Argumentacja o tyle śmieszna, że humanistyka nie opiera się na kosztownych badaniach, zaś naukowcy niekoniecznie ponoszą z własnej pensji koszty dostępu do literatury, która stanowi ich główny przedmiot badań.

Natomiast niewystarczające pensje mogą być argumentem tylko w ten sposób, że młody naukowiec musi zajmować się pracą pozanaukową, aby prowadzić normalne, tj. na poziomie, rodzinne życie. W ten sposób, społeczeństwo musi ponosić koszt utrzymania przezeń rodziny. To już model uczonego mnicha-ascety był bardziej ekonomiczny.

Zupełnie inną kwestią, nie mającą nic wspólnego z poziomem zarobków, jest to, że zachodnia nauka nie po to wywalczyła sobie wiodącą pozycję, aby się nią teraz dzielić z jakimiś nuworyszami ze Wschodu. Ponieważ nasza nauka ma, wedle własnego przekonania, opóźnienie co najmniej półwiekowe w stosunku do nauki zachodniej, to może tworzyć tylko przyczynki do wyników nauki zachodniej. Naukowcy zachodni tworzą kryteria oceny, co jest naukowe, a co nie jest, i nie ma to nic wspólnego z poziomem finansowania nauki w Polsce. Można by przeznaczyć na ten cel pół budżetu państwa i byłaby figa. Elita nauki, jak każda inna elita, nie dopuści do tego, żeby się spospolitować. Bo przestałaby być elitą. I nie zmieni tego finansowanie wszystkich potencjalnych genialnych uczonych. System raczej nastawia się na wyłapywanie talentów w systemie edukacji powszechnej i ograniczenie liczebności elity, która będzie miała bardzo dobre finansowanie.

Jest to jednak przywilej nielicznych – większość rzemieślników nauki w USA jest tak samo sfrustrowana, jak ich polscy koledzy. Dopiero porównując poziom bogactwa Polski i USA, należałoby oszacować liczebność potencjalnej elity naukowej w Polsce. Tak czy inaczej, reforma nauki musi zakładać ograniczenie środowiska i zwiększenie zróżnicowania w pozycji materialnej różnych kategorii naukowców. Urawniłowka zbliża się ku końcowi. Nad reformą nauki pracują ci, którzy zapewnili sobie miejsce w owej elicie. W ich interesie leży ograniczenie liczebne samej korporacji.

A więc granie na solidarności korporacyjnej, co usiłuje robić T. Kochan, jest z góry przegrane.

Marksista nie powinien, jak T. Kochan, oburzać się na wykluczenie z grona uprzywilejowanych, bo to ani grzeje, ani ziębi bezpośrednich producentów. Nie powinniśmy też dać się omamić sloganom, że protesty środowiska naukowego są czym innym niż rozpaczą w obliczu wypadnięcia z kasty uprzywilejowanych.

Nauka powinna przestać być zawodem, dochodami z którego ludzie się utrzymują. Inaczej, socjalistyczna frazeologia jest tylko pustym sloganem, podczas gdy praktyka traktowania uprawiania nauki jako sposobu zarobkowania jest jednoznaczna z podtrzymywaniem systemu kapitalistycznego. Podobnie zresztą, jak i pozostałe formy twórczości, które w marksizmie powinny należeć do czasu wolnego, a nie do czasu pracy.

Takie podejście bowiem, utrwalające mentalność burżuazyjną, jest jednocześnie wyrazem wrogości wobec klasy robotniczej czy klasy bezpośrednich wytwórców, ponieważ, petryfikując zarobkowanie na formach spędzania czasu wolnego w przyszłym społeczeństwie bezklasowym, utrwala się na zawsze zniewolenie bezpośrednich wytwórców, którym przypada w udziale całość czasu pracy produkcyjnej.

Na żale T. Kochana: „Dziś zdecydowanej większości doktorantów, a nawet pracowników uniwersyteckich, nie stać nawet na legalny zakup większej ilości zachodnich publikacji naukowych – pojedyncza zagraniczna książka naukowa to bowiem często koszt rzędu 30-40 euro. Temu iluzorycznemu wejściu na zachodnie rynki wcale nie towarzyszy przy tym stosowny wzrost wynagrodzeń, a różnica w statusie majątkowym w porównaniu do standardów zachodnich czyni z polskiego naukowca biedaka” odpowiada następująco min. Gowin:

„3 miliardy w obligacjach dla uczelni i 47 miliardów w systemie

Rządowy projekt przewiduje, że uczelnie publiczne otrzymają dodatkowo 3 mld zł w obligacjach skarbu państwa, które trafią do uczelni w całej Polsce. Będzie to znaczący zastrzyk finansowy, które uczelnie przeznaczą na inwestycje.

Przyszłoroczny budżet przeznaczony na szkolnictwo wyższe zostanie ponadto zwiększony o 700 mln złotych. Po wejściu w życie ustawy środki finansowe będą waloryzowane co roku w całości, a uwzględnienie nowych reguł waloryzacyjnych spowoduje, że w dziesięcioletniej perspektywie do systemu nauki i szkolnictwa wyższego trafi dodatkowo 47,5 mld zł.

Podwyżki dla wykładowców akademickich

1 stycznia 2019 roku planowane jest wejście w życie rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które jest częścią Konstytucji dla Nauki. Dzięki niemu blisko 50 proc. nauczycieli akademickich w uczelniach publicznych otrzyma podwyżki wynagrodzeń. Zgodnie z nowymi przepisami pensje minimalne wzrosną średnio o około 800 złotych. Wzrost wynagrodzeń odczują najbardziej adiunkci, asystenci, lektorzy, instruktorzy i obecni wykładowcy. Jednak to nie koniec zmian. Niezależnie od wzrostu płacy minimalnej w przyszłym roku rząd przewiduje wzrost wynagrodzenia dla wszystkich wykładowców akademickich.

Od początku 2019 r. profesorowie będą zarabiać co najmniej 6410 złotych brutto. To będzie absolutne minimum, jakie otrzymają. Rozporządzenie reguluje jedynie wysokość minimalnego wynagrodzenia zasadniczego. Do pensji podstawowej pracowników naukowych należy doliczyć także między innymi dodatki stażowe czy zadaniowe, a także środki z grantów naukowych.

Wynagrodzenie zasadnicze adiunktów ze stopniem doktora wzrośnie o 860 złotych. Dużą różnicę w portfelu odczują także osoby zatrudnione na stanowiskach asystenta, wykładowcy, lektora i instruktora. Dotychczas ich minimalna pensja kształtowała się na poziomie ok. 2400 złotych. Po zmianach będzie to ponad 3200 złotych – o ok. 800 zł więcej niż obecnie.

Nowe ścieżki kariery akademickiej i zniesienie obowiązku habilitacji

Reforma stworzy równorzędną ścieżkę kariery dla wybitnych dydaktyków. Dotychczas na stanowisku odpowiadającemu stanowisku profesora uczelni – profesora nadzwyczajnego – można było zatrudnić, co do zasady, osobę posiadającą co najmniej stopień naukowy doktora habilitowanego. Konstytucja dla Nauki udrażnia ścieżkę dydaktyczną kariery akademickiej: aby realizować swój awans zawodowy do szczebla profesora uczelni nauczyciel akademicki nie będzie musiał posiadać habilitacji. Nowym rozwiązaniem wprowadzanym przez reformę jest ułatwiony proces uzyskiwania habilitacji dla najwybitniejszych badaczy, którzy uzyskają prestiżowe granty naukowe.

Pod wpływem konsultacji, MNiSW wprowadził przepis, że uprawnienia do habilitacji otrzymają jednostki z kategorią naukową na poziomie co najmniej B+ (a nie jak pierwotnie planowano na poziomie A). Uwzględniono tym samym pewne obawy, które podnosili niektórzy przedstawiciele środowiska akademickiego, dotyczące głównie uczelni regionalnych.”

Na zarzut: „Nowy kolonializm to przymusowa działalność na rynkach prywatnych i zagranicznych. Stworzona na nowo konkurencja między naukowcami jest więc konkurencją dotyczącą przede wszystkim miejsca publikacji, przy jednoczesnej marginalizacji miejscowych jednostek badawczych, czyli zakładów i instytutów. Zindywidualizowani, odcięci i rywalizujący wyłącznie na własny koszt naukowcy upodabniają się tym samym do armii bezdomnych artystów liczących na szczęście i przypadkowe zaistnienie. Zmiany te jedynie pogłębią atomizację i alienację poszczególnych badaczy”

Minister kontrargumentuje:

„Szerokie wsparcie dla uczelni regionalnych

Właśnie z myślą o takich „wyspach doskonałości naukowej”, które rozsiane są po całej Polsce, powstał projekt Regionalnych Inicjatyw Doskonałości. Przewiduje on, że dla danego województwa ministerstwo co roku będzie przeznaczać trzy granty w wysokości do 3 mln zł. Granty przeznaczone będą na badania naukowe w wiodących dla danej uczelni danego regionu obszarach nauki.

To jednak nie wszystko – uczelnie regionalne będą otrzymywać jeszcze większe wsparcie niż planowano to pierwotnie. W związku z tym konkurs Regionalne Inicjatywy (z budżetem na poziomie 100 mln zł rocznie) rozszerzono o Dydaktyczne Inicjatywy Doskonałości. W ramach tej dodatkowej ścieżki finansowania uczelnie zawodowe osiągające najlepsze wyniki monitoringu karier zawodowych absolwentów (zwłaszcza pod kątem potrzeb lokalnego rynku pracy) otrzymają premię finansową. Jej wysokość będzie określana w corocznym komunikacie ministra.”

Racjonalizacja finansowania nauki korzysta z modelu zachodniego, zwłaszcza amerykańskiego. Raczej jest sposobem na poszukiwanie środków lokalnych i prywatnych i włączenie ich w finansowanie nauki. Nie będzie to jednak tak komfortowa sytuacja, jak finansowanie z budżetu państwa, kiedy to w zasadzie nie ma rozliczania poniesionych kosztów. Tak, jak w przypadku gospodarki socjalistycznej, uczeni utrzymywali, że brak prywatnego właściciela powoduje niesłychane marnotrawstwo środków, tak i wedle tej logiki szuka się uzdrawiającej mocy płynącej z prywatnej własności, która wymusza racjonalne wydatkowanie środków. Poza, oczywiście, sytuacją, kiedy na styku prywatne-państwowe, prywatne wysysa państwowe. Szczególnie jest to piętnowane w przypadku nowych gospodarek, które należy utrzymać w ryzach, aby nie stanowiły konkurencji. Wytykana podatność na korupcję jest po cichu podtrzymywana, ponieważ eliminuje z konkurencji.

Na koniec, należy zastanowić się, czy polska humanistyka ma coś do zaoferowania, co byłoby atrakcyjne dla nauki zachodniej. Wydaje się, że atrakcyjność polskiej humanistyki skończyła się z chwila „sukcesu” transformacji. Podobnie jak w gospodarce polskiej dominują montownie, zaś myśl techniczna jest dana, podobnie polska nauka specjalizuje się w studiach przypadków mających dowodzić słuszności metodologii nauk rozwijanych na Zachodzie.

Nawet marksizm uprawiany przez większość polskich, lewicowych intelektualistów jest zapożyczony z Zachodu, od zachodniej Nowej Lewicy, i nie potrafi zaproponować nic własnego. A więc i tu, ogoniarstwo wobec Zachodu nie daje nauce jakiegoś sensownego argumentu, mającego wartość w kapitalistycznej rzeczywistości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
10 czerwca 2018 r.

 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

UPA