Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 15 gości.

Ludwik Hass: Komintern, Żydzi, Marzec’68

Ludwik 1995 (2).jpg

Tekst napisany przez Ludwika Hassa pod pseudonimem - Stanisław Zając. Artykuł w całości usunięty z numeru „Sprawy i Ludzie”, wydany przez „Lewy Margines” ZSP, Wrocław 1987, nakład 100 egz.
 
Stanisław Zając (Ludwik Hass)
 
Komintern, Żydzi, Marzec’68
 
Zaledwie kilka miesięcy dzieli nas od 20-lecia owego kompleksu wydarzeń, które funkcjonują w świadomości społecznej części naszego społeczeństwa pod nazwą „Marzec ’68”. Na temat owego wydarzenia nadal niewiele konkretnego wiadomo. Mało która z czołowych figur tego epizodu naszych dziejów najnowszych zabrała głos w tej sprawie czy to w kraju, czy też za granicą. Jeszcze mniej powiedziano o niej „konkretnych szczegółów”, w tym zwłaszcza o kulisach tego „osobliwego miesiąca”. O sprawach więc „nocy”, które ciekawią szerokie rzesze czytelników znacznie bardziej niż oficjalna i z grubsza znana historia jego „dnia”. Wprawdzie w marcu 1981 roku, w 13. rocznicę tamtego, w prasie ukazały się o nim artykuły, lecz nie służyły – zresztą i służyć nie miały – jego wyjaśnieniu. Wszak ich zadaniem było uczynienie z niego momentu aktualnych rozgrywek politycznych.
 
Dla środowiska, które już zdążyło opanować sporą część kierowniczych stanowisk ruchu masowego protestu robotniczego miał „Marzec ’68” stanowić legitymację jego szlachetności. Ono też swój udział w tym wydarzeniu, o całe długie mile odległym od spraw robotniczych, starało się wtedy wpleść w najświeższą tradycję antybiurokratycznej walki robotniczej.
 
Stąd wziął się w odsłoniętym w czerwcu 1981 roku pomniku Poznańskiego Czerwca 1956 ów czwarty krzyż z datą „1968”, obok trzech innych, symbolizujących wypadki z lat 1956, 1970 i 1976. Autorów tego pomysłu nie krępowała okoliczność, że z ich inspiracji wmurowana trzy miesiące wcześniej w ścianę budynku Uniwersytetu Warszawskiego tablica odmiennie ów „Marzec” sytuowała w historii PRL.
 
Do naszej wiedzy o „Marcu ’68” niczego nowego nie wniosła praca Bogdana Hillebrandta (Marzec ’68. Warszawa 1986). Powtórzyła wątki o nim oficjalnej propagandy z lat 1968-1970. Pozornie je unaukowiła przez przytoczenie quasi-źródłowych dowodów ich prawdziwości. Świadectwa źródłowe – jak wiadomo – bywają rozmaite. Dopiero ich krytyczna analiza pozwala zorientować się w sednie sprawy. Lecz tej u Hillebrandta akurat zabrakło. Nie tylko dlatego wywołała ona na łamach tygodnika „Polityka” kilka polemicznych głosów. Lecz i one nie wzbogaciły naszej wiedzy o przeszłości niedawnej, nawet o to nie zabiegały. Pokazały jedynie, że – mimo upływu lat – zagadnienie „Marca ’68” nadal budzi wątpliwości. Gdyby sprowadzało się ono tylko do rywalizacji dwu grup polityków, sporo powinni byśmy już wiedzieć o nim. Wszak z widowni życia publicznego już zeszli główni aktorzy tamtych wypadków. Przeważnie też zmarli. Nie wzgląd więc na nich powściągająco działa na badaczy przeszłości, politologów i publicystów. A i dystans minionego czasu wydaje się wystarczający, by bez ograniczającego horyzonty myślowe zacietrzewienia, w sposób spokojny i rzetelny przystąpić do analizy zjawiska. Tak się jednak dotąd nie stało. Dlatego polską myśl społeczną i opinię publiczną nadal podskórnie nurtuje pytanie
 
co i dlaczego wydarzyło się w marcu 1968.
 
To zamówienie społeczne wyczuł rasowy publicysta-polemista, jakim jest Jan Rem. Skorzystał więc z pierwszej nadarzającej się sposobności, by je wykonać. Skoro zaś ostatnio szczególnie modne stało się mówienie o „białych plamach” w naszej historiografii i potrzebie ich usuwania, więc przekornie zatytułował swój artykuł „Brudzenie białej plamy” („Polityka” nr 25, 20 czerwca br. s. 10).
 
Okazją do zabrania głosu stał się artykuł opublikowany za siedmioma górami, za siedmioma morzami, mianowicie w anglojęzycznej gazecie ukazującej się w Izraelu. Jego autorem jest niejaki Wladimir Strumiński, obecnie dziennikarz „The Jerusalem Post”, który w marcu 1968, jako młody chłopiec, wraz z ojcem, stalinowskiego chowu eksdostojnikiem PRL, opuścił Polskę. Tematem jego artykułu są wrażenie i uczucia z niedawnego pobytu w Polsce, również refleksje na temat przyczyn i motywów ojcowskiego, i ludzi z takiego kręgu, porzucenia kraju nad Wisłą. Autor „Brudzenia” nie dostrzegł, czy też dostrzec nie chciał, w Strumińskiego wywodach ogromnej dozy ekshibicjonizmu, zakrzykiwania w sobie tęsknoty za opuszczoną przed laty Polską i wmawiania sobie na siłę słuszności tamtej decyzji. Nie dostrzegł, gdyż przyjęcie owego anglojęzycznego artykułu – mimo deklarowanych zastrzeżeń – za dobrą monetę, o czym świadczy tok rozumowania naszego publicysty, stanowiło doskonały punkt wyjścia do nowej wersji starych mistyfikacji.
 
W „Brudzeniu” nie słyszy się – jego autor jest na to zbyt inteligentny – o mafijnych działaniach grup syjonistycznych i z nimi spokrewnionych „raczkujących rewizjonistów”. Jednak w istocie – mimo przemyślnych zastrzeżeń i może wbrew własnej intencji – artykuł wciąga nas w wyżłobione już koleiny. Interpretacja tuż pomarcowa rzeczywiście zbyt mocno bowiem mu pachnie sławetną spiskową wersją dziejów, techniką, która ważne zjawiska chce tłumaczyć intrygami takich czy innych grupek politycznych, ich niecnym charakterem, przebiegłością i perfidią. Jeśli nawet przytaczane przy takim interpretowaniu fakty okazują się prawdziwe, to nie wyjaśniają sedna sprawy, są bowiem tylko przejawem zjawisk dziejących się w głębi sceny historii.
 
Toteż Jan Rem, jak się zdaje, potraktował wydarzenia marcowe i ich konsekwencje jako „odzwierciedlenie prawidłowości historycznej” polegającej na zastąpieniu „pejsów pod ministerialnym kapeluszem” ludźmi prawdziwie narodowymi, chciało by się rzec – zdrowymi narodowcami. Owych zaś „pejsaczy” obciąża to, że przed rokiem 1939 czy 1943 (rok rozwiązania Międzynarodówki Komunistycznej) należeli – wynika to z artykułu – do zbiorowości „komiwojażerów komunizmu”.
 
Ten zaś „miał ojczyznę w ZSRR”, a przy tym „uniwersalistyczny wymiar”. Toteż wspomniani „kapelusznicy” tylko „mieli za siedzibę międzywojenną Polskę”, a ich w niej zameldowanie było świeżej daty i tymczasowe. Wszak sami lub ich ojcowie przybyli tu dopiero „na przełomie XIX i XX wieku”, gdy ich „wysiedlono z rdzennej Rosji i Ukrainy Wschodniej na Zachód”. Nie byli więc w pełni nawet Żydami polskimi. Chyba jedynie pewne mało sympatyczne reminiscencje powstrzymały autora przed nazwaniem ich kosmopolitami. Natomiast Polska Ludowa powstała w czasach, gdy komunizm już „przestawał być uniwersalnym ruchem zmierzającym do rewolucji powszechnej”, za to „zespalał się stopniowo z (…) odrębnymi interesami różnych państw”.
 
Wniosek stąd prosty – dla „komiwojażerów” zabrakło w nowej Polsce odpowiedniej atmosfery, więc ich wyjazd z niej był nieunikniony. Że zaś doszło do niego, gdy rozbrzmiewały „antyżydowskie tony w publicystyce 1968 r.”, takie są koszty postępu! Dokonało się tu dziwaczne pomieszanie połączone z poplątaniem, i to wyjątkowo intensywne. „Prawdy” stalinizmu splotły się w nim z dogmatami antykomunizmu, wykorzystującymi jako materiał dowodowy właśnie tamtego błędy i przestępstwa wobec ruchu robotniczego. Mimo delikatności materii, wypadnie się tu nią zająć, gdyż „nie powinniśmy ukrywać swoich błędów nawet przed przeciwnikiem. Kto się tego obawia, nie jest rewolucjonistą” (W.I. Lenin, Połnoje sobranije soczinienij, t. 44, s. 38).
 
Zacznijmy więc od kwestii „komiwojażerów komunizmu”,
 
gdyż w istocie stanowi ona jeden z centralnych wątków Remowej argumentacji. Otóż na długo przed utworzeniem w 1919 roku Międzynarodówki Komunistycznej, owego wywołującego w mieszczuchach zgrozę Kominternu, w miarę kształtowania się kapitalistycznych stosunków społecznych i towarzyszącej temu internacjonalizacji wszystkich istotnych procesów społecznych, walka klasowa przybrała charakter międzynarodowy. Konsekwencją tego było umiędzynarodowienie się każdego większego starcia społecznego. Już Rewolucja Francuska, ta pierwsza rozwinięta rewolucja burżuazyjna, nie mogła w pełni zrealizować swych dążeń, gdyż była otoczona łańcuchem państw kontrrewolucyjnych. One to ją zwalczały orężnie i ekonomicznie, ponadto przyciągały do siebie i udzielały pomocy siłom walczącym z rewolucją w samej Francji. Już wtedy przejawiła się też internacjonalizacja wydarzeń zapoczątkowanych nad Sekwaną. Termin „jakobin”, oznaczający członka powstałego w tym czasie francuskiego ugrupowania zwolenników rozwijania u siebie w kraju przemian rewolucyjnych, niemal natychmiast zaczęto stosować również poza Francją. Określano nim wszystkich zdecydowanych zwolenników rewolucji, wszystkich, niezależnie od miejsca działalności, „którzy – jak pisał w 1796 r. G. F. Rebmann, jeden z nich – pochodzenie wszelkiej suwerenności wywodzili z ludzi głosili prawomocność oraz konieczność reform politycznych”. Tacy po zburzeniu Bastylii zaczęli przyjeżdżać do Paryża. Byli wśród nich Niemcy, Anglicy, Amerykanie północni i południowi, Rosjanie, Polacy i inni. Przybyli by nabyć tu umiejętności „robienia” rewolucji, by stanąć w jej obronie przed atakami wspólnego wroga i brać udział w walce o jej rozprzestrzenienie na pozostałe kraje Europy. Nad Sekwaną znalazł się też Kościuszko, Dąbrowski i podobnie myślący nasi ziomkowie. Z kolei Zgromadzenie Narodowe Francji nadało w 1792 roku obywatelstwo honorowe swego kraju szwajcarskiemu pedagogowi Pestalozziemu, Waszyngtonowi, Tomaszowi Paine, innym Amerykanom oraz Anglikom, Niemcom, Holendrom i Tadeuszowi Kościuszce.
 
Również w XIX w. na barykadach rewolucji w całej Europie spotkać można było Polaków. Wszyscy oni byli „komiwojażerami rewolucji”. Dlatego Karol Marks w 1875 r. nazwał Polaków „jedynym narodem europejskim, który walczył i walczy nadal jako kosmopolityczny żołnierz rewolucji” (K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 18. Warszawa 1969, s. 637). Czy i o nich Jan Rem z tego tytułu wyrazi się z przekąsem? Tak zresztą ustosunkował się do nich R. Dmowski i jego uczniowie.
 
Ruch robotniczy od początków swego istnienia zinstytucjonalizował współpracę rewolucjonistów, nadał jej kształt Międzynarodówki, której sekcjami były partie robotnicze rozmaitych krajów. W kolejnej, trzeciej z nich, jaką była Międzynarodówka Komunistyczna, jedną z form takiego współdziałania była praktyka kierowania na pewien czas do młodych sekcji, gdy przeżywały większe trudności bądź stały wobec szczególnie odpowiedzialnych zadań, doświadczonych działaczy z innych krajów.
 
Wśród takich, którzy – według Rema – „wędrowali z kraju do kraju”, znajdowali się nie tylko Żydzi z Polski, lecz również Polacy, Niemcy i inni. Podobnie kilkadziesiąt lat wcześniej Ludwik Mierosławski dowodził powstańcami demokratycznymi poza Polską, zaś Roloff-Miałowski był dowódcą na dalekiej Kubie. Trudno dopatrzyć się w tym czegoś szczególnie wrednego.
 
Oczywiście, inaczej wyglądało to w czasach Lenina i w pierwszych latach po jego śmierci, inaczej zaś w okresie, kiedy kierownictwo III Międzynarodówki już opanowała frakcja stalinowska. Wtedy nieraz kierowano do tej czy innej partii komunistycznej ludzi z zadaniem złamania jej woli, ukierunkowania jej polityki na tory odpowiadające interesom tej frakcji, niekoniecznie zbieżnym z potrzebami ruchu rewolucyjnego. Lecz samego terminu „stalinizm” nie uświadczy się w omawianym artykule.
 
Kwestia „komiwojażerów Komunizmu” łączy się w „Brudzeniu” ze sprawą udziału Żydów i osób żydowskiego pochodzenia w ruchu komunistycznym. Sprawa to nienowa. Znani są z zupełnie niedawnej przeszłości historycy, którzy stosunek SDKPiL do problemu niepodległości Polski wyjaśniali rolą, jaką w kierownictwie tej partii odgrywali przywódcy pochodzenia żydowskiego. Niepowodzenia KPP w latach trzydziestych tłumaczono nadmiernym – ich zdaniem – udziałem w niej Żydów. Na „zażydzenie” KPP wskazywano w latach 1938-1939 jako na jedną z przyczyn jej rozwiązania. W towarzystwie takich to „intelektualistów” – czy chce tego, czy nie – znalazł się oto Rem.
 
Można, i to zasadnie mówić o „zażydzeniu” czy „nierosyjskości” ruchu rewolucyjnego w carskiej Rosji. Świadczą o tym liczby. Na terenie syberyjskiego okręgu wojskowego, dokąd kierowano najniebezpieczniejszych złapanych wrogów caratu, znajdowało się w 1905 roku 4 526 politycznych więźniów i zesłańców, w tym 1 676 (37 proc.) Żydów, 624 (13,8 proc.) Polaków i 124 (2,8 proc.) członków narodów Kaukazu („Krasnyj Archiw”, t. XXXII). Natomiast wśród ludności całego państwa Romanowów narody te stanowiły odpowiednio 4,3, 6,3 i 1,4 proc. Ani Leninowi, ani nawet przywódcom mienszewików czy eserów przez myśl nie przechodziło, że taki skład narodowościowy rewolucjonistów jest niewłaściwy. Jedną bowiem z prawd abecadła rewolucyjnego było, że do partii rewolucji społecznej liczniej niż inni garną się jednostki ze zbiorowości uciskanych nie tylko socjalnie, lecz ponadto narodowo. Twórca i przywódca partii bolszewików wręcz mawiał, iż robotnik żydowski w imperium carów swoją krwią naoliwił koła i pasy napędowe rewolucji.
 
Urodzeni w dzielnicach żydowskich, w rodzinach pauperyzującego się drobnomieszczaństwa, chałupników bądź robotników drobnych fabryczek, niekoniecznie byli „zasklepionymi w żydowskiej odrębności, ciasnej i anachronicznej”. Ci, którzy swoje życie łączyli z ruchem komunistycznym, wyrywali się z takiego bytowania. Niejeden taki – zachowały się o tym wiarygodne świadectwa – nawet przemawiał bądź dyskutował z dużym powodzeniem w kręgu polskich intelektualistów.
 
Posługiwał się tam łamaną polszczyzną, którą ten czy ów uzupełniał źle wymawianymi wyrazami i całymi zwrotami rosyjskimi. Jednak słuchacze szybko przestawali zwracać uwagę na komizm takiej mikstury językowej, a wsłuchiwali się w słowa takiego osobliwego mówcy. Przyciągał bowiem i fascynował swoim napięciem myśli i woli, obecnym udzielał się płomień bijącego zeń ducha rewolucyjnego. To byli w dobrym, leninowskim słowa znaczeniu
 
zawodowi rewolucjoniści.
 
Gorące pragnienie wszechstronnego służenia wielkiej sprawie wyzwoleńczej niejednego z nich doprowadziło do uczenia się na własną rękę, drogą samouctwa, obcych języków, do przyswojenia sobie najwyższych osiągnięć myśli europejskiej. Dzięki takiemu samokształceniu mogli stać się „komiwojażerami komunizmu” od przedmieść Buenos Aires po brzegi Jangcy. Spowodowany przez stalinizm ciężki dramat międzynarodowego ruchu rewolucyjnego w latach 30. oraz żydowska tragedia podczas II wojny światowej łącznie sprawiły, że ten typ działaczy nie tylko zniknął z polskiego życia publicznego, lecz nawet stał się niewyobrażalny.
 
Zanim ludzie ci fizycznie zniknęli, na ogół zabrakło ich już w oficjalnym ruchu komunistycznym. Byli zbyt ideowi, by mogli pogodzić się z manipulacjami stalinizmu i służyć mu. On też usuwał ich z ruchu.
 
Zastąpili ich podobnego pochodzenia posłuszni i usłużni funkcjonariusze, ludzie przeważnie już nie takiego jak tamci pokroju. Mniej otwarci na świat, za to bardziej zadufani. To ci z nich, którzy przeżyli lata wojny i najczęściej na własnej skórze doświadczyli – mimo całej wierności – stalinowskich represji, łamiących im resztki ideowego kręgosłupa, ze stalinowskiego wyrachowania i błogosławieństwa weszli w skład formującej się warstwy biurokracji Polski Ludowej. Kiedyś gorliwie informowali kierownictwo KPP i Międzynarodówki o niezupełnej lojalności swoich poprzedników, brali udział w usuwaniu ich z partii.
 
Teraz, gdy tamtych zabrakło, przywłaszczyli sobie ich zasługi, by tym dodatkowo uzasadnić zajmowane przez siebie stołki władzy. Jan Rem, zamiast zdemaskować tę grubymi nićmi szytą mistyfikację, przyjął ją za dobrą monetę po to, by – najłagodniej to określając – wyszydzać tamtych tragicznych bojowników nie lubianej przezeń „rewolucji powszechnej”.
 
Coś nie jest tak również z prezentowanym w „Brudzeniu” rodowodem Żydów zamieszkujących Drugą Rzeczpospolitą. Chyba nie tylko że nie wszyscy, lecz nawet większość nie wywodziła się z tych, których „na przełomie XIX i XX wieku wysiedlono z rdzennej Rosji i Ukrainy Wschodniej”. Wystarczy chociażby zaglądnąć do niezbyt obszernych wspomnień znanego międzywojennego komentatora politycznego B. Singera (Regnisa) „Moje Nalewki” (Warszawa 1959), by uzyskać inny obraz żydowskiego środowiska Warszawy. Jeśli zaś przyjąć informację Rema za dobrą monetę, to nasuwają się pytania w rodzaju: co się stało z kilkusettysięczną ludnością żydowską ostatnich dekad Rzeczypospolitej Szlacheckiej – chyba nie w całości wyemigrowała czy też wychrzciła się, bądź poddała sterylizacji; skąd wzięli się Żydzi w Galicji itp., itd.
 
Jeśli więc nie trop żydowsko-starokomunistyczny, jeśli nie sławetna „żydokomuna” z ideowego cylindra naszej prawicy stanowi klucz do zrozumienia wydarzeń marcowych, to szukać go należy gdzie indziej.
 
Wymaga to przyjrzenia się temu mechanizmowi polityczno-socjalnemu, który wówczas – jak w przypadku każdego większego kryzysu politycznego – generował przemiany dokonujące się w ciągu ostatniej dekady lat przedmarcowych z jednej strony w elicie warstwy rządzącej i grupach do niej zbliżonych, z drugiej zaś w tzw. dołach społecznych.
 
Zażegnanie u schyłku 1956 roku kryzysu politycznego lat 1953-1956, który rozbił elitę warstwy biurokracji polskiej na dwa silnie skłócone ze sobą na tle sposobu wyjścia zeń odłamy, pociągnęło za sobą zdezaktualizowanie się dotychczasowych podziałów grupowych w partii.
 
Z dwu głównych grup jedna, tzw. natolińska, na przełomie lat 50. i 60. rozpadła się i całkowicie zeszła z widowni zakulisowego życia politycznego kraju. Nie było to jednak równoznaczne z sukcesem jej rywala – grupy „puławskiej”, która nazwę swą otrzymała od ulicy stołecznej, przy której mieszkał jej przywódca, Roman Zambrowski.
 
Wprawdzie, odmiennie od „natolińczyków”, z VIII Plenum KC PZPR w październiku 1956 wyszła obronną ręką, jej przywódca zachował zajmowane od końca 1948 roku stanowisko członka Biura Politycznego i sekretarza KC, lecz na horyzoncie pojawiło się nowe zagrożenie dla jej pozycji. Do kręgu elity władzy zaczęli bowiem powracać bądź wchodzić – i stopniowo poszerzać i umacniać swoje w nim miejsce – ludzie w przeszłości bliscy Władysławowi Gomułce. Przeważnie młodsi od trzonu obu tamtych grup, nie przeszli przez organizacyjno-polityczną szkołę KPP. Ukształtowała ich okupacyjna działalność w szeregach PPR i AL.
 
W latach walki z tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym byli odsunięci na boczny tor, niekiedy nawet represjonowani. Ciosy spadały na nich wtedy zarówno z rąk przyszłych „natolińczyków”, jak i „puławian”, zgodnie jeszcze wielbiących „wielkiego sternika”, Józefa Stalina, i gorliwie kopiujących jego i jego ekipy praktyki.
 
Ową grupę nowych czy przywróconych na łono elity biurokratycznej, niebawem na ich określenie wejdzie w użycie wynikający z ich przeszłości termin „partyzanci”, dzieliły od „puławian” nie tylko wzajemne antypatie, lecz i mentalność, i styl życia, wreszcie odmienne doświadczenia polityczne, przeważnie uwarunkowane inną genealogią organizacyjną. Mniej też byli „partyzanci” wyczuleni na subtelności ideologiczne. Szybko zepchnęli oni „puławian” do koncentrowania się na obronie swego stanu posiadania i – co najwyżej – snucia pomysłów na temat częściowego chociażby odzyskania utraconych pozycji. Sami zaś byli
 
ofensywni i pełni wiary w swoje możliwości,
 
parli naprzód, dążyli do zdobycia sektorów dotąd opanowanych przez innych. Ta ich bojowość, zaborczość, przyciągała do nich tę zwłaszcza część działaczy byłego Związku Młodzieży Polskiej (ZMP), których kariery czy bezpośrednie perspektywy karier złamały przemiany październikowe. W ten sposób ukształtowała się nowa linia podziału wewnętrznego warstwy biurokracji i grup do niej swoją sytuacją zbliżonych.
 
Ważnym momentem w tej nowej wewnątrzpartyjnej walce grup stało się XIII Plenum, czyli plenum ideologiczne (4-6 VII 1963). Na nim to zostały niejako ostatecznie potępione wszelkie odcienie myśli krytycznej, określono je jako rewizjonizm. W odczuciu społecznym były owe decyzje zarazem ciosem w „puławian”, teraz częściej już nazywanych „zambrowszczakami”, i sukcesem ich przeciwników.
 
Jeszcze istotniejsze było ówczesne zwolnienie R. Zambrowskiego z obu stanowisk zajmowanych przezeń od lat piętnastu. Sygnalizowało to bowiem, że centralny ośrodek ekipy rządzącej, który po październiku 1956 usiłował zachować równowagę między rywalizującymi grupami, stopniowo przechyla się na stronę „partyzantów”, z którymi łączyły go kombatanckie i okupacyjne więzi.
 
Gorycz tych kolejnych porażek, pogłębiona uczuciem, że już nie mogą – jak za dawnych dobrych czasów – liczyć na poparcie ze strony stalinowskiego odłamu biurokracji radzieckiej, od czasu przejęcia władzy przez N. Chruszczowa (wrzesień 1953) znajdującej się w opałach, kazała „zambrowszczakom” reorientować się politycznie, szukać sobie nowych sprzymierzeńców. Dlatego zbliżyli się do warstw drobnomieszczańskich, z którymi już wcześniej wiązała ich zagęszczająca się sieć niezbyt czystych interesów, z czasem zaś również wchodzące w modę więzi rodzinne. Jako wyraziciele interesów większości przedpaździernikowego establishmentu stopniowo dochodzili do wniosku, iż „stabilizację na wieki” jego pozycji społecznej – zatem systemu różnorodnych przywilejów – można osiągnąć tylko przez ustanowienie porządków parakapitalistycznych, sankcjonujących duże nierówności społeczne.
 
Odpowiadało to zarazem potrzebom nowych sojuszników. Doświadczeni w prowadzeniu rozgrywek grupowych, dla zatarcia negatywnych wobec takiej orientacji odruchów części owej klienteli politycznej i obrony przed atakami przeciwników, określali tę orientację jako liberalizację, wolną grę sił, antytotalitaryzm itp. Zabieg ten pozwalał przeciwników przedstawiać jako tępych dogmatyków i rzeczników ciemnogrodu.
 
Usiłowali więc kompromitować przeciwników w oczach elementów światłych, by zyskiwać u nich sympatię. Zarazem owa ewolucja ideowa przysporzyła grupie cennego narybku. Były nim resztki dawnej mętnej ideowo „lewicy październikowej”, rozgromionej pod koniec 1957 roku, wówczas bez ich sprzeciwu, formacji młodych inteligentów, których sztandarowym człowiekiem był Leszek Kołakowski. Poszła też za „zambrowszczakami” reprezentacyjna część drobnomieszczańskiego w swej naturze społecznej środowiska literacko-dziennikarskiego. Po cichu zezowała ona już dawno, po 1956 roku niekiedy też ostentacyjnie, w stronę świata, który należycie „nas docenia”, czyli Zachodu, nagle zapominając, że w przeszłości była uwikłana – podobnie jak w innych dziedzinach przyszli „zambrowszczacy” – w wielce niechlubne wyczyny agitacji stalinowskiej i za to sowicie wynagradzana. Toteż owa zbiorowość z gorącą aprobatą przyjęła ideologiczne salto mortale nagłych „liberałów”.
 
Ta walka grup zaostrzała się i wchodziła w stadium rozstrzygające w okresie, gdy pogłębiało się rozwarstwienie społeczne, centralny ośrodek dyspozycji politycznej pozbywał się, co było inną stroną tychże uchwał wspomnianego XIII Plenum, resztek kontroli społecznej nad sobą. Zaś na tle nasilających się przejawów niewydolności gospodarki pojawiły się symptomy kryzysu gospodarczego. W klasie robotniczej rosło poczucie ubezwłasnowolnienia przez warstwę biurokracji, a w młodym pokoleniu tej klasy ponadto nastroje braku perspektyw, zamknięcia dróg indywidualnego awansu socjalnego. W tej sytuacji walka obu grup o pozycję w aparacie władzy wyraźniej niż dotąd łączyła się z ostrym pomiędzy nimi sporem o metodę utrzymania klasy robotniczej w ryzach i podporządkowania jej swojej grupie. „Zambrowszczacy” roztaczali przed nią miraże daleko sięgających reform i starali się nimi pozyskać sobie poparcie zwłaszcza jej młodzieży.
 
Mniej zręczni w rozgrywkach grupowych „partyzanci” nie potrafili tym zabiegom ideologicznym i propagandowym przeciwstawić właściwych argumentów i często popadali w populistyczną demagogię.
 
Analizę źródeł nadciągającego kryzysu zastępowali personalnymi interpretacjami. Akcentowali obce pochodzenie niektórych wybitnych przeciwników. Odwoływali się do starych sentymentów i nastrojów ksenofobii, by tamtych skompromitować. W ich wersji wszystko co złego działo się w Polsce wydawało się dziełem kilku nie będących Polakami łajdaków, którym udało się przedostać do wysokich ogniw władzy. Jako receptę na wyłaniające się trudności propagowali
 
swoistą wersję nacjonalizmu – solidaryzm narodowy,
 
co zjednywało im poparcie ze strony m. in. niektórych grup zamożniejszych chłopów związanych z lokalnym aparatem władzy.
 
W obliczu zarysowującego się na horyzoncie, w związku z narastaniem elementów kryzysu ekonomicznego, robotniczego wystąpienia, przygniatająca większość biurokracji zaczęła opowiadać się za hasłami „partyzantów” i za ich grupą. Widziała bowiem w niej gwaranta utrzymania wygodnego dla siebie status quo, umajonego owymi hasłami. Natomiast tendencje „zambrowszczaków” były teraz w oczach tejże warstwy ryzykiem graniczącym z awanturnictwem.
 
„Zambrowszczacy” uznali w początkach 1968 roku, że wybiła godzina próby sił. Nastąpiła ona pod koniec pierwszej dekady marca. W tej konfrontacji politycznej zdecydowali się wyjść poza ramy rozgrywki wewnątrzpartyjnej, w której ich szanse były już znikome. Wychodząc na ulicę mogli liczyć na poparcie ze strony odczuwającej boleśnie ograniczenie swych perspektyw życiowych młodzieży, w tym wrażliwych na rosnące ograniczanie swobód obywatelskich studentów. W tym środowisku cieszyli się dużym autorytetem niektórzy działacze wspomnianej już „lewicy październikowej”, teraz wykładowcy na wyższych uczelniach i zwolennicy „zambrowszczaków”. Wspierali ich synowie i córki odsuniętych od władzy bądź tym zagrożonych prominentów.
 
Kryzys wewnątrzpartyjny częściowo wyszedł w ten sposób na zewnątrz, przybierał postać szerszego kryzysu politycznego. Teraz również i inspirująca go grupa uwierzyła w zbawczą siłę nacjonalizmu, co było wyrazem odejścia reprezentowanej przez jednych i drugich – „zambrowszczaków” i „partyzantów” – od linii realizacji interesów klasy robotniczej. W nacjonalizmie w wydaniu „zambrowszczaków” odezwały się silne akcenty antyradzieckie.
 
Mimo to konfrontacja zakończyła się ich przegraną. Nie wystarczało bowiem wyprowadzenie na ulicę studentów czy wystąpienie części młodzieży plebejskiej, zresztą ograniczone – jak się wydaje – do samej Warszawy. O wyniku zadecydowała bierność czy neutralność klasy robotniczej. Pozostała obojętna na walkę obu grup warstwy biurokracji.
 
Nastroje antyradzieckie okazały się impulsem zbyt słabym, by przeciągnąć na stronę głoszących je poważniejsze odłamy społeczeństwa i skłonić do połączonych z ryzykiem represji wystąpień.
 
Przegrana „zambrowszczaków” pociągnęła za sobą usunięcie ze stanowisk stosunkowo licznej grupy wysokich i niższych biurokratów okresu stalinowskiego, których dotąd utrzymywała na ich stanowiskach personalna polityka popaździernikowa. Ludzie ci dawno powinni byli zostać usunięci ze stanowisk za swoje postępowanie w tamtych czasach.
 
Teraz natomiast nastąpiło to pod niekiedy zmistyfikowanym tytułem „syjonistycznym”. Okoliczność ta zrodziła owe „przykre zapachy”, o których mówi „Brudzenie”.
 
Jan Rem pominął cały ten splot wielkich zagadnień i drobnych rozgrywek grupowo-klikowych, dlatego „Marzec ’68” urósł w jego artykule niemal do przejawu narodowego przebudzenia się. Manipulację hasłami potraktował jako istotę zjawiska.
 
W obronie tez artykułu Rema niejeden gotów powołać się na fakt pomarcowej emigracji z Polski kilku tysięcy osób pochodzenia żydowskiego. Rzecz w tym, że była to emigracja głównie środowisk biurokratycznych, dotkniętych bądź tylko zagrożonych degradacją na drabinie hierarchii społecznej. Motywów i przyczyn tego zjawiska trzeba jednak szukać w uwarunkowaniach klasowych. Można wręcz mówić o prawidłowości społecznej, polegającej na tym, że
 
biurokrata obraża się na swój kraj,
 
gdy ten go chociażby nieznacznie poniży. I – jeśli ma podstawę do przypuszczenia, iż zdoła się urządzić za granicą, oczywiście tą kapitalistyczną – porzuca ojczyznę. Wystarczy powołać się na przypadki zachowania się osób z elity owej warstwy, osób nie obciążonych bynajmniej nihilizmem narodowym czy ciągotami kosmopolitycznymi.
 
Wszak np. tak postąpiła Swietłana Alilujewa, córka Józefa Stalina czy współpracownica Richarda Sorgego, Aino Kuusinen, żona jednego z przywódców Kominternu, a później wysokiego dostojnika radzieckiego Otto Wilhelma Kuusinena. Nie inaczej zachowali się w innych okolicznościach Rurarz czy Spasowski.
 
Znamienne jest, że „Polityka”, która na przełomie lat 1986 i 1987 urządziła na swych łamach niemal nagonkę na B. Hillebrandta za jego publikację o wydarzeniach marcowych, w pół roku później opublikowała artykuł w swoich konkluzjach formułujący opinie znacznie drastyczniejsze od wypowiedzianych w tamtej pracy. Raz jeszcze potwierdza się starorzymska sentencja: Si duo faciunt idem, non est idem (Kiedy dwaj czynią to samo, nie jest to tym samym).
 
Obecnie, jak rzadko kiedy niezbędna jest jasność w sprawach przeszłości, i tej dawniejszej i tej zupełnie niedawnej. Bez tego wyjście z najbardziej długotrwałego z kryzysów, jakich zaznała Polska Ludowa, przekształcić się może w dreptanie po omacku w miejscu.

Społeczność

Towarzysz Lenin oczyszcza ziemię ze śmieci