Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 37 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Impas?

Cinzia Aruzza

IMPAS?
 
Artykuł Cinzii Arruzzy „From Women’s Strikes to a New Class Movement: The Third Feminist Wave” („Viewpoint Magazine”, za: https://commons.com.ua/…/ot-zhenskih-zabastovok-do-novogo…/…) dobrze precyzuje to, co należy pod pojęciem feminizmu rozumieć i czego odeń oczekiwać.

Przede wszystkim, w ujęciu nowoczesnego feminizmu, ruch ten nie sprowadza się do tzw. kwestii kobiecej, czyli do zagadnienia pozycji kobiety jako takiej w środowisku, w którym ona żyje. Czyli nie chodzi tu tak naprawdę o kobietę, ale o to, co ruch utworzony na bazie jakiegoś zjawiska społecznego sobą reprezentuje lub może reprezentować w zmiennym, ruchliwym kontekście życia społecznego. Feminizm zawsze miał ambicje szersze, przejmując od obiecujących ruchów horyzont swoich zainteresowań. Według autorki, feminizm przeszedł w swych dziejach dwa etapy, a obecnie znajduje się na trzecim, który daje mu szansę na usamodzielnienie się i na przejęcie roli przywódczej w różnorodnym strumieniu ruchów emancypacyjnych.
 
Uzasadnienie takiego wniosku autorka przedstawia w całym tekście, prowadzącym do podsumowania:
 
„Logika ‘ruchów równoległych’, jak zauważa Lise Vogel, jest obecna w przeważającej większości teorii i strategii politycznych w historii ruchu robotniczego. Z jednej strony, ma miejsce walka klasowa, z drugiej – istnieją ruchy kobiece, ekologiczne, antyrasistowskie, ruchy na rzecz wyzwolenia seksualnego itd. W tych warunkach, w najlepszym razie pojawia się pytanie o to, jak połączyć te ruchy, w najgorszym – liczne ‘cząstkowe’ ruchy winią się wzajemnie o dzielenie klasy, o tendencje liberalne czy odciąganie uwagi od rzeczywiście głównego zagadnienia – wyzysku. Nowa fala feminizmu ułatwia przezwyciężenie impasu związanego z takim podejściem. W jeszcze większym stopniu niż poprzednie fale, obecna znosi granice (rzeczywiste i wyobrażone) między walką klasową a ruchem feministycznym” (tamże; podkreślenie nasze).
 
Do takiego wniosku prowadzą rozważania autorki:
 
„Pierwsza fala feminizmu (ostatnie lata XIX i początek XX wieku) objawiła się podczas procesu narodzin i konsolidacji ruchu robotniczego: od wzrostu niemieckiej socjaldemokracji do stworzenia związków zawodowych, socjaldemokratycznych i komunistycznych partii w całej Europie i w USA. W kontekście tego historycznego procesu masowej polityzacji i wtargnięcia klasy robotniczej na arenę polityczną, żądaniem pierwszej fali feminizmu była pełna realizacja uniwersalistycznej obietnicy istniejącej tak w demokratycznym liberalizmie, jak i w socjalizmie, zaś głównym hasłem agitacyjnym była równość – praw i szans.
 
Druga fala feminizmu przeszła w ramach drugiego procesu klasowej subiektywizacji – pojawienia się Nowej Lewicy w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, walki z kolonializmem i narodowo-wyzwoleńczej. Dewizą drugiej fali feminizmu stała się koncepcja różnicy, zapożyczona od czarnego nacjonalizmu. Celem było ujawnienie seksizmu w społeczeństwie i w ruchu, prawo głosu i postrzegania inności, co często bywało przemilczane” (tamże).
 
W tej perspektywie, pojawienie się ruchu robotniczego jest rozumiane jako wzlot jednej z jak najbardziej przypadkowych i chwilowych tendencji szerokiego strumienia ruchów emancypacyjnych. Jego doświadczenia posłużyły, oczywiście, pozostałym nurtom tego rwącego potoku jako doświadczenie powszechne, przyswajane przez pozostałe i wykorzystywane w zależności od politycznej i historycznej koniunktury, której całokształt dopiero składa się na nasze postrzeganie doświadczenia historycznego.
 
„Kontekst trzeciej fali feminizmu różni się już radykalnie: nowy ruch feministyczny nie wyraża fragmentaryczności w szerszym procesie subiektywizacji. Wybuch ruchu feministycznego, oczywiście, poprzedzały inne mobilizacje, znany na całym świecie okres walki 2011-1013 (ruch Occupy, Indignados oraz protesty na placu Taksim), od których feministki przejęły pewne elementy. Ale, tak jak i poprzednie ruchy, ruch feministyczny narodził się niezależnie od tradycyjnych partii i organizacji lewicowych (albo tego, co z nich pozostało). Tak jak w latach 2011-2013, jednym z wyróżników ruchu feministycznego okazało się tempo, z jakim takie konkretne zjawiska, jak skazywanie za zabójstwa kobiet czy za ataki na prawo do aborcji przekształciły się w szersze oskarżenie systemu (kapitalistycznego sposobu produkcji i instytucji jego państwa). (…) [Ruch feministyczny] zrobił ważny krok naprzód: wdrożył i przemyślał strajk międzynarodowy jako podstawową formę walki i jako wyraz swej politycznej tożsamości. Ruch feministyczny nie wyraża fragmentarycznej perspektywy w szerszym procesie subiektywizacji. Dzięki kobiecym strajkom daje o sobie znać na tym etapie jako o ruchu tworzenia się klasy” (tamże).
 
Od żywiołowego procesu historycznego zależy, który z nurtów potoku najlepiej posłuży się zdobytym doświadczeniem dzięki przyswojeniu go i poddaniu najlepszej, czyli najogólniejszej refleksji.
 
Ten ostatni element odgrywa ważną rolę w uzasadnianiu pretensji ruchu feministycznego do przejęcia funkcji przewodzenia całości ruchu emancypacyjnego, a przede wszystkim przejęcia pozycji tradycyjnie zajmowanej przez marksizm. Dlatego też autorka odwołuje się do ujęcia klasy przez K. Marksa, przefiltrowanego przez pryzmat badań E.P.Thompsona.
 
„Jeśli socjologia pozytywistyczna twierdzi, że rozpatruje fakty społeczne jak obiekty, to Marks zawsze patrzył na nie jak na stosunki. Nie definiował swego obiektu raz na zawsze w zgodzie z kryteriami lub oznakami; posługiwał się logiką ich licznych określeń. Nie ‘wyróżniał’ jednej klasy, ale postrzegał stosunki oparte na konflikcie między klasami. Nie fotografował faktu społecznego z etykietką ‘klasa’ – interesował się stosunkami klasowymi w dynamice konfliktu. Izolowana klasa to nie obiekt teoretyczny, ale głupota” (tamże).

I dalej podkreśla partykularyzm doświadczenia klasy robotniczej, odartej z tradycyjnej dla marksizmu uniwersalności wyrażającej się, a fu – Heglowskim – partykularyzmie tej klasy i osobliwości jej położenia w, jak najbardziej, historycznie przemijającym kontekście:

„W przypadku klasy robotniczej powinniśmy zwrócić uwagę na wywłaszczenie i oddzielenie od środków produkcji (proletaryzację), wymóg uzyskiwania wartości dodatkowej dzięki pracy najemnej, proces pracy specyficzny dla określonych okresów historycznych, podział pracy itd. Jednak, jeśli ludzie znajdą się w ‘sytuacji klasowej’, to jeszcze nie oznacza, że automatycznie będą przynależeli do tej klasy” (tamże).

Co z tego, że Marks bardzo usilnie starał się przedstawić w taki właśnie sposób sytuację klasową robotników… Klasa robotnicza miała swoje momentum historyczne, ale okazało się, że do powszechności sytuacji, do objęcia całego (110%) społeczeństwa, jeszcze tej klasie czegoś brakowało:

„Istotnie, stosunki klasowe nie odbijają się wówczas w rzeczywistym życiu. Na przykład, jak pisze Wood, praca w fabryce nie zbiera robotników w jedną klasę, ale łączy ich w ramach określonej jednostki produkcyjnej: to, z czym robotnicy bezpośrednio się stykają, to wyzysk w miejscu pracy, a nie z klasowymi stosunkami w całości. Oczywiście, że ich obiektywna sytuacja w stosunkach produkcji tworzy warunki do tego, aby pracownicy, połączeni w ramach jednostki produkcyjnej, czuli większą jedność, na przykład, z pracownikami innych jednostek produkcyjnych w tym okręgu, kraju czy na całym świecie, ale ta jedność nie wyraża prawdziwej struktury i podziału społeczeństwa dzięki stosunkom produkcyjnym. Już prędzej jest to wynik przypadkowego i zmiennego procesu historycznego, który Wood nazywa ‘tworzeniem klas’. Po to, by ludzie, którzy znaleźli się w ‘sytuacji klasowej’ uważali siebie za klasę, powinni walczyć jako klasa, to znaczy powinni doświadczać antagonizmu w stosunkach z innymi klasami. Wnioskując, można powiedzieć, że klasa to nie rzecz, nie byt statystyczny, ale stosunek społeczny i społeczno-polityczny agregat składający się z konkretnych, przypadkowych procesów historycznych” (tamże).

Problem w tym, że autorka, chłoszcząc robotników za to, że nie poczuwają się do solidarności z owymi 110% społeczeństwa (żeby mieć pewność, że nie przeoczyliśmy żadnego z kryteriów wyodrębniania grup pretendujących do windowania swych roszczeń jako uniwersalnych i jako że niektóre grupy wyodrębnione dzięki tym kryteriom mogą zachodzić na siebie, to jednostki do nich zaliczane powinny być liczone wielokrotnie, stąd całość wyrażana jako więcej niż 100%), jakoś dziwnie przeocza kwestię konfliktowego stosunku klasowego w odniesieniu do robotników. Być może, w oczach autorki fakt, że robotnicy skupili się na walce z kapitalistami, stanowi niewybaczalne zawężenie „konfliktowego stosunku społecznego”. Jak może wyrażać uniwersalność ludzkości klasa, która ogranicza swą walkę do klasy kapitalistów? W zmieniającym się świecie, w którym natężenie walk klasowych przesuwa się nieustannie z jednego miejsca na drugie, posiadanie jednego wroga skazuje cię na wykasowanie z dalszego procesu historycznego.

Trzeba przyznać, że feministki dojść mogły do tego wniosku dzięki analizom „poważnych” nowolewicowych marksistów.

Co innego bowiem same feministki – przyłączają się w jakimś momencie do walki robotników, a właściwie socjaldemokratycznych partii robotniczych, które wyrażają nadzieję na postęp ludzkości w ramach obowiązującego, demokratycznego prawa, później walczą (wraz z Nową Lewicą) z reakcyjną klasą robotniczą, gdy ta stacza się na pozycje obrony partykularnego interesu uosobionego przez wciąż tę samą partię socjaldemokratyczną, wysuwając naprzód swój uogólniony konflikt klasowy z mężczyznami. Konflikt ten przenika życie codzienne, dając tym samym nadzieję na nieprzezwyciężalność, co z kolei daje feministkom szansę na uwiecznienie ich partykularyzmu jako zdolnego do przedstawienia w uogólnieniu wszelkiego, możliwego konfliktu społecznego, przezwyciężalnego jedynie w społeczności Leibnizowskich monad.

Genialne!

Jak można się domyślić „polityczne skutki takiego podejścia teoretycznego są ważące. Faktycznie, jeśli klasa to dynamiczny, zmienny i umowny rezultat historycznego procesu ustanawiania w trakcie walki, to jednym z najpoważniejszych błędów politycznych jest narzucanie historii gotowych, abstrakcyjnych modeli tego, co można uznać za walkę klasową, a czego nie można. Istnieje ryzyko, że będziemy dalej pocieszać się nostalgią za przeszłością (lub za płodem naszej wyobraźni), a nie zauważać procesów klasowej subiektywizacji, które zachodzą pod naszym nosem” (tamże).

Tu jest pies pogrzebany, czyli heglowskie wpływy na Marksa. Traktując Hegla jak zdechłego psa, odrzuca się argumentację Marksa dotyczącą historycznej i konkretno-historycznej podmiotowości klasy robotniczej. Ośmieszając Hegla, załatwia się bez zbędnych ceregieli (a więc – bez dyskusji wśród marksistów) tę część marksizmu. Ruch zostaje osierocony, a więc pojawiają się różni pretendenci do tronu. W tym feministki albo populiści.

Jak pokazuje Cinzia Arruzza, ruch feministyczny nie od dziś przejmuje od lewicy założenia na temat sytuacji klasowej i stawki w walce klas. Gdyby na lewicy liczyły się sensowne koncepcje, ruch emancypacyjny kobiet również by się dostosował jako sojusznik, nie wietrząc okazji do przejęcia pozycji lidera.

Całkowite rozmycie pojmowania klasowości na lewicy radykalnej pozwala feministkom na podciągnięcie przygotowań pod zaoranie pola, na którym niegdyś działał ruch robotniczy. Ułatwia to lewica, która pozoruje antykapitalizm sprowadzając go do apelu o sprawiedliwy podział dochodu i dochodów, nie kwestionując samej zasady gospodarki kapitalistycznej. Odrzucając klasę robotniczą jako podmiot walki emancypacyjnej, najlepiej ujawnia, że bez tego „dogmatu” nie jest możliwy konsekwentny antykapitalizm. Gdyby był możliwy – przez ostatnie ponad 60 lat coś by już wymyślono. Walka feministek o schedę po schodzącej lewicy jest ruchem o tyle logicznym, że daje „naukowe” uzasadnienie dla akceptacji kapitalizmu bez utraty iluzji, że pozostaje się nadal w kręgu jakiegoś społecznego radykalizmu. Tak naprawdę, zdroworozsądkowe rozwiązania opierające się na ufności wobec historycznych procesów żywiołowych mają na celu jedynie uzasadnienie ideologicznej i teoretycznej kapitulacji. Takiego prawomocnego uzasadnienia w ramach myśli lewicowej i marksizmu nie ma poza roszczeniem klasy robotniczej do dysponowania wartością dodatkową.

Wygląda więc na to, że lewica już dawno pogodziła się ze swoją porażką i przyjęła hegemonię feminizmu. To wygodna pozycja. Jak to w swoim czasie ujmował Żiżek – lewica coraz skuteczniej walczy o to, aby tylko nic się nie zmieniło w otaczającym świecie.

Tymczasem świat się zmienia. Błędna diagnoza pociąga za sobą skutki historyczne.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 30 marca 2019 r.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Ernst Thälmann - Sohn seiner Klasse