Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 218 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Lepiej późno niż jeszcze później

NewLeft.jpg

Radykalna lewica w osobie Filipa Ilkowskiego (Pracownicza Demokracja, siostrzana organizacja brytyjskiej SWP) odkryła drobnomieszczaństwo (patrz: https://www.facebook.com/filip.ilkowski/posts/10158387687706798 ). Zawsze można powiedzieć, że lepiej późno niż jeszcze później. Okazuje się, że użycie tego pojęcia już nie stygmatyzuje jako skończonego stalinistę. Nie jest już ani śmieszne, ani dogmatyczne. 
 
 
Pracownicy (99% społeczeństwa – wykluczając tylko wielki kapitał korporacyjny) stanowiący rzekomo jednolitą, żywiołowo, jeśli nie świadomie, antykapitalistyczną „klasę pracowniczą” nie wykazali się wściekłością wobec pisowskiego „silnego państwa”. Dotychczas na lewicy toczyły się zupełnie poważne spory o to, czy chociażby menedżerowie należą, czy też nie, do owej „klasy pracowniczej”. W końcu są pracownikami najemnymi kapitału. Pasowało lewicy, żeby nie umniejszać 99% społeczeństwa. 
 
W kwestii drobnego biznesu nie dostrzegano większego problemu, albowiem jest to grupa marginalna, nawet jeśli znacząca liczebnie. Problem rozwiązywano przez postulat fairtrade, czyli prowadzenia biznesu w sposób, który bardziej przypomina spółdzielnię niż przedsiębiorstwo kapitalistyczne, nastawione na maksymalizację zysku. Drożyzna tego „prostego” rozwiązania zadowalała skutecznie gusta lewicy i nie stanowiła problemu dla jej kieszeni, zaś tych przedsiębiorców, którzy nie są nastawieni na obsługę bogatych klientów, postrzegano z reguły jako wyzyskiwaczy gorszych od regularnych kapitalistów. W przeciwieństwie do zrozumienia, z jakim odnoszono się do fairtrade’owców i ich wygórowanych cen, zrozumiałych z powodu ich wyższego uzasadnienia, inne usługi są przedmiotem ciągłego przetargu między sprzedawcą a kupującym.  
 
Ten biznes, nierzadko opierający się na stosunkach niemal „rodzinnych”, charakteryzuje się nie mniejszym poziomem wyzysku niż ten wielki, który stać na jakieś programy socjalne. To czyni small biznes jeszcze większą ofiarą kryzysu, instrumentalną w stosunku do wielkiego kapitału i znienawidzoną czy to przez pracowników, czy to przez klientów, którzy są w ciągłym konflikcie z tymi przedsiębiorcami, ponieważ większość z nas właśnie z nimi ma bezpośrednio do czynienia i na nich usiłuje robić swoje gówniane oszczędności. Bo z wielkimi trudno negocjować. 
 
Niemniej, jakby nie patrzył, oba typy przedsiębiorczości są nastawione na realizację zysku, a więc są kapitalistyczne. 
 
Do lekkiego potraktowania problemu przyczynił się także fakt, że wśród drobnych przedsiębiorców znajduje się spora liczba tzw. samozatrudnionych, co komplikuje kwestię krystalicznie czystych podziałów społecznych. 
 
Każda ze stron dyskusji ma więc swoje racje.  
Zdroworozsądkowe.  
 
Na refleksję ponadzdroworozsądkową lewicy trudno się zdobyć, nawet jeśli odczuwa taką potrzebę w przynaglającej sytuacji kryzysu kapitalizmu. To tylko pokazuje stan zagubienia i bezradności lewicy, który odzwierciedla się w jej pozycji politycznej, a właściwie w jej braku. Lewica długo na ten stan rzeczy pracowała, ale skutecznie. 
 
Te podziały, które ujawniły się w chwili wybuchu kryzysu kapitalizmu, a których wyjaśnienia odmawiano w okresie pozornych sukcesów, przyspieszają proces zaniku lewicy. Nie ma ona bowiem żadnego wyjaśnienia tego, co się aktualnie dzieje. Totalnie rozmija się z nastrojami społecznymi. Część jest z tego powodu dumna. Dla części – tej bardziej myślącej – jest to powód do niepokoju. 
 
Zasadniczą kwestią w odwracaniu tego procesu jest zdanie sobie sprawy z faktu, że przyczyną kryzysu, z jakim mamy do czynienia, nie jest wirus, ale sam mechanizm gospodarczy kapitalistycznej gospodarki. 
 
Tymczasem, „klasa pracownicza” – jak z dezaprobatą stwierdza Filip Ilkowski – wykazuje się brakiem aktywności. Ale przecież „klasa pracownicza” reprezentowana przez takich pracowników najemnych, jak sam Filip Ilkowski, udzielała się masowo w „kodziarskich” manifestacjach w obronie wartości demokratycznych i swobód obywatelskich, w tym głównie obyczajowych. Resztę spraw politycznych radykalna lewica załatwia apelem do państwa, aby dysponowało dochodem narodowym za pomocą narzędzia, jakim jest rozdzielnictwo dochodów w postaci bezwarunkowego dochodu gwarantowanego. 
 
Ten mechanizm miałby zagwarantować równowagę gospodarki kapitalistycznej, przetaczanie części zysków kapitału, aby wspomagać efektywny popyt stwarzający stabilny rynek na produkty wytworzone w gospodarce kapitalistycznej, która w ten sposób przekształcałaby się coraz bardziej w gospodarkę zrównoważoną, zasadniczo równoważną gospodarce socjalistycznej, w jej wersji demokratycznej. 
 
W rzeczywistości jest to postulat ingerujący w podział pierwotny, czyli w podział zysku między kapitalistą a państwem burżuazyjnym. W pośredni sposób wymusza to zwiększenie wyzysku pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwach kapitalistycznych, szczególnie w głównych, podstawowych sektorach gospodarki sfery materialnej. 
 
Postulat bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, poza tym, że odrywa dochód od świadczenia pracy, dodatkowo odwraca uwagę społeczeństwa od rozwiązań kolektywistycznych typu tworzenia funduszy świadczeń społecznych. Te fundusze są rozwiązaniem mającym na celu wtórną redystrybucję, ale uwzględniającą powrót części środków uzyskiwanych w wyniku utrzymania płacy roboczej na stosunkowo niskim poziomie do robotników sektora produkcyjnego. Dochód gwarantowany na sensownym poziomie umożliwiającym rezygnację z pracy zarobkowej jest przyzwoleniem na indywidualne przywłaszczanie sobie efektów pracy społecznej. Poziom nieumożliwiający takiego rozwiązania jest zasiłkiem, który nie ma znaczenia wyrównującego nierówności społeczne, a jednocześnie umacnia wyzysk w miejscu pracy. 
 
Niby lewicowe rozwiązanie BDG okazuje się rozwiązaniem populistycznym, zachowującym indywidualistyczny charakter życia społecznego, oddalającym nas od rozwiązań o charakterze socjalistycznym. Fałszywe rozwiązania lewicy są zakorzenione w fałszywej, niekompletnej analizie struktury społecznej. Skutki takich błędów ujawniają się najlepiej w czasie, kiedy wychodzą na jaw praktyczne skutki rozwiązań teoretycznych. Czyli w czasach, kiedy trudności zmuszają ludzi do dostrzegania na własnej skórze owych skutków. 
 
Trudno dziwić się w tej sytuacji robotnikom, że opowiadają się za choćby burżuazyjnym rządem, który przynajmniej w jakiejś mierze odwołuje się do rozwiązań przypominających choćby z pozoru społeczne fundusze spożycia, kontrolowane przez aparat państwa. Lewica powinna domagać się, aby kontrolę tę sprawowali robotnicy w ramach konstytucyjnie zagwarantowanych mechanizmów demokratycznie wyznaczających zasady wtórnego podziału dochodów. Podział pierwotny natomiast nie powinien wymykać się spod robotniczej kontroli. Tu obowiązuje dyktatura proletariatu. 
 
W pewnym sensie do takiego problemu nawiązywała dyskutantka pod postem Filipa Ilkowskiego, która napisała: „jaka pogarda do ludzi, którzy zasuwają na wasze budżetowe pensje, bez waszych budżetowych przywilejów (stałe pensje, płatne urlopy, zwolnienia, nieoprocentowane pożyczki, odprawy). To jest dopiero wyzysk!” 
 
Tu nie jest potrzebne „sztuczne” dzielenie lewicy.  
 
Drobnomieszczaństwo reprezentowane przez ową lewicę jest silnie zróżnicowaną grupą społeczną, której interesy są w wielu przypadkach sprzeczne. Jeżeli lewica nierzadko zarzuca robotnikom to, że znajdują się w uprzywilejowanej pozycji pracowników niezbędnych kapitałowi, a więc z wynagrodzeniem wynikającym z konieczności zatrudniania dla mnożenia zysków, to z kolei pozornie niewinna grupa pracowników zatrudnianych przez państwo burżuazyjne jawi się w oczach innych grup społecznych jako grupa korzystająca z przywileju bliskości z aparatem państwa, które posiada środki prawnego przymusu wobec sfery gospodarki. Dochody tej części struktury społecznej są całkowicie oderwane od efektywności ekonomicznej państwa. 
 
Szczerze mówiąc, gwarancje tej grupy społecznej są wypadkową siły państwa, jego aparatu biurokratycznego. Aparat ten utożsamia się z wielkim kapitałem, nie z drobnym. Przyjmuje więc jego punkt widzenia, zgodnie z którym pomoc dla drobnego biznesu stanowi przeszkodę w skracaniu kryzysu. Rządy nie mogą pozostawić tej grupy ludności bez pomocy, ale mogą odwlekać i sabotować tę pomoc, jak to obserwujemy. Wszelkie biurokratyczne utrudnienia działają w tym kierunku i nie wydają się czystym przypadkiem. W miarę pogłębiania się kryzysu inne grupy społeczne będą coraz mocniej odczuwały, że pomoc ta odbywa się ich kosztem. 
 
 
W GROBIE SIĘ PRZEWRACA ZBIGNIEW MARCIN KOWALEWSKI, CZŁONEK "CZWÓRKI" (TEN OD ERNESTA MANDELA I STYGMATYZACJI). 
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 20 maja 2020 r. 
 
 
Filip Ilkowski

18 maja o 04:14 ·
 

Pewien rosyjski rewolucjonista lubił cytować Goethego, mówiącego, że „teoria jest zawsze szara, a zielone jest żywe drzewo życia”. Co nie zmienia faktu, że dobra teoria jest bardzo przydatna w orientowaniu się w złożonej rzeczywistości.

Goethe przypomniał mi się przy okazji sobotniej pacyfikacji „strajku przedsiębiorców”. Sam ten „strajk” pokazuje, że gdy zrozpaczona klasa średnia (w tym przypadku jej bardzo „klasyczna” część zwana drobnomieszczaństwem) próbuje nadawać ideowe ramy protestu przeciw kryzysowi, zawsze oznacza to bigos rozmaitych absurdów, będących wyrazem reakcyjnych utopii „prawdziwego” kapitalizmu wyrażającego horyzont drobnego posiadacza. Spełnienie postulatów protestujących (czyli 1) „przedsiębiorcy” płacący znacznie mniej wszelkich świadczeń i otrzymujący od państwa wyrównanie własnych strat oraz 2) „odmrożenie” gospodarki) oznaczałoby po prostu przerzucenie zarówno ekonomicznych, jak i zdrowotnych kosztów korona-kryzysu na pracowników.

Problem w tym, że na protestach tych bynajmniej nie są obecni tylko „przedsiębiorcy” – a sama ta kategoria, szczególnie w kontekście plenienia się w Polsce samozatrudnienia, jest bardzo nieostra. Gdy rzecznik policji mówił, że większość zatrzymanych w sobotę to nie są żadni przedsiębiorcy, może – wyjątkowo – mówić prawdę. W pewnym sensie jest to niestety pokłosie braku większej aktywności ze strony pracowniczej. To pracownicy – i ich związki zawodowe – powinni organizować protesty wyrażające wściekłość na politykę rządu, nadając tej wściekłości zupełnie inne ramy ideowe niż rzesza rozciągająca się od polityków PO poprzez wszelkiej maści foliarstwo po korwinistów i faszystów. I tym samym przyciągając część uczestników „strajków przedsiębiorców” na jaśniejszą stronę buntu.

Jednocześnie jasno należy potępiać przemoc policji wobec protestujących. Przy tym sama ta przemoc miała ewidentnie demonstracyjny charakter. Nawet jeśli faszyści próbują wpływać na „strajki przedsiębiorców”, oczywiste jest, że one same nie są demonstracjami faszystów (wobec których policja, szczególnie w czasach PiS, od lat zachowuje się akurat bardzo powściągliwie), ale właśnie niespójnej rzeszy, określanej przez idące w różnych kierunkach idee klasy średniej. Stać po stronie policji byłoby umacnianiem nie mniej groźnych niż reprezentowane przez „strajk przedsiębiorców” (i u korzeni także drobnomieszczańskich) iluzji w pisowskim „silnym państwie”. Ta sama policja, która może traktować gazem łzawiącym i zamykać w kotle „przedsiębiorców”, mając na to przyzwolenie, będzie robić to samo wobec wszelkich przejawów społecznego niezadowolenia. Wrzucanie do radiowozu machającego legitymacją senatora PO nie dlatego jest problemem, że bardzo mnie martwi los samego senatora partii biznesu, ale dlatego, że pokazuje pewność siebie i arogancję sił represji. Jeśli mogą używać przemocy wobec parlamentarzystów, tym bardziej nie cofną się wobec przemocy wobec „zwykłych ludzi”.

Podsumowując – jak zawsze potrzebujemy niezależnej polityki pracowniczej, a dziś konkretnie niezależnych protestów pracowniczych. Pod każdym względem niezależnych od przedsiębiorców, państwa i potępiających represje policyjne. 
 

Społeczność

jednolity front