Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 27 gości.

Zbigniew Marcin Kowalewski: Che Guevara czyli walka która nie zna granic

che_guevara.jpeg

W dniu 9 października 1997 r. minęła trzydziesta rocznica śmierci Ernesto Guevary, którego Sartre uważał za „najpełniejszą istotę ludzką naszych czasów”. „Tyle światła i tyle nadziei”, pisał z tej okazji były prezydent Algierii Ahmed Ben Bella przypominając słynne, wykonane w Boliwii zdjęcie „wyciągniętego, nagiego torsu – ciała, które rozsiewa tyle światła”. W związku z rozgłosem, jaki towarzyszył rocznicy, paryski dziennik Libération uznał, że „argentyński rewolucjonista powraca na proscenium jako jedna z legend tego stulecia”. Warto, żeby spostrzeżeniu tego rodzaju towarzyszyła refleksja: ile naprawdę jest takich legend, w każdym razie w sferze polityki, do której przecież zaliczała się działalność Guevary.

Postaci legendarne, szczególnie w tej sferze, gromadzą wokół siebie liczne rzesze mitomanów wszelkiej maści, których robota sprawia, że stają się one nie do poznania. W stosunku do Guevary działalność mitomańska jest bardzo intensywna: przysłania zupełnie wydarzenia historyczne, w których uczestniczył, gdyż wierność tym wydarzeniom może się przeistaczać w programy i strategie, niechybnie – z racji cech gatunkowych owych wydarzeń – rewolucyjne. Rzetelne biografie to jedna z rzeczy, które są w stanie pomieszać szyki mitomanom.

W trzydziestolecie śmierci życie Guevary stało się wreszcie przedmiotem solidnych badań źródłowych. Spośród licznych biografii, jakie ukazały się na świecie, najlepsze są dwie napisane przez autorów meksykańskich: ponad 800-stronicowa praca Paco Ignacio Taibo II pt. Ernesto Guevara znany też jako Che i Jorge Castañedy Życie na czerwono. Wyróżnia się również książka Jona Lee Andersona, Che Guevara: Rewolucyjny żywot. (1) Wszyscy trzej wykorzystali liczne, dotychczas niedostępne, źródła kubańskie, a Castañeda dotarł ponadto do tajnych do niedawna dokumentów amerykańskich i radzieckich. Pełno więc w ich książkach nowych danych, a „białe plamy” w życiorysie Guevary radykalnie się zmniejszyły.

Prace te rzucają między innymi nowe światło na jego ewolucję polityczną, zwłaszcza w stosunku do ruchu komunistycznego i Związku Radzieckiego. Nie był członkiem partii komunistycznej, był natomiast marksistą-samoukiem i już podczas pobytu w Gwatemali sympatyzował z komunistami. Zarazem jednak tam właśnie jego poglądy polityczne tak bardzo się zradykalizowały, że znalazł się na lewo od nich. Otóż w Gwatemali, kraju zależnym zupełnie od Stanów Zjednoczonych, tradycyjnie rządzonym przez oligarchię ziemiańską i wojskową, nastała demokracja (burżuazyjna, rzecz jasna), a prezydent, płk Jacobo Arbenz, popierany przez miejscową partię komunistyczną, przeprowadził ograniczone reformy społeczne i usiłował uzyskać dla państwa większą niezależność. Waszyngton rozpętał wściekłą nagonkę na rząd Arbenza pod wyssanymi z palca zarzutami, że „zaprowadza komunizm” i „służy za przyczółek agresji komunistycznej na półkuli zachodniej” (nawet miejscowym komunistom nie śniło się obalać kapitalizmu). W 1954 r. z terytorium Hondurasu wtargnęły wojska najemne zorganizowane przez Centralną Agencję Wywiadowczą.

Arbenz, podobnie zresztą jak przywódcy partii komunistycznej, kazał zaufać armii rządowej i zignorował postulaty uzbrojenia studentów, robotników i chłopów. Armia natomiast odmówiła wystąpienia w obronie konstytucyjnego rządu. W obliczu zdrady korpusu oficerskiego i bezkarnej ofensywy proamerykańskich najemników, Arbenz mógł udać się na tereny wiejskie i poderwać chłopstwo, które gorąco go popierało, do wojny partyzanckiej pod hasłami radykalnej reformy rolnej, obrony konstytucji i walki o niezależność od USA. Tego też nie uczynił.

Guevara, 26-letni lekarz przybyły z Argentyny, wyciągnął ze sromotnego upadku młodej demokracji gwatemalskiej nader zasadnicze wnioski. Po pierwsze, jakiekolwiek realne reformy społeczne w interesie większości wymagają rozbicia dotychczasowego aparatu państwowego z armią na czele. Po drugie, nie mogą pozostać w ramach systemu; zależny kapitalizm należy obalić przechodząc jak najszybciej do rewolucji socjalistycznej. Oznaczało to dlań, że kraj Ameryki Łacińskiej, w którym do tego dojdzie, powinien dołączyć bez wahania do „obozu socjalistycznego”, czyli bloku radzieckiego.

Po wyjeździe z pogrążonej w ultraprawicowym terrorze Gwatemali do Meksyku, utrzymywał bliskie i zgoła ostentacyjne kontakty z ambasadą radziecką. Jak wiadomo, w Meksyku związał się z rewolucyjnymi emigrantami kubańskimi z Ruchu 26 Lipca, którym przewodził Fidel Castro. Lecz oddając się do ich dyspozycji był przekonany, że rewolucja, którą mieli wzniecić na Kubie przeciwko dyktaturze Fulgencio Batisty, nie stwarza szans na realizację jego własnych radykalnych dążeń. Po roku walki zbrojnej w Sierra Maestra, będąc już wybitnym komendantem Armii Powstańczej, pisał: „Z racji mojego przygotowania ideologicznego należę do tych, którzy uważają, że rozwiązanie problemów tego świata leży za tzw. żelazną kurtyną, natomiast ruch ten traktuję jako jeden z wielu wywołanych pragnieniem burżuazji, by zerwać kajdany gospodarcze imperializmu. Zawsze uważałem Fidela za autentycznego przywódcę lewego skrzydła burżuazji, choć niezwykłe zalety osobiste wynoszą go bardzo wysoko ponad własną klasę. Z takim nastawieniem rozpocząłem walkę: szczerze mówiąc, bez nadziei, że wyjdziemy poza ramy wyzwolenia kraju i gotów odejść, gdy w fazie późniejszej warunki walki sprawią, że w całym swoim działaniu Ruch skręci na prawo”.

René Ramos Latour, krajowy koordynator Ruchu 26 Lipca, odpowiadał mu na to: „Ci, którzy mają twoje przygotowanie ideologiczne, uważają, że podołanie naszym bolączkom polega na wyzwoleniu nas spod szkodliwego panowania Jankesów poprzez ustanowienie nie mniej szkodliwego panowania Sowietów”. Lecz oto postawa Guevary uległa gruntownej zmianie, gdy Castro zdezawuował pakt z opozycją liberalną zawarty w Miami w imieniu Ruchu 26 Lipca. Guevara uważał ten pakt za zdradziecki, ale początkowo mniemał, że sygnatariusze działali z upoważnienia Castro. (W siedem lat później, opuszczając Kubę, ciągle będzie pamiętał o tym, jak bardzo pomylił się wówczas w ocenie Castro, i w liście pożegnalnym do niego napisze: „Moim jedynym poważniejszym błędem było to, że nie zaufałem ci bardziej od pierwszych chwil w Sierra Maestra”.) Wkrótce, też po myśli Guevary, kierownictwo Ruchu 26 Lipca przeszło z rąk podziemia miejskiego – do którego on odnosił się nieufnie przekonany, że reprezentuje ono prawe skrzydło ruchu – w ręce dowództwa Armii Powstańczej.

Najważniejsze jednak było to, że szeregi tej armii wypełniły się najpierw chłopami, a następnie, w miarę jak schodziła na równiny, również robotnikami rolnymi (wieś kubańska była bardzo sproletaryzowana) – że stała się w oczach Guevary zbrojną gwarantką przewrotu w ustroju rolnym kraju. Wspominając ten okres w cztery lata później, napisze: „Armia Powstańcza jest już, pod względem ideowym, proletariacka i myśli w interesie klasy wydziedziczonej”. Jeszcze w toku wojny partyzanckiej Guevara uznał, że rewolucja demokratyczna może i powinna nabrać dynamiki socjalistycznej. Postawił wszystko na kartę tej dynamiki.

Partia komunistyczna długo ociągała się z udzieleniem poparcia partyzantom, ale po kilkunastu miesiącach uczyniła to wreszcie pod presją swojej bazy społecznej. Podobnie jak Raúl Castro na dowodzonym przez siebie froncie partyzanckim w prowincji Oriente, tak też Guevara, dowodzący powstańczą „kolumną inwazyjną”, która parła ze wschodu ku stolicy, zawarł ścisły sojusz z komunistami. Sojusz ten stał się podstawą jednolitego frontu lewicy, który teraz zawiązywała Armia Powstańcza. W grudniu 1958 r. 300 partyzantów będących pod komendą Guevary stoczyło z dziesięciokrotnie liczniejszymi wojskami rządowymi zwycięską bitwę o miasto Santa Clara, która przesądziła o upadku Batisty, a siłom powstańczym utorowała, na fali strajku powszechnego, drogę do Hawany.

Guevara przewidywał, że odpowiednio radykalna reforma rolna będzie katalizatorem całkowitej zmiany ustroju społeczno-gospodarczego, zwieńczonej obaleniem kapitalizmu. Po zwycięstwie rewolucji nic nie absorbowało go bardziej jak właśnie działania, które miały zapewnić taki charakter reformy. Czynił wszystko, co było w jego mocy – wkrótce okazało się, że z powodzeniem – aby Armia Powstańcza stała się w pełnym tego słowa znaczeniu „armią polityczną” i decydującym czynnikiem faktycznej władzy rewolucyjnej, równoległej wobec formalnego rządu liberalnego. Po kilku miesiącach armia ta, stojąc na czele przytłaczającego ruchu masowego, położyła ostatecznie kres sytuacji „rozdwojenia władzy” (dwuwładztwa).

Castañeda ujawnia, że rola Guevary w ścisłym kierownictwie rewolucji kubańskiej była po zdobyciu władzy o wiele większa niż się to dotąd wydawało. Spośród tych wszystkich, których Fidel Castro skupił wokół swojego projektu politycznego i którzy stali się przywódcami kierowanego przezeń najpierw ruchu, a następnie reżimu rewolucyjnego, nikt nie miał tak wykrystalizowanych poglądów politycznych jak Guevara ani nie wytyczał tak szybko i wyraźnie średnio- i długookresowych strategii. Przywództwo nadrzędne było zawsze w rękach Castro i każda zasadnicza decyzja należała do niego. Guevarze natomiast przypadło w udziale inicjowanie, przygotowanie i nieraz forsowanie bardzo wielu decyzji, które przesądziły o tym, jakimi drogami poszła rewolucja. W październiku 1960 r., w odpowiedzi na blokadę gospodarczą zarządzoną przez Waszyngton, Castro wydał dekrety o nacjonalizacji praktycznie wszystkich banków i przedsiębiorstw należących do burżuazji kubańskiej i kapitału amerykańskiego, a rewolucja socjalistyczna stała się faktem (Castro proklamował ją po fakcie, w pół r. później).

Guevara był mózgiem tzw. „grupy z Tarará” (a następnie „z Cojimar”), która stanowiła rodzaj komórki planowania strategicznego. Położył wielkie zasługi w zwycięstwie nad brygadą kontrrewolucyjną, którą flota amerykańska wysadziła w kwietniu 1961 r. w Zatoce Świń. Jak wiadomo, brygadę tę przygwoździły do plaży i zepchnęły w bagna jednostki milicji ludowej (pospolitego ruszenia), co nielicznej jeszcze wówczas armii regularnej pozwoliło ją rozgromić. Otóż swój poziom bojowy i ideowy milicja ta zawdzięczała kierowanemu przez Guevarę wydziałowi szkoleniowo-oświatowemu armii rewolucyjnej. Jak stwierdza Castañeda, „bez milicji zastosowana tam strategia wojskowa Castro byłaby niewykonalna, a bez Che milicjanci nie byliby godni zaufania”.

Na odcinku sojuszu z komunistami Guevarę czekały wkrótce poważne rozczarowania. Pierwszych doznał wobec przywódców latynoamerykańskich partii komunistycznych. Już w październiku 1960 r. ambasador radziecki poinformował Kreml, że Guevara zarzuca im, iż „nie wykorzystują sytuacji rewolucyjnej, zachowują się jak tchórze, nie idą w góry i nie wszczynają otwartej walki”. Na samej Kubie zaś okazało się, że za plecami Fidela Castro i jego towarzyszy, wykorzystując prowadzoną przez nich politykę jednolitego frontu, a następnie politycznej i organizacyjnej integracji lewicy, władzę stara się zagarnąć stary stalinowski aparat. Akcją tą kierował Anibal Escalante, jeden z czołowych przywódców partii komunistycznej.

Wspomina Enrique Oltuski, z pochodzenia polski Żyd, były wybitny działacz Ruchu 26 Lipca: „W obecności Che pewien ekstremista zaatakował Ruch 26 Lipca. Po dwukrotnym zastanowieniu odważyłem się odpowiedzieć mu: To prawda, że nie znaliśmy się zupełnie na marksizmie i nie należeliśmy do partii, ale być może właśnie dlatego obaliliśmy Batistę. Che przyznał mi rację”. W marcu 1962 r., pod masową presją i przy czynnym udziale Guevary, Castro rozpędził wspomniany aparat, przeciągając zarazem większość komunistów na swoją stronę. (Frakcja stalinowska wznowiła później działalność, ale prowadziła ją potajemnie. Dla swojego dążenia do obalenia Castro szukała usilnie poparcia w bloku radzieckim. Za jednego ze swoich największych wrogów uważała Guevarę. Ostatecznie została rozbita w styczniu 1968 r., przy czym ujawniono wówczas jej powiązania z niektórymi dygnitarzami w Niemczech Wschodnich i Czechosłowacji oraz z niektórymi dyplomatami radzieckimi.)

Guevara dążył do integracji gospodarczej i politycznej Kuby z blokiem radzieckim. Tymczasem w październiku 1962 r. wybuchł pierwszy ciężki kryzys w stosunkach z ZSRR. Stało się to w pamiętnych dniach, w których świat znalazł się na krawędzi wojny jądrowej. Chruszczow ustąpił wtedy wobec stanowczych gróźb Kennedy’ego i zarządził wycofanie radzieckiej broni nuklearnej z wyspy nie pytając rządu kubańskiego o zdanie. (Castañeda potwierdza na podstawie danych z bardzo miarodajnych źródeł, do których dotarł przy okazji badań nad biografią Guevary, że broń ta wcale nie została zainstalowana na prośbę przywódców kubańskich. Nie byli nią zainteresowani, ale ulegli presji Chruszczowa, który powoływał się na wymogi bezpieczeństwa całego „światowego systemu socjalistycznego”.) Castro i Guevara uznali to za tchórzostwo połączone z wielkomocarstwową arogancją. O tym, jak bardzo decyzja Chruszczowa podkopała ich zaufanie do ZSRR, świadczy treść ujawnionego niedawno przez paryski dziennik „Le Monde” tajnego przemówienia Castro o kulisach kryzysu rakietowego.

Wkrótce Guevara zwątpił w to, że „rozwiązanie problemów tego świata leży za żelazną kurtyną”. ZSRR i państwa Europy Wschodniej nie wywiązywały się z wielu przyjętych zobowiązań lub dostarczały wyroby przemysłowe rażąco niskiej jakości. W 1964 r. Guevara, wówczas minister przemysłu, pojechał do ZSRR na obchody rocznicy Rewolucji Październikowej. Opowiada Taibo: „Jest to pierwszy oficjalny kontakt przywódców radzieckich z Che od czasu napięć, które powstały podczas kryzysu rakietowego. Czyżby ożywiało go pragnienie pojednania? Na to niewątpliwie liczy Fidel, ale Che nie może zrezygnować ze swojego krytycyzmu, który zaostrza się coraz bardziej. Zwiedza radziecką fabrykę, którą prezentuje mu się jako wzorcową, i – zgodnie z relacją pewnego członka delegacji – mówi, że przypomina ona fabrykę kapitalistyczną w rodzaju tych, które istniały na Kubie przed nacjonalizacją. Obserwuje aberracje w dziedzinie planowania, pułapki współzawodnictwa pracy, ponieważ widzi, że planuje się tak, żeby przekroczyć plan. Swoim towarzyszom z delegacji mówi, że pod panowaniem biurokratyzmu Sowieci brną w sferze gospodarczej w ślepy zaułek”.

W Moskwie Guevara dowiedział się, że wśród biurokracji kremlowskiej uchodzi za poplecznika chińskich „schizmatyków” i na domiar złego za trockistę. Po powrocie, opowiadając o tym w swoim ministerstwie, oświadczył bez ogródek: „To oczywiste, że z myśli Trockiego można zaczerpnąć sporo rzeczy”. Taibo komentuje: „Jakich? Tego Che nie powie. Czuje, że należy powrócić do rzekomych herezji marksizmu i przyjrzeć się im bez uprzedzeń, ale nie miał kontaktu z myślą Trockiego, anarchosyndykalizmu, zwolenników rad robotniczych lub jakiegokolwiek innego nurtu europejskiej lewicy rewolucyjnej pierwszej połowy XX w. poza tym, co mógł dowiedzieć się o nich w wersji kolportowanej przez triumfującą stalinowską biurokrację radziecką”. (Taibo ustalił, że takie podstawowe prace Trockiego, jak Historia rewolucji rosyjskiej i Rewolucja permanentna, Guevara czytał dopiero w partyzantce boliwijskiej).

Parokrotnie – o czym wiadomo skądinąd – uzyskiwał zwolnienie aresztowanych trockistów kubańskich (władze położyły kres działalności ich niewielkiej organizacji w 1963 r.). Do zainicjowanej przez siebie debaty publicznej wokół problemów gospodarki socjalistycznej – była ona ledwie zawoalowanym sporem o użyteczność modelu radzieckiego – wezwał z Europy Zachodniej na pomoc Ernesta Mandela, czołowego ekonomistę trockistowskiego, znanego z druzgocącej krytyki biurokratycznego planowania i zarządzania gospodarką w ZSRR. „Wbrew temu co się mówi, kraje bloku zachodnioeuropejskiego rozwijają się znacznie szybciej niż kraje bloku demokracji ludowej. Dlaczego?”, pytał Guevara po powrocie ze wspomnianej podróży do Moskwy. Pozostało mu bardzo niewiele czasu na znalezienie odpowiedzi i na wypracowanie alternatywy wobec „realnego socjalizmu” (2): w kilka miesięcy później ponownie zaabsorbowała go całkowicie walka zbrojna.

Jednym z najmniej zbadanych aspektów działalności Guevary jest system planowania i zarządzania, jaki wprowadził w kierowanym przez siebie sektorze gospodarki. Żaden ze wspomnianych biografów nie zajął się tym, a szkoda. Mało kto wie, że system ten kojarzył minimum biurokracji i obieralność dyrekcji przedsiębiorstw przez załogi z realnym udziałem załóg w centralnym planowaniu, które było demokratyczne w zaskakująco dużym stopniu. Lecz zarazem system ten nie miał oparcia w instytucjach demokracji robotniczej i pracowniczej. Guevara wyraźnie nie zdawał sobie sprawy z ich znaczenia, czemu trudno się dziwić: nie miał w swoim bagażu żadnych doświadczeń ruchu robotniczego, a jedynemu znanemu mu nurtowi politycznemu tego ruchu – komunistom o rodowodzie stalinowskim – doświadczenia demokracji robotniczej były zupełnie obce.

Już od 1959 r. władze rewolucyjne Kuby aktywnie wspierały akcje zbrojne w Ameryce Łacińskiej. Początkowo czyniły to tylko przeciwko jawnym dyktaturom (typu Trujillo, Duvaliera i Somozy), a następnie również przeciwko rządom tych państw latynoamerykańskich (tzn. wszystkich z wyjątkiem Meksyku), które w ślad za USA zajęły wrogą postawę wobec rewolucji kubańskiej i zaangażowały się czynnie w jej dławienie. Guevara grał w tym pierwsze skrzypce. W 1960 r. napisał dla rewolucjonistów latynoamerykańskich podręcznik wojny partyzanckiej, w którym na pierwszej stronie figurowała bodaj najgłośniejsza z jego myśli. Brzmiała ona następująco: „Uważamy, że rewolucja kubańska wniosła trojaki wkład do mechaniki ruchów rewolucyjnych w Ameryce. Oto on. Po pierwsze, siły ludowe mogą wygrać wojnę z wojskiem. Po drugie, nie zawsze trzeba czekać, aż dojrzeją wszystkie warunki do rewolucji; ognisko powstańcze może je stworzyć. Po trzecie, w słabo rozwiniętej Ameryce terenem walki zbrojnej powinna być głównie wieś”.

Z jego inicjatywy powstała też w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych specjalna komórka zwana Wydziałem Wyzwolenia. „Jej zadanie nie polegało na pracy wywiadowczej, ale na «misjach operacyjnych», które miały świadczyć o solidarności z latynoamerykańskimi grupami rewolucyjnymi i zapewnić im wsparcie”, pisze Taibo. Ponieważ rewolucje kubańska i algierska ściśle ze sobą współdziałały w wielu dziedzinach, w tym w dziedzinie akcji specjalnych, Guevara za zgodą prezydenta Ben Belli stworzył w Algierze „stację przekaźnikową”. „Kuba pozostawała pod ścisłym nadzorem, toteż nie można było stamtąd poważnie zorganizować przerzutu broni i wyszkolonych na Kubie kadr wojskowych do Ameryki Łacińskiej”, wspomina Ben Bella. Ujawnia, że ze stacji tej prowadzono działania w różnych krajach latynoamerykańskich pod przykrywką algierskich spółek importowo-eksportowych. (3)

„Zostaniemy tu pięć lat, a następnie wyjedziemy. O pięć lat starsi będziemy jeszcze w stanie walczyć w partyzantce”, rzekł Guevara swojemu sekretarzowi, gdy na początku 1961 r. obejmował kierownictwo Ministerstwa Przemysłu. Pracował intensywnie nad strategią rewolucji kontynentalnej i nad koordynacją ruchów partyzanckich, które w tym czasie pojawiały się w coraz większej liczbie krajów Ameryki Łacińskiej. Dziś potwierdza się w całej rozciągłości to, czego ongiś się domyślano: że Guevara miał być komendantem głównym ruchu partyzanckiego, tworzonego w drugiej połowie 1963 i na początku 1964 r. na północy Argentyny.

Ruch ten powstawał przy bezpośrednim udziale kubańskim i miał bazę wyjściową na terenie Boliwii. Plan nie ograniczał się do Argentyny. Jego częścią miało być udzielenie zbrojnego wsparcia ruchowi chłopskiemu, który pod wodzą młodego trockisty Hugo Blanco zajmował latyfundia w dolinie La Convención w Peru. Z Boliwii miała się tam przebić kolumna partyzancka złożona z rewolucjonistów peruwiańskich, którzy uzyskali przeszkolenie wojskowe na Kubie. Kolumna nie zdołała przekroczyć granicy. W Argentynie plan też poniósł fiasko. W rezultacie Guevara zawiesił na pewien czas realizację tego planu. Na razie postanowił podjąć walkę poza Ameryką Łacińską.

W kwietniu 1965 r., po powrocie z długiej podróży oficjalnej po Afryce, zrzekł się stanowisk w rządzie, a nawet obywatelstwa kubańskiego. Oznajmił w liście pożegnalnym do Castro, że wzywają go „inne ziemie tego świata” i że nadal będzie „walczyć z imperializmem gdziekolwiek jest”. Zniknął wówczas i nie było wiadomo co się z nim stało, dopóki w październiku 1967 r. armia boliwijska nie pokazała jego zwłok. Z dziennika, który prowadził w Boliwii, wynikało, że przed przyjazdem do tego kraju walczył w partyzantce kongijskiej. Lecz przez następne dziesięciolecia nikomu nie udało się ustalić nic pewnego na ten temat.

Tę największą i najtrwalszą „białą plamę” w biografii Guevary usunął wreszcie Taibo. Dziejom ekspedycji kongijskiej poświęcił oddzielną książkę, napisaną do spółki z dwoma dziennikarzami kubańskimi, pt. Rok, w którym nigdzie nas nie było. Zebrał obszerne relacje uczestników. Przytoczył fragmenty dziennika prowadzonego przez Guevarę w Kongu i książki, którą ten napisał po wyjeździe stamtąd pt. Epizody wojny rewolucyjnej (Kongo). Władze kubańskie trzymają oba te teksty pod kluczem (5). Taibo miał okazję zapoznać się z nimi w okolicznościach, o których uznał za konieczne zachować daleko posuniętą dyskrecję.

Nie obeszło się bez oskarżeń, że uległ manipulacji kubańskich służb specjalnych. Książka bowiem miałaby zatkać usta tym, którzy w wielu punktach świata postulują, aby Castro zgodził się wreszcie na opublikowanie kongijskich pism Guevary, a on zgodzić się nie chce, bo zawarte są w nich rzekomo dowody, że między nim a Guevarą doszło do sporów politycznych lub nawet do zerwania. Stara to teoria, której ciągle nie daje się niczym podeprzeć, więc się twierdzi, że dowody na to są, lecz niestety w sejfie u Castro. Dane zawarte w książce Taibo całkowicie przeczą jakiemukolwiek konfliktowi Guevary z Castro. Taibo wykorzystał wspomniane pisma na tyle, na ile mu pozwolono i zrobił co mógł, aby uzyskaną z nich i z relacji uczestników wiedzę podać do publicznej wiadomości. A jest to wiedza ważna dla wszelkich studiów nad działalnością, myślą polityczną i strategią rewolucyjną Guevary.

Wraz z ponad stu wojskowymi kubańskimi pojechał on do Konga na odsiecz powstaniu przeciwko reżimowi neokolonialnemu. Uczynił to po tym, jak mocarstwa zachodnie umiędzynarodowiły kongijską wojnę domową zrzucając spadochroniarzy belgijskich na powstańczą stolicę Stanleyville (Kisangani), mobilizując do walki brygady białych najemników i dostarczając zagrożonemu reżimowi lotnictwo bojowe pilotowane przez kontrrewolucyjnych emigrantów kubańskich. Co powodowało Guevarą, gdy podejmował decyzję o wyjeździe do Konga? Ani Taibo, ani inni biografowie Guevary nie znają wywiadu udzielonego przezeń marokańskiej gazecie opozycyjnej Libération, a w nim właśnie wyłożył on czarno na białym cały strategiczny wymiar swojego planu kongijskiego. Oto jego słowa: „Bitwa o Kongo powinna być dla krajów afrykańskich etapem historycznym, na którym rozstrzygnie się, czy pójdą naprzód, czy też się cofną. Zwycięstwo albo klęska w Kongu pokaże Afrykańczykom, że wyzwolenie narodowe prowadzi w pierwszym przypadku do socjalizmu, a w drugim do neokolonializmu. Socjalizm albo neokolonializm – oto dla całej Afryki stawka w grze, która toczy się obecnie w Kongu”.

Na miejscu okazało się, że powstanie jest w odwrocie i rozkładzie. Przywódcy wyjechali za granicę pozostawiając swoich bojowników na łasce losu – bez struktur dowodzenia, jakiejkolwiek organizacji, a nawet elementarnego wyszkolenia wojskowego. Partyzanci kongijscy i sprzymierzeni z nimi partyzanci rwandyjscy nie potrafili nawet strzelać do celu. W Armii Ludowo-Wyzwoleńczej istniał cały aparat znachorów-czarowników, którzy za pomocą zabiegów magicznych rzekomo zapewniali partyzantom odporność na kule i bomby. W bitwie z wojskami rządowymi i białymi najemnikami mieszane oddziały kubańsko-rwandyjskie poniosły ciężkie straty. Klęska powstania była już niechybna, a misja Guevary skazana na niepowodzenie. Opuścił Kongo po siedmiu miesiącach – w chwili, gdy gen. Mobutu ustanawiał na długo swoją dyktaturę. (4)

Rozciągającym się nad jeziorem Tanganika frontem powstańczym zawiadywał nominalnie Laurent-Désiré Kabila. Pojawił się tam tylko raz i spędził na froncie kilka dni. Guevara zapisał w swoim dzienniku opinię, na jaką w jego oczach zasługiwał ktoś, kto na papierze, z zagranicznych hoteli, dowodzi powstaniem. Taibo ją przytoczył. Traf chciał, że wkrótce po ukazaniu się książki ten sam Kabila, o którym sądzono, że od dawna zaniechał działalności politycznej, powrócił nagle z hukiem i trzaskiem na kongijską scenę, tym razem rzeczywiście dowodząc wojskami powstańczymi. W ciągu kilku miesięcy zajęły one cały ogromny kraj, obaliły dyktaturę Mobutu, a samego Kabilę wyniosły na urząd prezydenta. Wyprawa Guevary do Konga nabrała w tej sytuacji zupełnie innego wymiaru – przestała być epizodem historii bezpowrotnie minionej i stała się elementem cyklu w historii, która wciąż się rozgrywa na naszych oczach.

Uporczywie nadawany z Hawany apel do lewicy na kontynencie, aby wzięła przykład z Kuby i „kordyliery Andów uczyniła Sierrą Maestrą Ameryki”, oraz czynne poparcie Castro i Guevary dla ruchów partyzanckich, spotkały się z wrogą reakcją prawie wszystkich latynoamerykańskich partii komunistycznych. Między nimi a rewolucją kubańską rozgorzała walka ideologiczna, szczególnie zawzięta w latach 1966-1968. Stosunki z ZSRR stały się wtedy znów co najmniej tak napięte, jak po kryzysie rakietowym. Osamotnienie Północnego Wietnamu w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi potwierdziło w oczach przywódców kubańskich zasadność żywionych przez nich obaw.

Guevara piętnował „tych, którzy w decydującej chwili zawahali się uczynić Wietnam nienaruszalną częścią terytorium socjalistycznego”. Wyciągał bardzo konsekwentne wnioski z tego, że ani Kuba, ani ruchy rewolucyjne w Trzecim Świecie nie mają w ZSRR pewnego sojusznika i że za parawanem sukcesów w kosmosie kryje się kolos na glinianych nogach. Jedyną nadzieją – również na regenerację socjalizmu – było dlań szerzenie się rewolucji. Aby obalić dominację wielkich mocarstw zachodnich nad Trzecim Światem, należało „stworzyć dwa, trzy... wiele Wietnamów” w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Stąd jego akcja zbrojna najpierw w Kongu, a następnie w Boliwii.

Guevara, wyjeżdżając z grupą Kubańczyków do tego kraju w końcu 1966 r., zmierzał zasadniczo do wznowienie starego projektu, którego nie udało się zrealizować trzy lata wcześniej. Tym razem jednak walka partyzancka miała zostać podjęta w samej Boliwii i dopiero w późniejszej fazie rozszerzyć się stamtąd na Argentynę i Peru. Z biegiem czasu Guevara miał stworzyć ośrodek wojny rewolucyjnej, który promieniowałby na cały kontynent, koordynowałby działania ogółu ruchów partyzanckich Ameryki Łacińskiej i ująłby je w ramy jednolitej strategii kontynentalnej. Kuba miała wspierać całe przedsięwzięcie nie tylko na odcinku boliwijskim. Kilkunastu wojskowych kubańskich wysłano w tym czasie do Wenezueli, do tamtejszej partyzantki porzuconej przez partię komunistyczną, która wycofała się z walki zbrojnej. Pomoc z Kuby mieli też otrzymać partyzanci walczący już w Kolumbii, Gwatemali i Nikaragui.

Dziś wiadomo, dlaczego oddział dowodzony przez Guevarę zainstalował się w regionie, który okazał się bardzo dla niego niekorzystny, choć początkowo brano pod uwagę inne regiony kraju. Uczyniono tak pod presją Mario Monje, sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Boliwii (PCB). Gdy Monje zorientował się, że plany kubańskie przewidują walkę zbrojną (a nie tylko, jak w 1963 r., utworzenie bazy wyjściowej) na terenie jego kraju, nakłonił Kubańczyków do wyboru terenu we wschodniej części. Przewidywał bowiem, że partyzantka, skazana tam nieuchronnie na izolację społeczną i polityczną, będzie zmuszona zrezygnować z walki w Boliwii i przenieść się do sąsiedniej Argentyny.

Poza proradziecką PCB, Guevara nie miał żadnych kontaktów z innymi nurtami lewicy boliwijskiej. Był to skutek polityki prowadzonej w Hawanie, gdy on sam przebywał w Afryce: w styczniu 1966 r. władze kubańskie dopuściły do udziału w Konferencji Trójkontynentalnej delegację PCB, natomiast odmówiły akredytacji innej, wystawionej wspólnie przez pozostałe ugrupowania lewicowe: lewicę nacjonalistyczną Juana Lechina, komunistów prochińskich i trockistów. Wszystkie te nurty miały wpływy w Boliwijskiej Centrali Robotniczej (COB) i w federacji związkowej górników (przewodniczył im wspomniany Lechín) – organizacjach skupiających siły społeczne, bez których nie mógł się obejść żaden projekt rewolucyjny.

Nadzieje na to, że kierownictwo PCB poprze kubańską inicjatywę partyzancką na terenie własnego kraju, były złudne. W chwili przyjazdu Guevary do Boliwii konflikt między kierownictwem rewolucji kubańskiej a partiami komunistycznymi Ameryki Łacińskiej wszedł w fazę szczytową. W rocznicę Rewolucji Październikowej ogłoszono w Hawanie, że o tym, kto jest komunistą, a kto nie, decyduje stosunek do walki zbrojnej we własnym kraju, a za wzór postawiono wenezuelskiego komendanta partyzanckiego Douglasa Bravo, który dopiero co został usunięty z partii komunistycznej.

Guevara nie miał złudzeń co do PCB i spodziewał się zerwania, do którego doszło zaraz po jego przybyciu do Boliwii. Rzecz znamienna: wszyscy członkowie PCB, którzy wstąpili do partyzantki, w sporze sekretarza generalnego partii z Guevarą stanęli twardo po stronie tego ostatniego. Guevara nie przewidział jednak, w jakiej pustce znajdzie się ze swoimi partyzantami, gdy dojdzie do zerwania z aparatem PCB. Jest całkiem prawdopodobne, że losy partyzantki potoczyłyby się inaczej, gdyby miała możliwość przyciągnięcia elementów rewolucyjnych ze wszystkich środowisk lewicowych i gdyby działała w pobliżu kopalń – gdyby mogła nawiązać kontakt z górnikami. Od rewolucji 1952 r. mieli oni własne milicje związkowe, zaprawione w starciach z wojskiem. Wiadomo, że byli gotowi poprzeć partyzantkę – właśnie w odwet za tę gotowość armia dokonała w kopalniach osławionej masakry w noc świętojańską.

Z pustki, w której się znalazł wraz ze swoimi kubańskimi, boliwijskimi i peruwiańskimi towarzyszami broni, Guevara nie wyszedł żywy. Wszędzie, gdzie walczył, wziętych do niewoli żołnierzy i oficerów traktował zawsze jako jeńców wojennych, z poszanowaniem przysługujących im praw, a nawet wypuszczał ich z reguły na wolność. Gdy natomiast sam trafił do niewoli, został zamordowany na rozkaz generałów boliwijskich i CIA.

Michel Foucault twierdził, że to nie wojna jest kontynuacją polityki przy użyciu innych – a mianowicie wojskowych – środków, lecz polityka jest kontynuacją wojny. Odnosi się wrażenie, że taki punkt widzenia przyświecał Guevarze, tyle że nie w pracy teoretycznej, a w działalności politycznej. Na podstawie doświadczeń nabytych w kubańskiej Armii Powstańczej stworzył bardzo oryginalną strategię walki rewolucyjnej: zmilitaryzował ją w sposób nie mający precedensu. Ci, którzy strategię tę odeń przejęli, nie pozostawiali już cienia wątpliwości co do tego, że podmiotem rewolucji powinna być armia rewolucyjna. Lecz na Kubie partyzantka wcale nie pokonała armii rządowej. Owszem, zadała jej bolesne ciosy i przetrąciła kręgosłup. Lecz większość wojsk rządowych skapitulowała bez walki przed połączonym naporem partyzantów i zrywu mas, który przybrał głównie formę strajku powszechnego.

Stworzona przez Guevarę strategia odbiła się silnym echem na kontynencie. Nie ucichło ono do dzisiaj. Od 1962 r. przez prawie wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej przeszły ruchy partyzanckie, które czerpały wzory z rewolucji kubańskiej. W ośmiu z nich walki partyzanckie toczyły się bez przerwy przez co najmniej pięć lat. Nie wszędzie poniosły klęskę. W jednym (Nikaragui) partyzanci zdobyli na dłuższy czas władzę, w dwóch innych (Salwadorze i Gwatemali) zaniechali walki zbrojnej zawierając układy pokojowe z rządami, w jeszcze innym (Meksyku) przystali na trwający już kilka lat rozejm. W Kolumbii zaś, gdzie lewicowy ruch partyzancki powstał dziesięć lat przed zwycięstwem rewolucji na Kubie, a pod jej wpływem się zaktywizował i zradykalizował, dwie armie partyzanckie liczące dziś łącznie kilkanaście tysięcy bojowników operują w co najmniej 26 z 31 departamentów. Rzecz znamienna – gdy prześledzi się ewolucje strategii tych wszystkich ruchów w ciągu minionych dziesięcioleci, to się okaże, że z biegiem czasu skłaniają się ku względnej demilitaryzacji: rola czynnika wojskowego ulega w nich ograniczeniu, podczas gdy wzrasta rola czynników politycznych i społecznych.

Dwudziestą rocznicę śmierci Guevary obchodzono na świecie w nielicznych i wąskich gronach. Nic podobnego tym razem. W Santiago de Chile na koncert na stadionie poświęcony jego pamięci przybyło kilkadziesiąt tysięcy osób – więcej niż na koncert Michaela Jacksona. O tym, że „wraca Che”, można było przekonać się w wielu punktach świata – np. w Paryżu. W lutym ub. r. francuscy dystrybutorzy nagrań muzyki popularnej ogłosili płytą miesiąca składankę do niedawna zapomnianych piosenek z końca lat sześćdziesiątych pt. Viva Che Guevara. Jedną z nich – Żegnaj na zawsze, komendancie – słyszało się następnie w radiu bodaj tak często jak najnowsze przeboje. Później wyszedł zestaw trzech CD, zatytułowany z kolei Che vive (czyli żyje). Radio France-Culture przeprowadziło trzygodzinną dyskusję o ideach i czynach Che (z udziałem m. in. autora tego artykułu). Koszulki ze słynną niegdyś podobizną Che-partyzanta wisiały w butikach śródmiejskich Hal, a w księgarniach pojawiały się ciągle nowe książki o nim, bardzo eksponowane przez księgarzy – w sumie wyszło ich ze dwadzieścia. Dziennik Libération ukazał się w rocznicę ze zdjęciem Guevary na całą pierwszą stronę i z poświęconą mu szesnastostronicową wkładką.

Dlaczego dziś głośno o Guevarze, podczas gdy tak nie było dziesięć lat temu? Otóż, po pierwsze, na Guevarze nie kładzie się już cieniem „realny socjalizm”. Przykrył on zaś Guevarę, gdy w kilka lat po jego śmierci Castro zaniechał szukania drogi alternatywnej wobec modelu radzieckiego i ogłosił, że „słońca nie można zakryć palcem”, a słońcem jest ZSRR. Po drugie, neoliberalizm doszedł na świecie do zenitu wraz z upadkiem „realnego socjalizmu”. Spotęgowane przezeń niebywale sprzeczności społeczne coraz bardziej dotkliwie zaczynają dawać o sobie znać, od Trzeciego Świata po sam Zachód. Powoli narasta kontestacja neoliberalizmu z lewa. Spuścizna po Che będzie w niej zapewne obecna. Zanim jeszcze globalizacja kapitału osiągnęła obecny rozmach, on już usiłował przeciwstawić jej wezwanie do walki rewolucyjnej, która też nie znałaby granic.

Przypisy:

(1) P.I. Taibo II, Ernesto Guevara, también conocido como El Che, Meksyk, Editorial Joaquín Mortiz 1996; J.G. Castañeda, La vida en rojo: Una biografia del Che Guevara, Buenos Aires, Editora Espasa Calpe 1997 (po polsku książka ta wyszła pt. Che Guevara, Warszawa, Świat Książki 2007); J.L. Anderson, Che Guevara: A Revolutionary Life, Londyn – Nowy Jork – Toronto – Sydney – Auckland, Bantam Press 1997 (po polsku książka ta wyszła pt. Che Guevara, Warszawa, Amber 2008).

(2) Patrz Z.M. Kowalewski, „Rewolucja kubańska w myśli społecznej Ernesto Guevary”, Kultura i Społeczeństwo t. XVI nr 2, 1972.

(3) A. Ben Bella, „Ainsi était le «Che»”, Le Monde Diplomatique nr 523, 1997.

(4) Książka Guevary, Pasajes de la guerra revolucionaria: Congo ukazała się w rok po publikacji tego artykułu.

(5) P.I. Taibo II, F. Escobar, F. Guerra, El año que estuvimos en ninguna parte: La guerrilla africana de Ernesto Che Guevara, Meksyk, Editorial Joaquín Mortiz 1994. Patrz też Z.M. Kowalewski, „Na odsiecz rewolucji kongijskiej”, Dalej! nr 24, 1997.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie Lewą Nogą nr 10, 1998.

Portret użytkownika MARCIN
 #

Nic dodać nic ująć choć idiotów zaangażowanych w kampanie anty-Che raczej nic nie przekona.

 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

jednolity front