Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 9 gości.

Mateusz Cieślak: Pod zdechłym pacjentem

Zdechły pacjent

Czym grozi prywatyzacja służby zdrowia, widać w województwie lubuskim, gdzie zdecydowano się na taki eksperyment.
 
Prywatyzacja szpitali ma zakończyć permanentną zapaść finansową polskiej służby zdrowia. Przeciwnicy straszą, że najbiedniejszych obywateli nie będzie stać na leczenie. Zwolennicy mówią, że to nieprawda, a szpitale staną się dochodowe, zaś ich właściciele zainwestują w nowoczesny sprzęt, najlepszych lekarzy i pielęgniarki. Liderem w zakresie prywatyzacji szpitalnictwa jest województwo lubuskie. Na terenie tego najmniejszego polskiego województwa działa szczecińska Grupa Nowy Szpital. W ramach grupy istnieje kilkanaście spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, a wśród nich liczne niepubliczne zespoły opieki zdrowotnej, np. Nowy Szpital Powiatu Krośnieńskiego sp. z o.o., Szpital im. Radzimira Śmigielskiego w Skwierzynie sp. z o.o., Nowy Szpital w Kostrzynie nad Odrą sp. z o.o., Nowy Szpital w Nakle i Szubinie sp. z o.o., Nowy Szpital w Świebodzinie sp. z o.o., Nowy Szpital we Wschowie sp. z o.o. Poza szpitalami spółki GNS prowadzą stacje pogotowia ratunkowego i poradnie zdrowia. – Proces prywatyzacji służby zdrowia w województwie lubuskim jest już bardzo zaawansowany – ocenia dr Zbigniew Zdónek, który niedawno z hukiem wyleciał ze szpitala w Krośnie Odrzańskim. Władze szpitala o jego wyrzuceniu poinformowały pisemnie Helenę Hatkę, wojewodę lubuskiego, dyrektora lubuskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia, starostę powiatu krośnieńskiego i kilkadziesiąt innych instytucji. Grzechem dr. Zdónka było to, że głośno zaczął mówić o łamaniu przepisów, o narażaniu na szwank życia i zdrowia pacjentów, o fikcji związanej z realizacją kontraktów na usługi medyczne. Dr Zdónek był pewien, że lubuski NFZ zakończy współpracę z GNS. Zaczął buntować lekarzy. Namawiał ich, by założyli spółdzielnię i sami podpisali kontrakty z NFZ. Szpital w Krośnie Odrzańskim informował: Zakończyliśmy w trybie natychmiastowym współpracę z lek. med. Zbigniewem Zdónkiem, który na terenie szpitala prowadził niedozwolone działania, polegające na nakłanianiu personelu medycznego świadczącego na rzecz Spółki pracę, do rozwiązania umów łączących ich ze Spółką i zaniechał udzielenia wyjaśnień z tym związanych.
 
 
Lekarz bez zgody i informowania dyrekcji zwołał spotkanie a później mimo wyraźnego zakazu nachodził na terenie zakładu personel w celu nakłaniania do zerwania umów łączących ich ze szpitalem (zbiorowo). Jednocześnie rozpowszechniał (i czyni to nadal) nieprawdziwe informacje o rzekomym stanie zagrożenia życia i zdrowia pacjentów, zapowiadając złożenie fałszywych doniesień do prokuratury NFZ, Powiatu Krośnieńskiego, czy też Urzędu Wojewódzkiego. Tyle że zarzuty stawiane przez Zdónka potwierdzili inni lekarze oraz wojewódzki koordynator ds. ratownictwa medycznego. Ba. Częściowo potwierdziła je również Marta Sobolewska, pełnomocnik dyrektora NZOZ Nowy Szpital Powiatu Krośnieńskiego. Chociaż jej zdaniem dr Zdónek rozmija się z prawdą, a jego działania noszą znamiona szkalowania. Doktora wzięła w obronę Polska Partia Pracy. W kilku miastach Polski odbyły się demonstracje pod hasłem “Bronimy publicznej służby zdrowia”.
 
 
Karetki jeżdżą na lewo
 
 
Większość szpitali w woj. lubuskim to nieduże placówki. Izba przyjęć, oddział wewnętrzny, zakład opiekuńczo-leczniczy – to wszystko, co mieści się w budynkach szpitala powiatowego w Krośnie Odrzańskim. Na oddziale wewnętrznym jest 30 łóżek. W ciągu miesiąca przyjmuje się tu od 180 do 200 chorych. To oznacza około 8 pacjentów przyjmowanych bądź wypisywanych do domu każdego dnia. Co oczywiste, pacjenci powinni być bardzo dokładnie diagnozowani, ale na to nie ma ani czasu, ani możliwości. Kiedyś na oddziale wewnętrznym pracowało kilku lekarzy. Kilkuosobowy personel zastąpiono jedną lekarką, która oprócz opieki nad pacjentami oddziału wewnętrznego miała różnorodne inne obowiązki. Była bowiem nie tylko lekarką, lecz także ordynatorem oddziału, zastępcą dyrektora szpitala, lekarzem zakładu opiekuńczoleczniczego, lekarzem izby przyjęć, lekarzem poradni diabetologicznej, a czasami dodatkowo lekarzem dyżurnym nocnej i świątecznej wyjazdowej pomocy lekarskiej i pielęgniarskiej. Lekarka powinna być w sześciu miejscach jednocześnie. Co więcej, ta jedna osoba wykonywała kontrakt z NFZ – większy niż kontrakty zawarte wcześniej z dwoma oddziałami szpitalnymi (oddziałem wewnętrznym szpitala powiatowego w Krośnie Odrzańskim i oddziałem wewnętrznym szpitala powiatowego w Gubinie).
 
 
Dr Zdónek twierdzi, że średni czas pobytu pacjenta na oddziale wewnętrznym w Krośnie Odrzańskim to 4 dni. – Nie licząc dnia przyjęcia i dnia wypisu są to dwa dni spędzone w szpitalu. Gdy na oddziale jest jeden lekarz, wówczas nie ma szansy, by wykonał nawet podstawowe procedury diagnostyczne – mówi lekarz. Nie wszyscy pacjenci przebywali w szpitalu tak krótko. Do pacjentów leżących dłużej zaliczały się osoby z udarami mózgu. Ci chorzy powinni mieć jak najszybciej wykonane badanie tomografem komputerowym. Dr Zdónek mówi, że od wystąpienia objawów udaru do wykonania badania nie może minąć więcej niż kilka godzin. Tymczasem pacjentom krośnieńskiego szpitala wykonywano tomografię kilka dni po przyjęciu do szpitala. Powód był prozaiczny. Tomograf znajduje się w innym mieście, a szpital ma tylko dwa zdezelowane samochody do przewożenia chorych. Zdarzało się też, że oba auta stały zepsute bądź już kogoś przewoziły. Wówczas ze szpitala dzwoniono do straży pożarnej, gdzie znajduje się stanowisko ratownictwa medycznego. Wzywano karetkę. Ta sama Grupa Nowy Szpital, która zarządza szpitalem, wykonywała kontrakt na prowadzenie pogotowia ratunkowego w powiecie krośnieńskim. – O szczegółach jeszcze nie mogę mówić, gdyż kontrola trwa – mówi rzecznik prasowy NFZ w województwie lubuskim. Transport sanitarny krośnieńskiego szpitala stanowiły 2 stare volkswageny transportery, które miały już po 700 tys. kilometrów na licznikach. Nie posiadały dodatkowego wyposażenia, choć powinny przynajmniej mieć respirator i defibrylator. Gdy trzeba było przewieźć sercowca w ciężkim stanie (a tacy pacjenci trafiają się bardzo często), wówczas pielęgniarka brała na kolana tacę z lekami, a towarzyszący jej sanitariusz wnosił do samochodu defibrylator znajsystemowe dujący się na wyposażeniu oddziału wewnętrznego.
 
 
Do powrotu auta oddział pozbawiony był defibrylatora. Ale, o czym już była mowa, szpitalne sanitarki często się psuły. Pewnego razu zdarzyło się, że oba auta stały zepsute, a z Krosna trzeba było szybko przewieźć pacjenta z ostrym zespołem wieńcowym na oddział kardiologiczny szpitala w Nowej Soli. Ponieważ cztery karetki ratownictwa medycznego powiatu krośnieńskiego (te wykonujące nielegalnie transport sanitarny) były zajęte, na pomoc wezwano karetkę ze Szprotawy. Karetka przyjechała do Krosna Odrzańskiego, a w tym czasie pewien mieszkaniec Szprotawy dostał zawału serca. Poradzono sobie – po chorego przyleciał śmigłowiec. W całym powiecie były tylko 4 karetki systemu ratownictwa medycznego (2 w Krośnie i 2 w Gubinie). NFZ płacił osobno szpitalowi za zorganizowanie sobie transportu sanitarnego, osobno zaś pogotowiu za to, by karetki służyły wyłącznie do ratowania życia. Mimo to karetki ciągle wykonywały zadania transportowe. Działo się tak wbrew protestom dyspozytorów pogotowia, którzy za każdym razem alarmowali wojewódzkiego koordynatora ds. ratownictwa medycznego, ten zaś alarmował NFZ. – Potwierdzam, że takie przypadki mają miejsce – mówi Tadeusz Maślany, koordynator ratownictwa medycznego w województwie lubuskim.
 
 
 
Podróże aparatów i pacjentów
 
 

Dzikie oszczędności i bezprawie doprowadziły już do tragedii. Na izbę przyjęć szpitala w Krośnie Odrzańskim trafił mężczyzna chory na apopleksję. Został pobieżnie zbadany, gdyż na dokładne badanie nie było czasu. W trakcie badania nie zauważono, że podczas ataku padaczki mężczyzna doznał poważnego urazu głowy. Doszło do krwawienia śródczaszkowego. Lekarka, która musiała jednocześnie zajmować się kilkudziesięcioma pacjentami, dopiero po 3 godzinach zorientowała się, że stan chorego zamiast poprawiać się – systematycznie się pogarszał. Zbyt późno podjęto decyzję o przewiezieniu chorego do szpitala z oddziałem neurochirurgii. Najbliższy taki szpital znajdował się w Zielonej Górze. Pacjent w drodze zmarł. Różne zakłady wchodzące w skład GNS były kontrolowane przez NFZ. Nigdy nie stwierdzono poważniejszych zaniedbań. – Kontrolerzy byli wprowadzani w błąd – wyjawia dr Zdónek. – Na czas kontroli do jednego szpitala zwieziono sprzęt z innych szpitali, żeby nie było zastrzeżeń do braków w wyposażeniu. Po kontroli sprzęt wracał tam, skąd przyjechał. Ostatnia kontrola już nie przebiegała tak gładko. Sylwia Malcher-Nowak, rzecznik prasowy Narodowego Funduszu Zdrowia w woj. lubuskim, informuje, że w Szpitalu Powiatu Krośnieńskiego wykryto nieprawidłowości.
 
 
To się opłaca
 
 
Kiedyś w Krośnie Odrzańskim był również oddział chirurgii ogólnej. Przeniesiono go jednak do oddalonego o 31 km Gubina. Chirurgia została tam rozlokowana w dwóch budynkach. W jednym operowano pacjentów, w drugim dochodzili oni do siebie. Późną wiosną, w lecie i wczesną jesienią na chodniku łączącym oba budynki widywano pielęgniarzy zasuwających z noszami – na noszach spoczywał dopiero co pozszywany pacjent. Gdy było zimno albo padało, pod drzwi budynku z salą operacyjną podjeżdżał samochód. Kierowca wołał do pomocy palacza (w tym samym budynku mieściła się kotłownia) i ten mu pomagał przenosić operowanych ludzi, wcześniej dokładnie myjąc ręce. Śmieszne? Nie bardzo. Oba budynki dzielił dystans kilkudziesięciu metrów. Przenoszenie albo nawet przewożenie dopiero co zoperowanych pacjentów, podłączanych do aparatów wspomagających oddychanie, z obniżoną odpornością na infekcje, wiązało się z bardzo dużym ryzykiem – np. zapalenia płuc. W tym samym szpitalu w Gubinie uruchomiono oddział intensywnej terapii, gdzie leczono pacjentów w stanie zagrożenia życia. Później przewożono ich na doleczenie na oddział wewnętrzny szpitala w Krośnie Odrzańskim. Ten sam, gdzie jedna lekarka wykonywała zadania kilku lekarzy, zastępcy dyrektora i ordynatora jednocześnie. Bywało więc, że doleczenie kończyło się powrotem na oddział intensyw5 nej terapii w Gubinie. Tak byUJ ło np. z pacjentem, który trafił S na ten oddział z niewydolno1 ścią oddechową wywołaną za^ paleniem płuc. Mężczyzna nie a mógł już samodzielnie oddychać. Ratowano mu życie za pomocą respiratora. Po 2 tygodniach uznano, że stan chorego się ustabilizował. Wtedy przewieziono go do Krosna. Tam poleżał zaledwie kilka dni i został wypisany do domu. Nie minęło kolejnych kilka dni, a dyspozytor pogotowia ratunkowego odebrał wezwanie do chorego. Jego stan był bardzo zły. Tym razem mężczyzna miał posocznicę. Z powrotem trafił na intensywną terapię. W całym kraju słychać jęki, że szpitale znowu wydały więcej, niż daje NFZ. Teraz muszą wstrzymywać operacje, przerywać kosztowne terapie. Grupa Nowy Szpital nie narzeka, natomiast od kilku lat z powodzeniem staje do konkursów organizowanych przez NFZ. Podczas gdy dyrektorzy, lekarze i pielęgniarki z publicznej służby zdrowia psioczą na ciągły brak pieniędzy, prywatnej firmie opłaca się prowadzenie zakładów opiekuńczo-leczniczych, szpitali, stacji pogotowia ratunkowego. Na przykład w Świebodzinie. Tamtejszy szpital ma cztery oddziały. Wśród nich jest oddział ratunkowy. Zdarza się, że lekarz, który tam dyżuruje, ma w tym samym czasie dyżur w stacji pogotowia ratunkowego znajdującej się na przeciwnym krańcu miasta. Gdy jest pilne wezwanie, karetka ze stacji pogotowia wyrusza najpierw po lekarza, a dopiero później gna do chorego. Żeby zysk był wyższy, to na tego samego lekarza ceduje się jeszcze inne obowiązki – osobno płatne przez NFZ. Zamiast 3 lekarzy wystarczy jeden. Zadowoleni są prawie wszyscy. NFZ, który płaci. Firma, która kasuje. Państwo, które z głowy ma problem kosztownej służby zdrowia. I pacjenci, którzy wielu rzeczy nie wiedzą.
 
 
 
Mateusz Cieślak
 

Tekst ukazał się w tygodniku "NIE" w miesiącu styczeń roku 2011. Publikacja za stroną internetową Polskiej Partii Pracy

Społeczność

Niech żyje rewolucjca socjalisyczna