Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 74 gości.

Leon Baumgarten: Śmierć czterech proletariatczyków

Kunicki

Okrutny wyrok, który odczytano 29 proletariatczykom w nocy z 19 na 20 grudnia 1885 r., nie złamał ich na duchu. Zarówno skazani na śmierć, jak i na długie lata katorgi spoglądali odważnie w swą przyszłość. Mimo grożącej im śmierci lub wieloletniej pracy katorżniczej na dalekiej Syberii nie byli zrezygnowani, a tym bardziej zrozpaczeni. A przecież byli to w większości młodzi ludzie, pełni gorących uczuć, śmiałych marzeń i nieurzeczywistnionych nadziei, ludzie, którzy sami kochając pozostawiali nie mniej kochających ich bliskich — rodziny, żony, narzeczone i przyjaciół. Więzienie nie stłumiło tych uczuć, przeciwnie, jeszcze je spotęgowało. Chociaż jednak przeżywali osobistą tragedią, zrozumieli, że muszą wytrwać. Zobowiązywała ich do tego idea, której służyli, i ludzie, których kochali. Wierzyli zresztą w zwycięstwo swych ideałów. Lecz wiara nie zmniejszała trosk.
 
 
A było ich wiele. Przede wszystkim o losy ruchu, który wywołali i z takim poświęceniem posuwali naprzód. Po aresztowaniu Marii Bohuszewiczówny i jej grupy zdawało się, że ruch jest niemal zupełnie rozproszony. Wielką troską przejmował ich los tych towarzyszy, którym zagrażało największe niebezpieczeństwo —śmierć lub Szlisselburg, o którym sami jego zarządzający mówili, że z niego się nie wychodzi, lecz wynosi. Prócz 6 skazanych na powieszenie: Bardowskie-go, Kunickiego, Luriego, Ossowskiego, Pietrusińskiego i Szmausa, do których śmierć zbliżała się wielkimi krokami, Waryńskiemu i Janowiczowi groził Szlisselburg, czego administracja X Pawilonu, dobrze poinformowana, wcale nie taiła.
 
 
Po wyroku dwie myśli zaprzątały skazanych: aby ich ofiara i cierpienie nie były daremne, nie powinny one zgnębić towarzyszy rozproszonych na wolności, lecz przeciwnie, dodać im otuchy, pobudzić ich do kontynuowania pracy, mobilizować do walki. Była to pierwsza myśl, a druga — nie pomijać żadnej możliwości, która mogłaby towarzyszy wyrwać śmierci.
 
Już w trzy dni po wyroku, 23 grudnia, opuściły głuche mury X Pawilonu trzy płomienne listy: Osądzonych dn. 20 grudnia na śmierć i katorgę, Stanisława Kunickiego i Mieczysława Mańkowskiego. Pierwszy list, stanowiący zespołową odezwę, był jak gdyby testamentem ideowym skazanych proletariatczyków. Każde jego słowo budziło otuchę, wzywało do czynu.
 
 
 
 
 
„6 wyroków śmierci i 21 katorgi — pisali więźniowie. — Rząd chciał za jednym uderzeniem odciąć głowę hydrze rewolucyjnej, Proletariatowi, spodziewając się takimi wyrokami wywołać panikę wśród socjalistów. Lecz próżne jego starania, ani nas, ani was tym nie zastraszył. Myśmy spokojnie przyjęli wyrok, tylko dwóch rzeczy żałujemy: żeśmy więcej nie zrobili i że na długo od pracy oderwani będziemy. Was zaś sąd ostatni przekonał tylko jeszcze bardziej o ścisłej łączności między rządem i kapitalistami".
 
 
 
 
 
Wskazując na okrucieństwo i bezmyślność wyroku, który zasądza na jednakowo ciężkie kary katorgi przywódców i ludzi, których przewiny były minimalne, odezwa kontynuuje: „Sądzimy, że rząd w tym razie przerachował się; myślał, że nas zastraszy, a tymczasem wzbudził we wszystkich uczucie zgrozy, bo nawet ludzie nie rozumiejący wcale, o co nam chodzi, o co walczymy, zrozumieją, że nie może być zła idea, dla której ludzie życie oddają. Ci wszyscy, którzy nigdy nie słyszeli o socjalizmie i o partii Proletariat, teraz dowiedzą się o nich, bo nie będzie w Polsce człowieka, który nie usłyszy o tak okrutnej egzekucji".
 
 
Odezwa przestrzega przed stosowaniem odwetowych aktów terrorystycznych. Od terroru bowiem, jak się wydaje, uwięzieni proletariatczycy, jakkolwiek bronili przed sądem jego konieczności w warunkach samowoli carskiej, w rzeczywistości odchodzili. "Nie myślcie więc, bracia, o zemście krwawej za nas — czytamy w odezwie. — Jedyną zemstą z naszej strony powinien być rozwój naszej sprawy, a środków krwawych używać winniśmy jedynie dla swej obrony. Pracujcie, bracia robotnicy, dalej w tym samym kierunku, aby robotnicy wszyscy mogli zrozumieć, że polepszenie losu robotników jest możliwe i zależy od połączonych usiłowań wszystkich pracujących. Wtedy gdy wszyscy to zrozumieją i zechcą kierować się tą zasadą, zabłyśnie dzień pożądany. Żegnajcie, bracia! Niech żyje sprawa robotnicza! Niech żyje rewolucja socjalna!"
 
 
Jest to zatem niemal całkowite odejście nie tylko od terroru politycznego, ale i ekonomicznego. Tylko w obronie własnej można używać broni. Oznacza to dopuszczalność zamachów już nawet nie na agentów, ale najwyżej na zdrajców i prowokatorów. W każdym razie terror przestaje być bronią zaczepną, środkiem walki. Również list skazanego na śmierć Kunickiego przenika otucha i wiara w zwycięstwo klasy robotniczej. „Niedługo — pisał Kunicki — miecz katowski zabłyśnie nad naszymi głowami, ale trwoga daleka jest od nas. Wiemy bowiem, dlaczego giniemy i za co życie swe oddajemy".
 
 
Pomny, ile spustoszenia w nim samym uczyniła jego łatwowierność, a następnie zdrada ludzi, którym ufał, ostrzega:
 
 
 
 
 
Nie tylu zginęłoby nas teraz, gdyby nie zdrady, a zatem i pod tym względem od was zależy nie przysparzać ofiar. Bądźcie więc ostrożni w działalności: nie dowierzajcie pierwszemu lepszemu, ale niechaj energia Przy tym nie słabnie, nie odstępujcie od naszego sztandaru; trzymajcie go wysoko, a osiągniecie zwycięstwo".
 
 
Mieczysław Mańkowski pisał list w imieniu skazanych robotników. Wśród nich był bodaj najgorętszym zwolennikiem terroru, zwłaszcza ekonomicznego. W liście pisze: „My nie odstąpiliśmy ani na włos od celu, jak również od środków, którymi zmuszeni byliśmy działać". Jednakże dodaje: „Zemsta, bracia, jest to uczucie ludzkie, lecz należące do tych uczuć, któreśmy powinni głodzić brakiem ofiary, by je z czasem całkowicie z serc ludzkich wyplenić! To jedno twierdzenie wypowiedziane przez nas, zakutych w kajdany, powinno powstrzymać was od zemsty niebacznej. Nie marnujcie, bracia, siły na próżno; zwalczajcie wszelkie przeszkody stojące wam na drodze i śmiało zdążajcie naprzód". Mańkowski kończył: „Dwudziestego ósmego grudnia 1885 r. przeczytają nam, bracia, zatwierdzone już wyroki i znów oko w oko spotkamy się z naszymi katami. My to weseli jesteśmy, a oni ponurzy; my dumni, że spłaciliśmy dług społeczeństwu; oni poniżeni swą nikczemnością. Któż jest tu zwycięzcą? O! nie oni! — tu ofiary triumfują — tu prawda zwyciężyła!"
 
 
 
 
 
Te trzy gorące apele w niewiadomy sposób wydostały się poza mury Cytadeli, krążyły w odpisach wśród ludzi pracy i postępowej inteligencji, wreszcie zawędrowały do Paryża i Genewy. Wydrukowane w „Walce Klas", wracały znów do kraju budząc otuchę i uskrzydlając nowe zastępy, które już nie miały złożyć broni aż w chwili ostatecznego zwycięstwa.
 
 
Jednocześnie więźniowie przystąpili do obmyślenia i zorganizowania ucieczki skazanych na śmierć. Po wyroku zapanowała w X Pawilonie sprzyjająca atmosfera dla proletariatczyków. Administracja i straż więzienna były jakby zażenowane w stosunku do tych młodych ludzi, których spotkał tak okrutny wyrok. Wprowadzono liberalny reżym. Otwierano drzwi cel i pozwalano więźniom zbierać się w jednej z nich. Na spacer wyprowadzano ich również grupami. Przebywanie uwięzionych z sobą przez cały dzień stało się rzeczą normalną. Pozwalano też na częste widzenia z bliskimi. Trwały nieustające rozmowy z obrońcami i rodzinami w sprawie podań kasacyjnych, próśb o łaskę do generał-gubernatora i cara, a to spowodowało częste odwiedzanie więźniów przez zainteresowane osoby. W tej sytuacji zrodził się plan ucieczki. Nie trudno było przyjaciołom na wolności przemycić do X Pawilonu niektóre narzędzia, jak niewielkie pilniki, dłuto, a nawet rewolwer.
 
 
Tymi miniaturowymi, ale precyzyjnymi narzędziami zamierzano w drewnianym suficie jednej z cel zrobić otwór, przez który zbiegowie mieli się przedostać na strych i stamtąd przez nie strzeżoną klatkę wejściową, prowadzącą do mieszkania pewnego inżyniera wojskowego, przedostać się na plac naprzeciwko Wisły. Wykonania prac technicznych podjął się Mańkowski, który był doskonałym stolarzem. Niezwykle precyzyjnie przepiłował otwór w suficie swojej celi i zamaskował go tak, że był niedostrzegalny. Z Mańkowskim w jednej celi siedział Bardowski, który pierwszy próbował, czy można się przecisnąć przez otwór. Przygotowanie przejścia na strych było dopiero wstępem do ucieczki. Aby mogła się udać, musiano uzyskać pomoc z zewnątrz. O to jednak było najtrudniej w tym okresie. Wprawdzie byli na wolności rozproszeni towarzysze, sympatycy i przyjaciele, ale odradzające się kierownictwo było zbyt słabe, by dopomóc w przedostaniu się przez mury Cytadeli, ukryć zbiegów w bezpiecznym miejscu i wywieźć za granicę. Do Cytadeli dotarły już wtedy pierwsze wiadomości o powstaniu nowej organizacji pod kierownictwem Mariana Stefana Ulrycha, jednakże kontakty więźniów z nią były jeszcze bardzo słabe. Można było liczyć na pomoc niektórych sympatyzujących z ruchem rewolucyjnym oficerów, zamieszkałych na terenie Cytadeli, ale więźniowie sami nie mogli się z nimi skontaktować.
 
 
Musieli mieć pośredników, lecz o tych było trudno. W każdym razie potrzebny był czas, a dni mijały. Osłabienie tempa w realizacji ucieczki, a następnie jej zaniechanie na stąpiło z różnych względów. Wśród samych skazańców były podzielone zdania co do jej celowości. Zdawano sobie sprawę, że pomyślny przebieg ucieczki jest prawie niemożliwy. Prawdopodobnie zastrzelono by zbiegów już na początku tego ryzykownego przedsięwzięcia. Bardowski twierdził, że woli być zastrzelony podczas ucieczki aniżeli powieszony, Kunicki jednak uważał, że egzekucja zrobi o wiele silniejsze wrażenie i da niepomiernie większe korzyści polityczne. Sprawa była niezwykle subtelna, dotyczyła życia i śmierci najbliższych przyjaciół i towarzyszy. Nawet tak zwartemu kolektywowi trudno było decydować o tym, musieli to rozstrzygnąć sami skazani na śmierć.
 
 
Tymczasem do Cytadeli docierały uspokajające wiadomości, budząc nadzieję. Rodziny skazanych i obrońcy twierdzili z całą stanowczością, że w kancelarii generał-gubernatora panuje przychylny stosunek do zamiany kary śmierci na katorgę i że najwyżsi dostojnicy miejscowej administracji wystąpili już nawet do władz centralnych z wnioskiem w tej sprawie. Nieudana ucieczka mogłaby poważnie zaszkodzić realnym szansom na ułaskawienie, nieodwołalnie przypieczętowałaby los skazanych na śmierć i spowodowała zaostrzenie kar pozostałym więźniom. Zapewniano także proletariatczyków, że nawet w wypadku zatwierdzenia wyroku śmierci. Pozostanie jeszcze dosyć czasu, aby mogli swój plan urzeczywistnić.
 
 
Dość długi okres, jaki upłynął od chwili wydania wyroku, i jego nie zatwierdzenie przez wyższe władze budziły nadzieję i usypiały czujność więźniów. Stopniowo znikał nastrój przygnębienia, któremu ulegli Proletariatczycy w obliczu śmierci grożącej towarzyszom. Był mroźny, lecz słoneczny styczeń. Warszawa pokryta była białym, puszystym śniegiem, iskrzącym się w promieniach słońca. Więźniowie na podwórzu Pawilonu obrzucali się kulami śniegu. Po powrocie do cel również wrzało życie. Zbierano się razem. Dyskutowano aktualne zagadnienia polityczne, prowadzono pracę uświadamiającą wśród więźniów robotników, uczono ich, pogłębiano ich wiadomości z dziedziny nauk społecznych. Wprawdzie czekały wszystkich długie lata katorgi syberyjskiej, ale proletariatczycy z młodzieńczym optymizmem wierzyli, że powrócą kiedyś do ruchu socjalistycznego, trzeba więc było przygotowywać się do czekającej w przyszłości pracy. Tymczasem na zewnątrz Cytadeli walczono o życie i los skazańców. Rozpacz rodziców, żon i dzieci kazała im wszędzie szukać pomocy, chwytać się wszelkich możliwych środków, byleby znaleźć ratunek dla najbliższych. Głęboką tragedię przeżywała rodzina Kunickiego. Najzdolniejszy i najukochańszy syn Stanisław został skazany na śmierć, a w czasie trwania przewodu sądowego młodszy jego brat, Jan, popełnił samobójstwo.
 
 
Ojciec, Czesław Kunicki, twierdził, że przyczyną tego desperackiego czynu była urażona ambicja. Nie bez wpływu jednak na to samobójstwo było głębokie przygnębienie, które opanowało całą rodzinę na skutek tragicznego losu Stanisława. W tej sytuacji Czesław Kunicki już nazajutrz po ogłoszeniu nieoficjalnej sentencji wyroku, a więc 21 grudnia, wysłał podanie o łaską do naczelnego dowódcy wojsk carskich, ks. Michaiła Mikołajewicza. W podaniu tym pisze, że syn jego był ofiarą Degajewa, a gdy stwierdził, iż zwichnął sobie całe życie, w dochodzeniu, a następnie również przed sądem wziął całą winę na siebie, aby w ten sposób przynajmniej odciążyć niektórych współtowarzyszy. Powołując się na swoją 25-letnią nienaganną służbę wojskową w charakterze lekarza i udział w dwóch kampaniach wojskowych przeciw Turkom prosi o łaskę dla syna.
 
 
W dwa dni później, 23 grudnia, Czesław Kunicki zwrócił się z podobnym podaniem do generał-gubernatora Hurki, który z racji swego urzędu był jednocześnie naczelnym dowódcą wojsk carskich w Królestwie. Przytaczając te same argumenty dodaje, że Stanisław jest dziedzicznie obciążony, co przejawiało się w jego nienormalnej wrażliwości i przymusie nieustannego działania. Jako dowód załącza świadectwo stwierdzające, że babka Stanisława ze strony matki była umysłowo chora i że jego młodszy brat Jan popełnił samobójstwo w czasie trwania ostatniej rozprawy sądowej . Ulegając błaganiom żon, które z małymi dziećmi pozostały bez środków do życia, prosili generał-gubernatora Hurkę o łaskę oficerowie Mikołaj Luri, Zachary Sokolski i Andriej Igelstrom. W swych podaniach wskazują oni, że wszystkie zarzuty wysunięte przeciwko nim przez oskarżenie, prócz tych, do których się sami przyznali, zostały obalone przez przewód sądowy. Teodora Rusiecka, która ich najbardziej obciążyła, na rozprawie cofnęła swoje zeznania twierdząc, że skłamała w dochodzeniu, aby uzyskać wolność. Natalia Poił już poprzednio dwukrotnie wycofała swoje zeznania, które od niej wymuszono w chwili rozstroju nerwowego. Odważnie zarzucając sądowi stronniczość, musieli jednak uderzyć w ton skruchy, gdyż w przeciwnym razie ich podań w ogóle nie wzięto by pod rozwagę.
 
 
Prócz tego żony tych oficerów również złożyły podania o łaskę do ministra wojny Wannowskiego. W Petersburgu pierwsza żona Bardowskiego, Raisa, z którą pozostawał w separacji, wystosowała podanie o łaskę. W zwięzłych, ale niezwykle wzruszających słowach zaklinała cara Wszech-rosji: „Błagani jedynie — pisała — o darowanie mu życia i zamiany kary śmierci na jakąkolwiek inną".
 
 
Rodzice skazanych szczególnie zabiegali u generał-gubernatora Hurki i naczelnika Warszawskiego Zarządu Żandarmerii generała Broka, chcąc ich zjednać do opowiedzenia się za złagodzeniem wyroku. Rodziny Kunickiego, Rechniewskiego i Janowicza dotarły zarówno do Polaków zajmujących eksponowane stanowiska w życiu społeczno-gospodarczym Królestwa, jak i do najwyższych dostojników administracji carskiej. Hurko, ulegając tym zabiegom, zaczynał skłaniać się do złagodzenia wyroku lub przynajmniej do skasowania kary śmierci. Wprawdzie to z jego inicjatywy postawiono' 29 proletariatczyków iprzed sądem wojskowym i prawdopodobnie zgadzał się, aby zapadło kilka wyroków śmierci. Wydaje się jednak, że chciał tylko zastraszyć inteligencję i klasę robotniczą, a następnie przez ułaskawienie odnieść podwójną korzyść polityczną. Nie ulega też wątpliwości, że przebieg procesu i dzielna, ideowa postawa podsądnych wywarły nań pewne wrażenie i skłaniały do skorygowania poprzednich decyzji.
 
 
Ponieważ jednak w sprawie 29 bezpośrednio zaangażowały się władze centralne, Hurko wiedział, że sam nie może decydować i bez nakłonienia najwyższych dostojników petersburskich do ułaskawienia skazańców nie będzie mógł zmienić wyroku. Postanowił zatem wystąpić z wnioskiem złagodzenia wyroku do władz nadrzędnych, a nawet do cara.
 
 
Stosunkowo bardzo wcześnie, bo już w dwa dni po opublikowania oficjalnej sentencji wyroku, 30 grudnia Hurko w piśmie do ministra spraw wewnętrznych hr. Dymitra Tołstoja sprecyzował swoje stanowisko w sprawie 29 proletariatczyków. Był zdania, że w zasadzie powinni być straceni tylko Bardowski i Luri, którzy jako przedstawiciele administracji i korpusu oficerskiego zdradzili carat i przeszli do obozu polskich rewolucjonistów. Jednakże w dalszym ciągu swego pisma sugerował, że ze względów politycznych należałoby i tym przestępcom zamienić karę śmierci na katorgę. Stracenie ich ,,dałoby bowiem powód do twierdzenia, że cały ruch w tutejszym kraju organizowali oraz kierowali nim rosyjscy oficerowie i urzędnicy, a wszystkie pozostałe osoby pochodzenia miejscowego były tylko ofiarami ich propagandy". Z tego względu uważałby „za pożyteczne, aby nie wykonano ani jednego wyroku śmierci".
 
 
Kary zawyrokowane przez sąd, jego zdaniem, winny być utrzymane tylko w stosunku do Waryńskiego, Janowicza, Blocha i Mańkowskiego. Hurko, który często przychodził na rozprawę proletariatczyków i był obecny na przemówieniach Waryńskiego i Mańkowskiego, zdawał sobie doskonale sprawę, jak wielką rolę w polskim ruchu robotniczym odgrywał Waryński. Mańkowskiemu nie mógł darować jego odważnych słów. Janowicza chciał szczególnie ukarać za śmiały zbrojny opór w chwili aresztowania, a Blocha dlatego, że był przeświadczony o jego bezpośrednim udziale w zamachu na Franciszka Helszera. Wystąpił natomiast o zmniejszenie kary o jeden stopień Płoskiemu, Dulębie, Bugajskiemu, Popław-skiemu, Dąbrowskiemu, Sieroszewskiemu i Kmiecikowi, a o dwa stopnie — Formińskiemu, Gładyszowi, Słowikowi, Gostkiewiczowi i Konowi. Pacanowskiemu zaś „ze względu na jego niepełnoletność, szczerą skruchę i szczere zeznania, których nie cofnął nawet w obecności podsądnych", proponował zmienić katorgę na zesłanie na Syberię.
 
Jednocześnie Hurko zwrócił się do ministra wojny Wannowskiego w sprawie Luriego, Sokolskiego' i Igelstroma, wypowiadając pogląd, że należałoby im złagodzić karę o jeden stopień "i.
 
 
Dwa dni po Hurce, 1 stycznia 1886 r., wystosował w sprawie proletariatczyków pismo do Departamentu Policji w Petersburgu szef żandarmerii Królestwa generał Brok. Również i on miał zastrzeżenia, czy utrzymać w pełni wyrok. Opisując przebieg rozprawy i stwierdzając, że oskarżeni z nielicznymi wyjątkami z całą powagą ustosunkowali się do sądu, charakteryzuje następnie stanowisko prokuratora i sędziów. Stwierdza, że prokurator wysunął zasadę, iż sama przynależność do Narodnej Woli podpada pod paragraf 249 kk.
 
 
Ponieważ zaś Proletariat zawarł z tą partią umowę, w której uznał wspólność celów, również przynależność do polskiej partii rewolucyjnej podlega temu samemu paragrafowi. Jeszcze jedną podstawą do zastosowania paragrafu 249 był terror uprawiany przez Proletariat. Sąd, który stanął na stanowisku prokuratora, po udowodnieniu winy oskarżonym musiał wydać taki właśnie wyrok. Uznając stanowisko sądu za logiczny wynik przyjęcia przezeń koncepcji oskarżenia, Brok wypowiada pewne zastrzeżenia co do meritum wyroku. ,,Z drugiej strony — pisze — pozwolę sobie na wypowiedź, że z punktu widzenia etyki społecznej i wewnętrznego przekonania uznanie, iż wszystkich 20 skazanych jednakowo zawiniło (dwóm zmniejszono karę nie ze względu na stopień przewinienia), może stać się powodem nieprzyjemnych dla sądu opinii, ponieważ człowiekowi nie znającemu subtelności prawniczych trudno będzie pogodzić się z tym, aby wina Waryńskiego, niemal ojca socjalizmu w kraju, lub Janowicza, jednego z głównych przywódców partii, przy tym stawiającego zbrojny opór, była taka sama, jak np. wina Słowika. Ale i prócz tego nie można nie robić różnicy między tymi z oskarżonych, którzy, jak np. Pacanowski, Gładysz i Igelstrom, składali szczere zeznania i wiele dopomogli do wykrycia prawdy, a tymi, którzy nawet na sądzie uporczywie, wbrew oczywistym faktom, zaprzeczali swojej winie".
 
 
W dalszym ciągu swego pisma Brok wykazuje, że paragraf 249 w ogóle nie może być zastosowany wobec Płoskiego, który został aresztowany przed dokonaniem przez partię pierwszego aktu terrorystycznego i przed zawarciem umowy z Narodną Wolą. Jego zdaniem, Płoski był wyłącznie agitatorem, przy tym kiepskim, nie mającym powodzenia w środowisku robotniczym.
 
 
„W związku z tym — kończy Brok — uważam za swój obowiązek wstawić się: 1) za Stanisławem Pacanowskim, o którym oddzielną notatkę załączam przy niniejszym, 2) za Edmundem Płoskim, o którym prócz powyższego pragnę dodać, że siedząc już w więzieniu przeszło 2 lata, przez cały czas, podobnie jak na sądzie, zachowywał się nienagannie i całkiem szczerze przejawiał skruchę za swe czyny. Częściowo zresztą zbłądził ze względu na trudne położenie, w jakim się znalazł, gdy był pod dozorem policji, 3) za podporucznikiem Igelstromem, który popełnił to przestępstwo z lekkomyślności, a swoim zachowaniem podczas dochodzenia i na sądzie dowiódł, że jego skrucha za błędy, których niewątpliwie nie powtórzy, była szczera. Co się tyczy sześciu osób skazanych na śmierć, to powtarzając jedynie głos opinii publicznej, uważam za swój obowiązek nadmienić, że byłoby zbyteczne udzielić łaski Kunickiemu, a zwłaszcza Bardowskiemu, który jako Rosjanin i sędzia pokoju podwójnie nadużył zaufania władz, urządzając u siebie główny lokal konspiracyjny i usiłując za pomocą odezwy do oficerów podburzać ich przeciwko władzy naczelnej" W ten sposób Brok właściwie wypowiedział się za wyrokami śmierci jedynie na Bardowskiego i Kunickiego, szczególnie nalegając na wykonanie wyroku w stosunku do Bardowskiego. Do złagodzenia kary wielu innych oskarżonych był ustosunkowany przychylnie, za niektórymi wręcz wstawiał się.
 
X pawilon warszawskiej CytadeliX pawilon warszawskiej Cytadeli
 
Miejscowa administracja skłaniała się zatem do złagodzenia wyroku. Pomyślny obrót sprawy przy poparciu ze strony władz Królestwa zależał teraz całkowicie od rządu i od samego cara.

 
Tymczasem obrońcy krzątali się wokół składania podań o kasację wyroku sądu wojskowego. Mogli to uczynić dopiero po ogłoszeniu oficjalnej sentencji w dniu 28 grudnia 1885 r. Musieli przy tym uzyskać pełnomocnictwa od skazanych do składania podań, a nie wszyscy proletariatczycy chcieli się na to zgodzić. W sumie do Hurki jako naczelnego dowódcy wojsk w Królestwie 4 stycznia 1886 r. sześciu obrońców złożyło podania o kasację: Józef Ko-keli w imieniu Henryka Dulęby i Jana Helszera, Adolf Suligowski w sprawie Kazimierza Tomaszewskiego, Stanisław Szyfer w imieniu Józefa Szmausa i Hilarego Gostkiewicza, Władysław Rytel w sprawie Michała Ossowskiego, Stanisława Gładysza, Józefa Kmiecika i Adama Słowika, Krajewski w sprawie Rechniewskiego, Natan Likiert w imieniu Stanisława Bugajskiego. Oddzielnie składali podania oficerowie: Luri, Sokolski i Igel-strom. Z 29 proletariatczyków 15 złożyło więc podania o kasację. Nie apelowało 14, w tym Ludwik Waryński, Ludwik Janowicz, Mieczysław Mańkowski, Edmund Płoski, Feliks Kon oraz trzej skazani na śmierć: Piotr Bardowski, Stanisław Kunicki i Jan Pietrusiński, a także Piotr Dąbrowski. Leon Degórski, Adolf Formiński, Antoni Popławski, Adam Sieroszewski i zdrajca Stanisław Pacanowski. Oczywiście spośród tych 14 ni^ wszyscy zrzekli się składania podań z jednakowych przyczyn. Jeżeli np. Ludwik Waryński, Ludwik Janowicz, Mieczysław Mańkowski, Feliks Kon, Stanisław Kunicki, Piotr Bardowski, Jan Pietrusiński, Piotr Dąbrowski, Leon Degórski, a być może również Adam Sieroszewski i Antoni Popławski uczynili to ze względów zasadniczych, podkreślając w ten sposób nieufność do carskich władz sądowych, to inni, jak Edmund Płoski, Adolf Formiński, a tym bardziej zdrajca Pacanowski, nie złożyli podań, gdyż liczyli na zmniejszenie kary w drodze łaski. Wiele też zależało od samych obrońców, którzy albo obawiali się zbytnio zaangażować, albo nawet doradzali skazańcom, by raczej polegali na obniżeniu kary W drodze łaski aniżeli na kasacji. Zresztą w sprawie odwołania się od wyroku sądu wojskowego nie było wśród proletariatczyków wiążącego stanowiska i każdy mógł postępować zgodnie ze swoim przekonaniem.
 
 
W podaniach kasacyjnych obrońcy w dalszym ciągu główny nacisk kładli na niesłuszne zastosowanie wobec oskarżonych paragrafu 249. Wywód zatem był ściśle prawniczy. Jak bardzo przy tym adwokaci obawiali się zbytnio zaangażować w sprawie, świadczy chociażby fakt, że Krajewski, obrońca Rechniewskiego, uzasadniając, dlaczego podjął się swego zadania, nie omieszkał nadmienić, iż jest starym przyjacielem z lat szkolnych ojca swego klienta, chcąc niejako w ten sposób powiedzieć, że z tego powodu nie mógł po prostu odmówić obrony. Jedynie Józef Kokeli odważył się zakwestionować dopuszczenie w charakterze świadka wicepro-kuratora Turaua, który zresztą przez cały czas rozprawy obecny był na sali i tym samym automatycznie zdyskwalifikował się jako świadek. Zwrócił przy tym uwagę, że skazać 40-letniego chorowitego Dulębę na 16 lat ciężkich robót znaczy dla niego to samo, co dożywotnia katorga. Hurko z miejsca odrzucił wszystkie podania kasacyjne. Było to wyrazem nie jego złej woli, ale po prostu bezsilności. Wiedział bowiem dobrze, że sam nic nie może zmienić i że wszystko zależy od władz centralnych78. Nawet najdrobniejszy szczegół zależał już teraz od decyzji Petersburga. Tak na przykład matki skazanego na śmierć Jana Pietrusiń-skiego oraz Kazimierza Tomaszewskiego poprosiły sąd o wydanie im po jednej fotografii synów, których może już nigdy nie zobaczą. Niemógł jednak o tym decydować generał Brok, który zmuszony był zwrócić się w tej sprawie do Departamentu Policji. Otrzymał odpowiedź negatywną.
 
 
Centralne władze petersburskie po otrzymaniu materiałów sądu wojskowego oraz opinii generał-gubernatora Hurki i generała Broka miały powziąć ostateczną decyzję w sprawie 29. Z inicjatywy ministra spraw wewnętrznych Tołstoja została utworzona Rada Specjalna, w skład której prócz niego weszli: minister wojny Wannowski, kierownik Ministerstwa Sprawiedliwości Nabokow, tajny radca Manassein oraz wiceminister Orżewski. Komisja miała przede wszystkim rozpatrzyć wniosek Hurki o złagodzenie wyroku. W rezultacie narad zapadła następująca decyzja: Rada Specjalna, wychodząc z założenia, że ruch socjalistyczny w Królestwie począwszy od 1878 r. stale przybiera na sile, że „w porównaniu z 1878 r. osiągnął olbrzymie sukcesy", znacznie się rozszerzył i zaostrzy! swoje metody walki, doszła do wniosku, iż „w tej sytuacji spokój wśród robotników i ich zaufanie do władzy można będzie przywrócić tylko w wypadku surowego ukarania winnych naruszenia porządku". Konieczność stosowania ostrych środków tym bardziej jest uzasadniona, że pomimo wszczęcia dochodzenia w ostatniej sprawie przeciwko przeszło 200 osobom, ruch nie tylko nie ustał, ale nadal stosował te same metody walki.
 
 
Z tych względów Rada Specjalna była zdania, że Stanisław Kunicki, jako ,.główny wódz i podżegacz", nie zasługuje na żadną łaskę i kara śmierci w stosunku do niego winna być zatwierdzona. Nie powinien też być ułaskawiony Piotr Bardowski, który „jest pierwszym i miejmy nadzieję ostatnim przykładem osoby urzędowej, noszącej wysoki tytuł sędziego, całkowicie materialnie zabezpieczonej i będącej ]uż 16 lat na służbie państwowej. Wbrew przysiędze i obowiązkowi sumienia wstąpit w stosunki z rewolucjonistami i dzięki swojej pozycji umożliwił ich zakonspirowanie. Jego wina jest tym cięższa, że przebywając na terytorium Królestwa Polskiego miał tym większe obowiązki względem tronu i państwa. Narada nie znajduje przeto żadnego powodu do wystąpienia o łaskę dla niego [...]" , .Wyrok w sprawie Pietrusińskiego i Ossowskiego winien być również utrzymany w mocy ze względu na konieczność uspokojenia umysłów ich kolegów robotników, a z drugiej strony, aby zapobiec na przyszłość powtórzeniu się podobnych zabójstw dokonywanych w postaci wyroków śmierci, które feruje nieznana tajemnicza władza". ..Rada Specjalna uważa za możliwe zmienić wyrok śmierci na 20 lat katorgi jedynie kapitanowi Mikołajowi Luriemu, którego udział w partii był minimalny, oraz Józefowi Szmausowi, w stosunku do którego bierze się pod uwagę, że jego zamach na Śremskiego był nieudany, chociaż ze względu na całość swej działalności zasługuje na śmierć". Zatwierdzono również wyrok sądu wojskowego na Waryńskiego, Janowicza, Blocha, Mańkowskiego i Dąbrowskiego. W stosunku do pozostałych złagodzono karę, chociaż nie wobec wszystkich w tej mierze, jak życzył sobie Hurko. Tomaszewskiemu, Rechniewskiemu, Gostkiewiczowi i Janowi Helszerowi zmniejszono karę tylko o jeden stopień i wyznaczono im 15, 14, a dwóm ostatnim 13 lat katorgi. W stosunku do pozostałych Rada, zgadzając się ze stanowiskiem Hurki, zmniejszyła karę o jeden stopień Płoskiemu, Po-pławskiemu, Dulębie (po 13 lat katorgi), Sieroszewskiemu (14 lat), Kmie-cikowi (12 lat). O dwa stopnie zmniejszyła karę Gładyszowi, Słowikowi i Degórskiemu (po 10 lat), Formińskiemu (12 lat), Konowi (8 lat) i Bu-gajskiemu (6 lat i 8 miesięcy katorgi). Wreszcie w stosunku do Pacanow-skiego, Sokolskiego i Igelstroma Rada zatwierdziła zesłanie na Syberię sa. Tak więc zatwierdzenie 4 wyroków śmierci oraz wieloletnich ciężkich kar katorżniczych dla pozostałych proletariatczyków zostało niemal definitywnie przesądzone, gdyż wymagało już tylko sankcji cara. Nie było zaś żadnej wątpliwości, że car zaakceptuje decyzję Rady Specjalnej.
 
 
Gdy jednak Hurko otrzymał pismo od Tołstoja, postanowił nie zrezygnować i odwołać się za pośrednictwem Rady Specjalnej do cara. Mieszane uczucia musiały spowodować ten krok generał-gubernatora Królestwa. Chodziło mu z pewnością głównie o to, aby zbytnio nie zrazić miejscowej opinii. W grę wchodziło życie ludzi, którymi się interesowały wpływowe osobistości, proszone o interwencję przez rodziców skazanych na śmierć. Okrutny wyrok wywołał oburzenie nie tylko inteligencji polskiej, ale i rosyjskiej. Nie bez wpływu na ponowną interwencję Hurki w sprawie złagodzenia wyroku była również jego urażona ambicja, że władze petersburskie przeszły do porządku dziennego nad jego stanowiskiem. Hurko jednak przedstawia to jako sprawę sumienia. „Zupełnie podzielam zdanie Rady Specjalnej — stwierdza w swoim piśmie do Tołstoja z 15 stycznia 1886 r. — że obecny ruch pod względem zuchwałości metod i swoich rozmiarów znacznie przewyższa ruch rewolucyjny w 1878, 1879 i 1880 r. Nie neguję też ich historycznej ciągłości. Nie mogę jednak zgodzić się co do konieczności ukarania w danym wypadku 4 osób śmiercią oraz co do tego, że moje wnioski o złagodzenie kar innym przestępcom nie są uzasadnione. Musiałbym bowiem wyrzec się przekonania, które wyrobiłem sobie nie tylko na podstawie przestudiowania materiałów śledczych i aktu oskarżenia, lecz również wszechstronnego, w miarę możliwości, zapoznania się ze wszystkimi okolicznościami tej sprawy zarówno na podstawie osobistych raportów przewodniczącego Okręgowego Sądu Wojskowego, generała Fryderyksa, który miał oczywiście całkowitą możność zapoznania się ze sprawą w czasie trwającego około miesiąca przewodu sądowego, jak i moich osobistych wrażeń odniesionych podczas wielokrotnej obecności na rozprawie w decydujących momentach. To przekonanie, będące w całkowitej zgodności z moim sumieniem, potwierdzają jeszcze dwie następujące okoliczności. O jednej z nich miałem zaszczyt donieść Waszej Ekscelencji w piśmie z 30 grudnia 1885 r.
 
 
Zdanie Rady Specjalnej o wykonaniu wyroku śmierci na byłym sędzi pokoju Bardowskim niewątpliwie da całej polskiej prasie za granicą i całemu polskiemu społeczeństwu podstawę do niesłusznego twierdzenia, źe ruchem socjalno-rewołucyjnym w Królestwie Polskim kierują rosyjscy urzędnicy. A to oczywiście z politycznego punktu widzenia jest wysoce niepożądane. Druga okoliczność wydaje się jeszcze bardziej ważka, jako że dotyczy pojęcia wyższej sprawiedliwości: stowarzyszenie Proletariat postawiło sobie jedynie zadanie pobudzenia biednych do walki z bogatymi, nie stawiało sobie, przynajmniej w swej faktycznej działalności, bezpośredniego celu obalenia istniejącego rządu [...]" Dalej Hurko bierze w obronę nawet Kunickiego, twierdząc, iż na niego spadł główny ciężar winy jedynie dlatego, że Dębski zdołał zbiec. „Terrorystyczne zaś działania niektórych członków partii były praktykowane tylko w ich środowisku i nie były zwrócone przeciw organom rządowym. Jeśli zaś na jednym z zebrań postanowiono zabić wiceprokuratora Jankulię i podpułkownika Siekierzyńskiego, to nie tylko nie dokonano tego, ale nawet sprawa ta nie wkroczyła w fazę realizacji. Ostatecznie dwa zabójstwa dokonane na byłych współtowarzyszach i kilka usiłowań zamachów nie mogą być porównywane pod względem znaczenia z zabójstwem księcia Kropotkina, generała Mieziencowa oraz z próbą zamachu na generała Drentelna83. O żadnym zaś porównaniu z przestępstwem 1 marca 1881 r,84 oczywiście nie może być mowy, a przy tym Waszej Ekscelencji doskonale wiadomo, że co najmniej 10 osób, jak Jemielianow, Trigoni Mi, Bogdanowicz i inni, które niewątpliwie brały udział w próbach zamachu na życie spoczywającej w Bogu Jego Cesarskiej Mości, nie zostały stracone". W zakończeniu swego pisma Hurko prosił Tołstoja, aby osobiście zapoznał cara z jego argumentacją. Argumentacja Hurki była niemal nie do odparcia. W jej świetle jeszcza bardziej uwypukla się okrucieństwo „dostojnych" morderców, którzy zawyrokowali, by czterech proletariatczyków poniosło śmierć. Wywody te nie mogły jednak przemówić do sumienia krwawego oprawcy, Dymitra Tołstoja, o którym Piotr Bardowski pisał w swej Odezwie do oficerów: „hipokryta i obłudnik [...], główny kierownik i opiekun carski. Dawno opluty przez całe społeczeństwo, przeklinany przez młodzież, którą wysyłał na wygnanie i gubił bez pardonu"
 
 
Tołstoj przekazał carowi oba pisma Hurki: z 30 grudnia 1885 r. i z 15 stycznia 1886 r., a jednocześnie przedstawił mu do zatwierdzenia decyzję Rady Specjalnej. 21 stycznia car ostatecznie zatwierdził wyrok w brzmieniu zaleconym przez Tołstoja. Wyraził również zgodę na ewentualne zamknięcie Waryńskiego, Janowicza i Blo-cha w Szlisselburgu 90. O woli cara minister spraw wewnętrznych powiadomił Hurkę pismem z 22 stycznia 1886 r. Apelować nie było już możliwości. Zgodnie z decyzją Rady Specjalnej, aprobowaną przez cara, Hurko 26 stycznia 1886 r. ostatecznie zatwierdził wyrok podyktowany mu przez Petersburg 91.
 
 
Obrońcy jeszcze tego samego dnia dowiedzieli się o nieubłaganym losie czterech skazańców. Pozostała jeszcze nikła nadzieja odwołania się do łaski cara. W jego kancelarii leżały już trzy podania o łaskę: ojca Kunickiego, żony Bardow-skiego oraz Michała Ossowskiego. 27 stycznia obrońcy Władysław Rytel i Franciszek Nowodworski wysłali błagalne depesze do cara o łaskę dla Ossowskiego i Pietrusińskiego, wskazując na ich niepełnoletnosć w chwili dokonania zamachów. Podania zostały natychmiast przedstawione carowi, który bez wahania na wszystkich skreślił adnotację: „Sądzę, że można zostawić te prośby bez uwzględnienia". Tragiczny los Piotra Bardowskiego, Stanisława Kunickiego, Jana Pietrusińskiego i Michała Ossowskiego został ostatecznie przypieczętowany.
 
 
Gdy na zewnątrz toczyła się beznadziejna walka o życie skazanych na śmierć proletariatczyków, więźniowie w X Pawilonie z optymizmem zapatrywali się na przyszłość. Czasami tylko spoglądali z trwogą na sześciu towarzyszy, których los rozstrzygał się, na co oni nie mogli wywrzeć wpływu. Ale skazani na śmierć nie zdawali się być przygnębieni. Brali żywy udział we wszystkich dozwolonych teraz przez administrację więzienną zebraniach, a tych, których przejmował ból i trwoga o ich los, pocieszali okazując pogodę ducha. Codziennie toczyły się zażarte dyskusje. Rozprawiano o sprawach krajowych i międzynarodowych, analizowano dotychczasową działalność i wyciągano< wnioski na przyszłość. Pracowała szkoła więzienna. Janowicz, Kunicki, Kon, Rechniewski, a nieraz również Waryński i Bardowski wykładali różne przedmioty, starając się przygotować robotników do przyszłej działalności rewolucyjnej. Wyjaśniano nieporozumienia i zgrzyty, które miały miejsce między więźniami w okresie dochodzenia. Wiele żalu nagromadziło się w stosunku do tych, którzy nadużyli zaufania partii, byli zbyt „szczerzy" na przesłuchaniach i swoim zachowaniem wyrządzili krzywdę najbliższym towarzyszom. Nie chodziło o napiętnowanie winnych. Wycofanie zeznań już w pewnej mierze osłabiało winę poszczególnych oskarżonych, chociaż ich nie rehabilitowało. Chodziło teraz tylko o to, aby nie było zadawnionych ukrytych żalów, aby jedność, która wytworzyła się w obliczu sądu wojskowego, nie była powierzchowna. Nie usiłowano też ukrywać złych uczynków. Po szczerym omówieniu i uświadomieniu głęboko krzywdzącego i nieetycznego charakteru niektórych zeznań wybaczano tym więźniom, którzy żałowali swych czynów. Wielkodusznie wybaczano, ale nie zamazywano win. Krzywda wyrządzona partii i współtowarzyszom była zbyt wielka, by mogła być całkowicie zapomniana .
 
 
Jedynym ciosem w ciągu stycznia był zgon Józefa Razumiejczyka. Aresztowaną grupę Bohuszewiczówny zaczęła kosić śmierć. Wkrótce po aresztowaniu popełniła samobójstwo Ewa Bresler, potem zaniemógł ciężko Razumiejczyk, chory na gruźlicę. W momencie aresztowania, podczas próby ucieczki dopędzili go rozjuszeni agenci oraz zaalarmowani przez nich stróże pobliskich domów. Jeden z nich chcąc go zatrzymać podstawił mu nogę, a gdy upadł, uderzył go w głowę. Razumiejczyka wtrącono do X Pawilonu już w bardzo ciężkim stanie. Niebawem choroba płuc zaczęła robić błyskawiczne postępy. Mroczna cela, brak słońca i czystego powietrza, liche odżywienie, niedostateczna pomoc lekarska podkopały ostatecznie zdrowie Razumiejczyka. W nocy z 4 na 5 stycznia zgasł cicho w swej celi. Wieść o jego śmierci pogrążyła w głębokim smutku najbliższych mu towarzyszy oraz wszystkich proletariatczyków uwięzionych w X Pawilonie.
 
 
I tak mijał dzień za dniem, a to, że wyrok ciągle jeszcze nie został zatwierdzony, coraz większą otuchą napełniało serca więźniów. Wszakże tak długo niepodobna dręczyć ludzi skazanych na śmierć. Nawet carat nie mógł być tak nieludzki. Nadszedł dzień 27 stycznia. Więźniowie jak zwykle część dnia spędzili na spacerze i na wzajemnych odwiedzinach. Po obiedzie zaczęły się zajęcia, tym razem u Kunickiego, który wykładał fizykę. Lekcja była zajmująca, gdyż Kunicki umiał wykłady urozmaicać ciekawymi przykładami, a nawet materiałami poglądowymi, sporządzonymi przez samych proie-tariatczyków. Powoli ściemniało. Zajęcia miały się już ku końcowi, gdy nagle zjawił się podoficer żandarmerii Fomin i kazał wszystkim rozejść się, gdyż przyjechało naczalstwo. Więźniów zamknięto w celach. Była to jednak zwykła formalność, której zawsze przestrzegano, gdy zjawiały się wyższe władze. Zapadła cisza, po czym na korytarzu rozległy się ciężkie kroki i znów zapanowała cisza. Po pewnym czasie dyżurny podoficer wszedł do celi Mańkowskiego i Bardowskiego, któremu kazał iść do kancelarii. I to jeszcze nie było niczym niezwykłym, ponieważ często wzywano więźniów do kancelarii celem załatwienia różnych formalności. Gdy Bardowski, chcąc się upewnić, zapytał, czy ma zabrać rzeczy, Fomin odpowiedział, że nie. To uspokoiło Mańkowskiego, chociaż Bardowski, jakby coś przeczuwając, pożegnał się z nim spojrzeniem.
 
 
Mijał czas, a Bardowski nie wracał. Niepokój wzrósł, gdy Fomin przyszedł po rzeczy Bardowskiego. Mańkowski zaczął stukać do sąsiednich cei. Wkrótce dowiedział się, że w podobny sposób zabrano Kunickiego, Pietru-sińskiego i Ossowskiego. Już nikt nie miał wątpliwości, że wyrok został zatwierdzony. Ale jaki? Jeszcze żywiono złudzenie, że czterech skazanych na śmierć wysyła się do Szlisselburga, lecz zakradło się zwątpienie. Wiadomo bowiem było, że w Szlisselburgu zamykano przeważnie znanych przywódców, nie wzięto by zatem tak młodych działaczy, i to robotników, jak Ossowski i Pietrusiński. Wkrótce rozwiały się i te kruche iluzje. Na korytarzu zjawił się zarządzający X Pawilonem podporucznik Fursa. Straszliwa wieść lotem błyskawicy rozeszła się po celach: jutro nad ranem mają być straceni czterej najbliżsi towarzysze. Poszli bez pożegnania, aby więcej nie wrócić. W X Pawilonie zapadła głucha cisza.
 
 
A tymczasem skazanych na śmierć zamknięto w oddzielnych celach, przysłano im duchownych, a niedaleko od bramy Cytadeli, na wprost Wisły zaczęto szykować rusztowanie, W nocy Kunickiemu dano  widzenie z matką. Była to najcięższa chwila w jego życiu. Matkę ubóstwiał, wiedział, że jego śmierć zada jej najstraszliwszy cios. Również Pietrusińskiemu pozwolono pożegnać się z rodziną. Nikogo z bliskich Bardowskiego nie było w Warszawie, a Ossowski był sierotą. Późną nocą straż zgodziła się, aby skazańcy ostatnie chwile spędzili razem. O godz. 7 nad ranem, gdy panował jeszcze mrok, rozpoczął się ponury pochód z Cytadeli na placyk za bramą Iwanowską. Przed szubienicą zebrali się: komendant Cytadeli generał Unkowski, prokurator Warszawskiego Sądu Okręgowego Postowski, sekretarz sądu Rudnicki, dwóch lekarzy wojskowych, ksiądz i pop oraz zarządzający X Pawilonem Fursa. Skazańców ubranych w śmiertelne koszule ustawiono pod szubienicą, po czym sekretarz Rudnicki odczytał wyrok. Gdy zapanowała cisza, generał Unkowski dał rozkaz katowi, aby rozpoczął egzekucję. Wszyscy czterej mieli być straceni jednocześnie. Gdy stali już na podwyższeniu i kat zakładał im pętle na szyje, wśród śmiertelnej ciszy rozległ się głośny okrzyk Kunickiego: „Niech żyje Proletariat!", a wnet potem drugi Bardowskiego: „Niech żyje republika!" O godz. 7.40 kat wytrącił spod nóg proletariatczy-ków podwyższenie, a o godz. 8.05 po zdjęciu ich z szubienicy komisja lekarska stwierdziła zgon. Pochowano ich niedaleko od miejsca stracenia, nad Wisłą.
 
 
Robiło się coraz widniej. Udręczeni więźniowie przez zakratowane okienka dostrzegli na śniegu nad Wisłą cztery podłużne, czarne plamy wykopanych dołów. Nie było już żadnej wątpliwości. Zginęli! Padli mężnie, do ostatniej chwili wierni swojej idei, pełni wiary, że zostaną pomszczeni i że zatriumfuje sprawiedliwość społeczna, socjalizm. „Umierali oni — pisali pozostali przy życiu ich towarzysze z X Pawilonu — by żyła sprawa proletariatu. Cześć ich pamięci, sława ich imionom, a katom przekleństwo i zemsta nieubłagana". „Zwycięstwo to niedalekie, same szubienice o tym świadczą. Słaby być musi wróg nasz, gdy strach i zemsta tak go zaślepiają, że sam swe własne depce prawa, że wiesza niewinnych i niewinnych skazuje na wieczną katorgę.
 
 
To jego ostatnie podrygi, ostatnie ciosy śmiertelnie ranionego potwora. Jeszcze trochę ofiar i pracy, a zwycięstwo będzie nagrodą — pomnikiem dla poległych"

Społeczność

LENIN