Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 20 gości.

Ryszard Rauba: Krwawy kwiecień 1936 roku we Lwowie

Lwow Panorama XIXw..jpg

Dr Ryszard RaubaInstytut Politologii Uniwersytet Zielonogórski
 
Krwawy kwiecień 1936 roku we Lwowie
 
Na początku kwietnia 1936 roku po Lwowie zamieszkałym wówczas przez ponad 300 tysięcy mieszkańców zaczęły krążyć niepokojące, uporczywe pogłoski, iż sanacyjny rząd Mariana Zyndrama – Kościałkowskiego w ramach prowadzonej przez siebie polityki oszczędnościowej zmniejszył środki przeznaczone w budżecie na roboty publiczne o 40 milionów złotych. Dla lwowskich robotników zatrudnionych przy robotach i dla bezrobotnych, których losem sanacyjny rząd niezbyt sie przejmował wychodząc z założenia, iż walka z deficytem budżetowym była ważniejsza niż żywi ludzie i ich potrzeby, tak drastyczne zmniejszenie powyższych środków oznaczało tylko jedno. Dla pracujących jeszcze robotników – perspektywę rychłego bezrobocia a dla bezrobotnych – jego kontynuację. Warto podkreślić, iż w owym czasie było oficjalnie zarejestrowanych we Lwowie około 30 tysięcy bezrobotnych – Polaków, Ukraińców oraz Żydów. Bardzo szybko okazało się, iż nie były to jedynie pogłoski. Liczne delegacje bezrobotnych składające „wizyty” w Lwowskim magistracie, w Urzędzie Wojewódzkim oraz na ulicy Wiśniowieckich w siedzibie Funduszu Pracy określanego mianem „biura nędzy” wracały z jedna, powtarzającą się odpowiedzią : „Pieniędzy nie ma, robót publicznych nie będzie”. Arogancka i ignorancka postawa władz zarówno państwowych jak i lokalnych skłoniła bezrobotnych lwowiaków do aktywnego, otwartego upomnienia się o należne im jako ludziom i obywatelom prawa : do godnego życia, godnej pracy i płacy. Nikt nie przewidywał wówczas, że dojdzie we Lwowie do potwornej tragedii. publicznych w mieście 1 We wtorek 14 kwietnia 1936 r. we wczesnych godzinach popołudniowych przed lwowskim oddziałem Państwowego Urzędu Pośrednictwa Pracy (PUPP) mieszczącego się wówczas na ulicy Świętokrzyskiej zgromadziło się ponad 3 tysiące bezrobotnych. Bezrobotni lwowiacy wybrali spośród siebie kilkuosobową delegację, która udała się następnie na spotkanie z urzędnikami PUPP – u. Delegacja wybrana przez bezrobotnych zgromadzonych przed PUPP – em zażądała podczas rozmów tylko jednej rzeczy : pracy. Wysuwając swoje żądania delegacja powoływała się przy tym na informacje prasowe zamieszczane od kilku dni we lwowskich gazetach, iż Rada Miejska otrzymała jednak państwową pomoc w wysokości 1 200 tysięcy złotych. Urzędnicy PUPP – u okazali się nieprzejednani.
 
Delegacja bezrobotnych posługując się współczesnym nam językiem została najzwyczajniej w świecie „spławiona”. Lwowscy bezrobotni nie zamierzali jednak odpuszczać. Podczas zorganizowanego powrocie delegacji wiecu, uchwalono jednogłośnie, że dalsza część manifestacji odbędzie się tego samego dnia pod lwowskim ratuszem pełniącym wówczas rolę siedziby Rady Miejskiej. Po podjęciu uchwały kilkutysięczna kolumna bezrobotnych lwowiaków ruszyła w kierunku ratusza. W międzyczasie pojawiły się na miejscu jednostki policji. Udało jej się na krótko rozbić uformowaną kolumnę manifestujących bezrobotnych i zepchnąć ich w boczne ulice. Bezrobotni bardzo szybko zdołali uformować ponownie zwartą kolumnę, która ruszyła następnie w kierunku śródmieścia. Co chwilę manifestanci wykrzykiwali hasła : „Pracy i chleba !”, „Precz z policją !”. Pochód bezrobotnych rozrastał się z każdą minutą. Na placu Akademickim do pochodu przyłączyła się spontanicznie grupa robotników pracujących tam w ramach w ramach robót publicznych. To właśnie oni – lwowscy robociarze z motykami i łopatami na ramieniu wysunęli się na czoło pochodu. Krótko potem oddziały policji, które przybyły na miejsce z zamiarem zatrzymania i rozbicia pochodu przypuściły niczym niesprowokowany atak na manifestantów. Jako pierwsi z karabinami gotowymi do strzału szturm na bezrobotnych i robotników przypuścili policjanci na koniach. Robotnicy uzbrojeni w łopaty i motyki powitali szarżujących na nich policjantów gradem kamieni, pochodzących z rozkopanych opodal placu Akademickiego ulic. Po krótkiej walce policjanci na pewien czas ustąpili. Doszło wówczas do tragedii. Oficer policji państwowej dowodzący jednym z oddziałów oddał osiem strzałów, jeden po drugim ze wkrótce po 2 służbowego rewolweru wprost do tłumu manifestantów. Z zimną krwią zamordowany został wówczas 22 – letni bezrobotny Ukrainiec Władysław Kozak. 30 – letni robotnik o nazwisku Szereda zmarł z kolei nazajutrz rano na skutek ciężkich ran postrzałowych w jednym ze lwowskich szpitali. Potyczki z policją trwały tego dnia do późnych godzin popołudniowych.
 
Następnego dnia, w środę 15 kwietnia 1936 r. bezrobotni lwowiacy nie zamierzając dawać za wygraną ponownie zebrali się przed budynkiem PUPP – u. Tym razem swoją akcję rozpoczęli od samego rana. Przyniosła ona jedynie połowiczny sukces. Okazało się mianowicie, iż jakimś cudem urzędnicy PUPP – u „znaleźli” 200 miejsc pracy. Bezrobotni, którzy otrzymali pracę uchwalili, iż nie przystąpią do niej od razu, ale w geście klasowej solidarności przejdą z resztą bezrobotnych, dla których nadal nie było pracy na miejsce gdzie dzień wcześniej zastrzelony został ich towarzysz niedoli Władysław Kozak. W zaimprowizowanym na miejscu zbrodni wiecu wzięło udział blisko 5 tysięcy osób – bezrobotnych, robotników oraz przechodniów. Zabierający wówczas głos lwowscy socjaliści i komuniści w trzech językach odzwierciedlających ówczesną strukturę narodowościową Lwowa : polskim, ukraińskim oraz żydowskim wzywali zgromadzonych słuchaczy i wszystkich uczciwych lwowiaków do wzięcia udziału w pogrzebie ofiar sanacyjnego reżimu. Wiec obserwowała grupa kilkudziesięciu uzbrojonych w broń maszynową policjantów. Tym razem nie odważyli się jej użyć. Pogrzeb bezrobotnego Władysława Kozaka robotnika Szeredy wyznaczony został na dzień 16 kwietnia 1936 r., na godzinę 15.00. Starosta lwowski obawiając się, iż pogrzeb wykorzystany zostanie przez „agitatorów komunistycznych” celowo wytyczył krótszą trasę pochodu. będzie cmentarz Łyczakowski, położony w południowo – wschodniej części Lwowa. Lwowscy robotnicy – członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej i Komunistycznej Partii Polski oraz bezrobotni nie godząc się na taki obrót sprawy zażądali od niego w dniu pogrzebu zmiany miejsca pochówku i w związku z tym wytyczenia nowej, dłuższej tym razem trasy pochodu pogrzebowego. Nacisk kilkudziesięciu tysięcy zdesperowanych i zdecydowanych na wszystko robotników m. in. tramwajarzy i kolejarzy Instytutu Medycznego, w którym znajdowały się trumny ze zwłokami Władysława Kozaka i robotnika Szeredy odniósł skutek. Trasa pochodu została zmieniona.
 
Władysław Kozak i jego zamordowany towarzysz – robotnik Szereda mieli zostać pochowani na cmentarzu Arbitralnie zadecydował ponadto, iż miejscem pochówku Kozaka i Szeredy a także bezrobotnych zgromadzonych pod budynkiem 3 Janowskim położonym z kolei w północno – zachodniej części Lwowa. Odległość od Instytutu Medycznego do cmentarza Janowskiego wynosiła pięć kilometrów. Początkowo pomimo odczuwalnej napiętej atmosfery spowodowanej obecnością policji wszystko przebiegało bez zakłóceń. Nic nie zwiastowało, że tego dnia dojdzie do jeszcze większej tragedii niż ta sprzed dwóch dni. W pewnym momencie policja zagrodziła trasę konduktu i bez uprzedzenia oddała pierwszą salwę z karabinów prosto do uczestników pogrzebu. Dwie osoby zostały zabite na miejscu. Było wielu rannych. Pochód pomimo to intonując „Międzynarodówkę” posuwał się dalej. Po przejściu kilkuset metrów ze strony policji padła druga salwa. Siedemdziesięciu policjantów w tym dwudziestu na koniach zablokowało drogę z zamiarem powstrzymania pochodu. Lwowscy robociarze i bezrobotni choć nieuzbrojeni postanowili się bronić przed niczym nieuzasadnioną w tym dniu brutalnością policji. Na policyjne kule i gumowe pałki odpowiadali kamieniami. Policjanci z dziką furią bili wszystkich – kobiety, mężczyzn oraz dzieci. Nikomu nie odpuszczali. Szczególnym przedmiotem ataku policjantów stały się wieńce pogrzebowe oraz sztandary, które nieśli uczestnicy pogrzebu. Do gwałtownych starć z policją doszło tego dnia na ulicy Kazimierzowskiej. Mieściło się tam wówczas znane aż nazbyt dobrze wszystkim lwowiakom więzienie - „Brygidki”. Początkowo na ulicy Kazimierzowskiej uczestnicy konduktu pogrzebowego nie natknęli się na żadnego policjanta. Gdy zbliżali się do „Brygidek” nagle zaczęła się gwałtowna strzelanina. To policjanci schowani na dachu więzienia postanowili kolejny raz zatrzymać kondukt pogrzebowy. Pod policyjnymi kulami padali kolejno robotnicy niosący trumny, które dla wyjątkowo brutalnych w tym dniu policjantów traktowane były niczym tarcze strzelnicze. Zabitych na ulicy Kazimierzowskiej robotników niosących trumny zastępowali natychmiast inni robotnicy. Trumny ze zwłokami Władysława Kozaka i robotnika Szeredy w skutek kilkukrotnego upadku na uliczny bruk były mocno uszkodzone. Bezrobotny Michał Miga – uczestnik pogrzebu wspominał : „na placu Mariackim koło hotelu George´a znów zobaczyłem trumnę (ze zwłokami Władysława Kozaka – przyp. RR) . Posuwała się naprzód. Wtem usłyszałem strzały i robotnik niosący trumnę upadł. Trumna zakołysała się, przystanęła. Przez kilka sekund trwało osłupienie. Wtedy idąca obok mnie Bluma Finkelstein, robotnica, która przed kilkoma tygodniami wyszła na wolność po 4 sześcioletnim wyroku za komunizm, przyskoczyła, chwyciła trumnę na ramiona Na ulicy Legionów jeszcze dwa razy policja szarżowała na trumnę i strzelała w nią. Za każdym razem trumna padała na ziemię i za każdym razem po odparciu ataku policji, zabitych i rannych zastępowali nowi i przedzierali się z trumną wśród kul”.
 
Na ulicy Kazimierzowskiej pod murami więzienia zamordowany został m. in. robotnik budowlany Mieczysław Sikorski, który niósł wieniec cierniowy od więźniów politycznych – socjalistów i komunistów. Na oczach kamieniarza Bronisława Rota pod „Brygidkami” policjanci z wyjątkową brutalnością zasiekli szablami dwóch robotników niosących trumnę ze zwłokami Władysława Kozaka. Ostatecznie kondukt pogrzebowy pomimo poniesionych ofiar przeszedł przez policyjną zaporę na ulicy Kazimierzowskiej. Robotnicy i bezrobotni nie dając za wygraną podjęli próbę sforsowania bramy więzienia. Wkrótce jednak obawiając się ciągle strzelającej z okien i z dachu więzienia policji odstąpili od tego zamiaru. Atak robotników na więzienie zakończył się niepowodzeniem. Pomimo to w pewnym momencie policja zażądała natychmiastowej pomocy lwowskiego garnizonu wojskowego. Dowództwo pułku odmówiło jednak przysłania posiłków motywując swoja decyzję brakiem pewności, że żołnierze będą strzelać. Na ulicy Janowskiej robotnicy i bezrobotni w pośpiechu wznieśli potężną barykadę z tego co akurat było pod ręką zamykając tym samym policji drogę na cmentarz Janowski. Po środku barykady, na wielkim drzewcu powiewał podziurawiony od policyjnych kul i zakrwawiony czerwony sztandar. W obliczu rzezi, którą zgotowała w tym dniu sanacyjna policja stanowił on wymowny symbol. Kondukt pogrzebowy ruszył spod budynku Instytutu Medycznego punktualnie o godzinie 15.00. Cztery godziny później o godzinie 19.00 obie trumny straszliwie potrzaskane przez policyjne kule spoczęły ostatecznie w grobach na cmentarzu Janowskim. Bilans masakry robotników i bezrobotnych, która miała miejsce we Lwowie, w czwartek 16 kwietnia 1936 r. był przerażający. W masakrze zginęło na miejscu 31 osób. Kolejne 18 osób zmarło w szpitalach miejskich w skutek odniesionych ran postrzałowych następnego dnia. Łącznie 49 ofiar śmiertelnych. We lwowskich szpitalach znalazło się ponad 300 ciężko i lżej rannych. Kilkuset uczestników pogrzebu zostało aresztowanych. W specjalnej odezwie wydanej w związku z „rzezią we Lwowie” przez Komitet Centralny 5 Komunistycznej Partii Polski 17 kwietnia 1936 r. stwierdzano wprost i bez ogródek, że : „rząd bandytów, pospolitych rzezimieszków (...) zamienił Polskę w krwawe pobojowisko, na którem dzień w dzień , padają trupy mordowanych (...) robotników (...) walczących o kawałek chleba, o prawo do życia i wolności ! (...) W imię czego ? W imię prawa do wyzysku i bogacenia się garstki kapitalistów, bogaczy, jaśniepańskich obszarników (...) Precz z rządem morderców i zdrajców narodu ! (...) Lud pracujący nie zniesie hańby takiego rządu, który stanął do społeczeństwa frontem kulomiotów”. Do wybuchu wojny tj. do września 1939 r. policyjne kulomioty odzywały się jeszcze wiele razy... Dziś, po upływie 72 lat od tamtych tragicznych wydarzeń, w obliczu nachalnego i obłudnego zarazem idealizowania przez prawicowe środowiska polityczne okresu Drugiej Rzeczypospolitej nie wolno współczesnej ideowej lewicy dopuścić do wymazania z pamięci historycznej Polaków ofiar antydemokratycznego, sanacyjnego reżimu. Nie wolno ideowej polskiej lewicy, dla której zawsze i wszędzie punktem odniesienia winni być ludzie pracy zapomnieć o tych, którzy przed 1939 r. mieli odwagę upominać się o swoje prawa tak brutalnie i bez pardonu deptane przez rządzący wówczas w Polsce obóz sanacyjny. Cześć ich pamięci !

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Amerykańska gospodarka 2008