Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 106 gości.

Julian Marchlewski: Wspomnienia z dzieciństwa

images.jpg

J.B. Marchlewski, „Szkice literackie. Wspomnienia z dzieciństwa. Listy z Japonji”, Moskwa 1928, str. 13-22.
 
[zachowano oryginalną pisownię]
 
Marchlewscy, o ile wiem, pochodzą z zagonowej szlachty na Pruskich Mazurach. Rodzinę dziadka, Józefa M., pamiętam z dzieciństwa. Żyła ona wówczas w majątku Książki w Prusiech Zachodnich, w okolicach Grudziądza.
 
Ojciec mój, również Józef, był znacznie starszym od swych braci i, o ile wiem, był przyrodnim tylko ich bratem. O ile wiem! Gdyż nigdy te sprawy rodzinne nie interesowały mnie. Chodziło tam o jakiś dramacik familijny: ojciec mój urodził się ze związku nieślubnego dziadka z bogatą jakąś niewiastą, która umarła po urodzeniu syna i jemu zapisała majątek. Tym tłumaczą się różnice majątkowe: cała rodzina żyła na utrzymaniu krewnego Junkiena, człowieka zamożnego, ojciec zaś mój był bardzo zamożnym kupcem.
 
Przypominam sobie niewyraźnie z opowieści, że ojciec mój wychowywał się poza domem, w Grudziądzu, potym w Gdańsku i Berlinie i wychowany został na kupca. W latach 50. przesiedlił się do Włocławka, gdzie prowadził na sporą skalę handel zbożowy. Ojciec mój nigdy z nami, dziećmi, o swojej przeszłości nie mówił, więc raczej z przygodnej opowieści innych osób wiem, że bywały lata, w których wszystkie spichlerze nad Wisłą w Włocławku dzierżawił ojciec i wszystkie „berlinki” (tak nazywano za mego dzieciństwa spore łodzie żaglowe na Wiśle) były przez niego zakontraktowane. Skupywał snać zboże z urodzajnych Kujaw i „Lipnowskiego” (część ziemi Płockiej) i spławiał do Gdańska. Pamiętam również z takich opowieści, że był on w pewnym znaczeniu „pionierem postępu”, gdyż sprowadzał dla ziemian kujawskich maszyny rolnicze z Niemiec i z Anglji. Lecz ojciec mój na kupca nie nadawał się, majątek stracił i umarł w zupełnym niedostatku. Najlepszą charakterystykę jego dała kiedyś jedna z pań za czasów mego chłopięctwa, nazwawszy go „ostatnim gentlemanem”. Był to człowiek prawdziwie szlachetny i prawy, lecz miękki i mało samodzielny. Dla nas, dziatwy, był niewysłowienie dobrym.
 
W pożyciu z ludźmi zyskiwał powszechną sympatję. Lecz odkąd go wyraźnie już pamiętam, znać było na nim ślady niepowodzeń życiowych. Straciwszy majątek, stał się zamknięty w sobie, ciążyło mu bardzo, że z zamożnego kupca, który trząsł niegdyś miastem i okolicą, potym musiał stać się oficjalistą. Lecz kogokolwiek spotykałem potem z tych, którzy mieli z nim do czynienia, wszyscy wyrażali się o nim z szacunkiem i sympatją.
 
Matka moja była niemką. Pochodziła z rodziny oficersko-urzędniczej z Westfalji, nazwiskiem Rueckersfeldt. W jej rodzinie również był jakiś dramat: ojciec jej dla jakichś powodów uciekł do Ameryki, zostawiwszy żonę z liczną bardzo rodziną na łasce losu. Zginął on w wojnie domowej Stanów Zjednoczonych, jako oficer stanów Północnych. Najstarsza córka tego awanturniczego wojaki, Augusta, zostawszy nauczycielką, przybyła do Włocławka, gdzie ją poznał i poślubił mój ojciec. Była ona niewiastą wykształconą, w młodych latach kołatała się przy jednym z owych miniaturowych dworów niemieckich, w księstwie Bueckeburg i tam nabrała pewnych manier dworsko-arystokratycznych. Była ona przeciwieństwem swego męża pod tym względem, że posiadała niespożytą energję życiową. Temu bodaj zawdzięczamy ja i rodzeństwo, że po ruinie majątkowej ojca nie utonęliśmy w nędzy zupełnej, że udało się nam zdobyć wykształcenie i ostać się w „walce o byt”. Poza tym miała umysł bystry i ruchliwy, zachowując do sędziwego wieku zdolność interesowania się sprawami politycznemi i kulturalnemi.
 
________________
 
Urodziłem się 17 maja 1866 r. Wówczas jeszcze spraw ojca szły niezgorzej. Mieszkaliśmy w niewielkim domku własnym przy ulicy Cygańskiej. Przy domu był ogród i sad, starannie przez rodziców pielęgnowany. Po drugiej stronie domu podwórze ze stajniami i spichlerzami zbożowemi. Ogród był rozkoszny, a podwórze, w którym rządził stangret Jan Dolecki, było miejscem bajecznie ciekawych wrażeń. Niekiedy tłoczyły się tam „fornalki”, przywożące zboże, wrzała praca gorączkowa ludzi wyładowujących worki, rżały konie, brzęczało jak w ulu. Więc rozkoszą, połączoną ze strachem okropnym, było dostać się tam. To znowu po pracy ukończonej były tam zakątki, gdzie można się było bawić ciekawie, zwłaszcza, że w jednym kącie stała buda, mieszkanie łaciastej suki Fiuki, gdzie schowawszy się, można było długo zostać ukrytym przed niańką. A spichrze! Jaki to był cudowny widok, gdy robotnicy pod komendą Jana Doleckiego przesypywali zboże: stoi ich kilka i łopatami drewnianemi przerzucają żyto lub pszenicę z jednej kupy na drugą, by je przewietrzyć. Miarowo podrzucają łopaty ziarno i leci szeroką wstęgą pszenica kujawska, złocąc się w promieniach słońca wpadających przez okna. Albo mierzenie: sypią ludzie łopatami ziarno do wielkich drewnianych naczyń (wówczas nie ważono jeszcze zboża, lecz mierzono na korce i ćwierci) i liczą przy tym, przyśpiewując monotonnie: „a pierwsza, a będzie druga, a będzie trzecia…” Można było długo, długo słuchać tego rytmu pracy. A gdy się naprzykrzyło, jakaż to była uciecha wleźć wysoko na belki spichrza i stamtąd skoczyć w kupę żyta, tak żeby się zanurzyć w nim niemal zupełnie. Ponieważ w domu był dostatek, harmonia między rodzicami idealna, a matka kierowała się rozumnemi zasadami wychowawczemi, pozostawiając nam dużo swobody, nie rozpieszczając nas, nadto dom nasz był kulturalnym w najlepszym słowa znaczeniu, mogę rzec, że miałem pierwsze dzieciństwo istotnie „sielskie anielskie”.
 

 
 
 
 
 
 
 
Katedra we Włocławku w XIX wieku. Litografia wg Napoleona Ordy
 
Małe miasteczko, jakim był wówczas Włocławek, wytwarzał warunki nawpół wiejskie, lecz wrażenia wsi nie zostały nam obce, gdyż sporo czasu spędzaliśmy u krewnych i przyjaciół rodziców, po dworkach wiejskich. Zwłaszcza pobyt u mego „ojca chrzestnego”, Michała Muszyńskiego, typowego „ziemianina”, pozostał mi w pamięci, gdyż pamiętam, że pełno tam było w domu psów, drobiu, hodowano zające, kuropatwy i śród tej menażerji całej wolno mi było bawić się do syta.
 
Skończyła się ta idylla, gdy miałem lat ośm. Posłano mnie do szkół do Torunia. Kierowało rodzicami zapewne przekonanie, że szkoła niemiecka jest lepszą od rosyjskiej, a nadto u matki odgrywały ponoć rolę tradycje rodzinne: była gorącą patrjotką niemiecką i zapragnęła uczynić ze mnie ni mniej ni więcej, tylko oficera czarnych huzarów! Los przecież zrządził inaczej: w tej szkole niemieckiej ani rusz nie chciałem się uczyć. Czy była w tym wina szkoły, czy też może wina warunków, w jakich mię umieszczono, nie umiem powiedzieć. Warunki te były w każdym razie nieszczególne: umieszczono mię „na stancji” u jakiejś rodziny niemieckiej znajomej rodzicom. Był to dom jakiegoś przedsiębiorcy średniego, posiadacza warsztatu malarskiego. Szwagier zaś mego opiekuna był przedsiębiorcą malarskim. W obu tych domach były dzieci znacznie starsze ode mnie i z chłopcami temu spędzałem godziny pozaszkolne przeważnie na budowlach, w których ich ojcowie prowadzili roboty. O naukę moją nikt nie dbał, więc nic dziwnego, że przesiedziałem 1,5 [roku - red.] w „septima” [siódma klasa; numerację klas liczono tam od wyższych klas do niższych – red.], nie dostając promocji (promocje były semestralne). Skończyło się to katastrofą. Będąc w domu na wakacjach, zaśpiewałem jakąś piosenkę niesłychanie sprośną, której nauczyłem się u toruńskich murarzy, nie rozumiejąc oczywiście zgoła treści tych słów. Matka przerażona wygarbowała mi skórę i zadecydowała, że trzeba zmienić wychowanie. Na tym skończyły się owe aspiracje huzarskie.
 
Po Toruniu zostało wspomnienie ponure. Nie wiem dlaczego ugrzęzło mi wspomnienie wnętrza kościoła św. Jana, a szczególnie jakiś portret Wallensteina, nie wiem z jakiej racji umieszczony w zakrystji. Ponieważ w domu mego opiekuna była encyklopedja niemiecka, więc, zaciekawiony owym bohaterem, przeczytałem o nim, pewnie niewiele rozumiejąc, lecz pomimo to Wallenstein stał się bohaterem moich chłopięcych dumań.
 
Świetlanym zaś wspomnieniem jest stosunek mój do dwuch czeladzi malarskich Polaków. Toruń był wówczas miastem nawskroś niemieckim, takim też był dom mego opiekuna, nie mówiąc o szkole. I otóż pamiętam, któregoś wieczoru dwaj czeladzie, pracujący u mego opiekuna, bawili się ze mną i jeden z nich rzucił: „a zawsze to co innego z polskim dzieciakiem: ten to nasz” i upieścił mnie mocno. Pamiętam doskonale, że wówczas ponoć pierwszy raz w życiu poczułem swoją polskość.
 
W domu rodzicielskim panował bowiem wówczas zupełny indyferentyzm narodowościowy. Rodzice rozmawiali pomiędzy sobą po niemiecku; ojciec z nami dziećmi mówił bądź po polsku, bądź po niemiecku zależnie od okoliczności. Guwernantkę mieliśmy Niemkę, lecz służba była polską, a będąc na wsi też mówiliśmy po polsku. Język tedy nie odgrywał roli, byłem co się zowie „dwujęzycznym”. Matka, jak wspomniałem, była gorącą patrjotką niemiecką, ojciec zaś politycznie najzupełniej biernym. W szkole niemieckiej zapewne oddziaływano na dziatwę w duchu patrjotyzmu prusko-niemieckiego, lecz nie pamiętam, abym na to reagował w jakikolwiek sposób.
 
Dopiero słowa owych czeladzi polskich wzbudziły we mnie coś jakby świadomość narodowości. Owa haniebna piosenka zadecydowała o tym, że do Torunia nie wróciłem. Lecz jednocześnie sprawy majątkowe ojca wówczas pogorszyły się znacznie i posyłanie mię do szkoły w Niemczech snać było niepomiernym już ciężarem dla rodziców. Zadecydowano więc, że będę chodził do szkoły we Włocławku. Epizod toruński miał atoli ten fatalny skutek, że poważnie opóźnił moją edukację. Miałem bowiem lat dziesięć blisko, a nie umiałem alfabetu rosyjskiego. Szkoły zaś w Włocławku były rosyjskie i trzeba mię było uczyć tego języka. Odbyła się tresura w ten sposób, że znalazł się jakiś podoficer rosjanin, pisarz w pułku ułanów, który podjął się uczyć mię i mego o trzy lata młodszego brata „azbuki”. Pamiętam, że była to nauka dosyć wesoła, gdyż z tym mentorem spędzaliśmy dużo czasu na przechadzkach, a snać musiał to być człowiek dobry i wesoły, gdyż bardzo go polubiłem i dzięki temu zapewne nauczyłem się niebawem tyle po rosyjsku, że mogłem wstąpić do pierwszej klasy „progimnazjum”.
 
Środowisko domowe w owym czasie zmieniło się bardzo. Sprawy ojca szły bardzo źle i rodzice wpadli na niefortunny pomysł wzięcia w dzierżawę hotelu. Dom na „Cygance” został sprzedany i przenieśliśmy się do hotelu „Pod trzema koronami” w rynku Włocławskim. Pozostały mi wspomnienia mętne i niemiłe po tym życiu hotelowym: jakieś bale ziemiańskie, hulatyki oficerskie, wieczny rozgardiasz. Rodzice byli całkowicie pochłonięci zarządem hotelu i mało nam mogli udzielać czasu. Tłukliśmy się tedy po korytarzach hotelowych, salach bilardowych, po podwórzu brudnym, w którym były stajnie dla przy¬jezdnych obywateli okolicznych. Było tam pewnie i ciekawie; zawarłem znajomość ze stangretami, dokładnie rozróżniałem zaprzęgi każdego folwarku i interesowałem się niemi. Prócz tego miałem cały zwierzyniec: hodowałem gołębie i króliki, miałem lisa oswojonego, ogromnego kozła brodatego, kruka itp. Atmosfera hotelowa zapewne nie bardzo dodatnio wpływała na mnie, lecz nie pamiętam, aby to wywołało we mnie, jakieś zdrożności nadzwyczajne. Zawdzięczam to może temu, że matka, pomimo że na nią spadał główny ciężar zarządu hotelem, przecież umiała znaleźć jeszcze czas na nasze wychowanie i jej to wpływ uszlachetniający paraliżował wpływy szkodliwe tego otoczenia.
 
Owe „progimnazjum" pozostawiło we mnie wspomnienia fatalne. Był to zakład prywatny niejakiego pana Kornackiego, lecz, jeżeli się nie mylę, kapitalistycznym przedsiębiorcą był ksiądz prefekt Gudart. Zarówno pan dyrektor, jak ks. G. czynili oszczędności gdzie mogli, więc personel nauczycielski był źle opłacany i nie legi, a najwięcej lekcji udzielali wymienieni dwaj. Obaj też dbali wielce o całość inwentarza szkolnego i wieczne pamiętam awantury o „szkody", jakie uczniowie czynili... Specjalnością tego zakładu wychowawczego była kara cielesna. Odbywało się to w ten sposób, że w ciągu tygodniu zapisywano różne przewinienia uczniów, a potym w oznaczonym, dniu odbywała się sumaryczna egzekucja: winowajca musiał spuszczać spodnie, przytrzymywał go na stołku pedel, a chłostę wymierzał — ksiądz prefekt. Później, czytając jakieś dzieło o zboczeniach umysłowych, przypomniałem sobie żywo minę i gesty „zacnego kapłana" i mam mocne przekonanie, że był on po prostu sadystą. Szkoła była czteroklasową; główny kontyngiens uczniów stanowili synkowie obywatelscy, śród nich wielu bardzo z tych czy owych przyczyn wstąpili do szkoły późno, dosyć że w klasie czwartej była młodzież niemal pod wąsem: chłopcy 15 i 16 lat. Z tego powodu owe egzekucje niekiedy przybierały formę bójki zaciętej, przy której pedle i ksiądz prefekt pasowali się ze swoja ofiarą, a nawet dochodziło do walki na noże. Te sceny stanowią najcięższe wspomnienie mego dzieciństwa.
 
Na szczęście niezbyt długo pozostawałem pod wpływem tych zacnych pedagogów: po półtorarocznym pobycie przeszedłem do rządowej szkoły realnej. Kary cielesnej tam nie stosowano, lecz był to bodaj jedyny objaw postępu pedagogicznego, gdyż pod wszelkiemi innemi względami stosunki były ohydne. Nie mogło też być inaczej w szkole, której głównym zadaniem była rusyfikacja młodzieży. Na domiar złego w włocławskiej szkole realnej znalazł się szczególniejszy dobór personelu. Dyrektorem był niejaki Lebiediew, o którym opowiadano, że był dawniej felczerem, a karjerę zawdzięczał ożenkowi z utrzymanką jakiegoś gubernatora. Inspektorem był jakiś typ policyjny o wybitnie tatarskiej fizjonomji, którego z tego powodu nazywaliśmy Mamajem — przezwisko, które go do pasji wściekłej doprowadzało. Głównym jego zajęciem było łapanie uczniów na „Najważniejszym przestępstwem było mówienie po polsku. Za to sadzano do kozy, pozbawiano promocji, a nawet wypędzano ze szkoły. Dziko prześladowano też za niezapięte guziki. Nosiliśmy mundury z ciemnozielonego sukna z mosiężnemi guzikami. Krój był surduta z połami i malcy wyglądali bardzo komicznie w tym przyodziewku. Guzików na piersi było aż dziewięć i otóż przestępstwem kardynalnym było niezapięcie choćby jednego z nich. "Mamaj" w przerwach pomiędzy lekcjami uwijał się po korytarzach i po podwórzu i biada malcowi, który nie był opięty według regulaminu. Podobnie karano surowo za noszenie książek pod pachą, a nie w rańcu na plecach.
 
Dalej pamiętam nauczyciela jeżyka rosyjskiego Rybołowa. Odznaczał się pijaństwem, grubjaństwem i łapownictwem. Ostatnie było ułożone w system: uczniowie z rodzin zamożniejszych otrzymywali złe stopnie, dopóki rodzice nie zgadzali się posłać ich na lekcje prywatne do zacnego pedagoga. Lekcje polegały na tym, że chłopaka sadzano do przepisywania, a pan nauczyciel w tym czasie urządzał drzemkę poobiednia; potym, zależnie od humoru, albo targał bez przyczyny ucznia za uszy i wymyślał grubiańsko, albo leż zbytkował z nim. W każdym razie po dziesięciu lekcjach, opłacanych 50 rublami, stopień poprawiał się.
 
Było w szkole jednakie kilku nauczycieli kulturalnych: przyrodnik Matuszewski, nauczyciel rysunków i języka francuskiego, francuz z pochodzenia, i ci wywierali na uczniów wpływ dodatni.
 
Uczono źle. Przeważnie „zadawano" do nauczeniu się w domu z podręcznika „stąd — dotąd", lekcja zaś upłynęła na przesłuchiwaniu uczniów. Arytmetyka polegała na rozwiązywaniu zadań przypominających raczej łamigłówki. Lecz nade wszystko musiało paraliżować wszelkie wysiłki owe rusyfikatorstwo. Dzieci, nie znając języka rosyjskiego, musiały uczyć się wszystkiego w tym języku. Karykaturą zupełną było, gdy dzieci polskie uczono języka niemieckiego lub francuskiego za pomocą tłumaczeń z rosyjskiego.
 
Opóźnienie w moim kształceniu osobistym miało i ten jeszcze skutek, że nie miałem prawie rówieśników śród kolegów, gdyż byłem starszy od nich o jakie dwa lata. Śród rodzeństwa bliska mi była siostra Marta, o rok ode mnie starsza, lecz jak wiadomo chłopcy w wieku lat około 12 najgorzej bawią się z dziewczętami; brat zaś, Leon-Paweł, był o trzy lata młodszy ode mnie; inne rodzeństwo jeszcze młodsze. Wobec tego w tym czasie byłem dosyć samotny i przywykłem bawić się sam.
 
Włocławek jest położony wcale ładnie. W owe lata wzgórza na przeciwległym brzegu Wisły były pokryte lasem, a po drugiej stronie miasta roztaczał się również las piękny, z prześlicznemi jeziorami. Odbywałem tedy, gdy tylko mogłem się wyrwać z domu, ukończywszy nudne lekcje, długie przechadzki samotne. Nie broniono mi tego i zdaje mi się, że te wycieczki wpływały dodatnio na mnie, nie tylko pod względem zdrowia, lecz również wskutek zbliżenia z naturą. Lecz nade wszystko umiłowałem Wisłę.
 
Tylko, że tam nie byłem już sam, a miałem licznych przyjaciół, mianowicie „przewoźników", jak ich zwano. Nie było wówczas mostu stałego pod miastem, tylko „łyżwowy", który na zimę usuwano. Otóż, dopóki lody nie stawały, przeprawiano ludzi i furmanki na promach i tę pracę wykonywali owi moi przyjaciele; stąd ich nazwa. Była to praca ciężka i po części niebezpieczna, gdyż przeprawa przez Wisłę, gdy idzie kra, nie należy do rzeczy łatwych. W lecie ci moi przyjaciele po części pracowali przy moście (trzeba było, co dnia parokrotnie usuwać część łyżew mostowych, by przepuszczać tratwy i statki), po części trudnili się rybactwem, lub wydobywaniem z rzeki piasku i żwiru. Proceder przewodnictwa łączył się z niebem w hotelu i stąd moja zażyłość z przewoźnikami. Zabierali mię tedy na swoje przeprawy, a, w lecie na połów ryb. I jedno i drugie było „strasznie" ciekawe! Praca na promie, gdy kra gęsta parła z ogromną siłą, była oczywiście czymś niezmiernie pociągającym dla chłopaka, a połów ryb niemniej. Wówczas jeszcze jesiotry dochodziły do Włocławka i wyżej. Łowiono je wielkiemi niewodami, które ciągnęło kilka łodzi. Wydobycie jesiotra wielkości człowieka niekiedy było sprawą, nielada. No, a życie na tratwie to też przecież rzecz ciekawa. Przez pewien czas ulubionym bohaterem moim był „retman", tj. człowiek, który kieruje spławem tratew. Jeździł on na „duszegubie", czółnie wąziutkim, wyciosanym z jednego pnia; stojąc wyprostowany w tym czółenku, kierował pracę flisaków okrzykami lub sygnałami dawanemi wiosłem, podnoszonym w górę. Przez moich przyjaciół przewoźników miewałem sposobność zapoznawać się z owemi retmanami. — Przyjaźń ta nie była pewnie z ich strony zupełnie bezinteresowna, gdyż niejedną butelczynę piwa i wódki wyniosłem skrycie z piwnic hotelowych, by ją podtrzymać, lecz niewątpliwie niektórzy z nich lubili mię szczerze i otaczali mię baczną opieką. A wpływ ich na mnie był dodatni, przebywanie z niemi dodało mi hartu, chroniło od zniewieściałości. Bez nich byłbym może ugrzązł w paskudnym środowisku hotelu, gdzie z konieczności stykałem się z osobnikami o niewielkiej wartości moralnej i byłem świadkiem scen wstrętnych. Matka nie broniła mi tych wycieczek, jak w ogóle pozostawiała nam dziatwie dużo swobody.
 
Były wszakże inne jeszcze wpływy pozaszkolne.
 

 
 
 
 
 
 
 
Dworzec we Włocławku w XIX wieku.
 
 
Ojciec byt katolikiem, matka luteranką, lecz nas dzieci ochrzczono po katolicku. Nic dziwnego tedy, że księża zwracali na nas szczególniejszą uwagę: duszyczki katolickie, wychowywane przez matkę heretyczkę! Kierowali zaś wtedy klerem włocławskim ludzie bardzo gorliwi. Na czele stali dwaj bracia Chodyńscy. Toteż zarówno siostra moja, jak ja, a nawet młodsze rodzeństwo, drobiazg jeszcze wówczas, zostaliśmy otoczeni opieką specjalną. Dopięła ta opieka tego, że staliśmy się przejściowo żarliwemi katolikami, pomimo absolutnej obojętności rodziców w sprawach religijnych. Wypowiadała się ta żarliwość w egzaltacji, w ob¬serwowaniu obrządków. A trzeba przyznać, że ci duszpasterze brali się do dzieła bardzo sprytnie. Demagogiczne kojarzenie katolicyzmu z polskością, granie na poetycznym patrjotyźmie dziecięcym po to, by tym głębiej wkorzenić klerykalizm, było to środkiem najskuteczniejszym ponoć *).
 
*) Tu rękopis się urywa.

Społeczność

jednolity front