Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 18 gości.

S. Borewicz: Czyja prawda jest bardziej prawdziwa...

images.jpg

[przedruk za zgodą Autora]

Od dawna znane jest powiedzenie mówiące, że prawda jest jak pewna część ciała – każdy ma swoją i to niezależnie od tego jak bardzo rzeczywistość od niej odbiega. Drastycznie jest to widoczne w obecnej dyskusji o Smoleńsku i katastrofie. Tutaj sprawa o której będzie mowa sięga znacznie dawniejszych czasów, choć emocje budzi do chwili obecnej.

Przyjęto wśród wielu osób uważać, że jedynym legalnym wyrazicielem schedy po II RP jest rząd londyński, co oznacza, że rząd lubelski [nazwijmy go tak dla odmiany i zgodnie z pewną konwencją używaną do dziś] jest grupą oszołomów, nie wiadomo czemu mieniących się spadkobiercami pewnego porządku czy systemu prawnego jaki obowiązywał w okresie międzywojennym

* * *

By łatwiej móc zrozumieć pewne niuanse prawne, pewne zasady jakie wynikają z reguł prawnych trzeba rozróżnić kilka spraw, bardzo istotnych dla dalszych wywodów. Są to:
1. Następstwo prawne – jest to po prostu przejęcie obowiązków, praw i zobowiązań jednego organizmu prawnego [zakład, osobę fizyczną, jednostkę organizacyjną a także państwo] przez inny. Oznacza to, że jeżeli Republika Y uznaje się za następcę Republiki X – to oznacza, że przejmuje ona wszelkie zobowiązania prawne jakie ma względem obywateli zamieszkujących na jej terenie, bardzo często przejmuje także system prawny [cywilny, karny czy administracyjny].

II RP przejęła zobowiązania wobec obywateli po państwach zaborczych, GG czy Niemcy przejęli zobowiązania [n.p. emerytury czy renty] po państwie polskim [co oznacza, że pod pewnymi względami GG było prawnym następcą II RP !], potem PRL, zaś po nim III RP. Oznacza to, że tak naprawdę jest zachowana ciągłość prawna, a kolejne rządy i władze uznawały prawa nabyte we wcześniejszych okresach. Nie uznanie aktów prawnych zawartych w okresie 1945 – 89 przez obecnych włodarzy oznaczałoby, że wszystko to co się działo w tym okresie nie istnieje – od uznania granic poprzez umowy międzynarodowe do zobowiązań względem osób fizycznych. Dokładnie z tego powodu mówienie o jedynym legalnym rządzie emigracyjnym, niezależnym i tak dalej w Londynie w okresie po '45 r. ma znaczenie czysto propagandowe, skierowane do polityki wewnątrz krajowej i tak naprawdę oznacza robienie z osób które to mówią niepoważnych polityków...

2. Rząd lub władze legalne – czyli te które zgodnie z prawem [!] a nie de facto [!] są legalnymi władzami danego kraju, te które na podstawie obowiązujących norm prawnych powinny rządzić na terenie danego państwa. Jest to bardzo istotne rozróżnienie, gdyż nie zawsze osoby rządzące objęły swe rządy zgodnie z prawem. Nie zawsze także, ci którzy de iure powinni kierować danym państwem nim kierują....

3. Rząd lub władze uznawane – najprościej rzecz ujmując są to ci, którzy są uznawani przez inne kraje – i to zarówno te które mają znaczenie w polityce międzynarodowej jak i te które tegoż znaczenia nie mają, oraz te, które takimi a nie innymi działaniami próbują mieszać na swoją korzyść w lokalnej czy nie lokalnej polityce. Nie zawsze i nie wszędzie władze uznawane są władzami de iure, choć zwykle w chwili obecnej w tzw. rozwiniętych demokracjach jest to norma, lub zmiany zostały zaakceptowane przez społeczeństwo, czyli uznane post factum jako legalne.

* * *

Mając na względzie powyższe, aby móc dojść, ba tylko próbować, do tego kto miał rację w legalności w roku '45 trzeba cofnąć się do zamachu majowego w pamiętnym roku '26. Sam zamach majowy oznaczał, że władze i uznawane i de iure legalne zostały zmienione. Polska nadal była uznawanym krajem we wspólnocie międzynarodowej, nadal uznawała wszelkie obowiązki i wykonywała swoje prawa, lecz zgodnie z literą prawa wszelkie rządy pozamachowe można uznać za nielegalne. Tym bardziej, że kolejne wybory były coraz bardziej fałszowane, coraz mniej demokratyczne, a opozycja coraz bardziej szykanowana. Szczyt nastąpił w roku '30, co oznaczało Centrolew i tzw. proces brzeski. Liderzy zostali na podstawie bardzo wątpliwych zarzutów skazani na więzienie, część partii zdelegalizowana, zaś realną władzę przejęła sanacja, czyli ci którzy przeprowadzili zamach majowy.

W naszych dywagacjach oznacza, to tyle, że nowe władze nie miały pełnej akceptacji społeczeństwa, a ich rządy spotykały się z rosnącym sprzeciwem elit, wyrażanych zresztą zgodnie z prawem.

W tym okresie obowiązuje nadal konstytucja marcowa [z 1921 r.], która mimo tzw. noweli sierpniowej z '26 r. przyznaje bardzo szerokie uprawnienia Sejmowi i stosunkowo niewielkie prezydentowi. Zapisano w niej także, dokładnie w artykule 125:

"Art. 125
Zmiana Konstytucji może być uchwalona tylko w obecności conajmniej połowy ustawowej liczby posłów, względnie członków Senatu, większością 2/3 głosów
Wniosek o zmianę Konstytucji winien być podpisany conajmniej przez 1/4 ustawowej liczby posłów a zapowiedziany conajmniej na 15 dni.

Drugi z rzędu na zasadzie tej Konstytucji wybrany Sejm może dokonać rewizji Ustawy Konstytucyjnej własną uchwałą, powziętą większością 3/5 głosujących, przy obecności conajmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Co lat 25 po uchwaleniu niniejszej Konstytucji, ma być Ustawa Konstytucyjna poddana rewizji zwyczajną większością Sejmu i Senatu, połączonych w tym celu w Zgromadzenie Narodowe."

Bardzo wyraźnie mówił on kiedy i na jakich warunkach mogą być wprowadzone zmiany w Konstytucji.

W latach 30-tych problemem stała się konieczność umocowania w prawie potężnej roli Piłsudskiego, a także tego, by jego decyzje personalne uporządkowały schedę po nim nie tylko jako personalne przejęcie spadku, lecz także w pewnym sensie jako zablokowanie opozycji, by nie usunęła sanacji mającej wówczas całkiem sporą liczbę jeśli nie wrogów, to przynajmniej osób nie miłujących tego systemu.
W Sejmie który wprowadził zmiany w Konstytucji sytuacja była taka, że sanacja posiadała większość zwykłą, by móc wprowadzić ustawy jakie chce, lecz nie miała większości konstytucyjnej by dowolnie zmieniać ustawę zasadniczą. Do tego, sam zapis art. 125 gwarantował, że posłowie, szerzej parlamentarzyści mają, minimum dwa tygodnie na wzajemną mobilizację, tych za i tych przeciw a także co najważniejsze przedyskutowanie zmian. Owo sformułowanie dawało czas opozycji i stanowiło gwarancję, że nikt nie wprowadzi gwałtownych zmian. Z tego powodu – zwykle na obradach sejmu, było kilku, czasem jeden poseł, by zdawać relację, podczas gdy reszta po prostu bojkotowała obrady, gdyż tak czy inaczej nie miała żadnych szans by powstrzymać "zwykłe" ustawy sanacyjnego rządu.
W styczniu '34 r. St. Car przedstawia tezy nowej konstytucji, przy czym wiedząc, że tezy te pozostaną tylko tezami, gdyż szans na stanie artykułami nie mają żadnych szans, zwłaszcza gdy opozycja stawi się w komplecie, stawia wniosek [de iure bezprawny] by tezy stały się artykułami. I tak się dzieje. Nie pomagają protesty posła opozycji. W styczniu '34 r. na jednym posiedzeniu Sejmu tezy stają się artykułami, co więcej zostają one przegłosowane i "idą" do Senatu jako gotowy projekt. Wracają do Sejmu i tam zostają przegłosowane jak zwykła ustawa, gdyż argument jest taki, że jest ona procedowana w parlamencie jak zwykła ustawa, co także jest złamaniem wspomnianego już art. 125 konstytucji marcowej. Zostaje podpisana w '35 r. jako prezent dla dożywającego swych dni Piłsudskiego. Ten umiera na początku maja '35 r., ciesząc się nią niecały miesiąc.

* * *

Sama konstytucja, niesłusznie zwana kwietniową, [powinno być: styczniowa, z racji miesiąca kiedy ją przegłosowano] ma dwa aspekty.

Pierwszy: to sam fakt, pisania jej pod konkretną osobę. Wystarczy spojrzeć na to jak potężną rolę pełni prezydent, jakie ma uprawnienia, jakie możliwości kontroli nad nim. Tą osobą miał być Piłsudski, niestety ów prezent jest spóźniony. Nie oznacza to tego, że ta ustawa zasadnicza jest zła, że należy ją za ten fakt potępiać. Po prostu wprowadzała w kraju system prezydencki, chyba nawet silniejszy niż w Ameryce.

Drugi – to sposób jej uchwalenia. To jak to zrobiono, czyli łamiąc prawo, pozwala, mimo braku wówczas instytucji w guście Trybunału Konstytucyjnego, w późniejszych latach podważać jej legalność a co za tym idzie, także legalność władz powołujących się na jej postanowienia.

De iure – jest owa ustawa zasadnicza nielegalna, można ją podważyć, choć nie zmienia to tego, że de facto, jest ona uznawana za obowiązującą i zgodnie z nią jest zmieniony porządek społeczny i prawny w państwie. Oznacza to, że władze nadal są uznawane przez cały ówczesny świat, choć de iure nie dość, że nielegalnie zostały wybrane [zamach majowy] to jeszcze nieudolnie i łamiąc prawo finalnie zalegalizowały swoją władzę.

* * *

W 1939 r. wybucha wojna. Wśród wielu artykułów konstytucji kwietniowej [ten termin będzie używany, jako zgodny z pewnym nazewnictwem przyjętym w historiografii polskiej], znajdują się te mówiące o możliwości wyboru następcy na czas wojny. Mościcki go wykorzystuje m. in. art. art. 13, 14, 57:

Art 13:
1. Prezydent Rzeczypospolitej korzysta z uprawnień osobistych, stanowiących Jego prerogatywy.
2. Do tych prerogatyw należy:
b. wyznaczanie na czas wojny następcy Prezydenta Rzeczypospolitej;

Art 14.
2. Akty urzędowe, wypływające z prerogatyw Prezydenta Rzeczypospolitej, nie wymagają kontrasygnaty.

Art. 57
1. Dekrety Prezydenta Rzeczypospolitej mają moc ustawy i będą z powołaniem się na podstawę konstytucyjną ogłaszane w Dzienniku Ustaw.

Nominację tę, oczywiście ogłoszono. Problem był taki, że kilka innych artykułów, szczegółowo opisuje w jaki sposób ma być ów następca czasu wojny wybrany, w razie śmierci lub niemożności sprawowania funkcji prezydenta przez Mościckiego. Wszystkie z nich mówią w ten czy inny sposób o roli Zgromadzenia Elektorów, Sejmu czy Senatu, słowem organów państwowych które albo powinny działać, albo powinno móc się je zebrać by sam akt, nawet ogłoszony stał się czymś realnym i faktycznym. Niestety szybki marsz wojsk niemieckich, ucieczka władz polskich najpierw na tzw. przedmoście rumuńskie, inwazja ZSRR – spowodowały, że Prezydent i część polityków także ministrów, w obawie przez schwytaniem przez Rosjan przeszła granicę rumuńską. Tam została internowana. Niestety okazało się, i to dość szybko, że władze rumuńskie są pod silnym niemieckim naciskiem co mogło się przejawić w aresztowaniu, uwięzieniu a nawet próbie zabójstwa ówczesnych władz polskich. Konstytucja kwietniowa daje jednak bardzo szerokie uprawnienia prezydentowi w tym co robi. To on jest najwyższym przedstawicielem państwa, to w jego rękach spoczywa władza jedyna i niepodzielna, to on decyduje o obsadzie tych czy innych stanowisk. Szczególne znaczenie ma w niej jeden z ostatnich artykułów.

Art. 79
2. Podczas trwania stanu wojennego Prezydent Rzeczypospolitej ma prawo bez upoważnienia Izb Ustawodawczych wydawać dekrety w zakresie ustawodawstwa państwowego z wyjątkiem zmiany Konstytucji, przedłużyć kadencję Izb Ustawodawczych do czasu zawarcia pokoju oraz otwierać, odraczać i zamykać sesje Sejmu i Senatu w terminach, dostosowanych do potrzeb obrony Państwa, jak również powoływać do rozstrzygania spraw, wchodzących w zakres działania Izb Ustawodawczych, Sejm i Senat w zmniejszonym składzie, wyłonionym przez te Izby.

Zapis ten oznacza, że korzystając z osobistych prerogatyw, ma prawo także wyznaczyć swego następcę, nawet bez wymaganych warunków, które muszą być spełnione nawet w wypadku kiedy wyznaczany jest następca czasu wojny. Prezydent w trakcie tragicznych dla kraju wydarzeń ma władzę niemalże absolutną. W zasadzie w każdej dziedzinie, poza zmianą Konstytucji.

Przymuszony sytuacją Mościcki wyznacza swego następcę, Jest nim Wieniawa-Długoszowski. Kawalerzysta, znany w całej Polsce z różnych mniej lub bardziej sytuacji faux pas, niezliczonych anegdot i opowieści, w tym okresie sprawuje funkcję ambasadora Polski w Rzymie. Nie jest to człowiek który komukolwiek da się podporządkować. Zarazem wielki zwolennik Piłsudskiego, czy nadaje się na szefa państwa w tych ciężkich czasach – ciężko powiedzieć. W każdym razie z dekretem go nominującym przybywa do Francji a tam, w niewielkiej drukarni prowadzonej przez Bystrzanowskiego, na maszynach jest Monitor Polski nr 1 z dekretem, który go nominuje. W tym momencie spełnia się warunek niezbędny by kandydat na prezydenta stał się Prezydentem a Prezydent Mościcki obywatelem Mościckim. O tej nominacji dowiadują się władze francuskie i via ambasada w Rumunii przekazują informację, że rządu powołanego przez Wieniawę nie uznają, podobnie jak jego samego. Bardzo szybko Mościcki wyznacza kolejnego prezydenta, tym razem zaakceptowanego. Zostaje nim, po pewnych dyskusjach Raczkiewicz. W ramach ciekawostek – n.p. „Cat” Mackiewicz twierdzi, że były co najmniej dwa dekrety mianujące nowego prezydenta. Drugi miał być dla Raczkiewicza, ale ten nie został wydrukowany jako pierwszy. Po kolejnych, tym razem nieco dłuższych dyskusjach, o tym kogo wyznaczyć premierem, myślano nawet o Paderewskim, Francuzi wyraźnie wskazują, że bez problemów uznają premiera Sikorskiego. Tak się staje.

* * *

To co stało się we wrześniu i październiku 1939 r. jest dalszym psuciem i łamaniem prawa, wprowadzonego z naruszeniem ówcześnie obowiązujących norm. Zgodnie z zasadami konstytucyjnymi, w momencie kiedy Monitor Polski wychodzi, dekret Raczkiewicza – jest nieważny, a Mościcki jest szanowanym profesorem chemii. Oznacza to tyle, że nie ma on jakichkolwiek praw i możliwości by zmienić to co już się stało. Koniec. By nastąpiły zmiany to nowo mianowany prezydent czyli Długoszowski, musi także dekretem wyznaczyć swojego następcę i jednocześnie zrzec się urzędu. De iure ostatnim prezydentem czasu wojny był Długoszowski, a od jego samobójczej śmierci panuje wakat. Raczkiewicz i jego następcy – są uzurpatorami, podobnie jak wszelkie decyzje podjęte przez nich, z mocy prawa, dokładniej konstytucji kwietniowej – nie ważne. Nie są oni bowiem ani premierami, ani ministrami, ani prezydentami Rzeczypospolitej.

Drugą bardzo istotną kwestią, jest to, że od ’39 r. władze polskie, wówczas już na emigracji od samego początku podlegają naciskom zewnętrznym, początkowo francuskim – potem angielskim. Z czasem rzeczywista rola rządu i jego ministrów, o Prezydencie nie wspominając, sprowadzi się do kółka wzajemnej adoracji, zaś najważniejsze decyzje będą wymuszać lub wręcz podejmować sojusznicy, czyli początkowo Francja, potem na dużo większą skalę – Wielka Brytania, głównie w osobach samego Churchilla lub ministra spraw zagranicznych – Edena. Także umowa z ZSRR z ’41 r. [układ Sikorski – Majski] jest podpisana pod nazwijmy to eufemistycznie „silnym naciskiem brytyjskim”, uznanie zaś wzajemne rządów Polski i ZSRR oznacza dla władz brytyjskich, że wszelkie sprawy polsko – radzieckie są regulowane między rządem ZSRR i Polski rezydującym na wygnaniu w Londynie. Od mniej więcej ’43 r. władze angielskie czy szerzej alianckie, będą bardzo wyraźnie oddzielały rolę wojskową Polaków, czy jednostek polskich walczących na zachodzie, od politycznej siły, a raczej totalnej bezsiły czy to władz polskich w Londynie, czy to poszczególnych dowódców próbujących coś ugrać.

* * *

Na razie musimy się wrócić jeszcze do roku 1939. 30 listopada tegoż roku, Raczkiewicz w swoim przemówieniu ponownie depta konstytucję, stwierdzając że z racji takiej a nie innej sytuacji „najważniejsze decyzje będzie podejmował w ścisłym porozumieniu z Prezesem Rady Ministrów”.

Konstytucja kwietniowa, gwarantuje Prezydentowi w czasie wojny potężną władzę. Absolutną niemalże, co widać było choćby w sposób jaki mógł był wyznaczyć swojego następcę. Są to uprawnienia publiczno – prawne które mogą być zmienione li tylko poprzez zmianę konstytucję. A tej mocy Prezydent, nawet czasu wojny – nie miał. Oznacza to, że kolejna decyzja w bardzo krótkim czasie podjęta przez osoby mieniące się najważniejszymi obywatelami II RP jest z mocy prawa nieważna. Oznacza to, że po raz kolejny jest łamane prawo, które miało być podstawą działalności nie tylko samego Prezydenta, ale i innych statutowych organów w czasie wojny, lub sytuacji kiedy życie i istnienia państwa jest zagrożone.

* * *

W 1943 roku, a także w latach następnych, do lipca 1945 r. włącznie mamy sytuację kiedy w Londynie urzęduje Prezydent, premier i rząd który jest tylko uznawany za legalny, gdyż z wielu powodów nie może być legalny de iure. Jego uznanie zaś także można bardzo łatwo podważyć. Dzieje się tak z kilku powodów które można podsumować w sposób następujący:

- on sam mieni się jako bezpośredni kontynuator nielegalnych władz, które prawo do rządzenia zdobyły drogą zamachu stanu, a ów zamach tak naprawdę nigdy nie był uznany przez odpowiednie organa za legalny
- on sam działa w myśl przepisów uchwalonych niegodnie z obowiązującym prawem, co pozwala je podważyć możliwym konkurentom
- prezydent nie ma prawa sprawować swej funkcji, gdyż z racji formy i sposobu przekazania mu władzy jest uzurpatorem
- premier sprawuje swe funkcje i wykonuje pewne obowiązki bezprawnie, gdyż robi to nie mocą konstytucji a prawem kaduka
- nie jest niezależny, gdyż jego najwyższe władze zostały wskazane przez jeden z krajów, działających w myśl interesów własnych, a uznanie jego władz dla rządu emigracyjnego zależało li tylko od tego by na danych stanowiskach znaleźli się ludzie przez ów kraj wskazani

Nie zmienia to faktu, że ówczesne władze uznawały się w całej rozciągłości za następców prawnych legalnych rządów z roku ’26. Od samego początku do samego końca, od pierwszych rządów pozamachowych, poprzez tych z okresu tuż przedwojennego, do rządów czasu wojny rezydujących w Londynie.

* * *

Stosunki polsko – radzieckie [czyt.: rząd londyński – ZSRR] bardzo szybko chłodną, tym szybciej im trudniej jest doszukać się kilkunastu tysięcy oficerów i osób sprawujących ważne funkcje w administracji polskiej na Kresach, ściślej: terenach zajętych przez Armię Czerwoną w ’39 r. Znalezienie grobów przez Niemców, staje się kroplą, która przelewa czarę. Rząd emigracyjny zrywa stosunki z ZSRR, a wyprowadzenie na przełomie ’42 i ’43 r. wojsk Andersa i kilkudziesięciu tysięcy cywilów z ZSRR do Iranu, a potem do Palestyny ułatwia ten krok.
Z punktu widzenia Stalina i jego planów [r. ’43 to zarówno Stalingrad jak i Łuk Kurski, czyli finalne oddanie inicjatywy strategicznej w ręce RKKA. W naszych rozważaniach nie wnikam jakim kosztem] jest to prezent jakiego nie mógł się spodziewać. Organizuje ZPP – Związek Patriotów Polskich, czyli komunistów, mających za zadanie z nim współpracować, niedługo potem w Sielcach nad Oką, ponownie powstają oddziały Wojska Polskiego. Tym razem z określeniem Ludowego, choć dla wielu żołnierzy było ono takim samym Wojskiem Polskim jak to przedwojenne, a myślą że będą się bić z Niemcami – najważniejsza.
W czerwcu ’44 r. rusza jedna, z wielu operacji – ta nosi kryptonim Bagration. W jej wyniku zostają pobite o odrzucone na kilkaset kilometrów w tył, wojska niemieckiej Grupy Armii „Środek”. Po niecałym miesiącu, pod koniec lipca, formalnie 22-go w wyzwolonym Chełmie, w rzeczywistości nieco wcześniej powstaje PKWN – Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który potem przekształca się w Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej. W jego skład wchodzą komuniści oraz szeroko pojęta lewica.

W odróżnieniu od rządu emigracyjnego, PKWN i jego następcy zwani bardzo często „rządem lubelskim”, od siedziby w której urzędował przez pierwsze kilka miesięcy, twierdzą, że zasady na jakich rządzą, że konstrukcję i zasady systemu władzy opierają na konstytucji marcowej. Niby nic ale...

* * *

Stalin doskonale wie, że podstawy prawne na jakich działa rząd londyński, są nazwijmy to – iluzoryczne, zaś samo przekazanie władzy zarówno w okresie po zamachu majowym jak i później nie było wolne od łamania prawa i ingerencji z zewnątrz. Odwołując się do konstytucji marcowej jako podstawy prawnej działania nowych władz, niemalże automatycznie wysyła dwa bardzo ważne sygnały, skierowane nie tyle do „kraju”, czy inaczej – społeczeństwa polskiego, choć tam także, ale na zewnątrz w kierunku Aliantów zachodnich:

Pierwszy – to fakt odwołania się do ostatniej legalnej władzy polskiej, do ostatniej legalnej konstytucji uchwalonej w czasie przedwojennym, do systemu który działał, nazwijmy to „rożnie” ale był w pełni legalny
Drugi – to niemal namacalne podkreślenie łamania prawa jakie było udziałem władz emigracyjnych z Londynu, ich pogardy dla prawa nie tylko w postaci zastanych ustaw, ale tych które sami uchwalali.

Sumarycznie oznaczało to oczywiste i namacalne przekreślenie dziedzictwa i Piłsudskiego, i sanacji i całej w zasadzie struktury politycznej, całego systemu jaki był w Polsce po zamachu majowym. Stało się gdyż nie było żadnych podstaw prawnych na jakich sanacja objęła rządy, ba nawet nie potrafiła zmienić konstytucji i przekazać władzy a potem rządzić zgodnie z prawem, które sami uznawali i uchwalali.

Dokładnie dlatego, Stalin i ZSRR uznawali władze lubelskie za jedyny legalny rząd polski, który mógł reprezentować swój kraj, interesy społeczeństwa i być podmiotem praw i obowiązków. Oczywiście ułatwieniem w rozmowach i argumentacji z aliantami zachodnimi był, fakt, że uznawał on zmiany terytorialne jakie zostały z grubsza wprowadzone w Teheranie, a jego polityka nie szła w poprzek Aliantom, czyli nie stanowiła czystej abstrakcji i nie była objawem życia w świecie urojonym.

* * *

Konstytucja marcowa jako podstawa prawna, sprawiała że rządowi lubelskiemu można było zarzucić w zasadzie tylko fakt, że był zależny, czy że podlegał podobnym wpływom jak rząd londyński – Wielkiej Brytanii, tak on ZSRR i Stalinowi. Reszta zarzutów nie wchodziła w rachubę. Władzy bowiem nie przejął bezprawnie, czas wojny jest czasem wyjątkowym – co oznacza, że zgodnie z odnośnymi ustawami, mogły być wprowadzane ograniczenia w prawach obywatelskich, a władza tymczasowa nie biła po oczach z racji tego, że na terenach ówczesnej Polski toczyły się działania wojenne. Co więcej słynne pięć dekretów PKWN wprowadzane systematycznie od sierpnia można było łatwo uzasadnić koniecznością spokoju w państwie, działającym w wyjątkowym warunkach., nawet ten „O ochronie Państwa”.

Te a nie inne działania oznaczały, że de facto, rząd lubelski czuł się realnym rządem, realną władzą na terenach wyzwolonej Polski. Stan ten ostatecznie, jako faktyczny, został uznany przez znakomitą większość świata do lipca ’45 r.

Sytuacja ta nie różniła się od tego jaką władzę sprawowała sanacja od ’26 r. Ona również była rządem de facto, ona również była rządem uznawanym przez świat, jako rząd realny, choć de iure nie miała do tego żadnego prawa, w czasie wojny – w szczególności.

De iure – o wiele większe podstawy prawne miał o ironio, rząd lubelski. Z prostego powodu – odrzucał on wszelkie zmiany prawne jakie nastąpiły po maju ’26 r., zaś sama wojna sprawiła, że pewne rzeczy można było o wiele łatwiej przeprowadzić. Rząd lubelski odwoływał się i uznawał się za spadkobiercę ostatnich legalnych [!] władz jakie rządziły w II RP.

Oczywistą sprawą jest to, że uznawał się za następcę prawnego przedwojennego państwa od początku, do końca. W połączeniu z realną władzą jaką sprawował, sprawiało, że tym bardziej rządem mającym prawo faktycznego rządzenia.

* * *

Ów stan faktyczny, połączony z uznaniem przez świat, a także o wiele większe podstawy prane, wynikające z odrzucenia przez władze lubelskie, potem warszawskie całego dziedzictwa politycznego i prawnego [ale nie następstwa prawnego], Polski międzywojennej, błędy popełnione przez sanację oznaczały, że de iure ma o wiele większe prawa do bycia jedynym i legalnym polskim rządem w ówczesnej sytuacji międzynarodowej.

To oznaczało także, że osoby które z bronią w ręku, lub poprzez próby zamachu stanu sprzeciwiały się działaniom władz warszawskich [jako kontynuatorki rządów lubelskich] stawiały siebie pod drugiej stronie barykady, jako przestępców, przeciw którym państwo ówczesne miało prawo, a czasem i obowiązek walczyć, by przywrócić spokój i porządek, jaki w konstytucji gwarantowało swoim obywatelom. Każdy zaś kodeks karny, za bezprawną napaść na obywatela przewiduje wysokie kary, zaś często bywa tak, że za napaść, rabunek czy morderstwo, a także inne przestępstwa popełnione na funkcjonariuszu na służbie, z racji tego że pełnił swe obowiązki – drastycznie wyższe.

Oznacza, to między innymi, że tzw. żołnierze wyklęci mieli o wiele większe prawo być przestępcami, niż osobami walczącymi w imieniu czy za legalną władzą. Nie byli żołnierzami. Byli przestępcami.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Ernst Thälmann - Sohn seiner Klasse