Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 12 gości.

Ryszard Nazarewicz: Pierwszy oddział partyzancki Gwardii Ludowej

Franciszek Zubrzycki.jpg

 
 
Gwardia Ludowa (od pierwszego stycznia 1944 roku Armia Ludowa) była zbrojnym ramieniem obozu polskiej lewicy rewolucyjnej w latach okupacji hitlerowskiej. GL została zorganizowana przez polskich komunistów – członków Polskiej Partii Robotniczej. To właśnie GL, jako pierwsza poważna polska zbrojna organizacja konspiracyjna, podjęła aktywną walkę partyzancką z okupacją niemiecko-faszystowską. Pod tym względem wyprzedzała więc Armię Krajową (której dowództwo sformułowało najpierw taktykę „stania z bronią u nogi”, a potem „walki ograniczonej”) i inne polskie organizacje patriotyczne. Gwardia Ludowa – składająca się przede wszystkim – z synów robotniczych i chłopskich harmonijnie łączyła w swej walce hasła narodowego i społecznego wyzwolenia. Była więc formacją niepodległościowo-rewolucyjną.

Pierwszy walczący oddziałe partyzancki to oddział imienia Stefana Czarnieckiego, dowodzony przez Franciszka Zubrzyckiego (na zdjęciu) – przedwojennego kazetempowca, a walczący na Ziemi Piotrkowskiej i Radomszczańskiej.

O tym pisze prof. Ryszard Nazarewicz w poniższym tekście.
 
Seis, Redakcja Władzy Rad
 

 
Fragment książki Ryszarda Nazarewicza „Nad górną Wartą i Pilicą. PPR, GL i AL w okręgu częstochowsko-piotrkowskim w walce z hitlerowskim okupantem (1942-1945)”, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1964 (str. 70-79).
[tytuł pochodzi od Redakcji Władzy Rad; pominięto przypisy]
 
 
W połowie maja 1942 r. przybył do powiatu piotrkowskiego 14-osobowy oddział partyzancki. Oddział ten, noszący imię Stefana Czarnieckiego, sformowany został w Warszawie i wysłany w Piotrkowskie przez Sztab Główny Gwardii Ludowej.
 
Był to pierwszy oddział partyzancki w Okręgu Częstochowsko-Piotrkowskim. Dowódca oddziału Franciszek Zubrzycki („Mały Franek”), dawny student Politechniki Warszawskiej, był członkiem KZMP i Związku Walki Wyzwoleńczej. Funkcje jego zastępcy pełnił Marceli Rostkowski („Marcel”), dawny członek KPP z Targówka, trzykrotnie więziony przed wojną. W skład oddziału weszło poza tym 12 gwardzistów: Niemir Bieliński („Mirek”, „Roman”, „Skóra”), Tadeusz Skupniewski z Targówka, trzech zbiegłych z niewoli jeńców radzieckich — „Mikołaj”, „Michał” i „Janek”, oraz 7 robotników i inteligentów z Żoliborza i Marymontu, m.in. Wojtek Sommer oraz „Janusz”, „Zygmunt” i „Pastuch”. Gwardzistów skierowała do oddziału warszawska organizacja PPR, której sekretarzem był wówczas Jerzy Albrecht.
 
Uczestnicy pierwszego oddziału partyzanckiego zostali przeszkoleni wojskowo w pierwszej szkole Gwardii Ludowej w Chylicach pod Warszawą (w lokalu dawnego członka SDKPiL i KPP Stanisława Grunwalda). Komendantem szkoły był wówczas Janusz Zarzycki („Wojtek”). Nazajutrz po zakończeniu kursu i złożeniu przysięgi oddział wyruszył w pole.
 
Decyzja Sztabu Głównego GL o wysłaniu oddziału właśnie w Piotrkowskie zapadła z końcem kwietnia i podyktowana była szeregiem przyczyn. Chodziło o wzniecenie ognisk walki zbrojnej na centralnych ziemiach Polski, w pobliżu wielkich ośrodków robotniczych — Łodzi i Śląska. Dotychczas bowiem oddziały partyzanckie i grupy bojowe walczyły jedynie na Lubelszczyźnie oraz Podlasiu i reakcja usiłowała przedstawić je jako grupy sowieckie przybyłe zza Buga. W wypadku rozwinięcia walk partyzanckich na terenie Polski centralnej posługiwa-nie się tym frazesem byłoby utrudnione, równocześnie zaś wykazano by, że ruch partyzancki może istnieć nie tylko na terenach obfitujących w wielkie, trudno dostępne obszary leśne, ale i w rejonach o mniejszym stosunkowo zalesieniu, charakterystycznym dla centralnej części Polski.
 
Przed wyjazdem w teren dowództwo oddziału wzięło udział w naradzie, która odbyła się u Mariana Spychalskiego („Marek”), ówczesnego Szefa Sztabu Głównego Gwardii Ludowej, z udziałem m.in. Jerzego Albrechta. 15 maja 1942 r. Dowództwo Główne wystosowało specjalny rozkaz, „Do oddziałów Gwardii Ludowej wyruszających w pole”, w którym pisało:

Nie jesteście pierwsi. Pierwsze oddziały partyzanckie wyszły w pole jeszcze przed jesienią 1941, a wczesną wiosną jeszcze przy śniegu rozpoczęły ożywioną działalność nowe oddziały na terenie Lubelszczyzny[...]. Zadaniem waszym jest przenieść walkę partyzancką do centrum Polski. Inne oddziały rozpoczną ją na terenach wcielonych do Rzeszy i w pozostałych dzielnicach. Bezpośrednią naszą rezerwą i zapleczem jest cały naród polski, jest każdy uczciwy Polak spotkany na drodze naszej walki. Idźcie zgodnie do walki z każdym, kto jej szczerze pra-gnie. Nie jesteście ostatni. Za wami pójdą setki i tysiące…
 
Zgodnie z zamierzeniami Sztabu Głównego Gwardii Ludowej oddział „Małego Franka" miał po wstępnym rozpoznaniu terenu i umocnieniu się w Piotrkowskiem przystąpić do akcji dywersyjnych, wymierzonych przede wszystkim przeciwko obiektom wojskowym i kolejowym. Jednocześnie oddział miał atakować posterunki żandarmerii i granatowej policji, głównie w celu zdobycia broni, w którą miano uzbroić nowych partyzantów ze środowiska miejscowego. Innym ważnym zadaniem oddziału było prowadzenie pracy uświadamiającej w terenie, urządzanie masówek we wsiach, kolportowanie prasy podziemnej, a także udzielanie pomocy grupom Gwardii Ludowej w miastach i wsiach oraz dalsza rozbudowa GL przez skupienie w jej szeregach wszystkich Polaków, którzy uważali walkę zbrojną za najskuteczniejszą drogę do wyzwolenia.
 
Wykonanie tych zadań niezmiernie utrudniało bardzo słabe uzbrojenie oddziału. Oddział przywiózł ze sobą zaledwie l karabin (ucięty), 6 pistoletów różnych typów z niewielką ilością amunicji, 12 granatów bakelitowych (filipinek), 3 pary kluczy do rozkręcania szyn i 3 piły do ścinania słupów. Tak wyekwipowani rozpoczęliśmy walkę z uzbrojonym po zęby okupantem — pisał jeden z uczestników oddziału „Franka”. Nie osłabiło to jednakże ich zapału i woli walki.
 
Oddział wyjechał z Dworca Wschodniego po południu 15 maja 1942 r. Na ostatniej stacji przed Piotrkowem, w Moszczenicy, partyzanci wysiedli. W lesie pod Moszczenicą „Mały Franek” przeprowadził odprawę oddziału i wyjaśnił gwardzistom ich najbliższe zadania. Pobyt w lesie wykorzystano dla zaznajomienia się z terenem i przeszkolenia, dokonywano też łatwiejszych akcji, jak ścinanie słupów telefonicznych. Następnie przystąpiono do poważniejszych działań, m.in. 2 czerwca rozkręcono szyny pod Rozprzą, a później pod Tomaszowem Mazowieckim. Przerwa w ruchu kolejowym trwała po akcji pod Rozprzą 5 godzin, a pod Tomaszowem — 8 godzin. Działaniami tymi kierował bezpośrednio Franek Zubrzycki. Po kilku dniach pobytu w polu partyzanci udali się do Warszawy, aby uzupełnić braki w sprzęcie.
 
Po krótkim wypoczynku nastąpił ponowny wyjazd w Piotrkowskie. Oddziałowi towarzyszył jako instruktor wojskowy Sztabu Głównego GL Józef Mrozek („Józek”), uczestnik walk w Hiszpanii, a także Bolesław Mołojec („Edward”), który pochodził z tych okolic. Tej samej nocy rozkręcono szyny na trzecim kilometrze przed Moszczenicą.
 
W Piotrkowie Zubrzycki i Mrozek nawiązali 8 czerwca kontakt z Aleksym Kudyniukiem, który przechowywał 5 pistoletów z amunicją przywiezionych przez Paplińskiego, Kowalczyka i Śliwę. Broń tę Kudyniuk przekazał Mrozkowi, który zakomunikował mu hasło, uzgodnione uprzednio z Paplińskim. W tym czasie oddział posiadał 8 pistoletów i kilka granatów.
 
9 czerwca oddział „Małego Franka” dokonał akcji mającej na celu zdobycie broni i pieniędzy w nadleśnictwie Meszcze (pow. Piotrków). Zabrano 2 dubeltówki, amunicję, komplet map terenu oraz 5000 zł znajdujących się w kasie. Nadleśniczy [Jeremi Kozłowski z ZWZ], podobnie jak i okoliczna lud¬ność, ustosunkował się pozytywnie do partyzantów.
 
Bezpośrednio po tym oddział podzielił się na 2 grupy: jedna z nich pozostała pod dowództwem Zubrzyckiego, dowództwo nad drugą objął Rostkowski. Uważano bowiem, że mniejsze oddziały łatwiej wymkną się nieprzyjacielowi podczas przewidywanej obławy. „Franek” wybrał kierunek na Sulejów (przez Koło), „Marcel” zaś miał rozkręcić szyny na południe od Piotrkowa i powrócić do lasów lubieńskich.
 
Działania partyzantów wywołały kontrakcję władz hitlerowskich. Na wiadomość o pobycie partyzantów na terenie nadleśnictwa w Meszczach, rejon ten otoczyły znaczne siły Sipo, żandarmerii oraz policji granatowej. 20 czerwca nad ranem pod wsią Polichno, 6 km od Meszcz, grupa „Franka” została osaczona przez znaczne siły niemieckie. Po 8-godzinnej walce partyzanci przedarli się w kierunku Wolborza, tra¬cąc 3 zabitych; „Franek” został ranny. Ranny partyzant „Józek” został następnego dnia znaleziony przez Niemców w lesie. Również i hitlerowcy ponieśli krwawe straty; m.in. ranny został w głowę szef placówki Sipo w Piotrkowie — Altmann, zabity zaś Kunkei, tłumacz tejże placówki.
 
„Franek” i jego grupa przeszli Pilicę na południowy wschód od Wolborza, a stamtąd przedostali się do Warszawy. W mieszkaniu Jerzego Albrechta udzielił rannemu pomocy lekarz Gwardii Ludowej Jerzy Gromkowski („Grzela”). Tylko na krótki czas udało się towarzyszom zatrzymać go dla leczenia. Z niezagojoną jeszcze raną powrócił w teren.
 
Była to pierwsza walka partyzancka na terenie Okręgu Częstochowsko-Piotrkowskiego. Przeciwko oddziałowi Gwardii Ludowej liczącemu 10 ludzi (siedmiu odeszło z „Marcelem”), słabo uzbrojonemu, okupant zmuszony był użyć sił gestapo, żandarmerii i policji granatowej z Piotrkowa i Tomaszowa Mazowieckiego, a także zmotoryzowanej jednostki Schupo z Częstochowy. Na wynik walki wpłynęły w pewnym stopniu błędy taktyczne, wynikające z braku doświadczenia gwardzistów w walkach partyzanckich. Należało do nich wybranie miejsca postoju zaledwie o 6 km od miejsca dokonanej akcji, w punkcie nienadającym się do tego ze względu na słabe podszycie lasu, bliskość traktu itp. Nie dość czujni wartownicy zbyt późno zaalarmowali oddział. Olbrzymi zapał i bojowość gwardzistów umożliwiły im wydostanie się z okrążenia przez wielokrotnie przeważające liczebnością i uzbrojeniem siły nieprzyjaciela. Działo się to w terenie słabo znanym gwardzistom, których większość stanowili przyjezdni z Warszawy. Nie mogło też być oczywiście mowy o skorzystaniu z pomocy ZWZ, którego władze zajęły negatywne stanowisko wobec akcji zbrojnej PPR i partyzantów. Nadal próbowano kwalifikować to jako akcję „desantów sowieckich”.
 
Tymczasem druga grupa, dowodzona przez Rostkowskiego („Marcel”), dojechała pociągiem towarowym do stacji Teklinów (pow. Radomsko) i w jej pobliżu dokonała rozkręcenia szyn, skąd następnie powróciła w Piotrkowskie na umówiony punkt w okolicy Lubienia. Tam gwardziści oczekiwali przez 3 dni na grupę „Franka”, nie wiedząc jeszcze o jej rozbiciu pod Polichnem, po czym wyjechali do Warszawy. Po kilku dniach znów wrócili w teren, tym razem do rejonu Tomaszowa, gdzie korzystali z pomocy miejscowych członków organizacji. W pobliskich lasach spalskich, między wsiami Kraśnicą i Antoniowem (ówczesny powiat tomaszowski), gwardziści zostali otoczeni przez żandarmów. W walce zginęli: Marceli Rostkowski oraz „Mikołaj” i „Zygmunt”. Reszta oddziału z trudem przedostała się do Opoczna. Bieliński, ranny w rękę, dotarł do Piotrkowa, gdzie aż do wyzdrowienia przebywał u Aleksego Kudyniuka.
 
Ciężkie ciosy, jakie spadły na obydwie grupy oddziału im. Czarnieckiego, wpłynęły na wzmożenie wysiłków w celu usunięcia głównych przyczyn poniesionych klęsk. Do przyczyn tych należało m.in. słabe oparcie partyzantów w terenie, na którym działali, i związane z tym korzystanie z Warszawy jako głównej bazy wypadowej oddziału.
 
Komitet Okręgowy PPR wraz z dowódcą Okręgu GL Franciszkiem Zubrzyckim rozwinęli pracę nad budową terenowych ogniw Gwardii Ludowej. Miało to jednocześnie rozszerzyć zaplecze oddziału i zasilić go kadrą miejscowych gwardzistów.
 
Pierwsze grupy Gwardii Ludowej powstały w Piotrkowie, Tomaszowie Mazowieckim i Częstochowie. W Piotrkowie został utworzony sztab dzielnicowy GL z Niemirem Bielińskim („Mirek”) na czele. W skład jego weszli: Józef Sowiński jako odpowiedzialny za wyszkolenie, Zygmunt Koczwarski — za wywiad i Marian Stobiecki — za sprawy zaopatrzenia.
 
Rozpoczęto szkolenie wojskowe gwardzistów. W czerwcu istniała już w Piotrkowie grupa kandydatów do oddziału partyzanckiego; w jej składzie obok członków PPR znalazło się kilku młodych ludzi ukrywających się przed wywiezieniem do Rzeszy. Na zbiórkach bywał Zubrzycki i osobiście dobierał gwardzistów do oddziału. Pierwsze akcje miały na celu zdobycie broni. Przy pomocy pożyczonego od „Franka” visa gwardziści zdobyli 2 pistolety parabellum od żandarmów polowych armii hitlerowskiej.
 
W lipcu zreorganizowany oddział im. Czarnieckiego wyruszył w teren pod dowództwem „Franka”. Było w nim już 25 ludzi, w tym 16 spośród przybyłych z Warszawy, 2 byłych jeńców radzieckich, resztę zaś oddziału stanowili gwardziści z Piotrkowa, m.in. Sowiński, Korepta, Koczwarski, Stobiecki. Na skraju lasu partyzanci wywiesili tabliczki z napisami, m.in. „Niemcom wstęp wzbroniony”. W Przygłowie pod Piotrkowem zaatakowano i rozbrojono posterunek granatowej policji, zabierając 3 karabiny i 2 pistolety. Przy pomocy termitówek, które gwardziści otrzymali od znajomych członków ZWZ w Piotrkowie, Majchrzaka i Przybyła, spalono mały tartak w Kłudzicach i podpalono młyn Niemca Naumanna w Przygłowie. Oddział powrócił do Piotrkowa bez strat.
 
W lipcu zorganizowano również grupę GL w Tomaszowie Mazowieckim. Na posiedzenie KD PPR poświęcone tej sprawie przybyli wówczas Anastazy Kowalczyk i Franciszek Zubrzycki. Na komendanta 12-osobowej grupy GL wyznaczono Kazimierza Pomykałę, robotnika parowozowni PKP, w jej skład weszło kilku PPR-owców, zamieszkałych przeważnie na przedmieściu Kaczka.
 
Rozpoczęto również tworzenie Gwardii Ludowej na terenie Częstochowy. Kierownictwo miejskiej organizacji partyjnej oddelegowało do tej pracy Ignacego Liwocha i Hilarego Pilśniaka. W celu zdobycia potrzebnych doświadczeń Pilśniak („Kostek”) wyjechał do Piotrkowa i uczestniczył w niektórych akcjach grupy piotrkowskiej, po czym powrócił do Częstochowy, aby zorganizować tam miejscowy oddział GL.
 
W początkach istnienia Gwardii Ludowej występowało na terenie Okręgu Częstochowsko-Piotrkowskiego zjawisko zacierania się granicy pomiędzy PPR i GL. Już wówczas obowiązywała zasada, stosowana zresztą do końca okupacji, że członkowie PPR są jednocześnie żołnierzami GL (a później AL). W sytuacji, gdy grupy Gwardii Ludowej rekrutowały się prawie wyłącznie z członków PPR, a gwardziści nie należący do partii byli jeszcze nieliczni, trudno było oddzielić od siebie obie formy przynależności. W związku z tym nie zawsze można było odróżnić komitet partyjny od dowództwa GL — w praktyce byli to ci sami ludzie.
 
Można przypuszczać, że pewien wpływ na powstanie tego zjawiska miały sprzeczne z polityką KC PPR błędne koncepcje organizacyjne, przejawiające się m.in. w stosowanej przez pewien czas w dzielnicy piotrkowskiej zasadzie przyjmowania do partii tylko tych, którzy wyrazili gotowość pójścia „do lasu”, do partyzantki. Groziło to oderwaniem się partii od robotników, skupionych w zakładach pracy i pozbawieniem jej możliwości rozszerzania wśród nich swych wpływów. Koncepcje te nie miały jednak większych skutków w praktyce, którą korygowały wytyczne partii i samo życie. Wytworzył się taki układ wzajemnego stosunku PPR i GL, zgodnie z którym w czynnej działalności w oddziałach bojowych i partyzanckich Gwardii Ludowej brała udział część członków partii oraz nie należący do partii gwardziści. Pozostali zaś członkowie PPR prowadzili działalność polityczną w terenie, przede wszystkim zaś w swoich zakładach pracy, uprawiali sabotaż, udzielali pomocy oddziałom GL w różnej formie i stanowili rezerwę Gwardii Ludowej, do której mogli być skierowani we właściwym czasie i w sposób ustalony przez partię.
 
Po zorganizowaniu w głównych ośrodkach Okręgu grup GL zamierzał „Franek" wcielić je częściowo do oddziału partyzanckiego im. Czarnieckiego. Wzmocniony i lepiej wyszkolony oddział miał udać się w bardziej dogodne dla działań partyzanckich tereny Okręgu, poruszyć społeczeństwo polskie i spopularyzować Gwardię Ludową.
 
W związku z przygotowaniami do realizacji tego planu „Franek” wyjechał do Częstochowy. Tam skontaktował się z Liwochem i Pilśniakiem i przedstawił im założenia planu działań oddziału, po czym wspólnie z Mieczysławem Janikowskim („Stały”) przystąpił do opracowania odpowiedniej marszruty. Przewidywała ona przemarsz z Toma¬szowa w Opoczyńskie i Koneckie i stamtąd przez lasy radomszczańskie do okolic Złotego Potoku, w pow. częstochowskim, gdzie istniała możliwość zaopatrzenia się w ukrytą przez chłopów broń i amunicję po zostawioną w 1939 r. przez rozbite tam oddziały 7 dywizji piechoty. Później oddział miał skierować się w lasy włoszczowskie, miechowskie i wrócić z powrotem na teren Okręgu.
 
Ostateczny plan działania grup GL Okręgu przedstawiał się następująco:
 
Koncentracja gwardzistów grupy warszawskiej (5 — 6 gwardzistów), piotrkowskiej (9 gwardzistów) i tomaszowskiej (3 gwardzistów) powinna była nastąpić w Tomaszowie Mazowieckim w dniu 6 sierpnia. Po zniszczeniu mostu kolejowego na Pilicy, gwardziści mieli przez Tomaszowskie i Koneckie udać się w kierunku Włoszczowy. Na dowódcę oddziału przewidziano Bielińskiego („Mirek”). W dwa tygodnie później oddział miał w okolicy st. koi. Złoty Potok połączyć się z grupą częstochowską, z którą miał przybyć „Franek" i objąć dowództwo nad całością.
 
Zgodnie z tym planem 6 sierpnia 1942 r. Bieliński przybył na dworzec kolejowy w Tomaszowie. Ponieważ zaledwie 8 spośród 19 uczestników koncentracji w Tomaszowie posiadało broń, oddział zamierzał na początku udać się do lasu obok przedmieścia Kaczki, gdzie miejscowi gwardziści mieli zakopane 4 karabiny. Część grupy piotrkowskiej przybyła wcześniej i zatrzymała się w mieszkaniu Banaszkiewiczów przy ul. Ujezdzkiej 44.
 
Wbrew jednak pierwotnym zamierzeniom „Franek" przyjechał na miejsce zbiórki i wysiadł na dworcu w Tomaszowie. Połączone grupy udały się na przedmieście Kaczka i zostały w drodze zaatakowane przez gestapowców i żandarmów, którzy nadjechali samochodami. Walka rozpoczęła się o 8.30 rano i trwała do 11.00. Gwardziści stawiali zaciekły opór, kilku zginęło, m.in. dowódca grupy tomaszowskiej Kazimierz Pomykała. Ranny Franciszek Zubrzycki dostał się w ręce gestapo i przy podjętej próbie ucieczki został zastrzelony.
 
Pozostali gwardziści ostrzeliwując się zdołali dojść do lasu, gdzie był też Korepta z grupą piotrkowską. Lasami przybyli do Piotrkowa i zameldowali Sapacie o wypadkach. Sapata i Sowiński pojechali do Tomaszowa i przekonali się o całkowitym rozbiciu oddziału „Franka”.
 
Na skutek strat poniesionych pod Polichnem, Kraśnicą oraz w Tomaszowie Mazowieckim oddział partyzancki „Małego Franka” przestał istnieć. Szczególnie ciężkich strat doznała warszawska grupa oddziału, z której prawie nikt nie ocalał. Mimo tak tragicznego końca, będącego wynikiem zdrady i zaskoczenia, mimo niewielkich w sensie militarnym rozmiarów i zasięgu jego działalności, akcja oddziału im. Czarnieckiego miała olbrzymie znaczenie dla Okręgu, a także dla Gwardii Ludowej w całym kraju. Pokazała ona, że w Polsce centralnej, na terenach stosunkowo słabo zalesionych, możliwe jest prowadzenie partyzantki, i to nawet przy pomocy prymitywnych środków. Oznaczało to rozszerzenie na zachód obszaru objętego partyzantką i zbliżenie jej do terenów przyłączonych do Rzeszy, co miało szczególne znaczenie polityczne i wojskowe.

Portret użytkownika ANTYKOM
 #

Tak... "legenda" oddziały GL "Małego Franka". Och chłopcy. Może weźcie do ręki dokumenty na nie propagandę z czasów PRL. Was "bohater" to zwykły i pospolity bandyta. W czasie pierwszej wycieczki do lasu w maju 1942 roku nic jego 15 osobowy oddział nie dokonał. Ot kila kradzieży kur, jakieś tam poszturchiwanie chłopów. Bo Niemców omijali jak tylko mogli. W czerwcu 1942 oddział "Małego Franka" wykonał swoją pierwszą akcję rozkręcania szyn, w nocy z 8 na 9 czerwca na trzecim kilometrze przed Moszczenicą, po czym skierował się do lasów Lubień na południowy-wschód od Piotrkowa, gdzie sterroryzował leśniczego w Meszczach, Jeremiego Kozłowskiego członka ZWZ - AK. Kozłowskiemu zabrano dubeltówkę i 5 000 zł. Po za tym znane są liczne przykłady współpracy GL z Niemcami, zwykłego bandytyzmu... No cóż jedyną kadrą na jaką mogli liczyć w Polsce komuniści to głównie kryminaliści. W sumie tak na prawdę GL-AL nigdy nie miały więcej niż 4-5 tys członków. Do tego dochodziły, dziś nieźle udokumentowane zbrodnie na Żydach, które po wojnie starano się przypisać AK, WiN, NSZ. Największą zasługą komunistycznej GL/AL był bandytyzm i przypisywanie sobie zasług innych grup partyzanckich np. NSZ. itd. itd...

 
Portret użytkownika dawid jakubowski
 #

Skąd te powalające informacje ? Z prac o "tajnym obliczu" GL i AL Gontarczyka, L. Żebrowskiego, Chodakiewicza i spółki ? Coś mi się zdaje, że zaliczasz się do ludzi, którzy czytają Nasz Dziennik i wszystko - we własnym mniemaniu - wiedzą. Oczywiście o realnej i udokumentowanej w niemieckich archiwach współpracy niektórych Kedywów AK i oddziałów NSZ z Niemcami to towarzystwo wzajemnej adoracji milczy.

Przypadki bandytyzmu ? Warto zwrócić uwagę na bardziej uniwersalny wymiar argumentu obrony przed zarzutami bandytyzmu wykorzystywany zresztą w pierwszych nieśmiałych jeszcze obronach NSZ prowadzonych między innymi - ciekawe, czy to będzie niespodzianka dla Antykoma, który pewnie uważa, że GW to komuniści - na łamach GW zarówno piórem Piotra Lipińskiego, jak i Stefana Niesiołowskiego, fragment dziennika pochodzącego z Lubelszczyzny Zygmunta Klukowskiego, który opisuje, ze w czasach okupacji ten sam oddział AK, z którym był zaprzyjaźniony potrafił go obrabować pod groźbą kary śmierci.

Także autor tekstu pod którym dyskutujemy i którego znałem osobiście, prof. Nazarewicz nie twierdził, że przypadki brutalizacji obyczajów związane z uciążliwościami wojny występowały tylko po jednej stronie, choć zauważał, na podstawie dokumentów pomniejszanie i wręcz przemilczanie win prawicowego zbrojnego podziemia i kreowanie przerostu takich wydarzeń po stronie lewicowych formacji. Zauważał też wykorzystanie przez Gontarczyka i jego kolegów jako materiał dowodowy odpowiednio posklejanych fragmentów zeznań podsądnych byłych dowódców GL/AL w śledztwach stalinowskich, którzy przyznawali się do zbrodni często nie popełnionych.

Autorzy których poglądy wyznajesz, stosują dokładnie tę metodologię, którą próbujesz zarzucać zwolennikom komunizmu, tyle, że a rebours, przemilczając zasługi różnych formacji lewicowych w walce z okupantem. Stąd potem powtarzanie bez żadnej refleksji takich banialuk jak twoje baśnie z tysiąca i jednej nędzy : "Największą zasługą komunistycznej GL/AL był bandytyzm i przypisywanie sobie zasług innych grup partyzanckich np. NSZ. itd. itd..", czy też powtarzanie bajek o mordach na Żydach, choć sprawę rzekomych mordów Korczyńskiego wyjaśniła już komisja, która przywróciła mu należną cześć po latach stalinowskich represji i oszczerstw, co wyjaśnił np gen. Edwin Rozłubirski, bohater m.in. powstania warszawskiego w latach 90 z ramienia AL.

Tak, ta pozbawiona rzekomo zasług AL przelewała też krew w powstaniu warszawskim, wiedziałeś ?

 
Portret użytkownika seis
 #

W sumie tak na prawdę GL-AL nigdy nie miały więcej niż 4-5 tys członków. (ANTYKOM)
 
To ciekawe rzeczy prawisz, bo nawet paszkwilanci lewicowego ruchu oporu (Piotr Gontarczyk, Leszek Żebrowski, Marek Chodakiewicz w "Tajnym obliczu GL-AL, PPR", Warszawa 1997, t. I-III; albo pracownicy IPN w "podręczniku" pt. "Od niepodległości do niepodległości" (tu nasza recenzja tego "dzieła": http://1917.net.pl/?q=node/6139)) podają wyższe szacunki a mianowicie 6 tysięcy. I tak są to dane znacznie zaniżone.
Co na to poważni historycy?
M. Wieczorek o około 45 000; L. Podhorodecki pisze o 15 000 (VII 1944) gwardzistów; J. Topolski 20 000-30 000; A. Paczkowski o 20 000 wiosną 1944 roku; W. Sienkiewicz pisał o 30 000 latem 1944 roku; A. Chojnowski i H. Manikowska mówią o 30 000; H. Rolet aż o 50 000;
 
Natomiast co do "kryminalistów": tacy ludzie przenikali do każdej organizacji patriotycznej - i do AL, i do AK, i do BCh. Żadna z tych formacji święta nie była. Ale eksponowanie jakichś pojedynczych przypadków w Armii Ludowej, zaś przemilczanie w innych formacjach, uważam za zwykłą podłość.

 
Portret użytkownika MARCIN
 #

ANTYKOM powielasz te same brednie jak twoi naukowi guru.Oskarżasz żołnierzy GL-AL o zbrodnie,których dokonywali twoi idole z NSZ.Skoro jesteś taki oczytany to wymień bitwy,które stoczyły oddziały NSZ z hitlerowcami w GG dla ułatwienia dodam,że było ich tylko sześć przypadkowych potyczek.Niestety niedoczytałeś lub posklejały ci się kartki o tym jak NSZ zamordowali emisariusza AK,który przybył z prośbą o pomoc Powstaniu Warszawskimu.Rozumiem,że w ramach "walki o niepodległość" po 1945 roku mordowali kobiety nabijali na płoty dzieci.Poczytaj sobie książki poświęcone NSZ autorstwa Cezarego Chlebowskiego całkowicie prawicowego historyka tam jest cała prawda o twoich idolach z NSZ.

 

Społeczność

Lenin001