Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 23 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Naszym zdaniem

Logo PZPR

Klasą robotniczą manipulowano przez cały okres PRL. Trudno nie dostrzegać faktu, że konsekwentny proces reform gospodarczych w okresie panowania biurokracji partyjno-państwowej był taki konsekwentny w jednym kierunku: ku gospodarce rynkowej. Gospodarka rynkowa nie jest tożsama z gospodarką kapitalistyczną, ale bez alternatywy dyktatury proletariatu jest skazana na rodzenie i odradzanie kapitalizmu z jego sprzecznościami i wyzyskiem pracy.

W sensie ideowym więc robotnicy nie byli uświadamiani o tym drugim dnie reformatorskich zapędów biurokracji. A nawet wręcz przeciwnie, biurokracja ta robiła wszystko, co w jej mocy, aby robotnicy zapomnieli o radach robotniczych – zastąpionych przez martwo urodzone atrapy różnych form „partycypacji pracowniczej”. Co zresztą ściągnęli od zmyślnych zachodnich socjaldemokratów, którzy byli dla nich niedościgłym wzorcem ideowym.

Kto miał w PRL możliwość działania w klasie robotniczej, jak nie zaufani lub „swoi” rewizjoniści typu Kuronia? Ci, którzy nie należeli do tej kategorii byli uważani za błaznów, za „wiejskich pastuchów”, którzy wyrwali się z zadupia i mieli co najwyżej jakieś prowincjonalne koncepcje dawno już przezwyciężone przez zachodnią socjologię i ekonomię.

W naszym specyficznie drobnomieszczańskim i kołtuńskim społeczeństwie realną możliwość działania mieli tylko ci, którzy byli chronieni przez jedno ze skrzydeł wielkiego społecznego konfliktu: Kościół i większość społeczeństwa albo Partia i jej aparat bezpieczeństwa. Szczątkowa komunistyczna, oparta na tradycjach marksizmu i rewolucyjnego nurtu robotniczego garstka rozproszonych ludzi nie miała tu nic do gadania.

W Polsce żywa była tradycja wzajemnej niechęci między PPS a SDKPiL. Nasz ruch robotniczy wyrósł na tym podłożu. Komunistyczny nurt był nurtem przegranym w opinii większości działaczy robotniczych w okresie międzywojennym, a i po wojnie tylko układ geopolityczny przechylił szalę przewagi.

Jeżeli więc ktoś chce rozdzielać słowa przygany, to powinien brać pod uwagę cały złożony kontekst naszego ruchu robotniczego, a nie tylko swoje prywatne anse i dąsy.

A już szczególnie w sytuacji, kiedy klasa robotnicza pokazuje – wbrew oszczercom – że kiedy nie jest na nią wywierany obezwładniający wpływ głupiej propagandy, to spontanicznie wyczuwa swoje interesy klasowe. Problem w tym, że bez klasowej ideologii nie jest ona w stanie skutecznie walczyć. Trudno za dobrą podstawę skutecznej klasowej ideologii uznać ciągłe onanizowanie się resentymentem wobec robotników. Biurokracji zawsze przeszkadzała klasa robotnicza: niewdzięczna i leniwa. Biurokrata nigdy nie przestanie być biurokratą. Choćby i minęło 20 lat.

ŹRÓDŁO UPADKU „REALNEGO SOCJALIZMU”

Powiedzmy sobie jasno, pretensje do klasy robotniczej za jej rzekomą niewdzięczność, lenistwo, warcholstwo itd., itp., nie zrodziły się w 1989 roku. To stara śpiewka służąca samousprawiedliwieniu biurokracji, która przez 45 lat nic przecież nie mogła. Chyba że znacząco mrugać: „Wiadomo, Moskwa…”, schlebiając drobnomieszczańskim gustom polskiego „patrioty”.

To Stalinowi zawdzięczamy fakt, że wśród polskich komunistów w latach PRL nie pojawiła się żadna postać o historycznym formacie, chociaż polski ruch robotniczy miał wszelkie dane, aby zrodzić takie postaci, które potrafiłyby przynajmniej podjąć walkę o socjalizm. Biurokracja stalinowska wcale nie przejawiała takiej potrzeby. Ewoluowała sobie systematycznie w kierunku socjaldemokracji (nawet nie socjalizmu).

W wyniku rywalizacji ekonomicznej obu bloków, wysiłek obozu realnego socjalizmu musiał być bez wątpienia większy. Temu chyba nie zaprzeczą nasi domorośli stalinowcy. A na czyje barki w ostatecznym rozrachunku spadał ten większy wysiłek? Czyż nie na barki klasy robotniczej?

Nawet jeśli w PRL klasa ta nie bała się bezrobocia, to przecież jej praca – ze względu na zapóźnienie technologiczne – była gorzej oprzyrządowana i przez to cięższa niż na Zachodzie. Nie korzystała z „renty nadzwyczajnej” wynikającej z przynależności do Pierwszego Świata. A nacisk spowodowany rywalizacją obu systemów nie był przez to mniejszy, tylko co najwyżej większy. Skoro więc klasa robotnicza miała „przywileje”, to sama płaciła za nie pełną cenę, a ponadto ponosiła koszty przywilejów nie tylko swoich, ale i reszty społeczeństwa. Co chyba jest nie mało?

Jest całkowitym ignorowaniem marksizmu twierdzenie, że jakaś biurokracja „dawała” robolom wszystko, a ci okazali się niewdzięczni. Trudno jednak od polskich stalinowców oczekiwać, aby mieli jakieś pojęcie o marksizmie.

Właśnie wiara w to, że slogany zamiast rzetelnej analizy mogą oddziaływać na rzeczywistość jest źródłem upadku realnego socjalizmu w jego stalinowskiej postaci. Zbyt prymitywna, aby wyjaśniać świat, zbyt prymitywna, aby go zmieniać. Nadaje się tylko do podsycania bezpłodnego resentymentu. Niestety, nawet ewentualny, krótkotrwały renesans stalinizmu wywołany kryzysem kapitalizmu nie będzie w stanie stworzyć żadnej konstruktywnej przeciwwagi dla kapitalizmu. Świadczy o tym choćby fakt, że nieodłącznym składnikiem tego „renesansu” jest nacjonalizm w jego najbardziej wulgarnej postaci. Nacjonalizm zastępuje stalinowcom myślenie o podmiocie zmian społecznych. Stalinowcy zrodzeni przez narody nie mające własnej „misji historycznej” (a trudno, aby miał je naród, który do socjalizmu nadaje się przecież nie bardziej niż krowa pod siodło) mają podwójnie przerąbane. Nadają się tylko na bezmózgich naśladowników. Tragikomiczne jest zresztą to, że tak naprawdę, to nie przejawiają żadnych innych ambicji.

Źródło: dyktatura.info

Społeczność

jednolity front