Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 29 gości.

Filip Ilkowski: Szaleństwo smoleńskie i jego metoda

2. rocznica smoleńska

Cały Kaczyński. Cyniczne granie religią i służalczość wobec USA.

Jarosław Kaczyński otwarcie mówi, że najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy smoleńskiej był zamach. Antoni Macierewicz dodaje, że zamach oznaczający wypowiedzenie wojny.

Dwa lata po katastrofie tłumy pod Pałacem Prezydenckim i Ambasadą Rosji domagające się „prawdy o Smoleńsku” – czyli ujawnienia spisku rządów/tajnych służb Polski i Rosji, zawiązanego w celu pozbawienia życia byłego prezydenta i całej „głowy narodu” – były większe, a przebiegające w tym duchu „obchody” rocznicy katastrofy dłuższe i huczniejsze niż przed rokiem. Temat Smoleńska nie schodzi z medialnych czołówek, a przynajmniej przez połowę kwietnia był głównym tematem sporów politycznych w Polsce. Mycie wraku Tupolewa zdecydowanie zdystansowało podniesienie wieku emerytalnego. Czy w tym szaleństwie jest jakaś metoda?

Smoleńsk jako mit narodowy

Katastrofa smoleńska wydaje się być idealnym kandydatem do stania się kolejnym mitem umacniającym narodową jedność. W klasowym społeczeństwie, w jakim dziś żyjemy, mity te mają istotną funkcję nadawania operatywności pojęciu „narodu”, mówiącemu w istocie, że wszyscy żyjący w określonych granicach i pod władzą określonego państwa mają z tej racji wspólne interesy. Nawet w swojej najszerszej interpretacji odrzucającej rasistowskie czy nacjonalistyczne teorie „krwi”, czyli niewykluczające poza narodową wspólnotę tych, którzy z jakiś biologiczno-rasowych powodów mają nie być jej „prawdziwymi” członkami, nawet wtedy funkcją pojęcia „narodu” jest zamaskowanie różnic między oligarchami a zwykłymi ludźmi, kapitalistami a pracownikami.

Bogaci czy biedni mają czuć się przede wszystkim Polakami i Polkami, chcieć, by „Polska rosła w siłę”, nawet jeśli oznacza to wyrzeczenia i fakt, że tylko tym bogatym będzie się „żyło dostatniej”. Ponieważ w oczywisty sposób życie codzienne, kultura i obyczaje „naszych” bogaczy nie mają nic wspólnego z życiem zwykłych ludzi, odpowiednio spreparowane mity mają utwierdzać nas w przekonaniu, że w rzeczywistości jesteśmy jedną wielką rodziną.

Katastrofa smoleńska mogłaby wpisać się w tę mitologię przynajmniej równie dobrze, jak dawne przegrane powstania. Jeśli przypomnimy sobie sceny z kwietnia 2010 r. – atmosferę powszechnego współczucia wobec zwykle nielubianych wcześniej polityków, morze kwiatów pod Pałacem Prezydenckim, wyciszenie sporów między głównymi partiami (z których każda straciła znanych przedstawicieli), bo teraz wszystko miało być inaczej, bo wszyscy mieliśmy być razem – widać jak bardzo Smoleńsk mógł budować owe mityczne „razem”. Być może za kilkadziesiąt lat, jeśli nic się zasadniczo w świecie i Polsce nie zmieni, katastrofa z 2010 r. będzie uczona w szkołach właśnie pod kątem wychowania patriotycznego (pamięć o „elicie narodu” itp.). Na razie jednak ta jej uniwersalnie użyteczna dla panujących funkcja została zupełnie zmarginalizowana przez zawłaszczenie mitu smoleńskiego dla doraźnego sporu politycznego tu i teraz.

Smoleńsk i krytyka transformacji

Głównym rozgrywającym sprawę Smoleńska jest oczywiście środowisko PiS. Jeśli przyjrzymy się ideologii tej partii, trudno uznać to za zaskoczenie. Rzekomy „zamach” smoleński doskonale bowiem wpisuje się w swoistą drobnomieszczańską krytykę polskiej transformacji po 1989 r. uprawianą przez to środowisko już od lat 90 – tych. Dla PiS, a wcześniej Porozumienia Centrum i pomniejszych formacji prawicowych, kapitalizm jest systemem skutecznym, dobrym i jedynym możliwym. Nie przypadkiem Jarosław Kaczyński mówił nie tak dawno, że Polsce potrzeba „nowej fali kapitalizmu”. Środowisko to nie wyraża jednak zadowolenia z transformacji (postrzeganej powszechnie jako budowa kapitalizmu) w sposób typowy dla zadowolonych z własnego dzieła (i, często, także własnych majątków) ludzi z dzisiejszej PO czy dawnej Unii Wolności. Przeciwnie, przedstawia jej zagorzałą krytykę, uznając za konieczne zbudowanie zupełnie nowej „IV RP” mającej być zerwaniem z jej rzeczywistością.

Dla PiS-u kapitalizm ma być dobry, ale transformacja zła. A to dlatego, że nieodpowiedni ludzie mieli stanąć na jej czele. I nie chodzi tylko o rządowe elity (choć, oczywiście, o nie też), ale o niewłaściwych ludzi na każdym szczeblu machiny politycznej i ekonomicznej. Do dziś Kaczyński twierdzi, że głównym problemem „uwłaszczenia nomenklatury” był fakt, że biznes rekrutował się w Polsce na zasadzie „selekcji negatywnej” – to znaczy na jego czele stawały, jak się niedawno wyraził, „typy spod ciemnej gwiazdy”. Dlatego przez lata Kaczyńscy i ich polityczni przyjaciele poszukiwali członków tejże nomenklatury, w szczególności domniemanych i rzeczywistych byłych ubeków, jak i dawnych tajnych współpracowników w szeregach opozycji. To oni mieli się dogadać i skierować wszystko na złą drogę, „rozkraść Polskę”, w czym pomagać im mieli ci byli opozycjoniści, którzy „zdradzili”, w tym sensie, że uczestniczyli w tym skoku na kasę ze strony dawnego aparatu „komunistycznego”. Przez to ci uczciwi i sprawiedliwi biznesmeni nie mogli nic osiągnąć, nie będąc w stanie przebić się przez nową oligarchię dawnych komuchów, przestępców i zdrajców.

W tej wizji zawsze obecna była też doza nacjonalizmu. W końcu „agenci” mogli być szczególnie okropni, gdy dało się ich powiązać z Rosją. Oficerowie rozmaitych służb, z racji faktu, że duża część z nich kończyła rozmaite szkolenia jeszcze „w Moskwie” byli więc jednym z ulubionych celów ataku i dowodów, że cała transformacja opiera się na „zdradzie narodowej”. Z racji zażyłych relacji liberalno-biznesowej śmietanki z europejskimi elitami, szczególnie po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, politykę skorumpowanych salonów można było łączyć z różnymi formami „nacisków z Brukseli”, a szczególnie z Niemiec. Niemcy i Rosja jawią się jako siły, które we własnym interesie wspomagają kryminalno – zdradziecki model transformacji (bo przecież „od zawsze” występowały przeciw Polsce). Do tego stopnia, że Polska, znów według słów Jarosława Kaczyńskiego, miała stać się już tylko „kondominium niemiecko-rosyjskim”. Pewną ciekawostką może tu być fakt, że oskarżający o „klękanie” przed Niemcami czy Rosją Kaczyński sam zawsze szczególnie ulegle „klękał” przez USA. Środowisko okołopisowskie ochoczo popierało wszystkie amerykańskie wojny ostatnich dwóch dekad i polski w nich udział. USA jawi się tu bowiem jako sprawiedliwy kowboj o wartościach bliskich pisowskim, który wydaje się być ostatnią deską ratunku przed wizją rzeczonego „kondominium”.

Frustracje drobnego mieszczanina

Oczywiście generalna ciągłość władzy ekonomicznej przed i po 1989 r., faktycznie rozszerzające się dysproporcje społeczne, katastrofalne często skutki prywatyzacji czy afery korupcyjne – to wszystko wpływało na ogólne poczucie niesprawiedliwości wśród dużej części społeczeństwa, stanowiąc żyzną glebę dla różnych prób krytycznego rozumienia transformacji. Jednak w pisowskiej wersji tej krytyki wszystko ostatecznie sprowadza się do tego, że elity polityczne i gospodarcze pochodzą ze złego źródła. Nie ma tu żadnych prób zrozumienia tego, jak działa gospodarka kapitalistyczna, skąd się bierze zysk i wyzysk, dlaczego wybuchają kryzysy itp. Krytyka „układu” nie ma tu nic wspólnego z krytyką procesów gospodarczych wywołujących biedę, bezrobocie czy inne skutki społeczne. Ot, po prostu, ci i tamci się dogadali w zmowie na rzecz władzy i rabunku. Nie dziwi więc silna wiara w rozmaite teorie spiskowe i nieustanne poszukiwanie „zdrajców”.

Taka krytyka transformacji – oparta o mityczny sprawiedliwy kapitalizm, któremu jakieś ciemne siły nie pozwoliły się rozwinąć – ma swoje umocowanie w strukturze klasowej społeczeństwa. Ideologia i polityka PiS-u to jeden wyrazów sytuacji niższej klasy średniej, a głównie jej tradycyjnej wersji zwanej drobnomieszczaństwem. Drobny właściciel (sklepikarz, kupiec, rzemieślnik itp.), który chce kapitalizmu, ale kapitalizmu, w którym to on jest wielki, nie cierpiący duszącej go oligarchii, z którą trudno mu konkurować i na miejscu której chciałby się znaleźć, poprzez ideologię braci Kaczyńskich może przynajmniej znaleźć uzasadnienie swej rzeczywistej małości. „Ach, gdyby tylko odsunąć od władzy tę całą „Targowicę”, by nasi prawdziwi, prawi i sprawiedliwi, przedsiębiorcy mogliby w końcu rozkwitnąć…” – zdaje się myśleć, prze- jawiając przy tym nadzieję, że ktoś weźmie w końcu to wszystko w garść „silną ręką” i rozliczy kogo trzeba.

W pisowskiej wizji rekonstrukcji systemu ważną rolę zawsze odgrywała więc „walka z przestępczością” wyrażająca się także w wezwaniach do przywrócenia kary śmierci. Ten rodzaj nadziei w jakąś magiczną siłę surowego lecz sprawiedliwego ojca – zbawcę (zgodnie z hasłem „Jarosław Polskę zbaw”) to też rodzaj dramatycznie poszukiwanej zastępczej mocy dla czującej własną bezsilność uboższej części klasy średniej.

Ikoną PiS–u w dużo większym stopniu niż strajkujący pracownik jest więc niegdyś niesprawiedliwie więziony polski kapitalista Roman Kluska. Nie przypadkiem też idolem Jarosława Kaczyńskiego jest premier Węgier Viktor Orban, który radykalnie obniżył podatki dla najbogatszych wprowadzając podatek liniowy, podwyższając je dla banków, hipermarketów, ale i zwykłych ludzi (VAT) znacznie ograniczając jednocześnie prawo do strajków. Dodajmy bowiem, że poszukiwanie pokrewnych utopii sfrustrowanych warstw klasy średniej nie jest jakąś polską wyjątkowością. Podobne nadzieje wyniosły do władzy nie tylko Orbana, ale i… Putina.

Ta drobnomieszczańska krytyka transformacji wykracza jednak poza samą tę klasę spływając w dół ku niższym pokładom społeczeństwa. Ostatecznie, jakkolwiek ułomna i prowadząca na manowce, krytyka transformacji w wersji PiS–u jest jednak jakąś krytyką, próbą całościowego zrozumienia tego, „co poszło nie tak”. Osoby z klas niższych, w tym duża część pracowników najemnych, czują na własnej skórze, że radosno-liberalna wersja Polski jako kraju sukcesu i „zielonej wyspy” jest nieprawdziwa i próbują systematyzować we własnych głowach przyczyny tego zjawiska. Wersja pisowska może być więc akceptowana przynajmniej w części i przez część klasy pracowniczej i generalnie warstw uboższych. W dużej mierze możliwe jest to przez próżnię na lewicy i marność alternatywnego tłumaczenia problemów polskiego kapitalizmu (np. przez SLD i Ruch Palikota, które, ogólnie mówiąc, także są politycznymi wyrazami ideologii różnych warstw klasy średniej). Wybuch walk pracowniczych na większą skalę ułatwiłby wypełnienie tej próżni polityką opartą nie na lękach i nadziejach drobnomieszczaństwa, ale zbiorowej sile w miejscach pracy. Fala strajków, okupacji zakładów, dynamicznego ruchu związkowego wkraczającego do nowych branż, byłaby zastrzykiem ożywczej energii wstrząsającym sceną polityczną i wykazującym jej rażącą nieadekwatność. Obecny niski poziom konfliktów klasowych ułatwia z kolei przyjmowanie narodowego populizmu Kaczyńskiego, gdy pracownicy pogrążają się w tej samej bezsilności, która jest udziałem jego drobnomieszczańskiego zaplecza.

W interesie PO?

Tusk nie dotknął więc istoty sprawy twierdząc w Sejmie, że Kaczyński po prostu uprawia politykę na grobach. Dla PiS–u wiara „zamach” smoleński nie jest tylko grą polityczną, ale ukoronowaniem i podsumowaniem całej ideologii tej partii. Kaczyński wydaje się naprawdę być przekonany, że jego brat i reszta uczestników tragicznego lotu zostali „zdradzeni o świcie”. Nie znaczy to, że w działaniach PiS–u nie ma koniunkturalizmu, a jej prezes „walczy o Prawdę” (przez wielkie „P”) niezależnie od tego, czy mu się to politycznie opłaca. Warto przypomnieć, że w dzisiejszej polityce tej partii wątek smoleński eksponowany jest dużo bardziej niż w kilka miesięcy po rzekomym „zamachu”. Wtedy, w czasie kampanii prezydenckiej, Kaczyński starał się unikać wizerunku „jastrzębia” wzywając do pojednania i występując z orędziem do „rosyjskich przyjaciół”.

Gdyby dziś PiS tracił przez wałkowanie smoleńskich absurdów w sondażach, zapewne także temat ten nie byłby aż tak podgrzewany. Wiara w różne wersje spisku Tuska i Putina przetrwałaby, ale głoszona raczej na zamkniętych spotkaniach niż w publicznej debacie. Partia jednak trzyma się w sondażach, pogrążając przy okazji mogących tylko wlec się w tej sprawie w pisowskim ogonie „ziobrystów” z Solidarnej Polski. Znajduje przy tym pożywkę dla coraz śmielszych hipotez zamachu zarówno w imperialnym ignorowaniu polskich sporów przez Rosję (stale męczona sprawą wraku), jak i, przede wszystkim, w badaniach opinii pokazujących, że niemała część społeczeństwa w jakieś mierze jest w stanie zaakceptować pisowski przekaz. W zamach wierzy ok. 20% społeczeństwa, a ok. 35% za katastrofę wina obarcza głównie stronę rosyjską.

Wydaje się, że właśnie porażka „polityki informacyjnej” rządu w tej kwestii, wyrażająca się rosnącym przekonaniem, że w sprawie Smoleńska rząd „coś tam ukrywa”, skłoniła Tuska do zmiany taktyki i ataku na Kaczyńskiego w Sejmie. We wcześniejszych dniach kwietnia Tusk w milczeniu znosił pisowskie szarże i „obchody” najwyraźniej uznając, że to najbardziej opłacalna taktyka. W środku debat i protestów nad tak powszechnym atakiem na niezamożnych ludzi, jakim jest wydłużenie wieku emerytalnego, czyż dla partii rządzącej może być coś bardziej korzystnego niż głoszenie przez główną partię opozycyjną głupot o katastrofie sprzed dwóch lat? W końcu na kilka tygodni temat emerytur zupełnie zniknął z debaty medialnej ustępując miejsca najbardziej fantastycznym teoriom zamachu.

Może także dlatego Tusk ostatecznie nie wahał się podjąć „smoleńskiej” rękawicy. PiS jednak nie pogrąża się automatycznie, jak sądzą niektórzy, brnąc w teorie spiskowe – nawet jeśli umacnia w poglądach (i pcha w objęcia PO) tych, których już wcześniej odstraszał swym bogoojczyźnianym „oszołomstwem” – gdyż podstawą tych teorii nie są dociekania naukowe, lecz głęboka niechęć do rządu i reprezentowanej przez niego liberalnej polityki transformacji. Prawdziwym problemem jest jednak to, że oparta na niezadowoleniu, mitach i uprzedzeniach drobnomieszczaństwa polityka PiS-u kieruje tę niechęć w zupełnie ślepą uliczkę. W tym sensie partia Kaczyńskiego, ze swą paraliżującą ruch pracowniczy ideologią, jest dla Tuska opozycją wymarzoną.

Tekst ukazał się w majowym numerze miesięcznika "Pracownicza Demokracja"

Społeczność

Chcemy waszych minerałów