Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 15 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: ŻÓŁTE KAMIZELKI, SOLIDARNOŚĆ PIOTRA DUDY, WIELKA REWOLUCJA FRANCUSKA I... PAŹDZIERNIKOWA - CO JE ŁĄCZY, A CO DZIELI?

communism-revolution_002984131.1.jpg

Normal

See video

 
Co łączy tego typu obrazki rodem z tego, co dziś nazywa się „słusznie minioną epoką" (PRL) z ruchem Żółtych Kamizelek?
 
Rozeźleni Francuzi odwołują się do symboliki i ducha Wielkiej Rewolucji Francuskiej, podczas której stan trzeci po raz pierwszy poczuł, jak do szpiku kości przenika go idea, że wszyscy ludzie są sobie równi. Francuzi przekazali to poczucie w genach następnym pokoleniom. Mimo, a może wbrew zohydzaniu pamięci wszelkich ruchów rewolucyjnych w propagandzie tryumfującej reakcji panującej burżuazji, która boi się zwrócenia ostrza rewolucji przeciwko niej samej.
 
Zwracając się poprzez media do Prezydenta, tak jak wówczas zwracali się do Ludwika XVI jako do „Obywatela Capeta”, współcześni Francuzi dokonują symbolicznego aktu potwierdzenia legitymizacji hasła Rewolucji. Rewolucji burżuazyjnej. Żółte Kamizelki usiłują wejść do Pałacu Elizejskiego, aby ten symboliczny akt został potwierdzony w publicznej telewizji i stał się aktem założycielskim nowej Republiki.
 
Macron słusznie obawia się, że pacyfistyczne odnowienie ślubów braterstwa i równości może się zakończyć… dekapitacją.
 
Ale wracając do naszego pytania o to, co łączy oba obrazki – górnicy-związkowcy, niekoniecznie świadomie, usiłują kontynuować swoje prerogatywy wywalczone we wspomnianej wyżej „słusznie minionej epoce”. Te prerogatywy opierają się na logice pierwszorzędnego znaczenia klasy robotniczej w walkach społecznych. Bez tej logiki, ich akcje wyglądają groteskowo, są archaiczne niczym rysunek naskalny i tak są społecznie odbierane.
 
Legitymizacja praw robotników opiera się na zdobyczach innej rewolucji – Rewolucji Październikowej 1917 roku. Jak by nie patrzył, innej legitymacji robotnicy nie posiadają.
 
Tę rewolucyjną legitymizację robotnicy wykorzystywali w okresie tzw. pierwszej Solidarności w walce z poststalinowską biurokracją. Była ona skuteczna i dlatego polscy robotnicy odwołują się do niej i będą się nadal odwoływać. Wbrew tym grupom społecznym, które – jak w Wielkiej Rewolucji Francuskiej – otrzymały swoje, a następnie wiarołomnie, lecz zgodnie ze swoją logiką klasową, olały niespodziewanie ujawniony „stan czwarty”, który był wszakże motorem ich zwycięstwa.
 
Ruch Żółtych Kamizelek ma teoretycznie szerszą bazę społecznego poparcia. Nie powołuje się jednak na doświadczenia rewolucji, których we Francji nie brakowało w XIX stuleciu. Rewolucji bardziej radykalnych, ale jednocześnie zawężających, zgodnie z logiką rozwoju walki klasowej, podmiot zainteresowany konsekwentnym upowszechnianiem praw socjalnych.
 
Ruch ten odrzuca doświadczenie logiki walk klasowych. Trudno mieć do ludzi o to pretensje, skoro cały okres tego doświadczenia przekreśliła w świadomości społecznej lewica powołana do przechowania tego dziedzictwa. Lewica, która sama wybrała dziedzictwo rewolucji burżuazyjnej z jej ograniczeniem do zdobyczy zwycięskiej burżuazji. Tak samo intelektualna lewica poststalinowska wybrała dziedzictwo tejże – nieprzeżytej społecznie – rewolucji burżuazyjnej, transplantowane na rodzimy grunt, z wszystkimi tego konsekwencjami.
 
W tym sensie, ruch Żółtych Kamizelek jest na naszym gruncie nie do przyjęcia przez lewicę, która utożsamia się z postulatami górnej warstwy „stanu trzeciego”. Żółte Kamizelki podejrzanie pachną latentnym „stanem czwartym”.
 
Podobnie postulaty robotników są traktowane przez polską lewicę jako obstrukcja walki o swobody demokratyczne i ich podstawę ekonomiczną postrzeganą w silnej burżuazji, bynajmniej nie w klasie robotniczej.
Sytuacja obu ruchów jest przejawem chwiejności i poddania się na całej linii sił lewicy rewolucyjnej. Ten odwrót zaznacza się szczególnie silnie we Francji, która zawsze była w Europie swoistym bastionem lewicowości. Duch bojowy nie znikł. Jednak jego jałowość jest już autorstwa lewicy.
 
Podobnie bojowość polskich robotników jest jałowa z tej samej przyczyny.
 
Nie chodzi o manipulowanie ruchem. Świadomość możliwej manipulacji istnieje wśród protestujących i walczących. W Polsce mamy tego przejaw choćby w stwierdzeniu – jaką by nie była – biurokracji związkowej, że PiS ich oszukał. Jakby ta biurokracja nie była ugodowa i sprzedajna – konflikt klasowy ujawnia się na każdym kroku i zmusza bonzów związkowych do artykułowania rzeczowych diagnoz.
 
Nie manipulowanie ruchem społecznym nie polega na ślepym poddawaniu się ich żywiołowości. Uczciwa jest propaganda na rzecz idei społeczeństwa bezklasowego, co obejmuje uczciwe przedstawianie historii ruchu robotniczego z jego wewnętrznymi sprzecznościami i konfliktami. W sytuacji buntu społecznego, sami buntujący się sięgają po idee dostępne w sferze politycznej – podkreślamy: sami. Sami głosują nogami na programy. Ale, aby mogli głosować na ulicach czy przy urnach, te propozycje muszą istnieć. Winą lewicy jest nieistnienie tych koncepcji politycznych, na które jest dziś tak wyraźne zapotrzebowanie ze strony „stanu czwartego”.
 
Radykalna lewica, która w warunkach domniemanego społeczeństwa postkapitalistycznego (w rzeczywistości – społeczeństwa wysokorozwiniętych krajów kapitalistycznych, wyzyskujących otoczenie półkapitalistyczne w celu utrzymania pokoju społecznego) zastąpiła klasę robotniczą armią wykluczonych, faktycznie dokonała też selekcji wykluczonych. Interesują tę lewicę wyższe grupy „wykluczonych” pod względem kulturowym, a nie ekonomicznym.
 
W ten sposób wyszła na jaw cała nieuczciwość tezy propagandowej, która służyła radykalnej lewicy do dowodzenia, że popierając „wykluczonych” jest ona bardziej „rewolucyjna” niż lewica stalinowska wyrażająca rzekomo interes robotniczej „arystokracji”. Maski spadają. Spektakularnie objawia się to dziś we „wstrzemięźliwym” stosunku do ruchu Żółtych Kamizelek, kontrastującym z entuzjazmem dla „demokratycznych” i „socjalistycznych w obiektywnej tendencji” kolorowych rewolucji czy elektoralnych spektakli Sandersa czy Corbyna. Przez cały czas natomiast ujawnia się to w odniesieniu do robotników, którzy są traktowani jako wspólnicy prawicowego populizmu, a więc i „faszyzmu”.
 
Scena polityczna jest maksymalnie zagmatwana, co wynika z dziejów ruchu robotniczego i wyniku walki politycznych emanacji różnych tradycji w tym ruchu. Wynik ten pozwolił nurtowi antykomunistycznemu na zafałszowanie istoty tej walki politycznej. Natomiast otwarta walka polityczna jest jak najbardziej wskazana, ponieważ jest najlepszą formą politycznej uczciwości.
 
Odbieranie na lewicy głosu poglądom nawiązującym do tradycyjnego ruchu robotniczego zwyczajowo nie opiera się na ścieraniu się poglądów, ale na dyskredytowaniu ich nosicieli jako zwolenników stalinizmu, co równa się obłożeniu anatemą i usprawiedliwia odmowę poważnego traktowania. Jeżeli nie da się przemilczeć, walczy się metodami biurokratycznymi i technicznymi.
 
Hipokryzja tego zachowania ujawnia się w pełni z chwilą, kiedy nurt poststalinowski – bazujący na zachowanej, choć mocno uszczuplonej, przewadze organizacyjnej – zaczyna odbijać stracone pozycje na lewicy. Nostalgia po zdeformowanej, a nawet zdegenerowanej postaci socjalizmu przejawia się w chwytliwości propagandowej poststalinizmu, co stanowi podstawę odzyskiwanej pozycji. Nie chodzi więc o pryncypia, które dawno już radykalna lewica zatraciła, a tylko o narzędzia skutecznej walki politycznej.
 
Opcja robotnicza nie może być utożsamiana ani z socjalizmem „demokratycznym”, ani ze stalinizmem. A poza te dwie postawy współczesna lewica rewolucyjna nie wychodzi. Lewica radykalna obejmuje dodatkowo alternatywę w postaci nurtów tzw. wolnościowych, czyli anarchistycznych i anarchizujących.
 
Postępujące od upadku obozu realnego socjalizmu wycofywanie się kapitału z państwa socjalnego odradza w Centrum sprzeczności w stosunkach produkcji, które pozostały istotą systemu kapitalistycznego, wbrew anty-Marksowskim pobożnym życzeniom rewizjonistów i reformistów.
 
Wymuszona kryzysem społecznym i ekonomicznym, związanym z naruszeniem dotychczasowego międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy, reindustrializacja w krajach rozwiniętych sprowadza ponownie do Centrum sprzeczności klasowe oraz klasę-podmiot będącą stroną tych sprzeczności. To wymaga od lewicy przewartościowania swoich pozycji teoretycznych, ideologicznych i politycznych. Ten proces będzie się dokonywał niezależnie od chęci czy niechęci lewicy. W chwili, kiedy ta sytuacja stanie się oczywista, lewica sama przejdzie na nowe pozycje, porzucając dotychczasowe i twierdząc, że nigdy na nich nie stała.
 
Nie dbamy o prestiż i o utraconą twarz lewicy; zadaniem intelektualistów związanych z ruchem robotniczym jest przygotowywanie teoretyczne ruchu robotniczego do oczekujących go zadań poprzez wprowadzanie idei roli klasy robotniczej w walce o społeczeństwo bezklasowe do oczywistości politycznej chmury, w której ścierają się sprzeczne i antagonistyczne idee. A to w celu, aby żywiołowe ruchy społeczne miały się na co orientować, a precyzyjniej – miały szansę orientować się na idee i koncepcje najlepiej odzwierciedlające interesy ich członków. Przestrzeń politycznych idei nie jest pustym polem, a jego starzy mieszkańcy zaciekle bronią dostępu nowym lokatorom. Lewica rewolucyjna opuściła częściowo z własnej woli to pole, a odzyskać swoje miejsce jest niezwykle trudne, zwłaszcza w momencie, kiedy zagraża to bezpośrednio interesom klasy panującej i… kiedy odwołanie do tych idei nabiera strategicznej wagi.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
12 stycznia 2019 r.
 
"Po prostu marksizm" - nowy blog autorów zlikwidowanej strony "Dyktatura proletariatu"

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Woda z mózgu a strukturalny kryzys kapitalizmu

CapitalismIsCrisis.jpg

Normal 0

See video

 
Skoro realny kapitalizm po niespełna 30 latach wdrażania (zauważmy mimochodem, że PRL trwał 44 lata) coraz mniej nadaje się do wykorzystania w propagandzie sukcesu, to, oczywiście, nie może to być kapitalizm. Proste. Mamy więc socjalizm, co wynika z prostej logiki.
 
Jedyny sukces, to obalenie „komunizmu”.
 
Po kiego jednak grzyba, skoro komunizm jest wręcz przeciwieństwem socjalizmu w rozumieniu socjalistów-antykomunistów? Dla pseudointelektualistów postpezetpeerowskich „komunizm” był nawet kapitalizmem państwowym. Wystarczyło więc odjąć tę „państwowość”, żeby mieć kapitalizm. A tak, mamy socjalizm – jak w całym świecie (poza USA). W świecie według red. Wróblewskiego, J. Korwina-Mikke i im podobnych bankrutów idei.
 
Rewolucjoniści obalający „komunizm” najwyraźniej zapomnieli o własnych naukach, że rewolucja niechybnie pożera swoje dzieci.
 
Zamiast powstrzymać rząd Mazowieckiego przed obalaniem „komunizmu”, zwolennicy kapitalizmu tout court powinni byli zdecydowanie skupić się na kontynuacji reform Rakowskiego-Wilczka. Bynajmniej nie były to reformy w stylu społecznej gospodarki rynkowej… czyli socjalistyczne.
 
Na przełomie 1989 i 1990 r., porzucenie koncepcji społecznej gospodarki rynkowej było związane z przekonaniem ekonomistów (skądinąd związanych z PZPR), jak np. prof. J. Beksiak czy doc. L. Balcerowicz, że tylko radykalne przestawienie gospodarki zgodnie z zaleceniami MFW na tory konsekwentnego kapitalizmu będzie najbardziej efektywne, zaś zaskoczenie skutecznie zniweluje przewidywany społeczny opór. To zrzucenie masek przez działaczy tzw. demokratycznej opozycji (bierne przyzwolenie R. Bugaja i J. Kuronia, nie mówiąc już o rzeczonej, równie biernej niekompetencji T. Mazowieckiego) odzwierciedlało ich faktyczny stosunek do ruchu, którego podstawę stanowili robotnicy biorący na siebie faktyczny ciężar represji spadających na Solidarność.
 
Rachuby na neutralizację oporu społecznego dzięki zaskoczeniu były trafne. Robotnicy pozbierali się dopiero po chwili, odpowiadając na rozkradanie majątku narodowego i niszczenie przemysłu falą strajków już w latach 1992-1993 i wynosząc do władzy SLD, która odpowiedziała pełną zdradą ich interesów w zamian za możliwość zabezpieczenia swego udziału w uwłaszczaniu się na tymże majątku.
 
Mimo to, poststalinowscy ideologowie budują sobie alibi przerzucając odpowiedzialność na robotników za brak obrony socjalizmu. Przede wszystkim, robotnicy nie odrzucali socjalizmu, żądali jego zmiany w sensie realizacji ich postulatów. Typową postawą robotników nie skupionych w partii robotniczej (i tzw. klasy ludowej w ogóle) jest apolityczność, koncentracja na postulatach praktycznych, przede wszystkim związkowych. Upolitycznienie spontanicznego ruchu jest dziełem sił świadomie politycznych. „Zasługą” PRL było skuteczne pozbawienie robotników własnej siły politycznej; dlatego możliwe było „obalenie komunizmu” (czyli neutralizacja nośności propagandowej idei komunizmu) nie tylko w Polsce, ale w całym obozie socjalistycznym.
 
Aparat ideologiczny PZPR, który miał zastąpić przestarzałą klasę robotniczą w dziele ideowej obrony socjalizmu, okazał się najsłabszym ogniwem całej poronionej konstrukcji. Pomijając przywódców partii w rodzaju M.F. Rakowskiego, który już na początku lat 60. ub. wieku dawał świadectwo przekonaniu o nieubłaganym zestarzeniu się wizji komunistycznej (asekuracyjnie tylko w prywatnych zapiskach w dzienniku), sam kwiat ideologicznego aparatu, skupiony wokół takich niekwestionowanych autorytetów w dziedzinie myśli marksistowskiej, jak prof. J. Ładosz, dawał – za przykładem swego mistrza – wyraz przekonaniu o konieczności historycznej zmiany modelu gospodarczego z ustępstwami na rzecz kapitalistycznej struktury własności z perspektywą nieobjętą w przewidywanym czasie… Działacze PZPR skwapliwie przyjęli tę perspektywę ideologiczną jako teoretyczne uzasadnienie ich udziału w uwłaszczeniu.
 
Dlaczego model społecznej gospodarki rynkowej nie zaistniał?
 
Ponieważ zwyciężyła koncepcja puszczenia wszystkiego na rynkowy żywioł, w przekonaniu, że rynek najlepiej rozwiąże kwestię rozdysponowania nowej struktury własności w gospodarce. Członek biurokracji, który chciałby działać na rzecz zachowania kontroli nad żywiołowym procesem rozkradania majątku narodowego, pozbawiłby się możliwości wzięcia udziału w tej intratnej rywalizacji.
 
Dopiero po zakończeniu procesu uwłaszczenia włączono światło i policzono trupy.
 
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie drobny problem, przeoczony przez „intelektualistów”. Po ustawieniu, kosztem społeczeństwa, a szczególnie robotników, nowej struktury własnościowej, można było przystąpić do realizacji odłożonego na później (po szczęśliwym zakończeniu niezbędnego procesu uwłaszczenia) pomysłu na dołączenie do „Europy socjalnej”. Coś się jednak nie udało.
 
Aby to zrozumieć, należy odwołać się do badań wykazujących niezbywalność cechy kapitalizmu polegającej na zróżnicowaniu poziomów rozwoju poszczególnych krajów i obszarów globu. Zróżnicowanie ekonomiczne jest nieodłączną cechą kapitalizmu, konieczną dla zachowania przezeń dynamizmu. Czy ktoś bowiem widział dynamikę w układzie doskonale zrównoważonym?
 
Kapitalizm trwa na tyle długo, że utrzymywanie i pogłębianie się zróżnicowania poziomów rozwoju gospodarczego świadczy o trwałości tego mechanizmu.
 
Przemyślany na przestrzeni kilkudziesięciu lat od 1956 r. przez rodzimych intelektualistów antykomunistycznych plan doskonały okazał się intelektualnym knotem ze względu na nie wzięcie pod uwagę banalnej prawdy zawartej w myśli Marksowskiej o tym, że kapitalizm NAPRAWDĘ karmi się nierównowagą.
 
Przekonanie „nowoczesnej” części aparatu PZPR (M.F. Rakowski) idące ręka w rękę z przekonaniem tzw. rewizjonistów i późniejszej opozycji demokratycznej o tym, że socjaldemokracja poradziła sobie skutecznie ze złymi stronami kapitalizmu, pozostawiając same pozytywne, zbankrutowało podczas transformacji, pozostawiając katastrofalne dla społeczeństwa skutki.
 
Faktycznie, bieg ku „Europie socjalnej”, zaklepany akcesem Polski do Unii Europejskiej w 2004 r., mający usprawiedliwić ubezwłasnowolnienie i ograbienie społeczeństwa na samym początku transformacji, okazał się klapą. W międzyczasie bowiem „Europa socjalna” przestała być socjalna.
 
Jest to związane z faktem rozpadu tzw. otoczenia niekapitalistycznego, które stanowiło dla układu kapitalistycznego coś w rodzaju bufora, amortyzatora kryzysów.
 
Utrzymywanie niskich płac, niezbędne dla utrzymania konkurencyjności kapitalistycznej, ale bez obniżania poziomu zysków, jest możliwe tylko wtedy, kiedy środki utrzymania siły roboczej mogą napływać z otoczenia. W krajach wyżej rozwiniętych, poziom płac może zostać utrzymany bez obniżania poziomu dochodów kapitalistów, pod warunkiem, że realizują oni zyski nadzwyczajne w otoczeniu niekapitalistycznym, czyli zewnętrznym w stosunku do układu odniesienia.
 
To zjawisko tłumaczy paradoks stopniowego i konsekwentnego pogarszania poziomu życia większości społeczeństwa i wzrostu nierówności społecznych w państwach kapitalistycznych po upadku tzw. realnego socjalizmu. „Realny socjalizm” bowiem (wraz z Trzecim Światem) stanowił owo otoczenie niekapitalistyczne, które efektywnie amortyzowało wewnętrzne sprzeczności gospodarki kapitalistycznej oraz jego kryzysy.
 
W tym sensie, „kontrrewolucja antykomunistyczna” zarżnęła kurę znoszącą złote jajka!
 
Karol Marks i Róża Luksemburg mają niezły ubaw!
 
Ten właśnie mechanizm jest przyczyną niewypału tzw. społecznej gospodarki rynkowej. To nie znaczy, że Przecież was uprzedzałem (Karol Marks)Przecież was uprzedzałem (Karol Marks)znikło otoczenie, które może być wykorzystywane przez kapitalizm jako amortyzator jego wewnętrznych sprzeczności. Rzecz w tym, że nie jest to już otoczenie „niekapitalistyczne”, które dzięki mobilizacji czynników normalnie niewykorzystywanych przez kapitalistyczną gospodarkę, jak planowanie gospodarcze, zmniejszające anarchię produkcji kapitalistycznej, czy racjonalizowanie popytu społecznego dzięki społecznym funduszom spożycia, mogło zasilać funkcjonowanie gospodarki kapitalistycznej stwarzając odnawiające się rynki zbytu i wolny od nakładów inwestycyjnych dostęp do pół darmowych surowców i półfabrykatów.
 
Obecnie kapitał staje w obliczu powstania nieistniejących dotychczas kosztów, które mogą położyć na łopatki słabsze gospodarki kapitalistyczne. Stąd zaostrzenie sprzeczności między państwami kapitalistycznymi, wycofywanie się na pozycje narodowych gospodarek i działanie na zasadzie brutalnej, coraz mniej skrywanej konkurencji.
 
Rozpada się system solidarności w ramach bogatej Europy, konsolidowanej łatwymi zyskami płynącymi z kontaktów gospodarczych z krajami obozu socjalistycznego. W konsekwencji kraje postsocjalistyczne pozostają na pozycji półperyferii. Zniszczona gospodarka narodowa ma do zaoferowania już wyłącznie surowce i tanią silę roboczą, na którą popyt jest niestabilny ze względu na dużą konkurencję na globalnym rynku pracy.
 
W tej sytuacji, głowę ponoszą zwolennicy mitu „powrotu do źródeł” kapitalizmu, który funkcjonowałby jako system doskonałej konkurencji. Ten utopijny mit bazuje na tym samym mechanizmie pierwotnego stanu gospodarki kapitalistycznej, działającej w warunkach istnienia dużych obszarów niekapitalistycznych, które dopiero mają zostać zagospodarowane, dając możliwość amortyzowania wewnętrznych sprzeczności systemu na tym początkowym etapie.
 
To, że ten utopijny mit odradza się, jest decydującym dowodem na ostateczne bankructwo modelu społecznej gospodarki rynkowej i modelu socjaldemokratycznego, na którym ten pierwszy się opierał.
 
Pozostającym w zasięgu możliwości wariantem jest stary pomysł na militaryzację i wojnę, który w jakimś stopniu stanowi tymczasową protezę otoczenia niekapitalistycznego – gospodarka zniszczona wojną znajduje się niejako poza normalnym systemem ekonomicznym, wykorzystując te same źródła mobilizacji, z jakimi mieliśmy do czynienia w gospodarce socjalistycznej: nadzwyczajną mobilizację siły roboczej napędzaną nadzieją na rychłą poprawę sytuacji.
 
Postulat „powrotu do źródeł” kapitalizmu jest utopijny, ponieważ w globalnym świecie coraz mniej jest enklaw otoczenia niekapitalistycznego, a już na pewno nie mogą one (z racji swej nikłości) pełnić funkcji skutecznego amortyzatora. Można stworzyć tymczasowe, sztuczne „otoczenie niekapitalistyczne” (a właściwie „otoczenie podlegające bezkarnemu rabunkowi”, czyli p.o. właściwego „otoczenia niekapitalistycznego”) dzięki zniszczeniu tego, co istnieje po to, aby nadać nowy impet wyzwolony przez następującą potem odbudowę.
 
Rzeczywistość postsocjalistyczna stwarza jeszcze jedną możliwość, która, z jednej strony, pozwala na odsunięcie niebezpieczeństwa bezpośredniej konfrontacji między krajami rozwiniętego kapitalizmu, z drugiej – czyni tę konfrontację nieuchronną.
 
Mamy w tym względzie przykład relacji z Rosją. Wyrywanie spod jej dominacji kolejnych kawałków, rozłożone w czasie, stanowi rozłożone w czasie wykorzystywanie kolejnych zasobów odwlekających lub łagodzących skutki kryzysów. Obszary te są traktowane jak amerykańskie prerie zajmowane w swoim czasie przez Indian lub jak gospodarki wychodzące z wojny. Dlatego warunkiem przydatności krajów byłego obozu socjalistycznego dla gospodarek kapitalistycznych jest ich skuteczne zniszczenie – żeby było co odbudowywać napędzając własną gospodarkę.
 
Problem w tym, że jest zbyt wielu chętnych do takiego procederu. Niejawny póki co konflikt nabiera gwałtowności wraz ze zbliżeniem się kolejnego kryzysu. Sankcje wobec Rosji, całkowicie bezsensowne dla obiektywnego obserwatora, są odpowiednikiem trącania kijem zaszczutego lisa, który liczy na to, że udając martwego, zmyli prześladowcę. Intencją trącającego (sankcjami) nie jest poprawa moralna lisa, ale zmuszenie go do ucieczki lub do desperackiej, z góry przegranej walki. Umożliwi to psom myśliwskim rzucenie się do ataku, który przeobrazi się we wzajemną jatkę między samymi psami, o co w zasadzie chodziło.
 
Rozpoczęcie ataku samemu stawiałoby agresora w pozycji ofiary zastępczej, skupiającej na sobie agresję pozostałych mających dziwną potrzebę zepchnięcia z siebie odpowiedzialności za wojnę w oczach opinii społecznej.
 
Część potencjalnych agresorów usiłuje jednak realizować scenariusz współpracy z Rosją, minimalizując jego wagę, nadrabiając groźnymi minami i ochoczo przyłączając się do ogłaszania sankcji. Niemcy usiłują wykorzystać swoją przewagę gospodarczą dla prowadzenia takiej właśnie polityki, której celem jest zachowanie owej przewagi. „Subtelna” gra polegająca na wzajemnym szantażu jest w istocie bezwzględną rozgrywką o nowy podział wpływów i korzyści gospodarczych. Rosja jest tu tylko narzędziem utrzymywania coraz bardziej rozchwianego status quo, polegającym na powstrzymywaniu konkurentów przed rozpoczęciem rozgrywki w nieodpowiednim dla siebie momencie.
 
Zwolennicy utopijnego mitu o nieskażonej sprzecznościami naturze kapitalizmu jednocześnie otwarcie głoszą egoizm państwowy, otwartą konfrontację w oparciu o silnego sojusznika, jakim jawią im się USA.
 
Wedle nich jednak, wbrew temu jawnie konfrontacyjnemu programowi, kapitalizm jest wolny od sprzeczności i konfliktów. Narzucając swoim krajom poczucie bycia ofiarą, prawica populistyczna przychodząca na zmianę zbankrutowanego modelu socjaldemokratycznego nie ma cierpliwości, by czekać na to, aż jakiś idiota wyrwie się do przodu jako pierwszy pies dopadający Rosję. Czując rękę wuja Sama u drugiego końca swojej smyczy polska skrajna prawica ochoczo wysuwa swą kandydaturę na idiotę. Nagrodą może być zachowanie tym razem szansy na znalezienie się wśród gangsterów dzielących między siebie łup po nowej wojnie. Szczytny patriotyzm!
 
Natura kapitalizmu jest taka, jaka jest. Nic się nie zmieniło. Kapitalizm liberalny i socjaldemokratyczny są dwiema stronami tego samego medalu. Oczywiste bankructwo modelu socjaldemokratycznego musiało dać w efekcie konieczność zastąpienia go modelem bardziej adekwatnym do etapu kulminujących sprzeczności wewnątrzkapitalistycznych.
 
Historia lubi się powtarzać. Farsa niekoniecznie musi być zabawna.

Kapitalizm nie działa - inny świat jest możliwyKapitalizm nie działa - inny świat jest możliwy
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
5 stycznia 2019 r.
 
"Po prostu marksizm" - nowy blog autorów zlikwidowanej strony "Dyktatura proletariatu"
 

 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Biurokracja i dopuszczalny poziom alienacji

kapitalizm.png

Normal 0 21

See video

 
Gołym okiem widać, że sytuacji nie poprawi zmiana warty u władzy, zmiana ekipy rządzącej, nawet najbardziej uczciwej i pragnącej reprezentować wzburzony lud.
 
Žižek postuluje STOPNIOWĄ zmianę systemu – jak to sobie wyobraża bez stałego nacisku, który musi słabnąć bez spektakularnych gestów, jak np. ścięcie króla? W opozycji do niezbyt lubianej przez siebie lewicy (skądinąd swój brak sympatii wiarygodnie uzasadnia), wyraża swą niewiarę w system „bezpośredniej demokracji” i jego zdolność do przyniesienia funkcjonalnego rozwiązania.
 
Wyjściem jest, wedle niego, wyłonienie się „oświeconego przywództwa”. Na ile to pojęcie nawiązuje do pojęcia „kryzysu kierownictwa”, które nie tak dawno jeszcze było podnoszone przez trockistów? Przyroda nie lubi próżni – skoro lewica odpuszcza własne przyczółki, są one zagospodarowywane przez siły niekoniecznie lewicowe.
 
Jednocześnie Žižek postuluje rozwiązanie, które podziałać powinno na lewicę niczym płachta na byka, a mianowicie nawiązanie do minionego systemu biurokratycznego, który przejmie troskę o uzgodnienie w skali ogólnospołecznej sprzecznych interesów poszczególnych grup i klas.
 
Korzyści z tego rozwiązania upatruje Žižek w zdjęciu z barków niezainteresowanych przyziemną stroną życia filozofów troski o wodę w kranie i gaz w palniku kuchenki. Opieka biurokracji jest, nie ma co ukrywać, uwierająca jak gwóźdź w bucie, ale gruba skarpeta metafizyki powinna sprawę załatwić. Žižek jest gotów nawet przyjąć, jako nieodłączną cenę za ten komfort, pewien poziom alienacji…
 
Zasadniczo nie jest to nic innego, jak postulat politycznej dyktatury biurokracji, która – w przeciwieństwie do instytucji burżuazyjnych – powinna potrafić wziąć w garść całość sprzecznych interesów i narzucić swój kompromis, który jest nieosiągalny w ramach bezpośrednich negocjacji ze względu na nierówność stron.
 
Wydaje się jednak, że pomysł słoweńskiego filozofa też pozostaje utopijny, ponieważ biurokracja typu „realnego socjalizmu” miała pewne pożądane przezeń cechy, które zawdzięczała wyłącznie swej genezie w rewolucji proletariackiej. Ta współcześnie „odgrzewana” nawiązywałaby raczej do schyłkowego modelu, o ile w ogóle byłaby możliwa. Typ „weberowski” zapewne nie odróżniałby się od aktualnie istniejącej biurokracji rządowej.
 
Między lewicą, która postuluje utopię demokracji bezpośredniej, a Žižkiem z jego utopią biurokratyczną, pojawia się – dzięki protestom – miejsce dla lewicy, która  postuluje nie dyktaturę biurokracji, ale DYKTATURĘ PROLETARIATU.
 
Punkt zaczepienia: Żółte Kamizelki postulują obniżenie podatków przy jednoczesnym zwiększeniu nakładów na zabezpieczenie socjalne, co Žižek piętnuje jako kolejny, wewnętrznie sprzeczny postulat ruchu.
 
Jednak dyktatura proletariatu pozwala ominąć sprzeczność tego właśnie postulatu, a to dzięki rozwiązaniu, które, jak się wydaje, we Francji akurat było w swoim czasie podnoszone i miało swoich zwolenników. Chodzi o zmianę miejsca, w którym naliczane będą podatki z przeznaczeniem na zabezpieczenie socjalne. Powinny to być bezpośrednio przedsiębiorstwa produkcyjne, czyli postuluje się w ten sposób czerpanie bezpośrednio z wartości dodatkowej, przed określeniem zysku. W ten sposób finansowanie usług socjalnych przestanie obciążać społeczeństwo, w tym tych, którzy nie bardzo mają z czego płacić.
 
To posunięcie, sprzeczne nie tyle wewnętrznie, co sprzeczne z systemem, może wywołać ruch w kierunku zmiany systemowej, aby możliwe było uzgodnienie interesów na nowej podstawie. Wprowadza ono jednak bezpośredni konflikt klasowy na porządek dnia. Co teoretycznie sprzyja lawinowemu wzrostowi świadomości klasowej.
 
Ale czy nie o to właśnie nam chodzi?
 
 
"Po prostu marksizm" - nowy blog autorów zlikwidowanej strony "Dyktatura proletariatu"
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Żółte żylety i bieżące zadania proletariatu

Żółte Kamizelki Francja 2018

 
ŻÓŁTE ŻYLETY A BIEŻĄCE ZADANIA PROLETARIATU

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: O czymże tu marzyć na paryskim bruku?…

revolucion.jpg

Normal 0 21

See video

 
Francuzi nie Grecy. Nie żyli na kredyt i na koszt innych mieszkańców Unii Europejskiej. Przynajmniej tak się wydaje. Jak więc wytłumaczyć naiwnej opinii publicznej, że sami są sobie winni, że nie stać ich na benzynę? Niech jeżdżą na oleju napędowym! A ten, jak wiadomo, zanieczyszcza powietrze - godzi w ekologię. Co z tego, że krajowy surowiec jest wypierany przez olej kokosowy? To niech produkują taniej! Żeby się narodowemu kapitałowi opłacało! Inaczej zarobią sobie na etykietkę leniwych roszczeniowców, jak Grecy itd.
 
 
To jest ten moment historii, kiedy postulaty reformistyczne mają potencjał rewolucyjny. Jeśli ludzie prześledzą logicznie łańcuch przyczynowo-skutkowy prowadzący ich do codziennych kłopotów, zrozumieją, że nie da się bez zmiany sposobu produkcji. Ale od tego są reformiści, żeby ten ciąg logiczny zamienić w porwane ogniwa, porozrzucane tak, że nikt nie dojdzie co z czym i dlaczego.
 
 
Kiedy logiczne myślenie jest uniemożliwione, to zawsze można wskazać na imigrantów czy na konkurencję obcego kapitału. Można odwołać się i do ekologii...
 
 
Prawicowy populizm wygrywa, kiedy lewica reformistyczna przestaje wystarczać kapitałowi dla uspokojenia nastrojów społecznych, a lewica rewolucyjna jest zbyt słaba.
 
 
Mamy więc bunt „wielości” (multitude) w czystej postaci. Ponieważ, wbrew złośliwej Schadenfreude (w tym przypadku pewnie celniej byłoby powiedzieć złoradosti) wielu, sztab rewolucji "żółtych kamizelek" nie znajduje się w ambasadzie amerykańskiej, działania mogą być chaotyczne i sukces nie jest gwarantowany stemplem Made in the USA. Jest to pewien kłopot, ale nie przesadzajmy.
 
 
Komentatorzy (w tym B. Kagarlicki) mają nadzieję na zwołanie Stanów Generalnych. To byłby nawet realistyczny scenariusz w sytuacji spontanicznej, nie-kolorowej rewolucji. Tradycja historyczna pokazuje jednak, że za sukcesem zjawiają się politycy gotowi zagospodarować zwycięstwo, nie zawsze w interesie żalącego się stanu trzeciego, a ściślej – jego proletariackiej części. Jest to część scenariusza rewolucji. Jeżeli doły, które stanowiły motor wydarzeń nie poczują się usatysfakcjonowane, na ich gniewie wyrosną postaci, które będą konsekwentnie obstawać przy pierwotnych postulatach, które będą konsekwentnie i upierdliwie rozsupływać łańcuch przyczynowo-skutkowy.
 
 
To, oczywiście, wywoła walkę wewnętrzną w Zgromadzeniu Narodowym, które przestanie odzwierciedlać bieżące nastroje mas, stworzy pole do popisu dla separatystów i zacznie grozić rozkładem Francji. A na to już nie będą mogli (ze strachu o własną całość) pozwolić sojusznicy z Unii Europejskiej – tendencje separatystyczne nie są bynajmniej wyłączną domeną Francji.
 
 
Ale po co się straszyć? Zawsze może być tak, że sytuację opanuje jakaś partia populistyczna, która zrobi dużo ruchów i zmian po to tylko, aby wszystko (z punktu widzenia kapitału) pozostało takim samym.
 
 
Radykalizacja nastrojów społecznych w UE świadczy o wyczerpywaniu się modelu kapitalizmu wysokorozwiniętego, który gwarantuje każdemu członkowi społeczeństwa mniejszy lub większy udział w narodowym torcie. To właśnie odczuwają ludzie w tzw. Centrum.
 
 
Upadek tzw. obozu socjalistycznego był, z tego punktu widzenia – największą porażką kapitalizmu: znikł „partner”, który brał na siebie regulowanie i wypełnianie dziur po skutkach anarchistycznej gospodarki kapitalistycznej. Nadzwyczajnym wysiłkiem własnych społeczeństw i społeczeństw Trzeciego Świata, które były ożywiane perspektywą możliwego i całkiem realnego (uwiarygodnionego losami krajów socjalistycznych) rozwoju gospodarczego i awansu cywilizacyjnego, te połączone siły stanowiły świadome „otoczenie kapitalistyczne”, którego opór przeciwko wchłonięciu przez kapitalizm był pożywką dla tego pasożytniczego systemu, przedłużając mu życie na kroplówce, transplantacjach i transfuzjach.
 
 
To się skończyło.
 
 
Jak zawsze w rewolucji, jedyną nadzieją na uniknięcie wojny interwencyjnej, rozpadu kraju, a w konsekwencji wojny wewnętrznej, którą podsyca sytuacja międzynarodowa, jest wybuch rewolucji na całym obszarze geograficznym. Internacjonalistyczna solidarność rewolucjonistów zapobiega separatyzmom, a więc i możliwości zaczepienia dla obcej interwencji. Odbiera możliwość działania partiom nacjonalistycznym, grającym na ksenofobicznych instynktach społecznych. W takiej sprzyjającej sytuacji możliwe jest nawet utrzymanie demokracji, ponieważ jedyne, faktycznie zagrażające partie wielkiego kapitału w pełni prawomocnie nie mają głosu jako agresywny, uciekający się do przemocy, o której pamięć jeszcze nie została zapomniana, wróg rewolucji, a nie jako prześladowany, były sojusznik.
 
 
Co może dać ludziom rewolucja „wielości”? Wszystkie postulaty są obliczone na okres pokoju. Brak hierarchii i pełna swoboda mają ten mankament, że nawet poza okresem rewolucyjnym wymagają twardej, materialnej podstawy zapewniającej trwałość społeczeństwu. Tę podstawę stanowi system produkcji. Społeczeństwa klasowe były w stanie zapewnić wyższy lub niższy stopień takiej swobody elitom społeczeństwa. Zapewnienie takiej swobody wszystkim wymaga społeczeństwa bezklasowego.
 
 
Drogą na skróty usiłowano na lewicy pogodzić sprzeczność między celem a możliwościami w ten sposób, że początkowo rozdzielono producenta od konsumenta, zapewniając, że jako konsumenci wszyscy uczestniczą w takiej swobodzie i wolności. Następnie objawiono wolność od pracy jako nową Ewangelię lewicy kulturowo-obyczajowej sankcjonującą taki pogląd i ośmieszającą przestarzałe dogmaty.
 
 
Jako marksiści, podobnie jak nasi poprzednicy, nie mamy nic przeciwko brakowi hierarchii i pełnej samorządności wyznawanych przez anarchistów. Jak jednak nasi poprzednicy, mamy świadomość, że dziecinne mrzonki o ustaniu konieczności biologicznej utrzymania się ludzi przy życiu i reprodukcji społeczeństwa są zgubne w okresie rewolucyjnego przesilenia. Mamy doświadczenie, że w imię takich mrzonek chwytano broń do ręki przeciwko „autorytarnym” komunistom-marksistom i to w okresie, kiedy o stalinizmie nikt jeszcze nie śnił.
 
 
Dlatego, podobnie jak w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej w mniejszości znaleźli się ci, którzy pamiętali o samym proletariackim dnie stanu trzeciego i nie zatracali tej pamięci w burżuazyjnym święcie powszechnej komercjalizacji wszystkiego włącznie z sumieniem. Stąd naszym zadaniem jest przypominać o konieczności dokonania końcowego kroku i przejęcia przez robotników środków produkcji w imieniu i dla dobra społeczeństwa. Ten mały krok wymaga swej realizacji jeszcze przed rozpoczęciem świętowania.
 
 
Jak pisze komentator „LO” w odniesieniu do obecnych protestów: „Pracownicy powinni działać tam, gdzie leży ich siła, tam, gdzie mogą zagrozić, u źródła zysków tej klasy [kapitalistów]: w przedsiębiorstwach. To ich praca nakręca całe społeczeństwo, to ich praca leży u podstaw ogromnych majątków zgromadzonych w kieszeniach bogatej mniejszości” (tamże, artykuł Ch. Bernac, s. 4).
 
 
Ogromny wysiłek rewolucyjny może zostać użyty zaledwie do celu wywarcia presji na kapitał, żeby pozwolił na sprawiedliwszy podział zysków poprzez, np. obniżenie cen w interesie konsumentów. Ale to uderzy w producenta. Podniesienie konkurencyjności gospodarki francuskiej na rynku światowym też wymaga poświęcenia interesu robotnika. Dlatego tylko relacja między kapitałem produkcyjnym a robotnikami tego sektora stanowi zasadniczy problem kapitalizmu, którego nie są w stanie przezwyciężyć żadne reformy. Za całą resztę można zapłacić zasiloną kartą MasterCard.
 
 
„Wielość” nie obejmuje robotnika, ponieważ nie obejmuje też kapitalisty. Znaturalizowane funkcje społeczne przestają być problematyczne – każdy robi to, co do niego należy, brak hierarchii jest zadekretowany, nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej.
 
 
Jeżeli podstawowe potrzeby są zaspokojone, można bezpiecznie abstrahować od naturalnej nierówności.
Doświadczenie społeczeństwa „realnego socjalizmu” pokazuje, że nawet w przypadku braku kapitalisty, robotnik (synonim pracy nie-kreatywnej, niezależnie od aspektu jakościowego) może być wyzyskiwany. Cała historia społeczeństw klasowych pokazuje, że kondycja pracownika produkcyjnego (ucieleśniona w różnych rodzajach wykonywanej pracy, niekoniecznie w sytuacji braku własności prywatnej środków produkcji przez bezpośredniego producenta), może się powielać niezależnie od typu systemu. Sytuacja nierównej pozycji producenta bezpośredniego jest wspólna dla społeczeństw klasowych. Przezwyciężenie tego stanu dzięki wzmocnieniu roli świadomości, czyli pracy kreatywnej, uwolnionej od pracy produkcyjnej (praca, którą należy znieść), nie jest możliwe. Możliwe jest tylko zmniejszenie wagi tego problemu, przekształcając go w problem… mniejszościowy.
 
 
To było możliwe dotychczas, ale obecnie przestało.
 
 
Klasa robotnicza w skali globalnej przestała być siłą mniejszościową, jak to było tendencją w Europie.
 
 
Jak na razie jest tak: „Jeśli ruch żółtych kamizelek przyciąga pracowników wielkich zakładów, robi to najczęściej w sposób zindywidualizowany. Zgromadzenia w miejscu pracy pozostają nadal o wiele rzadsze niż te, które odbywają się na zewnątrz, na rondach” (tamże).
 
 
A przecież: „Pracownicy wielkich zakładów są najlepiej usytuowani, aby zakwestionować dyktaturę kapitału i służącego mu rządu” (tamże).
 
 
Może więc nie chodzi o to. Przynajmniej na tym etapie spontanicznego buntu.
 
 
Ruchy żywiołowe nie negują systemów, tylko zgłaszają postulaty do realizacji w ramach tego systemu. Ludzie wiedzą, że mimo kłopotów koniunkturalnych, zyski kapitału są większe niż dotychczas.
 
 
Żądanie podzielenia się tymi zyskami jest o tyle absurdalne, że kapitaliści nie pozycjonują się w odniesieniu do społeczeństwa, ale do siebie wzajemnie. Strojąc się w szaty ekologów, straszą społeczeństwo, że zmniejszając – bezsensowne z punktu widzenia zdrowego rozsądku – zyski, społeczeństwo zarzyna kurę znoszącą złote jajka. A że ta kura jest żarłoczna niczym stado wilków, to już inna sprawa. Musi się dostosować do rywalizacji z obcymi kurami-mutantami, które są jeszcze bardziej żarłoczne. I to do ludzi trafia.
 
 
Pozostaje więc zwiększyć wyzysk bezpośredniego producenta. Tego poza granicami kraju i własnego, nierzadko imigranta.
 
 
Nierozwiązywalne sprzeczności kapitalizmu, skutecznie łagodzone i odsuwane w czasie dzięki realsocjalistycznemu otoczeniu powracają w zmasowanej postaci. Spontaniczny bunt jest szansą, ale równie dobrze może zakończyć się niczym, ponieważ brakuje siły politycznej, która potrafiłaby – tak jak to zrobili bolszewicy w 1917 roku – wskazać na zasadniczy problem kapitalizmu i dać mu adekwatną ripostę.
 
 
Obecna sytuacja i narastanie nastrojów rewolucyjnych będzie chyba raczej przypominało preludia do dojrzałej rewolucji, tak jak XIX wiek stanowił preludium do rewolucji proletariackiej początku XX wieku. Na razie nie wydaje się, aby optyka robotnicza miała perspektywę, ale w czasach rewolucyjnych świadomość dojrzewa w przyspieszonym tempie.
 
 
Na to liczymy.
 
 
Że pojawi się ktoś, kto na szydercze pytanie odpowie: „Jest taka partia!”
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
8 grudnia 2018 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Lewicowa bajka o faszystach, czyli koń jaki jest, każdy widzi

ONR

Normal 0 21

 
Dopóki jej nie ma, trwać będzie normalna rywalizacja lokajów kapitału o uprzywilejowane miejsce przy korycie władzy. Termin „lokaje” obejmuje również część tzw. lewicy, która stoi na stanowisku, że gospodarka kapitalistyczna jest OK, tylko należy zmienić warunki podziału produktu krajowego.
 
Jak na razie, to istotna wrogość panuje na linii skrajni nacjonaliści – lewica obyczajowo-kulturowa, co sprowadza ten konflikt do poziomu folkloru politycznego.

Niemniej, istnienie i narastanie tendencji skrajnie nacjonalistycznych, nie tylko i nie przede wszystkim w Polsce, świadczy o pojawieniu się i utrzymywaniu narastającego, choć wciąż utajonego, konfliktu między światem pracy a rządami kapitału. Gospodarka światowa i wynikające z niej relacje międzypaństwowe zostały po raz kolejny doprowadzone przez system kapitalistyczny do nierozwiązywalnych, strukturalnych sprzeczności. Tendencje nawiązujące do fali faszystowskiej z okresu międzywojennego są tego coraz lepiej widocznym wyrazem.
 
Narzuca się nam stara prawda, że realne konflikty nie mają miejsca między samymi ideologiami, ale między rzeczywistymi grupami reprezentującymi radykalnie odmienne interesy. Choć mogą odbywać się w kostiumach ideologicznych, a nawet mieć realne znaczenie dla ich uczestników. Ideologia może być, przy okazji, bardzo zagmatwana, sprzeczna i zamazująca podziały raczej niż je objaśniająca.
 
Tak ma się rzecz z koncepcją faszystowską – nie bez kozery antykomuniści wszystkich krajów porównują i zrównują tę koncepcję z alternatywą komunistyczną, której boją się bardziej niż samego faszyzmu. Stąd ostrzeżenie, że w razie wzrostu i radykalizacji lewicy, problem „faszyzmu” gwałtownie i bez uprzedzenia ustąpi poczuciu zagrożenia „komunizmem”, prowadząc do – klasycznego – oddania władzy faszystom po to, aby zrobili oni porządek z komunistami. Przy czym „komunistą” będzie każdy, kto okaże się niewygodny.
 

 
Rację ma więc P. Jaworski, który obśmiewa lewicową, „antyfaszystowską” obsesję wynikającą z potrzeb bardziej „samolansu” niż z rzeczywistego zagrożenia (w tym momencie). Na tym cennym spostrzeżeniu jednak kończy się jego analiza.
 
Poparcie oddolne dla skrajnego nacjonalizmu jest – jak powiedzieliśmy wyżej – znakiem czasu i jego problemów, tych podstawowych, dotyczących interesów klasowych, a nie tylko kwestii obyczajowo-kulturowych. Lewica, która sprowadziła współczesną grę interesów klasowych do poziomu debilnego, symbolicznie ujmowanego jako problem „prekariatu” (co przytomnie zauważa P. Jaworski w swoim artykule), nie rozumie i nie może rozumieć zjawiska nacjonalizmu i populizmu, uważając siebie za pępek świata i za cel ataku.
 
W swoim niezrozumieniu otaczającej ją rzeczywistości, lewica jawi się jako porażająco głupia, a tym samym śmieszna. Byłaby w tym do pominięcia, gdyby nie była jeszcze tak irytująco drażniąca dla tej części społeczeństwa, która stoi przed realnymi problemami i która czuje, że to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Kłopotów, dodajmy, z których nie wyciągnie ich żaden salonowy filantrop typu Piotra Ikonowicza, nawet gdyby dostał się do Sejmu, a nawet tym bardziej.
 
Bez podjęcia tematu historycznego, odkłamującego związki faszyzmu z demokracją burżuazyjną i pokazującego liberalno-demokratyczne (obejmujące lewicę reformistyczną) przyzwolenie na rozprawę z komunizmem, nie ma mowy o odkłamywaniu historii w wersji IPN – pod tym względem cała „radykalna” lewica jest IPN-owska. A to nie pozwala widzieć współczesnego problemu w realnej perspektywie. Pozostaje zadziwienie, że np. w Brazylii zwyciężył „faszysta” Bolsonaro. A przecież wszystko szło tak dobrze – biedni nie marli z głodu tak nagminnie, jak przedtem. Bolsa Familia to przecież spełniony Ikonowicz! Poprzewracało się w głowach tym podopiecznym socjalu!
 
Jaworski nie odbiega wszakże od tzw. lewicowej rodzinki, która utożsamia postulaty obyczajowo-kulturowe z klasowymi, a to z uwagi na „realizm polityczny”, w ramach którego obserwujemy rzekomo dalekosiężne zmiany w strukturze „klasy pracowniczej”. Jej rdzeniem jest obecnie to, co niegdyś określano mianem drobnomieszczaństwa, czyli grupa społeczna czerpiąca dochody z wtórnego podziału wartości dodatkowej. Interesy tej grupy społecznej są odmienne od interesów klasycznej klasy robotniczej (klasy produkcyjnej). Ta klasa – w doktrynie politycznej nowoczesnej lewicy – stała się wąską podgrupą „klasy pracowniczej”, a jej interes przestał być interesem wiodącym i organizującym walkę klasową w ogóle. W związku z tym, rozwiązaniem problemu wyzysku bezpośredniego producenta jawi się rozwiązanie zgodne z rozwiązaniem wiodącym, czyli poprawa systemu rozdzielnictwa w ramach antagonistycznego sposobu produkcji. W przypadku producentów bezpośrednich tym rozwiązaniem jest więc poprawa socjalu, a nie zniesienie stosunku klasowego w samym sercu systemu produkcji.
 
Prawicowy populizm podejmuje problem, intuicyjnie dostrzegając brak jego rozwiązania przez lewicę. Ponieważ nie jest to koncepcja antykapitalistyczna, proponuje takie rozwiązania, jakie są dostępne w ramach systemu kapitalistycznego. Jedyną dostępną opcją jest opcja nacjonalistyczna – a jednocześnie podejmuje problem w jego faktycznej istocie, jaką jest międzynarodowy, kapitalistyczny podział pracy, w którym poszczególne kraje i regiony mają swoje miejsce w globalnym systemie produkcji, i rozwiązuje zgodnie z logiką kapitału.
 
Liberalne skrzydło przyjmuje tę samą logikę, z tą drobną różnicą, że przyłącza się do unijnej polityki neutralizowania skutków propagandowych ekspansji kapitału Centrum poprzez udawanie miłosierdzia wobec ofiar własnej agresji, czyli wobec imigrantów. Faktycznie zaś jak najbardziej dostrzega trudności, pocieszając się jednak tym, że wspólnie najsilniejszy ekonomicznie region świata sobie z problemem poradzi. Radykalna lewica odgrywa rolę pierwszej naiwnej, która wszystko widzi optymistycznie. W czym pomaga jej wydatnie głębokie przekonanie, iż mleko pochodzi od Auchan, a nie od krowy. Dopóki więc jest Auchan, nie ma problemu.
 
Można w skrócie powiedzieć, że dopóki wraz z imigrantami rośnie konkurencja na rynku niewykwalifikowanej i produkcyjnej siły roboczej, drobnomieszczaństwo szczebla „klasy średniej” nie widzi powodu do niepokoju. Jest ono jednak bardzo realną rezerwą elektoratu „faszystów” (cywilizowanych i u władzy, gdy zajdzie taka konieczność), jeśli sytuacja zacznie wywierać wpływ na sytuację materialną „klasy średniej”.
 
Siła faszyzującego, prawicowego populizmu zawsze polegała na przejmowaniu bazy lewicy rewolucyjnej, albowiem zawsze była to najbardziej zrewoltowana grupa społeczna i, przez to, najbardziej dynamiczna. Poza tym, w sytuacji słabości lewicy rewolucyjnej, jest to baza poniekąd porzucona. Dziś zaplecze tzw. nowej radykalnej lewicy bynajmniej nie jest antykapitalistyczne (mimo różnych, nie zawsze wiarygodnych haseł). Jej radykalizm sprowadza się do żądania innego, sprawiedliwszego podziału, uznając efektywność kapitalizmu jako systemu skutecznie wytwarzającego dobra dla tego podziału. Również zasady tego podziału są przedmiotem radykalnych postulatów, nie stanowiąc zagrożenia dla kapitalistycznego sposobu produkcji.
 
Alternatywa antykapitalistyczna zależy więc, w opcji nowej radykalnej lewicy, od dobrej woli kapitalistów… Co przekłada się na strategię wyborczą i, szerzej, polityczną w ogóle.
 
Tymczasem, prawicowy populizm, z braku laku, odwoływać się musi do grup społecznych, których sytuacja zależy od sposobu produkcji. W ten sposób przejmuje bazę lewicy rewolucyjnej. Za to zresztą lewica rewolucyjna się na nią obraża, chociaż wcześniej sama „olała” ciepłym moczem interes klasowy owej bazy i to już dwa pokolenia wcześniej. Uwzględniając analogiczny proces stalinowskiego zastępowania bazy robotniczej przez reformistyczne „całe społeczeństwo” w ramach przejścia na stare, wypróbowane pozycje socjaldemokratyczne, które stwarzały złudzenie stępienia ostrza konfrontacji z kapitalizmem, mamy obraz pełnej degeneracji lewicy, z której trudno się wyleczyć.
 
Warto przy okazji zauważyć, że lekceważona i zepchnięta w quasi-niebyt (przez tzw. nową radykalną lewicę) klasa robotnicza odzyskuje swoją wypartą realność jako baza prawicowego populizmu (czytaj: faszyzmu).
 
A więc w końcu – jest ta klasa robotnicza jako odrębny podmiot społeczny czy jej nie ma?
 
Czy to raczej zależy od tego, co akurat pasuje nowoczesnej lewicy przebojem zdobywającej granty badawcze na rozwijanie prawdziwej nauki?
 
Koń by się uśmiał…
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
23 listopada 2018 r.
 

Społeczność

rot front