Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 19 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kwestia życia i śmierci dla poststalinizmu

Leonid Breżniew

KWESTIA ŻYCIA I ŚMIERCI DLA POSTSTALINIZMU
 
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Nowa lewica cieplarniana

npa.png

 

See video

 
 
Właśnie ten element odegrał rolę w zajęciu przez Polskę miejsca peryferyjnego. Nowa Lewica uznała procesy integracyjne w Europie za przezwyciężenie konfliktów gospodarczych i istotnościową zmianę charakteru kapitalizmu w Centrum. Stąd złudzenie, że Polska dołączy do tak rozumianego postkapitalizmu. Rzecz w tym, że błąd teoretyczny został popełniony już przez lewicę zachodnią - nigdy nie skorygowany - i w tej postaci skopiowany przez lewicę krajów poradzieckich. Ze skutkami, które mamy przed oczyma.
 
Ale o tym wszystkim w rozumowaniu Sowy nie ma śladu.
 
Odrzucenie jako błędnych koncepcji zachodniej Nowej Lewicy jest nie do pomyślenia na peryferiach nie tylko gospodarczych, ale i intelektualnych.
 
 
Dla Sowy nierozwiązane po upadku PRL problemy z klasą produkcyjną są wyrazem polskiego zacofania i peryferyjności, a nie wskaźnikiem alternatywy dla kapitalizmu. Opinii nowolewicowych nie jest w stanie zmienić nawet fakt potęgowania się problemów gospodarki kapitalistycznego Centrum wskazujące na powrót tej gospodarki na tory historycznego procesu w krótkim interludium propagandowej maskarady. Lewica w swej masie tkwi w nostalgii za minionym państwem dobrobytu, które było propagandową wydmuszką obliczoną na rywalizację zimnowojenną, możliwą kosztem peryferii odgrywających rolę tzw. otoczenia niekapitalistycznego.
 
Jan Sowa częściowo dostrzega te zjawiska wskazując, iż nowa lewica zasadza się na ojcach-założycielach ze środowiska „Gazety Wyborczej” i dawnej Unii Wolności, a już „Krytyka Polityczna”, podobnie jak Razem, „chciała przyczepić projekt lewicowy do liberalizmu i trochę naginając liberalizm, wymościć niszę dla lewicy”. Wytłumaczenia szuka jednak nie w tradycji lewicowego ruchu robotniczego, o którym nie ma u niego nawet odległej wzmianki, ale w konserwatywnych z gruntu pomysłach odwoływania się (choćby i negatywnego) do tradycji i narowów sarmatyzmu, co jest zgrabnym ćwiczeniem literackim, natomiast nie prowadzi do żadnej konstrukcji, która miałaby znaczenie w realnej walce z kapitalizmem. Dla Nowej Lewicy to nie kapitalizm jest problemem, ale tzw. klasy ludowe, które są rezyduum po minionych epokach, rezyduum nie przezwyciężonym przez społeczeństwo burżuazyjne, którego silnej reprezentacji zabrakło w krajach peryferyjnych.
 

Opinia Jana Sowy na temat możliwości zaistnienia w Polsce lewicy liberalnej („… czyli partii lewicowej w kwestiach socjalnych i liberalnej w kwestiach światopoglądowych”) jest więc mocno sceptyczna.

Zreasumujmy. Jan Sowa, były członek partii Razem, tak opisuje swój sceptycyzm wobec lewicy liberalnej: „Przy całym moim wsparciu dla pomysłu budowy nowej lewicy w Polsce, sądzę, że formuła partii Razem jest skazana na porażkę. (…) Z mojej perspektywy – nie tylko obserwatora, ale przez jakiś czas członka tej partii, z której niedawno się wypisałem – to formuła budowy lewicy przez jej wypączkowywanie z liberalizmu: uwrażliwianie, pogłębianie, rozbudowywanie wartości liberalnych i dodawanie do nich polityki społecznej. To nie tylko pomysł Razem, ale wszystkich, którzy próbowali w Polsce budować nową lewicę. To samo robiła ‘Krytyka Polityczna’. Środowisko ‘Gazety Wyborczej’ i dawnej Unii Wolności było dla tej grupy zasadniczym punktem odniesienia. (…) ‘Krytyka Polityczna’ – podobnie jak Razem – chciała przyczepić projekt lewicowy do liberalizmu i trochę naginając liberalizm, wymościć niszę dla lewicy” („Nowa lewica nie wygra z PiS-em”).
 
Zaraz, zaraz, na Zachodzie mieliśmy do czynienia z projektem liberalnym właśnie z tak doczepionym programem polityki socjalnej, co nadal jest przedmiotem westchnień nawiązujących do Nowej Lewicy. Rozładowywanie napięć społecznych jest właśnie celem polityki socjalnej w społeczeństwie liberalnym. Nie ma to nic wspólnego z polityką społeczną, jaką znamy z niedoskonałej nawet gospodarki centralnie planowanej. Niemniej, polityka społeczna została odrzucona jako relikt owej gospodarki, uniemożliwiającej nam doszlusowanie do nowoczesnego systemu gospodarczego współczesnego kapitalizmu. Klasa średnia nie opiera się na polityce społecznej, a tym mniej na polityce socjalnej. Interesy grup społecznych, które straciły w wyniku transformacji, w szczególności tzw. klasy ludowe (żeby nie powiedzieć – klasa robotnicza), mają w założeniu zostać zneutralizowane polityką socjalną, doczepioną do modelu liberalnego gospodarki. Problemem krajów peryferyjnych, jak Polska, nie jest więc (nawet wedle Sowy) zły model liberalny, ale zbytnia liczebność grup stanowiących „klasę ludową”, czytaj: spauperyzowaną część społeczeństwa, która obejmuje to, co normalnie nazwalibyśmy klasą średnią.
 
 
Jan Sowa nie widzi wyjścia z sytuacji. Zapytany o nadzieję na partie progresywną tak obyczajowo, jak i ekonomicznie, odpowiada: „Nie mam. Tak jak powiedziałem – takich ludzi jest w Polsce 3 proc. Ale to nie znaczy, że wpadłem w depresję i uważam, że nie warto walczyć. Są takie okresy w historii, w których chodzi o to, by utrzymać pewną ideę. Moja sytuacja – i ludzi myślących podobnie do mnie – przypomina pozycję ateisty w średniowieczu. Jestem absolutnie przekonany, że nasze idee ostatecznie wygrają, ale nie w najbliższym cyklu wyborczym” („Nowa lewica nie wygra z PiS-em”).
 
W Polsce nie ma właściwego modelu kapitalizmu, który zapewniłby „silniejszą redystrybucję:, korzystną dla klasy średniej będącej naturalnym zapleczem dla lewicy liberalnej.
 
Wedle Sowy, w Polsce – kraju peryferyjnym – taka tożsamość lewicy nie mogła się przyjąć. Powtórzmy: brak klasy średniej nie zapewnił jej wystarczającego stopnia poparcia (maksymalnie 3%) – przy którym, doprowadźmy wnioski do logicznego końca, postulowana lewica mogłaby się obejść bez „klas ludowych” i skupić na tzw. klasie średniej, czyli klasycznym drobnomieszczaństwie.
 
„KLASY LUDOWE” A PROGRAM WALKI KLASOWEJ
 
Pytanie dlaczego lewica nie miałaby się skupić na materialnych żądaniach klas ludowych nasuwa się samo. Jan Sowa odpowiada na to pytanie, którego oczywistość doprowadziła redaktora „KL” do postawienia przywołanej na wstępie wątpliwości. Jan Sowa pośrednio wskazuje na fakt, iż opowiedzenie się lewicy na początku transformacji za koncepcjami wrogimi masom ludowym społeczeństwa doprowadziło do utraty zaufania (dodajmy – ślepego już w założeniu) „ludu” do lewicy, czyniąc go podatnym na prawicowy i konserwatywny populizm.
 
 
Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że Sowa zaleca zmianę kursu i zaangażowanie się lewicy w walkę klas ludowych o poprawę jej warunków materialnych. Jak już wskazaliśmy wyżej, Jan Sowa postuluje właśnie coś dokładnie odwrotnego i wynikającego z programu Nowej Lewicy. Popierany przezeń program sprowadza się do propozycji „deliberacji”, debaty, której warunki wstępne są ostro zarysowane. A więc: „nie może być mowy o klasizmie ani o nierównościach, takich jakie mamy w Polsce. Dlatego uważam silniejszą redystrybucję za pierwszy i podstawowy warunek możliwości politycznej zmiany na lepsze” (Natalia Waloch: wywiad z J. Sową, „To kobiety, nie lewica zburzą stary porządek”, „Wysokie obcasy”, 25.08.2018 r.)
 
Odrzucając „uczone” słówka, mamy jasny program: odrzucić klasową analizę społeczeństwa (bo dzieli), odrzucić nierówności (choćby biły po oczach) – „takie, jakie mamy w Polsce”. Bo z punktu widzenia obiektywnej nauki warunki społeczne w Polsce zaciemniają obraz idealnej sytuacji, w której lewica jest gotowa podjąć walkę o coś. Typowe dla społecznej doktryny Kościoła katolickiego rozumienie marksizmu – nazywanie pewnych zjawisk społecznych jest rozumiane jako stwarzanie tych zjawisk (mówienie o walce klasowej „stwarza” tę walkę itd.) Dla Jana Sowy, który tylko wyraża poglądy swego lewicowego środowiska, „silniejsza redystrybucja” jest warunkiem podjęcia walki politycznej, a nie jakimś celem – choćby reformistycznym. Wynika stąd jednoznacznie, że tzw. Nowa Lewica żąda „silniejszej redystrybucji” od organów państwa burżuazyjnego jako warunku, że potem łaskawie podejmie walkę o kwestie światopoglądowe jako o ucieleśnienie idei demokratycznej.
 
 
Mówiąc ściślej – lewica aż pali się do „właściwej” walki o kwestie światopoglądowe, fakt niesatysfakcjonującej redystrybucji uważając za skandal w pretendującym do miana demokratycznego społeczeństwie, a nie za przedmiot walki klasowej. Po czasach welfare state, lewica cywilizowanego Zachodu traktuje redystrybucję na ówczesnym poziomie za normę, a nie za wyjątek związany z akcją propagandową czasów Zimnej wojny, z ulgą zamieciony pod dywan gdy tylko nadarzyła się po temu okazja.
 
Klasa średnia nie walczy z kapitalizmem, ale jest sama efektem jego progresywnej ewolucji. Problem „klas ludowych” jest rozwiązywany przy pomocy polityki socjalnej, spychającej owe klasy na margines, co jest do przyjęcia przy założeniu niskiego odsetka tego marginesu.
 
Na Zachodzie, tego typu „wstydliwe” (bo w stylistyce populistycznej) roszczenia wracają nieproszone do obiegu społecznego, wnoszone przez nieznośnie odradzające się „klasy ludowe” (np. ruch Żółtych Kamizelek we Francji). Charakterystyczny jest przy tym stosunek Nowej Lewicy do tego ruchu – tłumaczy on to wszystko, czego Jan Sowa w swoim dogłębnym rozbiorze tzw. nowej lewicy nie dopowiada.
 
 
Przychylenie się Nowej Lewicy do haseł ruchów populistycznych jest niemożliwe, ponieważ pociąga za sobą cały konserwatywny bagaż ideowy, który dla owej lewicy jest zasadniczym przedmiotem ataku i materialnym podłożem budowanej przez nią lewicowej tożsamości. Oczywiście, nurty posttrockistowskie, które od dekad zabiegają o wkupienie się do grona Nowej Lewicy, usiłują budować swój mylący przekaz polityczny na tym, że na Wschodzie problem pauperyzacji jest palącym problem potransformacyjnym, a na Zachodzie konsekwentnie się nim staje. Fałsz ich pozycji polega na zaciemnianiu faktu, iż nie ma wspólnoty walki o interesy materialne między tzw. klasami ludowymi a klasą średnią – przyszłą niedoszłą (Wschód) czy schodzącą (Zachód). Ponieważ grupą wiodącą w tej walce ma być drobnomieszczaństwo, to interesy tej warstwy społecznej będą określały zakres i granice ruchu roszczeniowego (bo nie klasowego!) A dekady welfare state ukazały dosadnie granice radykalizmu społecznego tej warstwy i jej obojętność na interesy klasy produkcyjnej.
 
Na powierzchni sprawa wygląda na rozbieżność na poziomie kwestii obyczajowych. Pozornie drobnomieszczaństwo i klasy ludowe mają wspólny interes ekonomiczny. Jan Sowa pokazuje jednak dosadnie, że tak – po prostu – nie jest. Wspólnota interesu może odnosić się wyłącznie w odniesieniu do drobnomieszczańskiej klasy średniej i drobnomieszczaństwa klas ludowych. Podgrupa, jaką stanowi klasa produkcyjna w łonie klas ludowych, ma interes ekonomiczny przeciwstawny interesowi drobnomieszczaństwa spoza sfery produkcji i sfer okołoprodukcyjnych, które są bazą dla ruchów nowolewicowych. Wynika to z mechanizmu dystrybucji i redystrybucji wartości i wartości dodatkowej, który stawia interesy klas produkcyjnych w bezpośredniej sprzeczności z interesami reszty społeczeństwa – z racji specyfiki sfery produkcji materialnej (patrz: inne nasze teksty).
 
WALKA KLASOWA W ŚWIETLE MARKSIZMU
 
 
Ponieważ cała sprawa nie należy do prawd tzw. trywialnych, ale wymaga znajomości teorii wartości opartej na pracy autorstwa Karola Marksa, ta istotna różnica znajduje swe odbicie w zupełnie niezwiązanej pozornie kwestii swobód obyczajowych. Linia sprzeczności interesów ekonomicznych dokładnie pokrywa się z linią sprzeczności w kwestiach obyczajowych, które są tylko ideologicznym wyrazem ekonomicznej istoty konfliktu ekonomicznego i politycznego.
 
 
Dlatego tylko jasne postawienie zagadnienia prowadzić może do rzetelnej analizy sytuacji i prawdziwego rozwiązania, dającego lewicy szansę na odzyskanie dawnego znaczenia politycznego.
 
 
Jan Sowa zwraca uwagę na to, że społeczeństwo pod względem światopoglądowym jest bardziej otwarte niż reprezentujące je elity. A jednak sam zauważa także, iż postulowana przezeń lepsza redystrybucja nie załatwi sprawy, chociaż „bez większej równości nie ma mowy o czymkolwiek innym niż tylko konfrontacyjna walka na polityczne śmierć i życie, którą mamy dzisiaj” (J. Sowa, „To kobiety…”).
 
 
Jan Sowa zauważa więc, że postulaty ekonomiczne mają znaczenie podstawowe, przynajmniej w kraju peryferyjnym jak Polska, i że toczy się o nie walka na śmierć i życie. Istnieją więc dwa równoległe nurty prawdziwej walki – ekonomiczna i o kwestie obyczajowe. Teoretycznie wydawałoby się, że lewica może toczyć obie walki równocześnie, co byłoby wzmocnieniem nurtu lewicowego. Lewica radykalna ma takie złudzenia od czasu do czasu, kiedy się jej wydaje, że odtrącenie liberałów z Razem, jak wcześniej liberałów z SLD, burzy ostatnią przeszkodę na drodze do zjednoczenia się drobnomieszczaństwa ze słusznym gniewem ludu. Radykalna lewica pilnie więc pracuje nad oświeceniem ciemnego ludu, aby usunąć świadomościową barierę uniemożliwiającą zdanie sobie przez lud sprawy z tożsamości interesów ekonomicznych obu grup.
 
 
Wydaje się jednak, że zabiegi te nie są szczególnie owocne. Patrzenie przez pryzmat obyczajowości a przez pryzmat interesu ekonomicznego różnią się między sobą, tak jak różnią się te grupy miejscem w społecznym podziale pracy, który stanowi podstawę podziału klasowego.
 
NOWA LEWICA A POPULIZM
 
Klasy ludowe, jak zauważa Jan Sowa, nie są zasadniczo serwilistyczne wobec kościoła i serwowanej przezeń ideologii. Doktryny populistyczne zawierają jednak konkurencyjną wobec ubóstwa lewicowej myśli w tym zakresie próbę wytłumaczenia antagonizmu klasowego w stosunkach produkcji – wekslując argumentację na tory nacjonalistyczne.
 
 
O ile Nowa Lewica odrzuca tłumaczenie konfliktu klasowego na modłę klasycznie marksowską, gdzie poszczególne grupy społeczne były konkretnie usytuowane z punktu widzenia zasadniczego antagonizmu, o tyle nacjonaliści-populiści zastępują tę analizę prostym wytłumaczeniem wszystkiego w kategoriach naturalnego konfliktu między narodami, co stanowi namiastkę wyjaśnienia (tłumaczenie mieści się bowiem w ramach sposobu produkcji). Lewica nie daje zaś żadnego, albowiem sprowadza konflikt klasowy do absurdu polegającego na sprzeczności między produkowaniem a konsumowaniem. W marksizmie i w populizmie wyjaśnienia wymaga sprzeczność rysująca się już na etapie produkcji – populizm: jeden kraj uniemożliwia pełną ekspansję gospodarczą drugiemu, a gdyby nie to, nie byłoby problemu z realizacją wartości na rynku zbytu – welfare state jest więc możliwy; marksizm: anarchia kapitalistycznej produkcji wyraża się już na etapie produkcji w poszczególnych krajach, zaś niemożność sprawiedliwej redystrybucji wynika już z pierwotnego podziału wartości. Nowa Lewica: kapitał troszczy się o rynki zbytu i o podział pierwotny wartości, zaś walka lewicy o interesy ekonomiczne zaczyna się na etapie wtórnej redystrybucji dochodu i dochodów. Lewica pomija więc wyniosłym milczeniem całą sferę produkcji i tę część „klas ludowych”, które są z tą sferą związane, a które stanowiły tradycyjnie jej zaplecze bojowe.
 
 
Dlatego rzeczywista sprzeczność interesów znajduje wyraz w fałszywej świadomości, która stanowi podstawę nieefektywnego programu politycznego lewicy ze skutkiem przewidywalnym i nie budzącym zdziwienia. Populistycznej prawicy nie zależy na ujawnianiu prawdy, albowiem fałszywa świadomość lewicy czyni ją niezdolną do walki czy choćby trwałego istnienia politycznego. Przykład USA pokazuje, że mogą istnieć efektywnie systemy polityczne, w których nie ma lewicowej alternatywy dla rządów prawicy i centroprawicy. Jednak dominacja drobnomieszczaństwa, które miało zaplecze w zdecentralizowanym systemie gospodarczym USA i pewien pozór samodzielności wobec wielkiego przemysłu, umożliwiała trwanie takiego układu o charakterze niepowtarzalnym w przypadku Europy.
 
 
Sprowadzanie konfliktu na poziom obyczajowości leży więc w interesie prawicy, która unika w ten sposób groźby przesunięcia konfliktu na teren interesów ekonomicznych. Postulat „silniejszej” redystrybucji na etapie wtórnego podziału: 1) oddaje inicjatywę w ręce kapitału, 2) stwarza konflikt na linii drobnomieszczaństwo (i reprezentująca je lewica) – klasa bezpośrednich producentów wynagradzanych w ramach podziału pierwotnego.
 
 
Ponieważ, jak zauważa Jan Sowa, słuszne postulaty lewicy obejmujące wszelkie sfery życia społecznego i rodzinnego nie są w stanie zgromadzić wszystkich potencjalnych wyborców w jednej partii o spójnym programie, przeto należy stary system partyjny zamienić na system oparty na oddolnej inicjatywie i akcjach ruchów społecznych, które realizują swoje postulaty po kolei. Zasadniczą sprawą jest więc utrzymanie systemu demokratycznego, który umożliwia realizację takiej ścieżki dochodzenia do wprowadzania w życie postulatów krok po kroku, których jednorazowe wprowadzenie byłoby niemożliwe lub niewygodne dla większości i z tego powodu budziłoby sprzeciw zamiast poparcia.
 
W takim ujęciu, całkowicie niezrozumiałe jest upieranie się przy podmiocie ruchu robotniczego jako koniecznego warunku skutecznej walki emancypacyjnej. Demokracja daje wszak wszelkie możliwości. Można realizować każdy projekt, wychodząc od różnych, niezależnych kryteriów: wyzwolenie kobiet, ekologia, mniejszości seksualne czy kulturowe itp. Każdy z nich realizuje jakąś część ogólnego projektu emancypacyjnego, który jest sam w sobie nieskończony jak nieskończone są możliwości kreacyjne człowieka.
 
Taki program realizuje przecież projekt marksowski, który zakłada nieskończony rozwój istoty gatunkowej człowieka.
 
 
PROGRAM PROLETARIACKI A LEWICA OBYCZAJOWA
 
Różnica między lewicą nawiązującą do programu proletariackiego a lewicą obyczajową sprowadza się więc do różnicy zdań co do tego, czy został zrealizowany projekt emancypacji klasy robotniczej, klasy produkcyjnej. Nowa Lewica w praktyce uważa, iż taki projekt został zakończony wraz z osiągnięciem przez kapitalizm stadium postkapitalistycznego, kiedy to redystrybucja zniosła problem wyzysku klasy bezpośrednich wytwórców dostarczających wartości dodatkowej podlegającej owej redystrybucji.
 
 
W takim ujęciu wagi nabierają projekty rozwijania istoty gatunkowej, realizowane w warunkach zniesienia sprzeczności antagonistycznej kapitalizmu. Co prawda, kapitalizm nie został zniesiony dzięki rewolucji proletariackiej, ale raczej – zgodnie z umiarkowanymi przewidywaniami reformistów – został przezwyciężony nie system jako taki, ale antagonizm stanowiący jego istotę. Został zniesiony dzięki kolejnym rewolucjom technologicznym, zmianom w klasie robotniczej, nabraniu znaczenia przez rozwój liczebny tych grup, które składają się na robotnika łącznego obok robotnika bezpośrednio produkcyjnego. Czyli – dzięki naturalnej ewolucji kapitalizmu, a nie arbitralności ruchu robotniczego, kulminującej w rewolucji socjalistycznej. Ten pogląd niepokojąco przypomina słynny determinizm historyczny, którego obecności w tym typie rozumowania celowo nie podkreśla się. W momencie, kiedy przezwycięża się marksizm, traktując go eklektycznie, nikt nie zwraca na to uwagi. Oskarżenie o determinizm historyczny nadal kieruje się pod adresem marksizmu ortodoksyjnemu. Systemy eklektyczne są zazwyczaj wolne od rygoryzmu wersji ortodoksyjnej.
 
 
ROLA FEMINIZMU JAKO ODPOWIEDŹ NA SEKULARNĄ BEZNADZIEJĘ
 
 
Nowa Lewica poszukuje projektu dość szerokiego i znajduje go w feminizmie z tego względu głównie, iż znajduje się on na fali wznoszącej. Feminizm jest bowiem główną ideologią opozycyjną wobec konserwatywnego populizmu, który dominuje w świecie po upadku marksizmu. Konserwatyzm, podobnie jak marksizm, jest koncepcją opozycyjną wobec kapitalizmu w jego emancypacyjnej fazie. Kiedy zabrakło marksizmu, logicznie przewagę zdobył konserwatyzm. Populizm jest także efektem upadku koncepcji marksistowskiej, tym razem opozycją wobec marksistowskiego programu walki z kapitalizmem. Konserwatyzm jest reakcyjną próbą cofnięcia osiągnięć kapitalizmu w sferze emancypacji, populizm jest natomiast programem rozbrojenia walki klasowej. Lewica antykomunistyczna (antymarksistowska) odczuwa już jako postęp projekt emancypacyjny kapitalizmu, zagrożony przez kontrrewolucję konserwatywną. W przypadku klasy bezpośrednio wyzyskiwanej przez kapitał, reakcja konserwatywna odpowiada prostej, zradykalizowanej i antykapitalistycznej świadomości społecznej, zaś populizm stanowi alternatywę dla marksistowskiego programu walki klasowej. W istocie swej, jeśli brać na poważnie teorię marksowską, to istnieje solidarność interesu klasy panującej i grup społecznych żyjących z redystrybucji wartości dodatkowej kosztem interesu tej klasy, na którą Marks zwracał uwagę jako na siłę bezpośrednio antagonistyczną wobec kapitału. Taką klasą nie są grupy społeczne znajdujące się poza sferą produkcji materialnej. Grupy te mogą stać się sojusznikami klasy robotniczej, jeśli klasa ta będzie przodującą siłą bojową na froncie antykapitalistycznym. Jeśli zabraknie jej tej świadomości klasowej, to grupy potencjalnie sojusznicze będą wysuwały swoje partykularne postulaty, które nie naruszają zasadniczego stosunku antagonistycznego w kapitalizmie. Jak to widzimy współcześnie.
 
 
Waga, jaką się przywiązuje do feminizmu wynika z tego, że bezpośrednim antagonizmem w układzie z konserwatyzmem jest właśnie feminizm. Jak pisze Jan Sowa: „Kobiety znajdują się w trudniejszej sytuacji: mniej zarabiają, są na wielu polach niedoceniane, padają ofiarą przemocy. Ale perspektywy mają lepsze niż mężczyźni, bo są w ruchu wznoszącym” („To kobiety, nie lewica, zburzą stary porządek”…)
 
Jednak ten antagonizm nie ingeruje w sferę produkcji, dopóki pozostaje ona kapitalistyczna. Raczej projekt kobiecy zamiast alternatywy wobec kapitalizmu sugeruje skuteczniejsze metody adaptacji do systemu. Metody te sprowadzają się co prawda, do postulatu zrównania z mężczyznami, jak gdyby mężczyźni nie podlegali wyzyskowi kapitalistycznemu. Ambicje kobiet są więc już na samym początku ograniczone do horyzontu kapitalizmu. Postulat wynagradzania za pracę w domu jest postulatem poszerzania sfery ingerencji stosunków kapitalistycznych w życie prywatne, przeciwko czemu ponoć kobiety walczą. Trudno nie odnieść wrażenia, że posunięcia te są bezmyślne, szczególnie z perspektywy tradycji ruchu robotniczego, który nie zawierał takich absurdów.
 
W ten sposób Nowa Lewica nie wysuwa programów antykapitalistycznych, ale zachowuje się, jakby kapitalizm znajdował się w swojej fazie wznoszącej, heroicznej, postępowej, zaś cała reakcja skupia się w projektach antykapitalistycznych, albowiem socjalistyczna alternatywa nie istnieje, zaś zagraża realnie alternatywa konserwatywna. Jest to alternatywa faktycznego wolnego rynku, na którym grupy tzw. kreatywne nie mają żadnych szans. Ich wzrost liczebny jest bowiem związany z istnieniem silnych instytucji państwa, które efektywniej od pojedynczych kapitalistów organizuje wyzysk siły roboczej i są podatniejsze na nacisk grup społecznych związanych z szeroko pojętą obsługą propagandową (literacką) systemu.
 
 
Dalecy jesteśmy bowiem od sugerowania, że przez projekty te przemawia po prostu głupota – zbiorowa świadomość ma raczej swoją racjonalność niż brak rozumu. Po prostu tego typu projekty odzwierciedlają interes konkretnej grupy społecznej. I tak należy je analizować.
 
 
W wypowiedziach Jana Sowy zastanawia całkowity brak odniesienia do ruchu robotniczego, nawet w negatywnym kontekście. Powód nie leży w tym, że to stara baśń. Sowa odnosi się do tradycji sarmackich, jakby były one na wyciągnięcie ręki, wczoraj jeszcze… Rzecz nie w tym więc, że to staroć – nie, brak jakiegokolwiek odniesienia wskazuje na interpretację ruchu robotniczego jako na ślepą uliczkę historii. W tym sensie, nowe ruchy społeczne (jak feminizm) nie stanowią dopełnienia tradycyjnego ruchu robotniczego, kojarzonego z wznoszącą falą lewicy, ale jego alternatywę, która zawsze skrywała się gdzieś za plecami, dla jakiegoś powodu niezdolna do przejęcia roli przywódczej w okresie świetności, dla jakiegoś powodu niezdolna do przejęcia inicjatywy w okresie odpływu fali rewolucyjnej związanej jak dotąd wyłącznie z ruchem robotniczym.
 
Opis dzisiejszej sytuacji: „Mamy więc sytuację paradoksalną i absurdalną: poglądy dużej części populacji nie znajdują odzwierciedlenia w opiniach klasy politycznej, bardziej konserwatywnej niż społeczeństwo, które jakoby reprezentuje” (J. Sowa, „To kobiety…”) Sowa nawiązuje do tego, co nazywa „lękowym fantazmatem”: „środowiska proeuropejskie wpędziły się w postawę neurotyczno-lękową, że jeśli będziemy za bardzo krytykować Kościół, to on się zbuntuje i zatrzyma społeczeństwo w marszu do Europy”. To zjawisko było i nadal jest związane z rywalizacją ugrupowań politycznych, które usiłują zwalczać swoich konkurentów łatwą demagogią zarzutu o „komunizm”, od którego najłatwiej się odciąć dzięki powołaniu na kościół. Feminizm jest tu także pomostem do obejścia możliwego zaetykietkowania. Z punktu widzenia konserwatyzmu, który nie musi dbać o niuanse, przynależność do antykomunistycznej Nowej Lewicy jest równie dobrym powodem do postawienia zarzutu o komunizm, co powoływanie się na Marksa.
 
 
Sowa dramatycznie stwierdza, że „lewica jest zmuszona walczyć o sprawy, które tak naprawdę są liberalnym minimum” („To kobiety…”) To stwierdzenie wynika z konstatacji, iż nie zanosi się na realizację postulatu szybkiej „silniejszej redystrybucji”, po której lewica będzie mogła zająć się tym, do czego jest powołana – walką o kosmetyczne, demokratyzujące retusze kapitalizmu.
 
Jednocześnie „stawka feminizmu, tak jak go rozumiem, jest większa niż tylko ‘sprawa kobiet’. Jeśli jest dziś jakaś nadzieja na pozytywne przekształcenie sfery politycznej i społeczeństwa, to leży ona w ruchach feministycznych. (…) Emancypacja kobiet w normalnych warunkach – czyli bez wojny bądź wielkiego kryzysu – jest nie do zatrzymania” („To kobiety…”)
 
Kapitalizm przeżywa dziś kryzys. Feminizm, jak go rozumie Jan Sowa, działa destabilizująco na istniejący system. Program Nowej Lewicy zasadza się na stabilności gospodarki (post)kapitalistycznej. Destabilizacja resztek chwiejącego się systemu, bez pomysłu na alternatywny wobec kapitalizmu mechanizm ekonomiczny, daje możliwość wygrania wyłącznie siłom konserwatywnym, które wykorzystają lęk zatomizowanego społeczeństwa przed anarchią i rewolucją.
 
Bez komentarza pozostawiamy to powiązanie iluzji z faktycznym układem sił i ewentualnymi konsekwencjami. Zwracamy jednak uwagę, dla uspokojenia, iż polityczny projekt feministyczny ma charakter wyjątkowo konserwatywny społecznie (jeśli nie liczyć wymiany elit).
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
13 kwietnia 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: DLACZEGO PROJEKTY NIEMARKSISTOWSKIE NIE SĄ PROJEKTAMI ANTYKAPITALISTYCZNYMI?

SPD - niemiecka socjaldemokracja

 

See video

 

Historycznie rzecz biorąc, dotąd tylko ruch robotniczy jako jedyny postawił jako cel polityczny obalenie systemu kapitalistycznego, stwarzając jednocześnie realną szansę realizacji tego celu. To spostrzeżenie jest o tyle ważne, że wydobywa różnicę między koncepcją Marksa i Lenina a koncepcjami dominującymi w ruchu na początku XX wieku, kładącymi nacisk na naukowość projektu socjalistycznego. Oryginalność teorii Marksa wynikała z metody dialektycznej, zakładającej racjonalizację procesu historycznego z punktu widzenia interesu podmiotu emancypacji – klasy robotniczej, nie zaś z mniej lub bardziej naukowej interpretacji historii powszechnej, polegającej na uszeregowaniu formacji społeczno-ekonomicznych, które w sposób deterministyczny orzekało o możliwości - bądź nie - formacji socjalistycznej.

 
Dialektyczna metoda rozchodzi się z metodą pozytywistyczną, która była faktyczną metodą interpretacji rzeczywistości przez partie socjaldemokratyczne. To niezrozumienie dialektyki było przyczyną zakładania, że tylko reprezentacja interesów najszerszych warstw społecznych, która zawsze sprowadza się do poszukiwania wspólnego mianownika owych interesów, jest gwarantem obiektywnej postępowości wyznawanego programu, a przynajmniej jego akceptowalności przez społeczną większość, co w sytuacji braku precyzji w definiowaniu postępu stanowi już… postęp.
 
Postęp zostaje utożsamiany z kompromisem, ponieważ wydaje się logiczne, iż to, co satysfakcjonuje większą liczbę osób jest „postępem” w porównaniu z sytuacją satysfakcji mniejszej liczy osób. Zwłaszcza, jeśli jednym z aksjomatów doktryny jest pauperyzacja społeczeństwa, skutkująca pozornie efektywnym ujednoliceniem interesów ekonomicznych. Dialektyczna rola podmiotowa klasy robotniczej zostaje w konsekwencji rozłożona na czynniki pierwsze, które jako takie pojedyncze elementy zostają zidentyfikowane w różnorodnych podmiotach społecznych. Suma tych podmiotów zostaje więc uznana za tożsamą z klasą robotniczą-podmiotem, której wyróżniającą cechą (wedle Marksa) miała wszakże być synteza elementów cechujących ów podmiot, a w szczególności jego partykularyzm i świadomość jako klasy-dla-siebie oraz uniwersalizm i brak świadomości jako klasy-w-sobie, w którym zresztą takie rozróżnienie staje się paradoksalne i w jakimś sensie niemożliwe.
 
Powierzchowne upodabnianie się relacji społecznych w kapitalizmie, analogiczne do mimikry stosunków społecznych w innych epokach i cywilizacjach, maskuje tylko istotnościową różnorodność konkretnych zjawisk. Wzajemne relacje między samymi przedstawicielami kapitału różnicują już dalsze wzajemne relacje kolejnych grup społecznych i ich rzeczywiste miejsce w społeczeństwie. Porządkowanie oglądu społeczeństwa, nie oparte na dialektyce, może przynosić efekty wartościowe z różnych punktów widzenia, niemniej nie jest tożsame z oglądem, jakiego dokonywał K. Marks. Przywódcy socjaldemokracji niemieckiej nie wiązali nadziei na szacowność swoich programów partyjnych z dialektyką, ale z naukowością. Efektem było zakwestionowanie podstaw teorii wartości przy pozostawieniu ideologicznego elementu tej teorii, a mianowicie przekonania o tym, że abstrakcyjnie rzecz ujmując, to praca i tylko praca wytwarza wartość (czytaj: tylko praca daje tytuł do otrzymywania wynagrodzenia), a konkretnie: każda praca wytwarza dobra wymienialne na rynku, równoważąc popyt z podażą.
 
Koncepcja pozostawała więc radykalna, ponieważ podtrzymywała najsilniejszy czynnik bojowości proletariatu, czyli tezę, że wartość dodatkowa (w praktyce: zysk) pochodzi z odebrania pracującemu części wartości wytworzonego przezeń towaru. Ponieważ jednak pracą w tym sensie była każda praca, z upływem lat i z konformizacją polityki partii robotniczych, ciężar problemu przeniósł się na kwestię podziału wytworzonej wartości (dochodu i dochodów). Straciło na znaczeniu to, w jakiej dziedzinie była prowadzona produkcja i jak była ustrukturowana gospodarka z punktu widzenia prostej gospodarki towarowej, a więc jakie elementy były pochodne od jakich relacji społecznych w tym prostym społeczeństwie. Czyli straciła na znaczeniu teoria wartości oparta na pracy, stając się zaledwie hasłem bezużytecznego już leksykonu marksizmu, od którego konsekwentnie odchodzono, „legalizując” wreszcie ten proces w Bad Godesberg, w 1959 roku.
 
Naukowa wiara w konieczny proces ewolucji systemów społeczno-ekonomicznych, w trakcie którego społeczeństwa powoli, może czasem zbyt powoli, doskonalą swoje instytucje stoi w wyraźnej sprzeczności z ideą rewolucyjnej zmiany. Upieranie się przy rewolucji zostało wytłumaczone w przypadku Marksa niecierpliwością reformatora społecznego, zaś w przypadku Lenina – żądzą władzy. Pojęcie „dyktatury proletariatu”, które mogłoby jeszcze budzić zaniepokojenie, czy nie przeoczono czegoś ważnego w teorii marksowskiej, zostało odsunięte poza nawias ze względu na konotacje związane ze słowem „dyktatura”. Nadano więc złożonemu, syntetycznemu pojęciu znaczenie związane tylko z jego jednym członem i ze spokojnym sumieniem odłożono je do lamusa. Sprzyjała temu interpretacja „proletariatu” jako synonimu wszystkich spauperyzowanych pracowników najemnych niezależnie od sektora gospodarki. Sprowadzono więc pojęcie „dyktatura proletariatu” do paradoksu „dyktatury większości”, a więc uzgodniono je z demokracją, co już całkowicie uspokoiło sumienia ewentualnych marksistów.

Zwycięstwo demokracji sprawia bowiem, że ewolucja systemu jest zagwarantowana, choć może nie zawsze przebiega w satysfakcjonującym tempie. Istnieją też siły, które usiłują zniszczyć demokrację i zahamować proces ewolucyjny. Zasadniczo są to główni wrogowie postępu. Walka z klasą kapitalistów jest prowadzona za pomocą instytucji państwa demokratycznego i jest o tyle ułatwiona, że polega na realizacji przez państwo społecznego roszczenia do odbierania kapitałowi większej ilości zysku, aby go podzielić między pracowników najemnych zatrudnionych w instytucjach publicznych. Zwiększenie efektywnego popytu tej części społeczeństwa zwiększa popyt w ogóle, powodując ożywienie gospodarki i wzrost wynagrodzeń w sektorze prywatnym. Państwo może też dotować firmy prywatne, aby spowodować wzrost gospodarczy – z tym samym celem. Instytucje finansowe zaś obracają kapitałem stworzonym na bazie produktu gospodarki realnej, przyczyniając się również do redystrybucji dochodu i dochodów. Mechanizm demokracji służy więc bezpośredniej redystrybucji owego dochodu i dochodów w interesie „proletariatu”, czyli pracowników najemnych nie wynagradzanych z płac wydzielanych przez kapitalistów. Pracownicy najemni gospodarki realnej korzystają z tego w sposób pośredni, jeśli ten mechanizm skutecznie służy poprawie kondycji ekonomicznej kraju.

W praktyce, zysk odbierany kapitalistom i przeznaczany na cele redystrybucyjne pochodzi z części wartości odebranej bezpośredniemu producentowi, tj. z wartości dodatkowej (zysku). A więc, w praktyce, wartość redystrybuowana jest częścią odebraną bezpośredniemu wytwórcy produktów przeznaczonych na rynek. Redystrybucja tak dokonywana omija relacje rynkowe i polega na arbitralności biurokracji dokonującej podziału, oczywiście, pod naciskiem mechanizmów demokratycznych. Owe mechanizmy jednak nie kwestionują odbierania części wartości bezpośredniemu producentowi i przekształcania jej w wartość dodatkową (zysk). Mechanizmy demokratyczne nie obejmują więc stosunków produkcji. W 140 lat po Marksie postępowa ewolucja systemu kapitalistycznego, mimo swoich licznych udoskonaleń, w tym względzie pozostała niewzruszona.
 

Zmieniło się tylko to, że ewoluująca lewica, porzucając ruch robotniczy, przestała uznawać to za problem. W totalnej niezgodzie z Marksem, lewica zadowoliła się relacjami – w pewnym sensie – w nadbudowie, uznając, logicznie i konsekwentnie, sferę gospodarki za domenę kapitału, w którą nie należy ingerować, zapewne ze względu na złe doświadczenia historyczne krótkiego XX wieku.

Problemy z gospodarką kapitalistyczną pozostały i gnębią lewicę. Są to jednak problemy dostrzegalne z perspektywy powierzchownej, do której świadomie sprowadziła się lewica. Są to więc problemy związane z konsekwencjami gospodarki kapitalistycznej: kwestie ekologiczne (socjalizm ekologiczny) czy kwestie obyczajowo-kulturowe, a nie z kwestiami strukturalnymi kapitalizmu jako takiego.

W sferze „nadbudowy”, lewica może co najwyżej proponować różne rozwiązania dotyczące sposobów redystrybucji, warunkiem możliwości której jest sprawna gospodarka realna. Ten „warunek” to wartość dodatkowa, odbierana klasie bezpośrednich producentów, wskazany przez Marksa warunek istnienia cywilizacji. Nie ruszając struktury stosunków produkcji materialnej proponowane „sprawiedliwe” algorytmy podziału wyrwanej kapitaliście wartości dodatkowej, wyrwanej przezeń bezpośredniemu producentowi, sprowadzają się do Syzyfowej pracy - coachingu dla jednostek, które pnąc się w górę muszą jednocześnie spychać inne jednostki w dół – albowiem struktura pozostać ma zasadniczo taka sama. Warunkiem poprawy jest wzmożenie eksploatacji zasobów przyrodniczych, co przeczy założeniom „socjalizmu ekologicznego”. Faktem jest zresztą coraz mniejszy entuzjazm dla tego projektu – jego utopijność i wewnętrzna sprzeczność biją po oczach.
 

Lewica jednak wytwarza coraz to nowe projekty mające zastąpić marksizm w dziele rozwiązywania problemów społecznych. Feminizm, rozumiany jako projekt szerszy i ambitniejszy niż tylko kwestia emancypacji kobiet, ale jako projekt polityczny, zastępujący marksizm, nie proponuje niczego, co by wychodziło poza ograniczenia poprzedzających go projektów. Proponując doskonalenie kwalifikacji i osobowości jednostkom, wzmacnia ich możliwości konkurowania o dochody przyznawane z jakiegoś tytułu w ramach redystrybucji wartości dodatkowej. Alternatywne mechanizmy społeczne opierają się na wciąż tym samym fundamencie produkcji materialnej, która jest uznawana za niewzruszoną datę (stałą) istniejącego systemu społecznego.

Oczywiście, społeczeństwo może ewoluować, tak jak miało to miejsce dotychczas, kiedy to cała ewolucja polegała na unikaniu rozwiązania podstawowego problemu społecznego – walki klasowej. Jako marksiści nie powinniśmy jednak zapominać, że uzyskanie świadomości historycznego zadania nakłada na nas jako na homo sapiens konieczność ustosunkowania się do tej świadomości. Nieświadomość zapewnia niewinność, jednak zamykanie oczu na uświadomioną treść nie zapobiega przeniesieniu nas do wymiaru prawdziwej historii ludzkości w dziedzinie sumienia, czyli zdając sobie sprawę z rozmiaru przegranej.

Chyba na tym polegałaby zemsta dialektyki.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
7 kwietnia 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Porównywać można tylko rzeczy porównywalne - marksizm a feminizm

Feminizm
See video

 
Pieniądz pełni funkcję pośrednika wymiany, nie zaś środka akumulacji. Z pojawieniem się kapitalizmu, wszystko ulega zmianie, chociaż zewnętrznie wydaje się, że wszystkie instytucje pozostały takie same. Produkt, który stał się towarem, czyli zaczął być produkowany dla wymiany i akumulacji bogactwa w jego najogólniejszej formie, tj. pieniądzu, uwolnił się od swego wytwórcy, zobiektywizował się tak bardzo, że przestał go reprezentować.
 
Suma towarów zaczęła reprezentować sumę wytwarzających je robotników oraz zatrudniającego ich kapitalistę. Nadal, w ujęciu wartościowym, suma towarów na rynku równoważyła się wzajemnie, ale reprezentowała ona tylko zaangażowanych w ich wytworzenie.
 
Porównywać można tylko rzeczy porównywalne.
 
Wymiana początkowo dotyczy wyłącznie dóbr pierwszej potrzeby. Później rozszerza się na środki produkcji. W stosunku do uprawy ziemi, produkcja przemysłowa jest krokiem od bezpośredniej wymiany z naturą, ale wciąż jeszcze ma z nią wiele wspólnego. Wymiana dóbr pierwszej potrzeby na dobra wyższego rzędu ma zawsze charakter nierynkowy.
 
Podobnie jak „umowa” między stanem rycerskim a chłopami opiewająca na ochronę tych ostatnich jest zasadniczo tylko przykrywką dla fizycznego przymusu i podporządkowania chłopów uzurpatorom, tak i wymiana między bezpośrednimi producentami a producentami wartości niematerialnych zasadza się na narzuconym pewniku, że wartości niematerialne są więcej warte niż produkty pierwszej potrzeby.
 
Bierze się to stąd, że twórcy kultury rozrastali się jako warstwa społeczna powoli, a do życia powoływały ją klasy panujące nad bezpośrednimi producentami. Dobra wyższego rzędu były rzadkie, więc cenne. Na rynku znalazły się stosunkowo późno.
 
Wymiana między dobrami pierwszej potrzeby a dobrami wyższego rzędu od początku była poronionym pomysłem. Porównywać można tylko rzeczy porównywalne. Tak naprawdę wymieniamy siły robocze, jeśli towar reprezentuje swego wytwórcę. W ujęciu wartościowym więc, dzieło artystyczne, którego wytworzenie zajęłoby rok, warte byłoby produkt całego roku wytworzony w innej gałęzi.
 
Rzecz w tym, że nie jest obojętne, co nabywamy. Ale dzieła artystycznego nie można kupić w kawałkach, dlatego też z punktu widzenia potrzeb potencjalnych nabywców jest pnp bezużyteczne. Na kupno może sobie pozwolić właściciel bogactwa (wartości dodatkowej zgromadzonej w jednym ręku, osoby nie liczącej się z tym, że należy się jej wyłącznie wartość jej siły roboczej).
 
Problem został rozwiązany poprzez masową kulturę, konsumowaną wspólnie (telewizja, koncerty, muzea, teatry, płyty, książki itp.), gdzie wartość produktu jest opłacana kolektywnie przez masowego odbiorcę. Na co nie może sobie pozwolić pojedynczy konsument, to może zakupić ich kolektyw.
 
Ponieważ jednak wymiana w tym wypadku nie podlega kontroli utrzymującej rzeczywisty, fizyczny fundament owej wymiany, wymiana zostaje oderwana od proporcji określonej przez zaangażowaną siłę roboczą, która utrzymywała na bezpiecznym poziomie czynnik demograficzny, ograniczony w ten dyskretny sposób do tej liczby, która pasuje do poziomu wytwórczości dóbr pierwszej potrzeby.
 
Podobnie jak na rynku finansowym, wytworzone dobra „kulturowe” mogą osiągać korzystne ceny i budować środki pochodne od twardej waluty opartej na fizycznych dobrach. Jednak zawsze kiedyś rozdęta zbyt mocno bańka musi pęknąć, a przed ludźmi odsłania się ponura rzeczywistość sytuacji ekstremalnej, kiedy okazuje się, że zapotrzebowanie na dobra wyższego rzędu zostaje wypchnięte przez prymitywną potrzebę zaspokojenia potrzeb elementarnych. Do głosu dochodzą prawdziwe reguły ekonomiki.
 
Tymi właśnie problemami zajmuje się ekonomia marksowska i stąd waga rozważań w kategoriach wartości. Są to bowiem rozważania prowadzone na poziomie rzeczywistej gospodarki w jej ujęciu społecznym, a nie w ujęciu abstrakcyjnych towarów, gdzie postać fizyczna owych towarów i ich rola społeczna nie odgrywają żadnej roli. To jest inny rodzaj abstrakcji niż ten, jaki stosuje Marks.
 
Ten paradygmat myślenia, w którym przyszłe społeczeństwo bezklasowe wynikało z przemyślenia realnych i istotnych, a nie przypadkowych, zależności między towarami na rynku, a gdzie kluczową rolę odgrywa pojęcie siły roboczej, był fundamentem ruchu robotniczego.
 
Jeżeli mówi się dziś o tym, że świat się zmienił, że produkcja dóbr kultury jest taką samą produkcją, chociaż przyrównanie do produkcji jest dla tej twórczości jednocześnie kamieniem obrazy, to jest to przede wszystkim całkowitym odrzuceniem ekonomii marksowskiej i nie może być zaliczane do żadnego nurtu neomarksizmu czy nawet postmarksizmu. Jest to po prostu antymarksizm.
 
Feminizm współczesny nie jest zaledwie próbą zwrócenia uwagi na kwestię kobiecą w ruchu społecznym. Pierwiastek kobiecy w feminizmie oznacza określony stosunek do rzeczywistości, a nie perspektywę kobiety jako części składowej globalnej siły roboczej. W tym rozumieniu, w jakim ma to miejsce w marksizmie – przedstawione powyżej.
 
Feminizm podbudowuje niezrównoważoną sytuację rynkową, a przez to hamuje i sabotuje program lewicowy i marksowski, w którym dąży się do zminimalizowania i wyeliminowania komercjalizacji dóbr wyższego rzędu. Nie są one dobrami, które mogą funkcjonować na rynku, ponieważ na rynku mogą funkcjonować tylko te dobra, za którymi stoją elementarne potrzeby człowieka, albowiem tylko warunki utrzymania siły roboczej (czyli utrzymania bezpośredniego wytwórcy) dyktują prawidłowe relacje popytu i podaży, na których mogą się rozwijać zrównoważone relacje gospodarcze – gospodarka zrównoważona pod każdym względem.
 
„Kobieca” (a właściwie feministyczna) odpowiedź na problemy współczesnego świata sprowadza się do doradztwa, co robić, aby przezwyciężyć bariery w samym sobie, bariery, które blokują sukces w społeczeństwie, w którym… sukcesu dla wszystkich być nie może. A to ze względu na niezrównoważoną gospodarkę – jak to opisaliśmy powyżej. I na reguły, które uniemożliwiają uzyskanie rozwiązania. W sposób mniej lub bardziej świadomy, feminizm staje się spójną ideologią, która uzasadnia odrzucenie marksizmu stwarzając pozór zbudowania na jego ruinach rozwiązania i programu, który byłby jego rozwinięciem i wersją ulepszoną, dostosowaną do współczesnych potrzeb.
 
Programy samorozwojowe, na których opiera się propagandowy sukces feministycznych koncepcji, które są szersze niż kwestia kobieca, powielają model sprzedaży nieadekwatnego produktu na rynku, jaki znamy z przykładu (przytoczonego wyżej) showbiznesu – sukces projektów feministycznych jest zbudowany na masowości odbiorcy owych programów i projektów. Strukturalny dla kapitalizmu brak sukcesu w poszczególnych przypadkach pozostaje faktem izolowanym, nie budzącym zainteresowania wspólnoty. Odmiennie niż w przypadku ruchu robotniczego, gdzie sukces projektu komunistycznego z góry zakłada strukturalną całość, strukturalną zmianę, a brak sukcesu może być oceniany dopiero po realizacji całościowego projektu.
 
 
Projekt feministyczny, analizowany pod takim kątem, jawi się jako czysta apologetyka istniejącego systemu, a jednocześnie jako utopijna próba jednostkowego przezwyciężania systemowych problemów kapitalizmu. Perspektywa „kobiecości” w tym projekcie służy nawet nie jako kobiecy egoizm (projekt obejmuje równie dobrze kobiety, jak i mężczyzn, o ile tylko przyjmą ten model wartości), ale jako programowy pragmatyzm i zgoda na warunki istniejącego systemu. Marksizm kwestionuje racjonalność kapitalistyczną i nie przyjmuje narzuconych reguł gry.
 
Feminizm jest projektem klasowym, a nie genderowym. Tak jak dotychczas, powielany jest klasowy stosunek do producentów warunków materialnych bytu społecznego. Za wszelką cenę feminizm usiłuje zachować dotychczasowe, nierealne stosunki wymiany kapitalistycznej zamiast je przezwyciężać.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
1 kwietnia 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Miejsce przyłożenia

Róża Luksemburg
See video

 
Refleksja nad teorią ekonomiczną Marksa prowadzi do wniosku, że mamy tam do czynienia z jednoczesnym przedstawieniem dwóch poziomów analizy. Wszelkie kategorie, których Marks używa do analizy kapitalistycznego sposobu produkcji, mają jakiś rodowód, nie istnieją wyłącznie w kręgu synchronicznie (równolegle) ujętego procesu społecznego. Kapitał (zwłaszcza tom I) przedstawia ujęcie diachroniczne, czyli uogólniony system reprodukcji prostej, na tle którego dopiero można zrozumieć sens funkcjonowania współczesnego kapitalizmu oraz tylko z tej perspektywy historycznej, ale uogólnionej, ujętej w abstrakcję, można przewidywać przyszłe trajektorie tego systemu włączając w to przewidywanie aktywne oddziaływanie ludzkiej racjonalności i opartego na niej planowania przyszłości.
 

Interpretacja teorii ekonomicznej Marksa przez następne pokolenia poszła torem entuzjazmu dla części „synchronicznej” – pozytywistycznego wykładu rzeczywistych mechanizmów rynkowych. Jako całkowicie nieprzystającą do rzeczywistości odrzucono kategorię wartości – pod pretekstem, że dubluje ona całkiem wygodne pojęcia ekonomii burżuazyjnej, jak cena czy zysk. Tymczasem kategoria wartości jest niezbędna dla płynnego przejścia między analizą synchroniczną a diachroniczną. Kapitalizm jest tylko węzłem na sznurze procesu historycznego. Niestety (dla niektórych antydialektycznych deterministów), sznur ten za węzłem jest jeszcze rozpleciony i składa się z mniejszych sznureczków, które można zapleść na różne sposoby. Niemniej, nie można od sznureczków przejść do lodów waniliowych.
 
 
Sprzeczność systemu kapitalistycznego ma szczególny i specyficzny charakter, a dzięki dynamice tego systemu, sprzeczności owe mają gwałtowny przebieg, w przeciwieństwie do powolnych procesów dostosowawczych znanych z systemów cechujących się ociężałością. Co nie znaczy, że w innych systemach nie istnieją sprzeczności. Sprzeczności są zasadą ruchu, bez którego nie ma zmian, a ruch jest podstawową, konstytutywną cechą materialnej rzeczywistości. Charakter elementów składowych konkretnej sprzeczności wyznacza (determinuje) przyszły rozwój wypadków, ale determinuje tylko w ogólnych zarysach.
 
 
Wedle Marksa, dynamika systemu kapitalistycznego jest czynnikiem sprzyjającym dla dzieła racjonalnego wpłynięcia na proces wyznaczający mechanizm gospodarczy. Proces nie przebiega jako niezauważalny dla kolejnych pokoleń, statyczny, wręcz cykliczny do końca świata bieg rzeczy, na który ludzie nie mają wpływu, ale w jednym historycznym momencie mamy do czynienia z nagromadzeniem wyborów, które wpływają na siebie, ale ponieważ z braku czasu nie mogą się ustabilizować, skutki mogą być w dostępnym stopniu potęgowane lub hamowane świadomym działaniem. Dzieje się tak dlatego, że skutki są widoczne niemal natychmiastowo – można więc je ocenić i próbować korygować.
 
 
Róża Luksemburg „bardzo wysoko ceni też dokonany przez Marksa – po długim okresie pomieszania idei oraz błędów wykluczających naukową analizę reprodukcji kapitału w makroskali – podział wartości produktu globalnego na trzy części. Całkowicie także aprobuje rozbicie tego produktu na dwa główne działy produkcji społecznej i ideę proporcji rzeczowych i wartościowych koniecznych do tego, by reprodukcja – prosta czy rozszerzona – mogła mieć miejsce (…)
 
 
Z tych wszystkich względów wysoko ceni marksowskie schematy reprodukcji, będące liczbowym ujęciem tych założeń i idei. Pierwsza też chyba wśród marksistów nie tylko rozpoznaje, ale i szeroko uzasadnia ponadustrojowe znaczenie tych założeń, idei i konstrukcji” (tamże, s. 307).
 
 
Ogólna formuła produktu: C + V + M, przedstawia najogólniejszy podział w społeczeństwie, czyli ten, który determinuje podział wtórny. Dla analizy realnego, kapitalistycznego sposobu produkcji, okazała się ona jednak niewystarczająca. Doszły więc, jako krok przybliżający do rzeczywistego życia gospodarczego, schematy reprodukcji. Na papierze, jak zauważa Róża Luksemburg, można wszystko uzgodnić. Jest to podobny zabieg do tego, który wydawał się uzasadniać możliwość rachunku ekonomicznego w socjalistycznej gospodarce, przy założeniu, że chodzi o równowagę. Rzeczywistość pokazała jednak, że kryzysy nie są do przezwyciężenia, a gospodarka planowa to nie sprawa techniczna.
 
 
 
Schematy reprodukcji ujmują działy produkcji i konsumpcji, i można tak ustawić arytmetycznie proporcje, aby przyrosty równoważyły się w obu działach. Nie tu więc leży problem.
 
 
Sytuacja była trochę inna, niż to ujmowano dotychczas. Ale po kolei.
 
 
Formuła C + V + M kryje w swoich agregatach nieco więcej, niż się zazwyczaj podejrzewa. W przedkapitalistycznych społeczeństwach V oznacza nie tylko bezpośredniego producenta, ale i jego szeroko pojętą rodzinę, której członkowie mają tytuł do uczestnictwa w podziale ze względu na swą przynależność do rodziny. Podobnie M kryje w sobie nie tylko samego właściciela środków produkcji, ale także jego rodzinę oraz – co już nieoczywiste – dostarczycieli usług „luksusowych”. Wydatki na te usługi nie wchodzą w mechanizm rynku, ale są tożsame z wydatkami na rodzinę (są pokrywane z tej samej części przywłaszczanego dochodu, bogactwa czy wartości dodatkowej).
 
 
Kapitalizm uwalnia wieś od nadwyżki zbędnej siły roboczej, której większość zasila proletariat. Z drugiej strony, usługodawcy, którzy wchodzą na rynek, włączają się w jego mechanizm. Kiedy wyczerpują się rezerwy osiągnięte w poprzednim systemie, a które zasilają wewnętrzną akumulację pierwotną kapitału, grupy te ulegają proletaryzacji. Czyli wydaje się, że zasilą one szeregi klasy robotniczej, co nie zmieni wyżej przytoczonej, ogólnej formuły. Całe społeczeństwo ulegnie proletaryzacji poza garstką kapitalistów.
 
 
Schematy reprodukcji z kolei uspokajały, że proporcje – na wyższym pułapie – ale zostaną zachowane.
 
 
Prosty wniosek, jaki wyciągają stąd zwolennicy dogmatycznie (bo XIX-wiecznej) ujętej teorii Marksa, jest taki, że cały problem kapitalizmu polega na zachłanności kapitalistów. Gdyby zabrać im wartość dodatkową (zysk), to starczyłoby dla wszystkich pracowników najemnych, ponieważ wszyscy są zatrudnieni przez kapitał na równych zasadach. Schematy reprodukcji wprowadzają jednak nieco wątpliwości, ponieważ zarysowują latentną sprzeczność między produkcją a konsumpcją, odsuwając ją jednak szybko, ponieważ „papier jest cierpliwy” i teoretycznie problem jest rozwiązywalny. Schematy wskazują jednak kierunek wątpliwości. Gdyby wydzielić działy „produkcyjny” i „konsumpcyjny”, a nie zawęzić produkcyjnego do produkcji środków produkcji, otrzymalibyśmy właściwie postawione pytanie czy problem. Zgodnie z dialektyczną metodą Marksa (diachroniczną), zadalibyśmy sobie pytanie o fundamenty dla utrzymania nadbudowy cywilizacyjnej (reprezentowanej przez warstwy społeczne nie biorące udziału w produkcji środków reprodukcji społeczeństwa – jak to lubią stawiać feministki, mając jednak coś nieco innego na myśli), której utrzymanie przestaje być problemem właścicieli środków produkcji (czyli bogactwa społecznego). Mówiąc wprost – przestaje się zaliczać do M.
 
 
Rzecz nawet nie w samym zjawisku, tylko w jego masowości. Tu mamy ilustrację tego, jak nieproporcjonalnie duże znaczenie mogą mieć w dynamicznej, a więc mało stabilnej z założenia gospodarce, drobne z pozoru czynniki, które w poprzednich systemach społeczno-ekonomicznych rozkładały się na powolne procesy dostosowawcze.
 
 
Z drugiej strony, uwolnienie ludzi od pracy produkcyjnej i upowszechnienie dóbr cywilizacyjnych pozostaje celem społeczeństwa bezklasowego. A więc problem nie jest marginalny, tylko ma zasadnicze znaczenie dla owego przyszłego społeczeństwa. Stawiając problem klasy robotniczej jako motoru czy osi procesu prowadzącego do komunizmu, Marks właśnie ten problem miał przed oczami.
 
 
Rozwiązanie tego problemu przez Marksa (nie w formułach, ale w rozważaniach) polegało na wyłączeniu wolnej kreatywności z mechanizmu rynkowego poprzez upowszechnienie uczestnictwa w tej twórczości. W ten sposób wracamy do sytuacji przedkapitalistycznej – braku oddzielenia twórczości od klas bezpośrednio zaangażowanych w produkcję – robotników i kapitalistów. A ponieważ w społeczeństwie bezklasowym obie te klasy znikną, „klasa kreatywna” tym bardziej nie będzie stanowiła osobnego czynnika popytu lub podaży. Wówczas będą działały schematy reprodukcji i proporcje, tak jak to przewidziano w modelu teoretycznym, w którym pozostanie „naturalna” proporcja między produkcją społeczną a opartą na niej konsumpcją społeczną.
 
 
Antagonizm między klasą bezpośrednio produkcyjną a warstwami i grupami społecznymi oderwanymi od procesu produkcji (czy to od strony robotnika, czy to od strony właściciela środków produkcji) bierze się stąd, że utrzymanie „cywilizacyjnej nadbudowy” wymaga środków, które można czerpać wyłącznie z produkcji, a więc z zysku kapitalisty. Zwiększenie zysku oznacza (w czystym modelu) zwiększenie wyzysku bezpośredniego producenta, czyli robotnika produkcyjnego. Rola państwa w tym procederze polega na opodatkowaniu po raz kolejny robotnika, który dorzuca się znowu do kosztów utrzymania cywilizacji, z której korzysta niewiele, a jeśli, to i tak odpłatnie (czyli jest opodatkowywany po raz trzeci – przez kapitalistę, przez państwo i przez usługodawcę).
 
 
Komercjalizacja kreatywnego potencjału człowieka jest realnym przejawem alienacji. Jeżeli przez tysiąclecia klasy ludowe nie korzystały z dobrodziejstw cywilizacyjnych, to rozwijały własne, ludowe formy twórczości. Komercjalizacja kreatywnego potencjału człowieka ma praktyczny skutek, jakim jest skansenizacja niekomercyjnych form ludowej twórczości i, w efekcie, ich ostateczna komercjalizacja. Albowiem rynek zagarnia wszystko, gdyż każdy nie zawłaszczony skrawek terenu grozi rozsadzeniem systemu.
 
 
Jeżeli więc weźmiemy koncepcje Marksa w ich dialektyce diachronicznej i synchronicznej, w jednoczesnej perspektywie przeszłości i przyszłości, to możemy uporządkować świat realnych zjawisk wedle pewnej struktury, która jest logiczna w tej właśnie perspektywie.
 
 
W odniesieniu do problemu „nadbudowy cywilizacyjnej”, czyli do sproletaryzowanych „mas kreatywnych”, problem polega na wymianie zewnętrznej między środkami utrzymania a dobrami dostarczanymi spoza systemu. Dlatego system jako taki nie może się domknąć. Schematy reprodukcji opierały się na równoważeniu składowych, które były częściami jednej całości. Wcześniej domykał się, ponieważ „twórczość” czy „cywilizacja” była zawarta wewnątrz dwóch klas antagonistycznych, ale działających w sferze produkcji materialnej, reprodukującej społeczeństwo w jego postaci materialnej.
 
 
Wzrost wydajności pracy i produkcyjności sił wytwórczych w ogóle spowodował zaistnienie warunku możliwości społeczeństwa bezklasowego, czyli takiej nadwyżki wartości dodatkowej, która jest do tego potrzebna. Jednocześnie, system kapitalistyczny nie ma mechanizmów, które włączałyby wyalienowaną stronę człowieka nie będącego producentem dóbr materialnych, do tego systemu. „Klasa kreatywna” nie reprezentuje popytu efektywnego na poziomie najogólniejszych, abstrakcyjnych rozważań Marksa. W takim rozumieniu, popyt taki jest związany wyłącznie z wymianą z przyrodą. Rozwiązywanie tego problemu tu i teraz, konkretnie i czysto schematycznie, prowadzi do obserwacji, że jedna z dwóch klas antagonistycznych musi zapłacić końcowy rachunek. A ponieważ możliwość zapłacenia rachunku przez kapitalistę opiera się na wyzysku siły roboczej robotnika produkcyjnego, to ostatecznie wszystko sprowadza się do wzmożenia wyzysku owego robotnika. Tak, jak to miało miejsce w poprzednich systemach społeczno-ekonomicznych, gdzie cywilizacja opierała się jawnie na wyzysku podstawowej klasy produkcyjnej – chłopach bezpośrednio wymieniających z przyrodą (praca na roli).
 
 
Rzecz nie w tym, żeby zahamować rozwój cywilizacyjny, ale w tym, żeby zlikwidować alienację, która towarzyszy klasowym formom owej cywilizacji.
 
 
Zamiast zastanawiać się nad najlepszymi (dla kogo?) formami podziału bogactwa (dochodu wartości dodatkowej), należy zastanowić się nad zniesieniem alienacji płynącej z komercjalizacji kreatywnego potencjału społeczeństwa. Zamiast zastanawiać się nad jak najszerszym ujęciem konfliktowości w łonie społeczeństwa, należy wymierzyć precyzyjny cios w chore miejsce klasowego społeczeństwa. Jest to bardzo wąski cel, ale właśnie dlatego jest osiągalny. Łatwiej przewrócić górę, kiedy opiera się swoim czubku, niż kiedy stoi na szerokiej podstawie.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
31 marca 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Rekiny i delfiny

Narwale

 

See video

 
Logicznie, dopóki ten model gospodarczy funkcjonował sprawnie, lewica rościła sobie pretensje do gospodarowania, w interesie społeczeństwa, środkami, które państwo burżuazyjne uzyskiwało od kapitału. A nawet model tej współpracy opartej na kompromisie z kapitałem, został utrwalony w postaci instytucji ponadpaństwowych, funkcjonujących w świadomości społecznej jako aparat władzy wyobcowanej, ale paternalistycznej, spełniającej zadania polityki socjalnej, bez potrzeby kwestionowania kapitalistycznego systemu produkcji.

Teoretycznie, działanie lewicy opierało się na przekonaniu, że sprawiedliwszy podział społecznego bogactwa samoistnie znosi w tendencji kapitalizm, bez konieczności rewolucji. Znalazło to odbicie w poglądach o postkapitalizmie, o społeczeństwie postindustrialnym, których akceptacja całkowicie zniosła potrzebę refleksji nad zagadnieniami ekonomicznymi i ruchu robotniczego stanowiącymi podstawę teorii Marksa.
 
 

Lata 70-te zadały pierwsze ciosy temu dziejowemu optymizmowi, nie zmieniając jednak sposobu myślenia lewicy pokładającej ufność w zdolności kapitalizmu do adaptacji do dowolnych warunków. Upadek tzw. bloku wschodniego w dekadę później skutecznie zamaskował pojawiające się trudności kapitalizmu ideologicznym tryumfem, do którego przyłączyła się i tzw. nowa radykalna lewica.
 

To radykalna prawica podniosła wątek gospodarczy i zakwestionowała ewolucję kapitalizmu w kierunku ponadnarodowego, globalnego organizmu, w którym jakoby nie istnieje strukturalna sprzeczność interesów między jego częściami składowymi. Wzrost radykalnej prawicy był logicznym następstwem narastającego kryzysu kapitalizmu, którego skutki chwilowo odsuwano w bogatym Centrum ze względu na jego dominację nad resztą świata, czyli nad „otoczeniem” nie- lub nie w pełni kapitalistycznym. Brak odpowiedzi lewicy na polu ekonomicznym na to zagrożenie z prawa skutkowało przejęciem przez prawicę wpływów w masach, których położenie zależy w bezpośredni sposób od kapitału, a nie od zapośredniczenia tych relacji przez biurokrację państwa burżuazyjnego.
 

Odpowiedź lewicy jest więc od pół wieku całkowicie nieadekwatna do rzeczywistego problemu właśnie przez pozostawienie problematyki gospodarczej w gestii państwa burżuazyjnego. Z państwem tym nigdy do końca nie pogodziły się warstwy drobnomieszczańskie, które zostały pozbawione znaczenia w dobie dominacji wielkich korporacji ponadnarodowych, zapewniających jednak do pewnego momentu przewagę bogatego Centrum nad resztą świata, co neutralizowało ewentualne konflikty na tle sprzeczności interesów partykularnych.
 
 

Stąd bierze się rosnące zainteresowanie powrotem do korzeni marksizmu, kwestionujące osiągnięte przez tzw. Nową Lewicę pozycje oparte na kompromisie z burżuazją wypracowanym w okresie powojennej prosperity. W tej koniunkturze znajduje wyraz wzrost znaczenia poststalinizmu, który bazuje na tradycyjnej opozycji wobec kapitalizmu. Degeneracja ruchu robotniczego odbiła się jednak także na odłamie wywodzącym się z tradycji leninowskiej, antyrewizjonistycznej. Podobnie jak Nowa Lewica, poststalinizm nie ma adekwatnej odpowiedzi gospodarczej. Analogicznie do zachodniego partnera, poststalinizm odwołuje się do minionego i w ostatecznym rachunku zbankrutowanego modelu, tym razem do modelu państwa radzieckiego. Mimo więc walki programowej między umownie nazywanymi „posttrockizmem” i „poststalinizmem”, oba nurty zmierzają do nieuchronnej konwergencji poglądów na gruncie tych podstaw teoretycznych, które istnieją w ich programach.
 
 

Pozornie poststalinizm stoi na stanowisku interesu klasy robotniczej i odwołuje się do teoretycznych fundamentów marksizmu, które podkreślają odrębność i znaczenie obiektywnego interesu klasowego robotników sfery produkcji, co znajduje wyraz w trzymaniu się pojęcia dyktatury proletariatu – w przeciwieństwie do posttrockistów, którzy pojęcie to zasadniczo odrzucają.

Jednak przyjęcie, za posttrockistami, szerokiej formuły proletariatu w tym pojęciu sprowadza je do roli jałowego ozdobnika, tak jak to miało miejsce w okresie ZSRR. Nie jest to więc pozycja, której poststalinowcy będą konsekwentnie bronili. Dopóki klasa robotnicza nie przejawia aktywności, opinia posttrockistów i Nowej Lewicy o tym, że siłą wymuszającą zmiany pozostaje „klasa pracowników najemnych” en bloc, zaś tradeuninistyczny program walki o podwyżki wyczerpuje program etapowej walki o socjalizm, pozostaje w mocy.
 
Ewolucja radykalnej lewicy wedle zachodniego modelu, gorliwie kalkowanego przez pozbawione własnego rozumu i tradycji grupki rodzimych radykałów, nie doprowadziła do wyjścia lewicy z impasu, z braku własnej tożsamości, z nieumiejętności uzasadnienia swej antysystemowej pozycji.
 
 
 Odbiło się to w zaniku poparcia dla lewicy dowolnej maści. Dopiero zakwestionowanie systemu burżuazyjnego z prawa (z pozycji konserwatywnych, przedburżuazyjnych) dało lewicy możliwość znalezienia wroga, na którego tle mogłaby się przedstawić jako orędowniczka postępu prowadzącego, paradoksalnie, tak samo, jak prawicę, wstecz, do minionej chwały.
 
 
 
 
Fakt, że odradzająca się klasa robotnicza nie odnajduje w hasłach lewicy żądania zmiany kapitalistycznych stosunków produkcji, jest przyczyną, dla której ten elektorat zagospodarowuje populistyczna prawica. Ona bowiem bezpośrednio domaga się zmiany owych stosunków. Biorąc pod uwagę, że współcześnie mamy do czynienia ze świeżą klasą robotniczą, wywodzącą się, jak za czasów Marksa, z warstw drobnomieszczańskich, nie powinien dziwić fakt atrakcyjności nurtów socjalizmu drobnomieszczańskiego, utopijnego, zwróconego w stronę systemu patriarchalnego. 
 
 
Taki jest stan rzeczy w krajach centrum, ponieważ proces krzepnięcia klasy robotniczej na peryferiach trwa już jakiś czas i klasa ta wyprzedza świadomościowo robotników centrum. Wszystko zależy obecnie od stanu świadomości działaczy lewicowych na szeroko rozumianym Zachodzie, którzy oddziałują na zasadzie autorytetu na lokalnych działaczy. Z tą świadomością jest bardzo źle i nie nadąża ona za potrzebami organizacyjnymi klasy robotniczej. Ba, lewica jest programowo nastawiona negatywnie do ruchu robotniczego w klasycznym rozumieniu.
 
 
 
Już od czasu rewizjonizmu związanego z nazwiskiem Eduarda Bernsteina, większa część ruchu socjaldemokratycznego, zdeklarowana ostatecznie w obliczu Rewolucji Październikowej, przyjęła jako aksjomat, że nie będzie kwestionowała zasady gospodarki rynkowej, zadowalając się wysuwaniem żądań dotyczących reguł podziału wytworzonego produktu. Jednym słowem, lewica stopniowo coraz wyraźniej odsłaniała istotę swego kompromisu z kapitałem.
 
 
Pierwszy etap budownictwa socjalizmu w ZSRR zachwiał nieco tym kompromisem, ponieważ wydawało się, iż gospodarka planowa ma szansę udowodnić w praktyce swą przewagę nad anarchiczną gospodarką kapitalistyczną. Okres zachwiania wiary w sensowność zgniłego kompromisu trwał jakieś 25 lat. Potem było coraz gorzej, gdy tymczasem na Zachodzie trwała parada propagandowego sukcesu zakończona spektakularnym kolapsem „komunistycznej” alternatywy.
 
 
 
Wystarczyło 30 lat, aby unaocznić, że sukces był dęty. Niestety, zabrakło publiczności, aby celebrować to wydarzenie, ponieważ ktoś zadbał o to, aby po rozegranym na progu lat 90-tych XX w. spektaklu pospiesznie zgasić światło.<p><p>
 
Lewicy wydaje się, że nie ma ruchu – musi bronić kapitalizmu (oczywiście – socjalnego!) przed faszyzmem, juntą, ciemnogrodem i Mordorem w oczekiwaniu na lepsze czasy, kiedy może pojawi się okazja do zakwestionowania tego systemu jako przeszkody na drodze stale postępującego procesu demokratyzacji.
 
 
 
System rad robotniczych i organizacja systemu produkcji są uważane w tej perspektywie jedynie za bezpieczniki demokracji politycznej, czyli obronę przeciwko partykularnemu interesowi robotników realizowanego za pośrednictwem partii wykorzystującej te interesy dla celów politycznych w warunkach, kiedy istnieje nacisk na podnoszenie poziomu życia społeczeństwa kosztem bezpośredniego producenta. Komitety fabryczne bez systemu rad robotniczych mogą być realizacją anarchistycznego ideału rzemieślniczej bądź spółdzielczej produkcji, wpisując się w ideał utopijnego socjalizmu drobnomieszczańskiego, który nie ma szansy w starciu z kapitałem.
 
 
 
Historia powojennego kapitalizmu w rozwiniętych krajach dowodzi, że warstwy pośrednie skutecznie zadowalają się bardziej szczodrym podziałem w ramach efektywnie funkcjonującego systemu kapitalistycznego. Nie ma powodu, aby sądzić, iż warstwy te nie przyswoiły sobie własnego doświadczenia historycznego. Dlatego też nie ma podstaw, aby twierdzić, że warstwy pośrednie miałyby nieodpartą pokusę utożsamienia swego obiektywnego interesu „klasowego” z interesem klasy bezpośrednich producentów.
 
 
Klasa robotnicza nie ma takiego doświadczenia, jak warstwy pośrednie, ponieważ okres powojennej prosperity był jednocześnie okresem delokalizacji produkcji przemysłowej (i istotnych przekształceń w łonie tej klasy), a gdzie to było konieczne – zastępowania własnej klasy robotniczej obcą siłą roboczą (gastarbeiterami), co sztucznie zmieniało ideologiczną wykładnię klasowego układu społeczeństw wysokorozwiniętych. Zachodniej Nowej Lewicy nie trzeba było więcej, aby „kupić” tę tanią propagandę jako własną myśl programową. W tym to okresie, pod naporem Nowej Lewicy, ruch trockistowski zmieniał się w „posttrockizm”.
 
 
 
Przejmowanie wartości dodatkowej wytwarzanej przez zepchnięte do pozycji peryferii „otoczenie” pozwoliło na rozwój usług poprawiających jakość życia w Centrum, zupełnie jakby zwiększyła się część zysku kapitalistycznego. Powstała niepowtarzalna sytuacja, w której dynamicznie rozwijające się usługi pełniły funkcję mechanizmu dystrybuującego (nadzwyczajną) wartość dodatkową. Mechanizm ten opierał się na niespotykanej w dziejach komercjalizacji wszystkich dziedzin życia ludzkiego. Każda z nich mogła bowiem służyć jako tytuł dla pozyskiwania środków niezbędnych do utrzymania. Jednocześnie był to mechanizm indywidualizacji, czyli najbardziej rozrzutnej konsumpcji, którą „usprawiedliwiał” wyzysk peryferii, a także ogromny wysiłek społeczeństw wdrażających model gospodarki planowanej centralnie, umożliwiającej odradzanie się nieustannie jałowionego „otoczenia”.
 
 
 
Ostatecznie, koło historii zatoczyło pełny obrót obnażając namacalnie, bo praktycznie, błędność koncepcji rewizjonistycznych.
 
 
Tak więc, rozróżnienie między pracownikami produkcyjnymi a nieprodukcyjnymi nie jest arbitralnym pomysłem, ale odzwierciedleniem realnych zjawisk. To jest fundament teorii Karola Marksa i jedyne sensowne uzasadnienie jego przekonania, że zakończenie prehistorii (systemowego wyzysku klasowego, a nie zwykłej niesprawiedliwości społecznej) wymaga zmiany rewolucyjnej, jakościowej. „Nowoczesna” lewica, która zadowala się wytykaniem niesprawiedliwości podziału, burzy się przeciwko esencjalistycznej, rzekomo uległej wobec Heglowskiego schematu, „gnostyczej” wykładni marksizmu.
 
 
 
Protesty dowolnych grup społecznych sprowadzają się ostatecznie do kwestii materialnych. Już z tego tylko powodu same wyróżniają sferę produkcji materialnej. A w sferze produkcji mamy do czynienia z antagonizmem między tradycyjnie pojmowaną (pod kątem miejsca w systemie produkcji) klasą robotniczą a klasą kapitalistów. Sprzeczność interesów w tym miejscu wyraża się w prostej zależności: zysk kapitalisty to to, co pozostaje po odjęciu płacy roboczej od przychodu. Czyli reszta społeczeństwa musi się podzielić tym, co zostaje, a mianowicie wartością dodatkową. Wartością tą dysponuje kapitalista zbiorowy. Komercjalizacja wszystkiego, co się da i nie da skomercjalizować, jak zauważyliśmy wyżej, daje tytuł do otrzymywania wynagrodzenia, a więc udziału w podziale wartości dodatkowej. Kapitalista sfery nieprodukcyjnej jest pośrednikiem w tym podziale wartości dodatkowej. 
 
 
 
Przeciwstawianie się kapitałowi w sferze nieprodukcyjnej jest buntem przeciwko zawłaszczaniu znaczącej części wartości dodatkowej przez niepotrzebnych pośredników. Alternatywą jest państwo i jego biurokracja. Dla pracowników sfery nieprodukcyjnej socjalizmem jest już zastąpienie prywatnych pośredników przez biurokrację państwową. Zniesienie pośrednictwa poddawałoby usługodawców uzależnieniu od wolnego rynku, co dzieje się na naszych oczach, w sytuacji załamania instytucji państwa socjalnego i co wyjątkowo nie podoba się bardziej kreatywnym grupom usługodawców, gotowym oddać własną wolność za opiekę ze strony biurokracji.
 
Stosunek do państwa i do biurokracji jest więc kolejnym punktem obiektywnej sprzeczności interesów pracowników produkcyjnych i nieprodukcyjnych. Biurokracja państwa kapitalistycznego pośredniczy w redystrybucji wartości dodatkowej, zaś biurokracja radziecka decydowała już o podziale pierwotnym.
 
 
 
Płaca robocza nie dorównuje nadzwyczajnej wartości dodatkowej pod względem możliwości opłacania nadwyżki usług. Nie dorównuje nawet możliwościom kapitału, który po opłaceniu podatków i kosztów inwestycji kieruje swą uwagę na usługi sfery nieprodukcyjnej. Pod tym względem, warstwy pośrednie są uzależnione od klas panujących – tak jak to było zawsze w dziejach cywilizacji. Jeżeli więc mówimy o sprzeczności interesów między klasą pracowników produkcyjnych a warstwami i grupami nieprodukcyjnymi, to chodzi tu o zasadniczy mechanizm pierwotnego podziału wartości produktu między płacę roboczą niezbędną dla utrzymania bezpośredniego wytwórcy a wartością dodatkową. Płaca robocza w niewielkim stopniu przyczynia się do utrzymania sfery nieprodukcyjnych usług, a w miarę ubożenia klasy robotniczej możliwości tego przyczyniania się maleją jeszcze bardziej – w pierwszej kolejności opłacane są potrzeby najbardziej podstawowe.
 
 
 
 
Dlatego dobrostan warstw i grup pośrednich, uzależnionych od sprzedaży usług, od komercjalizacji swego potencjału, który powinien pozostać „dobrem niegrodzonym”, jak tego chcą niekonsekwentnie myślący lewicowcy, zależy w zasadniczym i coraz większym stopniu od efektywnego popytu przejawianego przez klasę kapitalistów (niekoniecznie produkcyjnych). To jest obiektywne podłoże obiektywnej wspólnoty interesów warstw pośrednich i klasy kapitalistów, skierowanej przeciwko klasie bezpośrednich producentów. 
 
 
Poza tym, warstwy te dzieli z kapitałem stosunek wrogości związanej z normalną walką o jak najwyższe wynagrodzenie.
 
 
W praktyce „dobro niegrodzone” oznacza postulat oderwania wyceny usługi od rynku, co jest bezpośrednim interesem pracowników najemnych, szczególnie tej kreatywnej części. Natomiast sprowadzenie wartości producenta bezpośredniego do poziomu kosztu jego siły roboczej określanej przez mechanizm rynkowy leży w interesie pracowników sfery nieprodukcyjnej, ponieważ więcej wartości dodatkowej pozostaje do opodatkowania i do wydatkowania przez kapitał w ramach sfery usług.
 
 
 
Jak pokazało doświadczenie trzydziestolecia powojennego – kapitał i grupy nieprodukcyjne mogą osiągnąć kompromis społeczny kosztem klasy bezpośrednich producentów.
 
 
 
Sprawa nie jest nowa i nie stanowiła tajemnicy w czasach Marksa. Z tym, że tendencja wskazywała na możliwość pauperyzacji i proletaryzacji większości społeczeństwa wobec klasy kapitalistów, która stawać by się miała coraz węższą grupą społeczną. Jednocześnie, stosunkowo zawęża się klasa bezpośrednich producentów, w związku ze wzrostem wydajności pracy i wzrostem organicznego składu kapitału. Jeżeli mechanizm podziału wartości wypracowanej w sferze produkcji materialnej nie zmienia się w kierunku dekomercjalizacji (komunizmu), to nacisk na wzajemną rywalizację o środki finansowe zaostrza się wraz ze wzrostem liczebnym i stosunkowym grup żyjących z oferowania własnych usług, grup oderwanych od więzi z bezpośrednim producentem (np. jako członkowie jego rodziny). Wolne środki znajdują się w ręku kapitalisty, który jest zainteresowany zakupem usług. Im więcej tych „wolnych” (po opłaceniu siły roboczej) środków, tym większa szansa, że usługi znajdą swych nabywców. Skądinąd jest to perspektywa i oczekiwanie fałszywe, ale nie o tym tutaj opowieść.
 
 
 
 
Ważne, że interesy klasy robotniczej i grup pośrednich są obiektywnie sprzeczne. Ważne też, że interesy klasy robotniczej są w tym kontekście silniej związane z koniecznością zmiany systemu kapitalistycznego, natomiast interesy grup pośrednich nie tak jasno wyrażają konieczność zniesienia kapitalizmu. Istnieje możliwość chwilowego kompromisu kosztem bezpośredniego producenta.
 
 
To zjawisko nie znajduje swojego odbicia w programie lewicy, czyniąc go niekonsekwentnie antykapitalistycznym i poszukującym rozwiązań alternatywnych, może przejściowych… Koniec kompromisu może ogłosić wyłącznie ta klasa, która nie ma wyjścia, jak tylko obalić kapitalizm bez oglądania się na możliwości opóźnienia procesu. Nic dziwnego, że i ta klasa szuka możliwości kompromisu, odwleczenia nieuchronnego – REWOLUCJE NIE SĄ DZIEŁEM NARWAŃCÓW, ALE LUDZI, KTÓRZY NIE MAJĄ JUŻ INNEGO WYJŚCIA.
 
 
 
Warstwy pośrednie wiedzą z doświadczenia, że to kapitaliści utrzymywali „państwo socjalne” dzięki podatkom. Ten mechanizm przekonująco uczy warstwy pośrednie, żeby nie gryzły ręki, która karmi i żeby zostawiły troskę o gospodarkę „fachowcom”. W efekcie otrzymamy jasny obraz powodów, dla których baza społeczna Nowej (radykalnej) Lewicy nie popiera „awanturniczej” polityki zmierzającej do obalenia kapitalizmu mimo stale pogarszającego się poziomu życia. Rezerwy istnieją, sprawdzono to w minionym okresie prosperity. Można też zawsze liczyć na rozwiązanie militarystyczne…
 
 
Odzyskanie przez lewicę pola manewru i pozycji siły inicjującej atak, a nie tylko reaktywnej, jak to się dzieje dotychczas, wymaga rozwiązania problemu pracy produkcyjnej i materialnej, a więc postawienia go w kategoriach klasowych. W ruchu robotniczym ten kierunek badań miał swoje korzenie w pracach Róży Luksemburg i jej analizie schematów reprodukcji Marksa. Badania te zostały zarzucone. Wymogi praktyczne wzięły górę nad rozwiązaniami modelowymi.
 
 
 
Współczesna sprzeczność między gospodarką realną a wirtualną ujawnia tylko jak głęboka jest rozbieżność między mechanizmami faktycznej gospodarki a mechanizmami podziału efektów gospodarki nadbudowanymi nad nią. KapitałMarksa ukazuje oba mechanizmy w ich właściwej relacji istoty do zjawiska. Rozróżnienie między pracą produkcyjną a pracą nieprodukcyjną jest rozróżnieniem między istotą mechanizmu gospodarowania a przejawami tego mechanizmu na powierzchni zjawisk.
 
 
 
Pozostając w ramach logiki kapitalistycznej gospodarki nie sposób budować programu jego przezwyciężenia. Model welfare state nie zakładał zniesienia antagonizmu klasowego w sferze produkcji, co nie przeszkadzało lewicy jako wyrazicielce interesów grup pośrednich dopóki kapitał wywiązywał się z obietnicy socjalnej. Nie ma powodu, aby sądzić, że warstwy pośrednie poprą program zakwestionowania kapitalizmu.
 
 
To tłumaczy niemożność przezwyciężenia jałowości lewicy.
 
 
 
Walka sfery nieprodukcyjnej z własnymi kapitalistami, czyli pośrednikami w dystrybucji wartości dodatkowej, może prowadzić do zniesienia tego pośrednictwa na korzyść państwa. Wydaje się, że pośrednictwo państwa gwarantuje więcej sprawiedliwości w podziale. Pośrednictwa tego domagają się zarówno zwolennicy „kapitalizmu socjalnego”, jak i systemu biurokratycznego. Obu nurtom nie przeszkadza fakt, że idealizowany podział dokonywał się arbitralnie, bez uwzględnienia interesu bezpośredniego producenta, czyli klasy robotniczej. Dlatego uważamy, że poststalinowskie opowiedzenie się za postulowanym przez nas rozróżnieniem między pracownikami produkcyjnymi a nieprodukcyjnymi jest w ich przypadku deklaracją słowną, z której nie wyciągają oni politycznych wniosków.
 
 
 
Co najwyżej, zauważają oni, że klasa robotnicza (w wąskim znaczeniu) jest pewniejszym oparciem dla walki klasowej i dlatego walka ta powinna się organizować wokół owego „twardego jądra” pracowników najemnych. Walka z kapitalizmem jest więc walką mniejszości, która organizuje wokół siebie grupy sojusznicze, co nadaje pojęciu dyktatury proletariatu znaczenie szczególne i zasadnicze dla tej walki.
 
 
W tym kontekście należy rozpatrywać taktykę walki klasowej. Zdawanie sobie sprawy z faktycznego układu interesów klasowo-warstwowych nie jest dzieleniem pozornie jednolitego „proletariatu”, który miałby rzekomo być konsekwentnie antykapitalistyczny i zdecydowany w swym antykapitalizmie. Nawet klasa robotnicza jako klasa w sobie nie ma takiej cechy, a co dopiero grupy pośrednie. Zasadnicze znaczenie ma na obecnym etapie świadomość lewicy rewolucyjnej. Dyskusje służą wypracowaniu programu, w którym albo się znajdzie zasadniczy punkt dotyczący realnego układu interesów w społeczeństwie, albo lewica pozostanie nieaktywnym, pozbawionym znaczenia czynnikiem na scenie politycznej.
 
 
 
Rozwój sytuacji politycznej wymusza podejmowanie wyzwań przez lewicę, w tym wyzwania polegającego na świadomości, że jej jałowość jest związana z fundamentalnym brakiem programowym, z brakiem jasności w ocenie rzeczywistości. Pozostawanie na powierzchni zjawisk z tego powodu, że kapitał stwarza skuteczne pozory uniformizacji świata pracy poprzez mechanizm powszechnej komercjalizacji pozbawia lewicę pretensji do aktywnego przewodzenia politycznego. Brak rozróżnienia między pracą produkcyjną a nieprodukcyjną jest odrzuceniem myśli Marksa zawartej w jego Kapitale, ponieważ lewica zaprzecza jakoby w kapitalizmie trzeba było coś ujawniać, odsłaniać – skoro wszystko jest wywalone na zewnątrz, dostępne zdrowemu rozsądkowi. Jak bardzo powszechny nie byłby zabieg komercjalizacji, postulowane przez nas rozróżnienie sięga istoty, które nie pozwala pomylić rekina z delfinem, jeśli odwołać się do jednego z ulubionych przykładów przytaczanych przez Aleksandra Buzgalina.
 
 
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
16 marca 2019 r.
 
 
 

See video

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Scholastyczne ćwiczenia

Etienne Balibar
See video

 
 
Balibar, cytując Lenina (także jeszcze w owych czasach dopuszczanego do głosu przez grono „przyzwoitych” marksistów, nie wyganiających krytycznych wobec nich kolegów z "ich" stowarzyszeń): „Jedyna ‘poprawka’, jaką Marks uznał za konieczne wnieść do Manifestu komunistycznego, została przezeń wprowadzona na podstawie rewolucyjnego doświadczenia komunardów paryskich” (s. 14), konkretyzuje to stwierdzenie Lenina cytatem z K. Marksa i F. Engelsa z przedmowy do Manifestu: „W szczególności Komuna dowiodła, że klasa robotnicza nie może po prostu zawładnąć gotową machiną państwową i uruchomić jej dla własnych celów”, który właściwie jest cytatem z pracy Marksa Wojna domowa we Francji.

Umiejscowienie cytatów jest ważne, ponieważ wskazuje na teksty należące do klasyki marksologicznej w jej głównym nurcie, a nie do pobocznych rozważań o mniejszej wadze gatunkowej. Balibar zdaje sobie sprawę z faktu, że: „…właśnie ta istotna poprawka została wypaczona przez oportunistów i sens jej na pewno nie jest znany dziewięciu dziesiątym, jeżeli nie dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom czytelników Manifestu komunistycznego. (…) utarte, wulgarne ‘pojmowanie’ przytoczonej przez nas słynnej wypowiedzi Marksa sprowadza się do tego, jakoby Marks podkreślał tu ideę powolnego rozwoju w przeciwieństwie do zagarnięcia władzy itp.

W rzeczywistości rzecz ma się wręcz odwrotnie. Myśl Marksa polega na tym, że klasa robotnicza powinna rozbić, zdruzgotać ‘gotową machinę państwową’, a nie poprzestać jedynie na jej zagarnięciu” (s. 14).

Nie będziemy tu streszczać nadal aktualnych uwag Balibara, do których czytelnik może łatwo sięgnąć dzięki publikacji w „Nowej Krytyce”. Od czasu pierwszej publikacji tekstu pod koniec lat 70-tych ub. wieku nastąpił istotny regres w myśli marksistowskiej i warto skonfrontować wnioski Balibara ze współczesnymi „oczywistymi prawdami” marksizmu.

Ten ostatni został zdominowany przez zasygnalizowany wyżej nurt oportunistyczny w ruchu robotniczym. Ujmując sprawę pokrótce, w historii ruchu, w wyniku stalinizacji międzynarodowego ruchu robotniczego, utrzymało się słownictwo i sfera pojęciowa marksizmu, niemniej po śmierci Lenina ustały faktyczne zmiany w odniesieniu do instytucji państwa, które szłyby w kierunku realizacji uwag zawartych w wymienionych wyżej pracach Marksa.

Równolegle do stalinizacji ruchu, istniał w nim nurt oportunistyczny, który interpretował Manifest w duchu przedstawionym powyżej.

W efekcie zdławienia rewolucji w Europie i w efekcie stalinizacji międzynarodowego ruchu robotniczego, zginęła większość świadomych klasowo działaczy robotniczych. Partia komunistyczna przestała być partią należącą do szerokiego spektrum partii robotniczych, w których interakcji następował rozwój świadomości klasy robotniczej; zaczęły w niej przeważać cele i interesy faktycznie zewnętrzne w stosunku do robotników, co przyczyniło się do zatracenia idei przewodniej marksizmu w ruchu.
Jeszcze w latach 60. XX wieku nie posługiwano się w ruchu komunistycznym pojęciem klasy pracowniczej. Istniała świadomość odrębności różnych grup społecznych od klasy robotniczej, co widać tak w odległej w czasie pracy Balibara, jak i we współczesnej Andrieja Koriakowcewa. W praktyce również odróżniano klasę robotniczą, choćby i negatywnie, jako zburżuazyjniałą i ciężką do rozruszania przez drobnomieszczańskich rewolucjonistów, którzy za nic mieli teoretyczne wnioski płynące z prac klasyków.

Zasadniczym elementem nowego, radykalno-lewicowego światopoglądu, stała się oportunistyczna koncepcja socjaldemokratyczna, która już w czasach Engelsa wychodziła z założenia, że cele ruchu robotniczego mają charakter ogólnospołeczny, a więc realizują się jako bezpośrednio ogólnospołeczne działania, z konsekwencjami wynikającymi stąd dla stosunku wobec państwa. Zamiast skomplikowanej taktyki liczącej się z uwarunkowaniami, których nie sposób przeskoczyć woluntarystycznie i natychmiastowo, drobnomieszczańscy rewolucjoniści buntowniczych lat 60. kierowali się pomysłem, aby przejąć nie tylko i nie przede wszystkim władzę państwową (por. Balibar, idem), ale szczególnie jego aparat biurokratyczny jako najlepszy sposób na realizację swych rewolucyjnych i socjalistycznych planów – „długi marsz przez instytucje” (patrz: T. Kochan, „Rewolucja bezpodmiotowa a filozofia stanu wyjątkowego”, „Nowa Krytyka” nr 39/2018, s. 65).

Odrzucanie wyróżnionej roli klasy robotniczej dokonywało się równolegle i zgodnym chórem w nurcie socjaldemokratycznym (tradycje ogólnospołecznych celów partii socjaldemokratycznej), w nurcie stalinowskim oraz w antystalinowskim („antysowieckim”). Na koniec przyszła pora na nurty wywodzące się z tradycji trockistowskiej, które ostatecznie zakończyły swój akces do koncertu lewicowego na początku XXI stulecia.

Kwestię tę poruszaliśmy nie raz i nie dwa razy w naszych tekstach. Jedną rzeczą jest odrzucanie roli klasy robotniczej na podstawie jej domniemanej „zdrady” ideałów socjalizmu, drugą – dorabianie post factum teorii o tym, że klasa robotnicza nigdy nie była wyodrębnionym podmiotem. Koncepcją pośrednią jest twierdzenie, że zmiany w świecie pracy, szczególnie od czasów II wojny światowej, były na tyle duże i głębokie, że uczyniły to rozróżnienie zbędnym.

Z wywodów E. Balibara z końcówki lat 70. wynika, że to rozróżnienie było zawarte w samej koncepcji Marksa. Inaczej nie mają sensu jego rozważania dotyczące dyktatury proletariatu. W szczególności rozważania dotyczące kwestii nie przejmowania machiny państwa. Gdyby rzecz rozchodziła się wyłącznie o kwestię oporu garstki kapitalistów, nie byłoby potrzeby budowania całej skomplikowanej strategii działania obliczonej na wciągnięcie pozostałej części społeczeństwa w sprawę robotniczą, nie byłoby potrzeby podkreślania, że rewolucja ma charakter procesu, w którym zmiany uwarunkowań ekonomicznych pociągają za sobą niezdeterminowany w przyczynowo-skutkowym sensie, z góry nieprzewidywalny, rozwój sytuacji w kierunku społeczeństwa bezklasowego.

Bez sensu byłyby pytania Andrieja Koriakowcewa o zabezpieczenie celów proletariatu przed narzuceniem im celów zewnętrznych, wniesionych przez mieszczańskich, zawodowych rewolucjonistów. Gdyby nie było rozróżnienia między klasą robotniczą a resztą „prekariatu” (używając dzisiejszego słownictwa), ta tożsamość celów byłaby dana z góry. Wszyscy pracownicy najemni są bowiem, wedle współczesnych kanonów naukowych, w tej samej sytuacji społecznej.

Pozostaje argument o zmianach w systemie pracy, które dokonują takiej uniformizacji sytuacji społecznej różnych grup pracowniczych.

I tutaj nadal możemy czerpać ze skarbnicy najnowszego numeru „Nowej Krytyki”, który w zasadniczym zestawie tekstów (Balibar, obaj Kochanowie i Tittenbrun) podejmuje polemikę w tym właśnie punkcie forsowanej przez nas, niechcianej dyskusji na lewicy.

Koncepcje Jacka Tittenbruna (patrz: „Marksizm divisus”, „Nowa Krytyka” nr 39/2018, s. 151) biorą pod uwagę zmiany, które zaszły w systemie pracy po II wojnie światowej, niemniej nie powodują one u niego wycofania się z rozróżnienia między specyficznymi grupami pracowniczymi i odrzucenia umocowanego teoretycznie kryterium tego rozróżnienia. Tekst Tittenbruna powstał, co prawda, w latach 80., niemniej, jak nam wiadomo, autor ten nie wycofał się ze swoich twierdzeń aż do śmierci w bieżącym roku.

Z tezami tymi polemizuje już wówczas Jerzy Kochan, odnosząc się do teoretycznych argumentów J. Tittenbruna. W szczególności zarzuca on Tittenbrunowi „naturalizację” pojęć marksowskich. Warto przytoczyć szerszy cytat:

„Jednym z fundamentalnych założeń przedstawionej koncepcji jest specyficzne rozumienie pracy produkcyjnej. Wspominając o występowaniu u Marksa takiego jej rozumienia, które wiąże ją w warunkach społeczeństwa kapitalistycznego z ruchem kapitału, Tittenbrun w swoich rozważaniach koncentruje się jednak na – również występującym u Marksa – ogólnoteoretycznym określeniu pracy produkcyjnej. Tego też typu pojmowanie pracy produkcyjnej staje się dla autora podstawą do przeprowadzenia podziałów klasowych w ramach społeczeństwa kapitalistycznego, a później także socjalistycznego. Przejawia się w tym, jak sądzę, skłonność do swoistego naturalizmu w interpretacji tego pojęcia, naturalizmu omijającego historyczno-społeczną formę występowania pracy produkcyjnej w ramach poszczególnych formacji i prowadzącego do traktowania jej jako ponadformacyjnego czy też nawet ogólnofilozoficznego terminu oznaczającego bezpośrednie, osobnicze przekształcanie przyrody. Tymczasem występujące u Marksa określenie pracy produkcyjnej tam, gdzie pisze on o pracy produkcyjnej w systemie produkcji kapitalistycznej, nie ma wiele wspólnego z ogólnoteoretycznym jej rozumieniem, które abstrahuje od konkretnej formy społecznej jej realizacji. Jak pisał Marks:

‘Produkcyjna jest zatem – w systemie produkcji kapitalistycznej – taka praca, która wytwarza wartość dodatkową dla tego, co ją zatrudnia, czyli inaczej mówiąc, taka praca, która obiektywne warunki pracy przekształca na kapitał, a jej posiadacza – na kapitalistę; jest to więc praca, która własny swój produkt wytwarza jako kapitał. Dlatego mówiąc o pracy produkcyjnej, mamy na myśli pracę społecznie określoną, pracę, która zawiera ściśle określony stosunek między nabywcą pracy a jej sprzedawcą’ (3)” – formułuje swój zarzut J. Kochan, i dookreśla interpretację, która utrzymuje się wśród marksistów, niezmiennie od tamtego czasu:

„Marksowskie rozumienie pracy produkcyjnej, wiążące jej sens [z] analizą specyficznej kapitalistycznej formy jej istnienia, pozwala uznać za pracę produkcyjną pracę pisarza piszącego ‘na sposób fabryczny dla swego wydawcy’, pracę śpiewaczki – o ile pomnaża ona kapitał. Określenie ‘praca produkcyjna’ zdaniem Marksa ‘nie ma absolutnie nic wspólnego z określoną treścią pracy, z jej szczególną użytecznością, czyli specyficzną wartością użytkową’(4)” (s. 141-142).

Na co J. Tittenbrun odpowiada:

„… Uwagi [J. Kochana] … muszę odnieść do sposobu potraktowania przez Kochana problemu pracy produkcyjnej. Najpierw przyznaje on, że u Karola Marksa występuje to, co nazywa ‘ogólnoteoretycznym określeniem pracy produkcyjnej’. Kilkanaście wierszy dalej owo rozumienie, mające występować również w mojej książce, staje się ‘rozumieniem niehistorycznym, ponadformacyjnym’. Przeciwstawia Kochan powyższemu rozumieniu owo ‘właściwe’ ujęcie pracy produkcyjnej jako wytwarzającej kapitał. … opozycja między tym, co nazywa ‘ogólnoteoretycznym’ czy nawet ‘ogólnofilozoficznym’, a ‘specyficzno-kapitalistycznym’ pojęciem pracy występuje może w jego własnej myśli, ale na pewno nie w mojej książce” (s. 154).

I dalej: „Kochan nie precyzuje, co właściwie rozumie przez rzekomo występujące we Wprowadzeniu… ‘ogólnoteoretyczne’ ujęcia pracy produkcyjnej, charakteryzując jedynie za pomocą epitetów: ponadformacyjne, ahistoryczne, naturalistyczne itd. To, że praca bezpośrednio produkcyjna (to określenie bardziej konkretne niż praca produkcyjna w ogóle) występuje we wszystkich ekonomicznych formacjach społeczeństwa, nie jest moim (czy Marksa) wymysłem, lecz po prostu obiektywnym faktem historycznym. Pojęcie takiej pracy, jak i innych typów prac produkcyjnych nie zakłada wcale abstrahowania od ‘historyczno-społecznej formy jej występowania’. Praca bezpośrednio produkcyjna może być elementem niewolniczego czy poddańczego sposobu produkcji, może być zorganizowana według reguł kapitalistycznych stosunków produkcji itd.” (s. 154-155).

Podsumowując: „O ile poprzednio występowanie produkcji w całej historii ludzkości skłoniło go [J. Kochana] do odrzucenia przydatności kategorii produkcji w analizie konkretnego typu formacji, o tyle obecnie istnienie usług w całej historii kapitalizmu jest traktowane jako warunek konieczny uznania ‘istotnego znaczenia’ tej sfery dla podziałów klasowych” (s. 153).

J. Kochan uzasadnia więc teoretycznie brak różnicy między robotnikiem a dowolnym pracownikiem najemnym. Uzasadnienie to, jak i przykład podany przezeń, to locus communis współczesnej refleksji marksistowskiej.

O ile trudno byłoby wmawiać Marksowi, że w jego czasach nie istnieli pisarze czy śpiewaczki i tylko dlatego posłużył się on w Kapitale, jako ilustracją swoich tez, przykładem robotnika fabrycznego, o tyle sprawa zasługuje na coś więcej niż tylko na lekceważące wzruszenie ramion, na jakie stać dzisiejszych marksistów.

Rzecz w owym „naturalizmie”, w kwestii przewijającego się na przestrzeni historii procesu wyzysku bezpośredniego producenta. Teoretyczne odparcie tego zarzutu należy do J. Tittenbruna, natomiast my chcielibyśmy zwrócić uwagę czytelnika na fakt, że dopiero w kapitalizmie tzw. usługi nieprodukcyjne zostały wessane przez system ekonomiczny w orbitę komercjalizacji. Właśnie w odróżnieniu od stałej sytuacji wyzysku klasy bezpośrednio produkcyjnej, której cechą charakterystyczną było wytwarzanie środków reprodukcji materialnej społeczeństwa, usługi nieprodukcyjne, wcześniej elitarne, były wynagradzane z wartości dodatkowej wytwarzanej przez owych producentów bezpośrednich, zawłaszczanej przez właścicieli środków produkcji. Jak pisał Marks, stosunki wyzysku miały w okresie poprzedzającym kapitalizm formę bardziej jawną i niezafałszowaną, chociaż istota sprawy pozostała nie zmieniona.

Nie zmieniły się też zasady wynagradzania usług nieprodukcyjnych z wartości dodatkowej, chociaż pojawiła się kategoria kapitalistów obsługujących kapitalistów produkcyjnych i kapitalistów, którzy urządzili swój biznes w sferach, o których wcześniej nie pomyślano, że nadawałyby się do komercjalizacji. To, że kapitalizm kształtuje wszelkie relacje społeczne na swój obraz i podobieństwo nie jest tajemnicą – wstyd jednak mylić pozór z istotą zjawiska. A już niegodnym jest wmawianie Marksowi takiej grubiańskiej pomyłki, wbrew oczywistości.

Dla kapitalisty nieważne jest, w jakiej sferze robi zysk. Wydawałoby się, że w dobie dobitnego bicia po oczach różnicą między gospodarką realną (opartą na pracy produkcyjnej) a gospodarką wirtualną (polegającą na spekulowaniu środkami pochodzącymi z wtórnego podziału wartości dodatkowej) tak spektakularne pomyłki nie powinny dotyczyć lewicy. Niestety, każda epoka ma taką lewicę, na jaką zasługuje.

Tradycja przechodzi z ojca na syna.

W podsumowaniu swojego artykułu, Tymoteusz Kochan wyciąga wniosek z doświadczeń ruchu robotniczego: „Zaniedbana problematyka rewolucji poprzez rewolucję w kulturze staje się dziś jeszcze bardziej aktualna i wciąż będzie cofać nas ku teorii i praxis zaczytanych w teorii Marcusego lewicowych radykałów” (s. 73).

Nie ma potrzeby wyzwalania pracy produkcyjnej, ta kwestia została w historii cywilizacji zachodniej ostatecznie rozwiązana i zepchnięta do lamusa: „realną funkcję socjalizmu sprawuje już zaawansowana gospodarka kapitalistyczna” (s. 73).

Przynajmniej szczerze. Na tym tle, bajdurzenia E. Balibara z 1979 r. brzmią jak dysonans, jak scholastyczne ćwiczenie. Nie widzimy innego powodu ich przywołania w 2018 r., jak tylko nieprzeparty przymus wzięcia udziału w dyskusji, w której redaktor naczelny „Nowej Krytyki” za nic w świecie udziału brać nie chce.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
9 września 2018 r.
 
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Proletariat a klasa robotnicza

Working class
See video

 
 
Nie będziemy się wdawać w wyjaśnienia, że w tym porównaniu nie chodzi o to, że małpa jest tylko etapem prowadzącym do pojawienia się człowieka – ukoronowania ewolucji biologicznej na Ziemi, ani o to, że – wręcz przeciwnie – człowiek jest tylko ograniczonym i ubocznym produktem mocno niedoskonałego procesu ewolucyjnego, który przebiega chaotycznie w swej spontaniczności, która jest wyrazem najwyższej wolności przejawiającej się od atomu po Himalaje. Te problemy są wciąż aktualnym przedmiotem sporów filozoficznych, prowadzonych na wyższym niż tu wskazano poziomie abstrakcji, ale sedno pozostaje takie samo: nie ma mowy o prawidłowościach ujawnianych w toku procesów naturalnych czy społecznych. Te prawidłowości bądź ich brak pozostają i pozostać mają domeną boską.

Nauka burżuazyjna (nazywamy ją tak nie w odróżnieniu od jakiejkolwiek nauki „proletariackiej”, „socjalistycznej” czy jakby ją zwał, ale od DIALEKTYKI), ujmuje problemy statycznie, ponieważ prawa rozwoju są z koniecznością obarczone niebezpieczeństwem popadnięcia w arbitralność, czyli nienaukowość.

Dlatego nauka burżuazyjna opiera się na perspektywie jednostkowej, ponieważ tu tylko można zaobserwować, jak jednostkowe wrażenia odzwierciedlają rzeczywistość w sposób bezpośredni. Zakłada się, że jednostki są identyczne pod względem konstrukcji mózgu, czyli aparatu odbioru rzeczywistości. Jeżeli zdarza się inaczej, to takie jednostki są kwalifikowane jako „nienormalne” i bywają leczone lub izolowane od społeczeństwa.

Co prawda, odkrycia fizyki (a ściśle mówiąc – teorii względności) na początku ubiegłego stulecia pokazały zależność między wyborem badacza-obserwatora (polegającym na wybraniu tego, co on chce zaobserwować) a ukształtowaniem się rzeczywistości (sprowadzonej do ruchu cząstek lub fal – zależy od decyzji obserwatora). Posłużyło to jednak do przyjęciu przez wielu filozofów nihilistyczno-idealistycznej postawy, z której pozytywny skutek miał być taki, że w rzeczywistość obiektywną jest immanentnie wbudowana zasada wolności (przynajmniej w odniesieniu do „atomów”, ściślej – cząstek elementarnych).

Dialektyka natomiast jest interpretowana jako metoda czysto deterministyczna, a więc – przeciwstawna wolności. Filozofowie ci jakoś nie zauważają, że jeśli patrzeć wstecz, to „wolne wybory” cząstki elementarnej mają żelazną logikę i są w pełni zdeterminowane, nota bene, wyborem dokonanym przez czynnik zewnętrzny – obserwatora.

„Determinizm” dialektyki jest więc „dialektyką” wolności i konieczności, o czym pisał Marks jako wtórny autor. Sztuka nauki polega na ukazaniu konkretnego przebiegu procesu oddziaływań między wolnością a koniecznością. Dokonywane wybory ważą i, co więcej, mogą zmieniać nasze postrzeganie historii wstecz. Co wynika z zasady determinizmu.

Nauka postmodernistyczna neguje te spostrzeżenia i dla zachowania pełnej wolności odrzuca dokonywanie wyborów. Każdy wybór jest bowiem brzemienny w niewolnictwo konieczności i determinizmu. Z drugiej strony, świat społeczny postmodernizmu jest pełen wyborów dokonywanych WBREW – czemukolwiek. Oczywiście, na poziomie jednostkowym, ponieważ ideałem wolności jest wolność „atomu”, który może być albo cząstką, albo falą. Jeżeli obserwatorem jest Bóg, to OK. Wolność ma być wolnością od zależności od bliźnich.

Stan zawieszenia między wyborami jest kwintesencją wolności współczesnej lewicy. Trudno więc dziwić się, że dostaje ona w kość od prawicy, która poczuła, że ma niepowtarzalną okazję, aby narzucić swoje, osadzone w rzeczywistości, wybory, które zdeterminują przyszłość. Na razie lewica czuje, że wybory prawicy determinują interpretację przeszłości.

Jak to ma się do postrzegania kategorii „proletariat” i „klasa robotnicza”?

Tzw. nowa radykalna lewica trzyma się tego, że „proletariat” (pracownicy najemni) stanowi 99% społeczeństwa. Natomiast „klasa robotnicza” to kategoria węższa, która wyłania się z masy proletariackiej decyzją nie tyle Marksa czy marksistów, ale decyzją klasy kapitalistów. To proces, ruchome piaski, grupy społeczne krystalizują się w odpowiedzi na zapotrzebowanie chwili i zanikają wraz ze zmianami gospodarczymi i społecznymi. Klasa robotnicza ma historycznie trwalszą podstawę, ponieważ jej trwanie jest uzależnione od trwania klasy kapitalistów, czyli od istoty bytu tej klasy – od możliwości wyciskania wartości dodatkowej z klasy robotniczej.

Marks w Kapitale daje przykład analizy historycznej w kategoriach dialektycznych, czyli oczyszczonych z pobocznych elementów, a zachowujących esencję. Ta ostatnia jest funkcją wyboru optyki przez Marksa. Inaczej nie jest możliwy żaden sensowny proces poznawczy, a tylko gromadzenie neutralnych faktów. Obiektywną podstawę swej metody Marks ulokował w dialektyce, która nie jest tworem arbitralnym, ale wynikiem analizy filozoficznej dokonanej przez Hegla, który opierał się na swych poprzednikach, klasycznych filozofach niemieckich, oraz na osiągnięciach nauki empirycznej i teoretycznej swoich czasów.

Metoda dialektyczna pozwalała mu na wyodrębnienie jądra tej masy społecznej, która żywiołowo kształtowała się i przekształcała w okresie początków nowoczesnego kapitalizmu. Wskazanie tego jądra – klasy robotniczej – jest wynikiem obserwacji rzeczywistości walk klasowych i sporów ideologicznych w łonie kształtującego się ruchu robotniczego. To walka o punkt widzenia obserwatora, którego decyzja wpłynie na przebieg procesu, jeśli użyć analogii do teorii względności.

Klasa robotnicza jest więc zarazem konstruktem teoretyczno-filozoficznym, jak i czynnikiem materialnym zmiany społecznej, której to zmiany nie są w stanie dokonać przelewające się masy targane niemożnością zajęcia pozycji historycznego obserwatora wpływającego na dzieje.

Te masy, proletariackie, a jakże, są zdane na determinizm rozwoju społeczeństwa burżuazyjnego, który upatrują w rozwoju idei wolności i demokracji. Stąd wydaje im się, że prawica dokonuje zamachu na ten obiektywny proces, którego obiektywizm daje lewicy demokratycznej przewagę. Okazuje się jednak, że ta wiara nie ma podstaw w rzeczywistości, co staje się coraz bardziej oczywiste.

Diagnoza Marksa wskazywała, że antagonizm między klasą robotniczą a klasą kapitalistów determinuje proces historyczny. Nie determinuje go natomiast walka między zasadą demokracji a tyranii. Wąski obszar konfliktu klasowego między robotnikiem a kapitalistą wyraża w kondensacji zachodzenie jednocześnie dwóch zjawisk historycznych: możliwości utrzymania poziomu cywilizacyjnego oraz możliwość utrwalenia tego osiągnięcia dzięki zniesieniu stosunku wyzysku w produkcji dóbr materialnych.

Pozostałe stosunki wyzysku powstały w kapitalizmie dzięki przeniesieniu modelu relacji kapitalista-robotnik na inne sfery życia społecznego, dotychczas nie podlegające temu stosunkowi. Pozostałe, służebne grupy i warstwy społeczne istniały już wcześniej i to nie na ich modelu została zbudowana relacja między kapitalistą a robotnikiem przemysłowym, ale odwrotnie. Z tego wynika, że dzisiejsze stosunki społeczne określa (determinuje) relacja między kapitalistą a robotnikiem przemysłowym, a nie odwrotnie. Przecięcie tego węzła pociąga za sobą zmiany w relacjach społecznych w ogóle – niekoniecznie musi to zadowalać wszystkie grupy społeczne, szczególnie te, które cieszą się przywilejami. Dopóki istnieje relacja między kapitalistą a robotnikiem, istnieje wzorzec z Sevres relacji panowania i poddaństwa w społeczeństwie, w którym demokracja jest dla wybranych i taką pozostanie – ze względu ukazanego wyżej. Ponieważ demokracja polityczna bez demokracji w stosunkach produkcji pozostaje demokracją fasadową.

Sama metoda dialektyczna zakłada kondensowanie się sprzeczności w wąskich węzłach, które pozwalają na zrozumienie rzeczywistości, a zrozumienie jest jednocześnie podstawą dla racjonalnego działania. Dlatego Kapitał Marksa mógł odegrać tak ważną rolę w rozwijaniu ruchu robotniczego, chociaż to była praca mocno teoretyczna i, jak widać, niezrozumiana do dziś przez ludzi predestynowanych do jej najlepszego zrozumienia.

Praca Marksa jest bowiem ustanowieniem punktu obserwacyjnego dla badacza-obserwatora ruchu cząstek elementarnych w laboratorium.

Wedle definicji klasy przez Lenina, ważną rolę odgrywają cechy:

· miejsce w historycznie ukształtowanym sposobie produkcji;

· określony stosunek do środków produkcji (w kategoriach posiadają/nie posiadają);

· rola i miejsce w społecznej organizacji sposobu produkcji;

· sposób uczestnictwa w podziale dochodu.

Współcześni marksiści rozszerzają pojęcie produkcyjności na twórczość pozaprodukcyjną w materialnym znaczeniu. Rola produkcji niematerialnej (kreatywność) zwiększyła się wraz z rozwojem cywilizacyjnym. W przeszłości jednak te formy aktywności nie powodowały zaliczenia grup kreatywnych do klas wyzyskiwanych (niewolnicy, chłopi). Wzrost sił wytwórczych spowodował umasowienie „produkcji” niematerialnej, kulturalnej. Ta „produkcja” wpływa istotnie na możliwości gospodarcze kraju, który ma możność wymiany produktów myśli twórczej na produkty codziennego zapotrzebowania, w tym klas i grup produkcyjnych. Znaczenie myśli twórczej polega (poza zastosowaniami w gasnącej produkcji przemysłowej w krajach rozwiniętych) na czerpaniu korzyści nadzwyczajnych z wymiany w ramach międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy, a nie na rozwijaniu własnej produkcji przemysłowej towarów pierwszej potrzeby. Ta jest delokalizowana, a znaczenie tej produkcji dochodzi do świadomości rządów burżuazyjnych wraz z perspektywą nadchodzącej wojny, w której niezbędne będzie poleganie na własnym potencjale produkcyjnym dóbr niezbędnych do życia (i wykarmienia żołnierzy, przede wszystkim).

Pauperyzacja proletariatu, czyli szeroko rozumianej klasy pracowników najemnych, jest efektem załamania się bezwzględnego panowania kapitału krajów wysokorozwiniętych nad krajami, w których społeczeństwo było utrzymywane w fazie przejścia do kapitalistycznych stosunków. Dziś rządy państw peryferii mają własny problem z klasą robotniczą, która zastąpiła dawne warstwy i klasy społeczne. Konflikt między kapitałem a robotnikami produkcyjnymi odradza się w skali globalnej, pokazując, że sytuacja w Centrum (Europa i Ameryka Północna), to były tylko ślepe uliczki, które tzw. nowej radykalnej lewicy, zorientowanej europocentrycznie, mimo odmiennych deklaracji) jawiły się obiektywny proces historyczny – jako modelowa droga dla pozostałych regionów zacofanych świata.

Ten rozwój sytuacji pokazuje, że dialektyka jako metoda zastosowana przez Marksa ma podstawy obiektywne i naukowe, choć nauka to nie burżuazyjna.

Podsumowując: proletariat i klasa robotnicza to nie są pojęcia tożsame. Dlatego też, jeśli Station Marx usiłuje wmówić widzom, że proletariat to spoceni robotnicy stojący przy obrabiarkach, to odnosi się tylko do poststalinowców typu zwolenników M. Popowa, którzy stosują mechaniczne schematy i cytaty klasyków, bez zrozumienia ich treści i istoty.

W końcu zapewne dojdą do porozumienia, w którym poststaliniści pójdą na kompromis, albo na odstąpienie od swych tez, ponieważ nie potrafią dostrzec dialektycznego i historycznego związku między proletariatem a klasą robotniczą.

Zmiany w klasie robotniczej nie powodują zmiany w relacjach między kapitałem a klasą robotniczą. Zmiany w klasie robotniczej nie powodują jej utożsamienia się, rozmycia, w szerokiej grupie pracowników najemnych.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
23 lutego 2019 r.

Społeczność

Amerykańska gospodarka 2008