Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 50 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

E. Balcerek i W. Bratkowski: Dziwolągi

KPP.jpg

E. Balcerek i W. Bratkowski: W poszukiwaniu straconego czasu …

powertotheworkers.jpg
See video

 
Marks, w przeciwieństwie do Dwurieczeńskiego, zwrócił uwagę na fakt, że to epoka kapitału z jego dynamicznym wzrostem poziomu sił wytwórczych jest zasadniczym czynnikiem umożliwiającym zakończenie okresu „prehistorycznego” w dziejach ludzkości, a mianowicie okresu społeczeństw klasowych. Proletariat innych epok mógł mieć jak najlepsze cechy predestynujące go do roli antagonisty klasy wyzyskującej, niemniej sam fakt, że społeczeństwo nie osiągało takiego poziomu ekonomicznego, który umożliwiłby zaspokojenie potrzeb owego społeczeństwa i uzyskanie odpowiedniej nadwyżki, aby nie było to przeżycie na granicy minimum biologicznego, był wystarczającym powodem, aby najlepsze plany polityczne okazywały się wizjami utopijnymi. 
 
Proletariat i inne grupy społeczne istniały także w innych epokach, oczywiście w swoich mutacjach historycznych. Epoka kapitalizmu, która stworzyła możliwość przezwyciężenia fatum głębokich nierówności między członkami społeczeństwa, jest epoką specyficzną. Sprzeczność klasowa kapitalizmu ma również charakter specyficzny, opierający się na istnieniu klas toczących swój spór w obrębie kapitalistycznego sposobu produkcji. Dlatego proletariat – grupa istniejącą zawsze, wyróżniona ze względu na kryterium dochodowe (przeżycie na poziomie minimum biologicznego) – nie jest specyficzną grupą społeczną posiadającą cechy zdolne uczynić zeń skutecznego przeciwnika kapitału i jego grabarza. 
 
Dla Marksa i Engelsa z okresu młodości, pauperyzujące się masy społeczne, zmarginalizowane resztki minionej stratyfikacji społeczeństwa feudalnego, wpadały w tryby nowego sposobu produkcji, zasilając najbardziej prężnie rozwijający się sektor przemysłowy, który stanowił motor napędzający dynamikę gospodarczą tego ustroju. Jednak ta dynamika i wzrost wydajności pracy uruchomiły powolny mechanizm hamujący wzrost liczebności zatrudnienia w przemyśle. Wzrost wartości dodatkowej dał możliwość sfinansowania „nadbudowy” kulturowej i cywilizacyjnej. Oczywiście, funkcjonowanie tej sfery musiało przybrać postać właściwą kapitałowi, czyli formę komercjalizacji związanej z rynkiem. Funkcjonowanie tej sfery nadbudowy jest z konieczności analogiczne do funkcjonowania sfery pierwotnej gospodarki, czyli sfery przemysłowej, która podporządkowała sobie funkcje spełniane dotychczas przez gospodarkę chłopską, czyli bezpośredni kontakt z przyrodą poprzez wchłonięcie produkcji rolnej oraz rozwój przemysłu wydobywczego. 
 
Dotychczasowe formy mecenatu prywatnego bądź okazjonalnej wymiany na rynku lokalnym usług nie związanych z rolnictwem zostały zastąpione wynagrodzeniem na podobieństwo płacy roboczej. Dla sfery usług jest to jednak tylko forma mimikry, a nie taka relacja, która stworzyła ową sferę, jak to ma miejsce w przypadku robotników zatrudnionych w fabrykach przemysłowych.
 
Marks, analizując prace klasyków ekonomii, odkrył jak istotnie różna treść kryje się pod pojęciem sprzedaży „pracy” a pojęciem sprzedaży „siły roboczej”. W latach 40-tych XIX wieku nie miał jeszcze tej świadomości. Stąd irytujące Dwurieczeńskiego niespójności koncepcji proletariatu z okresu pisania Manifestu w porównaniu z tekstem Kapitału.
 
Jeśli chodzi o sprzedaż „wolnej pracy”, to Dwurieczeński popełnia za młodymi klasykami charakterystyczny błąd, który został skorygowany dopiero przez Marksa w ramach pracy nad Kapitałem. Z przedkapitalistycznej „komercjalizacji” swoich usług utrzymywały się niektóre grupy społeczne, niekiedy na całkiem dobrym, wręcz uprzywilejowanym poziomie, np. lekarze dworscy czy artyści. Nie byli to jednak pracownicy najemni, nawet jeśli ich czas był wypełniony służbą u możnych. Nie sprzedawali swej siły roboczej, choć w pewnym sensie (mało precyzyjnym) sprzedawali swą „pracę”, a raczej efekty tej pracy.
 
Jeżeli uwzględnić rozróżnienie między „pracą” a „siłą roboczą”, to możni kupowali dobra i usługi wytworzone przez szeroko pojętych rzemieślników i usługodawców, którzy pozostawali właścicielami swej siły roboczej w momencie wykonywania usługi. Jednym słowem, ponieważ wszystko było inne, a dopiero kapitalizm wprowadził rozróżnienie między „siła roboczą” a „pracą” (co skonstatował Marks, ponieważ jeszcze klasycy ekonomii jak Smith czy Ricardo nie potrafili tego dostrzec), to sam fakt nie posiadania dochodu z własności (poza własnością swej siły roboczej), co jest sytuacją nie pozwalającą na utrzymanie na poziomie przewyższającym przeżycie, rzeczywiście nie wystarczy do prowadzenia skutecznej walki klasowej.
 
Jak skonstatowaliśmy wyżej, nie ma powodu, aby twierdzić, że przemysłowa klasa robotnicza byłaby w stanie obalić system wyzysku epok przedkapitalistycznych tylko dlatego, że posiada 5 uświęconych przez Dwurieczeńskiego cech predestynujących do sukcesu. Każda epoka ma swoich wyzyskiwanych, których walka jest adekwatna do konkretnej sytuacji. Nieskuteczność walki w epokach minionych wynika nie z cech proletariatu (nie mógł on być inny, niż był), ale ze stopnia rozwoju sił wytwórczych. Proletariat nie był wówczas dojrzały, ponieważ warunki gospodarcze były dla celu emancypacyjnego niedojrzałe. W związku z tym, walka klasowa nieuchronnie rozbijała się o własną utopijność.
 
Warto też zauważyć, że w ustroju niewolniczym, główną siłą produkcyjną nie byli niewolnicy, ale rolnicy. Niewolnicy nie stanowili siły roboczej, niezależnej od właściciela, byli jakby przedłużeniem jego ramienia, jego narzędziem. W terminologii marksizmu powiedzielibyśmy, że z tego właśnie powodu, niewolnicy nie tworzyli wartości (poza wartością użytkową), ponieważ nie produkowali na rynek, ale dla swego właściciela, tak jak narzędzie czy wół roboczy. Jeżeli dobro znalazło się na rynku w charakterze towaru, to reprezentowało ono właściciela niewolnika, a nie niewolnika. Inaczej było w przypadku rolnika – kiedy wyprodukowany przezeń towar trafiał na rynek, reprezentował swego bezpośredniego wytwórcę.
 
W epoce feudalizmu mieliśmy do czynienia z chłopami, którzy nie byli już niewolnikami, ale nie byli jeszcze całkowicie osobiście niezależni od właściciela obrabianej przez nich ziemi.
 
Wszystkie te epoki miały w ramach społeczeństwa takie grupy, które nie zajmowały się produkcją materialną, produkcją dóbr służących do reprodukcji społeczeństwa. Grupy te należały do sfery tzw. nadbudowy i czerpały swe środki do życia z nadwyżek produkcji materialnej, czyli z wartości dodatkowej, przywłaszczanej przez właścicieli środków produkcji i wydawanych przez nich na konsumpcję luksusową (dobra kultury należą do sfery dóbr luksusowych w epokach sprzed rozwiniętego społeczeństwa burżuazyjnego).
 
W kapitalizmie, tylko przemysłowa klasa robotnicza stanowi specyficzną grupę zatrudnionych adekwatną dla potrzeb nowego sposobu produkcji. Zastępuje ona w tej mierze chłopstwo, które zastąpiło rolników starożytności.
 
Trzeba dużo wysiłku intelektualnego, aby zapomnieć o zasadniczym znaczeniu sposobu produkcji w teorii Karola Marksa i skupić się wyłącznie na cechach proletariatu – grupy społecznej o charakterze dynamicznym i przejściowym. A Dwurieczeńskiemu można zarzucić sporo, tylko nie to, że nie przyłożył rzetelnego wysiłku.
 
Dwurieczeński przypomina, że dla Marksa proletariat ma skupić absolutną większość pauperyzującego się społeczeństwa. Nie sposób nie zauważyć, że snucie przypuszczeń na temat takiej tendencji opierało się na procesach, które miały miejsce w rzeczywistości, ale które nie miały charakteru zdeterminowanego. Ogromny, dynamiczny wzrost sił wytwórczych spowodował możliwość takiego przyrostu wartości dodatkowej w sferze produkcji materialnych warunków życia społeczeństwa, że rosnąca część społeczeństwa nie musiała spadać do poziomu robotników fabrycznych, zadając kłam nieco prymitywnym, niedialektycznym wizjom rozwoju społecznego.
 
Kapitalizm nie spowodował jakościowej zmiany w relacjach społecznych, jeśli chodzi o stosunki klasowe. Nadal bogactwo społeczne było wytwarzane w sferze produkcji materialnej, służąc za fundament potencjału rozwoju społeczeństwa we wszelkich innych aspektach. Zmieniły się jednak reguły podziału wytworzonego bogactwa. W poprzednich epokach podstawę utrzymania stanowiło posiadanie własności ziemskiej. Rozwój rzemiosła i usług różnego typu był spowodowany przymusem uzyskiwania w jakiś sposób dostępu do dóbr pierwszej potrzeby. Podstawą życia społecznego była praca chłopstwa, a dobra tam wytwarzane były kierowane na rynek i za pomocą jego mechanizmów rozprowadzane wśród reszty społeczeństwa. Im wydajniejsza produkcja rolna, tym więcej dóbr rolnych można było wymienić w zamian za rosnącą ilość usług z innych sektorów gospodarki. Niezależnie od mnożenia się szczebli pośredniczących i wpływu importu oraz ingerencji państwa, zasadnicze znaczenie w skali globalnej miała produkcja rolna.
 
W miarę swego rozwoju przemysł zaczął przejmować tę funkcję stając się monopolistą utrzymywania stosunków z rolnictwem, czyli z produkcją bogactwa materialnego, nie wspominając o gwałtownym rozwoju przemysłu wydobywczego.
 
I tu dochodzimy do pewnego paradoksu, na który Oleg Dwurieczeński nie zwraca uwagi. Jeżeli dynamiczny rozwój sił wytwórczych powoduje wzrost zamożności społeczeństwa, prowadząc do poszerzenia grup społecznych mogących utrzymać się z wymiany swych usług na towary pierwszej potrzeby czy na potrzeby materialne jako takie, to zahamowanie wzrostu szeregów proletariatu jest całkiem naturalnym skutkiem i nie powinno budzić nastrojów przygnębienia u Dwurieczeńskiego ani u lewicy.
 
Jeżeli przestaniemy trzymać się jak pijany płotu owych 5 charakterystyk proletariatu, na których Dwurieczeński opiera cały swój uczony wywód, i przestaniemy traktować Kapitał jako zasadniczy błąd metodologiczny na spójnej drodze od Manifestu komunistycznego do II Międzynarodówki (kiedy to nastąpiła korekta definicji proletariatu o warstwy pośrednie w epoce stabilnego kapitalizmu – co pośrednio doprowadziło do konfliktu ideologicznego między Leninem a rewizjonizmem II Międzynarodówki), to mamy szansę zauważyć, że zasadnicze znaczenie dla tej definicji ma miejsce w systemie produkcji, które staje się coraz ważniejsze, w miarę, jak tracą na znaczeniu takie cechy, jak poziom wynagrodzenia.
 
Jak podaje T. Piketty (w książce Kapitał w XXI wieku, passim), w XX wieku znalazł ukoronowanie proces zamiany dochodu z kapitału na dochód z pracy, jeśli chodzi o źródło utrzymania członków społeczeństwa. Przy okazji, stopień zróżnicowania (nierówności społecznych) nie uległ zmianie na korzyść, poza krótkim okresem powojennym, kiedy to ogólnie ożywiła się koniunktura na tle wychodzenia z wojennego załamania. Jednocześnie, na co zwraca przytomnie uwagę Piketty, wzrosło społeczne przyzwolenie na zaistniałe nierówności: są one uważane za uzasadnione merytorycznie, czyli… uzasadnione wystarczająco. Drobnomieszczaństwo strzela sobie w stopę, a wraz z nim, nie mniej ochoczo, drobnomieszczańska lewica. W związku z tym, charakterystyka polegająca na utrzymywaniu się z pracy najemnej przestała służyć jako cecha konstytutywna dla upośledzenia (nierówności społecznej).
 
Dwurieczeński szuka uzasadnienia dla nieefektywności lewicy w zawężeniu się grupy najbardziej spauperyzowanej, żyjącej na skraju nędzy. Piketty pokazuje, że przez większość istnienia społeczeństwa klasowego, różnice między górnym decylem a resztą społeczeństwa pozostawały na szokującym poziomie, utrzymując się przez całe stulecia. Jeszcze bardziej szokuje rozbieżność między górnym centylem a 90% decyla, nie mówiąc już o przepaści w stosunku do przymierającej głodem pozostałej ludności. Tak więc, nędza niekoniecznie bywa motywem dla skutecznej walki klasowej. Wszystkie cechy proletariatu, na które powołuje się Dwurieczeński za młodymi klasykami marksizmu, odwołują się do żywiołowego buntu przeciwko nędzy. Tymczasem ta definicja proletariatu, aczkolwiek ma podstawy w pismach Marksa i Engelsa, wymaga skonfrontowania z późniejszym rozwojem proletariatu i z tym, co na ten temat pisał Marks w swych dojrzałych tekstach.
 
Dwurieczeński trzyma się opinii, że wraz z rozwojem kapitalizmu proletariat będzie coraz liczniejszy i będzie obejmował zasadniczo całość społeczeństwa, albowiem wszyscy ci, którzy nie utrzymują się z kapitału z definicji należą do proletariatu lub będą do niego nieuchronnie należeli. Motywem determinacji w zwalczaniu kapitału jest bowiem skrajna nędza związana z brakiem dostępu do dochodów z kapitału czy innej własności. Tymczasem zaliczenie do proletariatu niekoniecznie wiąże się z pauperyzacją. Sięganie do sztuczki z pracownikami najemnymi niewiele pomaga. Dwurieczeński ucieka się do rozróżnienia między proletariatem a pracownikami najemnymi, gdzie jedynym kryterium rozróżnienia jest poziom dochodu, co pozwala mu na utrzymanie ulubionej tezy o tym, że pojęcie proletariatu jest węższe od pojęcia klasy robotniczej. Konia z rzędem temu, kto powie czym się wówczas różni klasa robotnicza od klasy pracowniczej, czyli od całości pracowników najemnych. Dla nowej lewicy  nie ma tu w ogóle żadnego problemu – nie różni się niczym, ba, w czasach Marksa już się nie różniły. Co więcej, dla nowej lewicy, nie różnią się niczym od proletariatu. I dopiero tu Oleg się porządnie wnerwia. Proletariat to ubodzy członkowie klasy robotniczej vel pracowniczej. Super naukowe kryterium…
 
Marks by się załamał…
 
Okazuje się przy okazji, że motywem oporu wobec kapitału nie jest pierwsza w kolejności cecha proletariatu – bycie pracownikiem najemnym. Pierwsze trzy cechy są bowiem według Dwurieczeńskiego warunkami koniecznymi (pracownik najemny, brak dochodów z własności i procentu z kapitału), ale niewystarczającymi. Tymi ostatnimi, determinującymi stosunek do kapitału, są: skoszarowanie w fabryce oraz życie na granicy biologicznego przetrwania.
 
Jak nie wegetuje, to nie ma szansy na świadomość klasową. Szukamy więc nieudaczników życiowych w dowolnej grupie społeczeństwa (proletariatu, klasy robotniczej, klasy pracowniczej itd.) Zawsze się tacy znajdą. Tyle że odkrywamy nierzadko, iż są to ofiary własnej nieudolności merytorycznej, dziedzicznej czy nie, ale faktycznej. Należy im nie tyle wnosić świadomość (na najbliższe 2-3 pokolenia to beznadziejna sprawa!), co pomagać. I na tym polega gros wysiłku nowoczesnej lewicy – konkurowanie w charytatywie z Kościołem i służbą socjalną państwa, najlepiej z dofinansowania z budżetu lub z datków współczującej, wyższej klasy średniej, która ma możliwości, ale nie ma chęci zmiany istniejących stosunków społecznych.
 
Jak wykazywaliśmy, pierwsze trzy cechy nie mają sensu w odniesieniu do epok poprzedzających kapitalizm, tak samo jest z cechą czwartą, dopiero skrajne ubóstwo pozwala dostrzegać podobieństwo między proletariatem epok przedkapitalistycznych i epoki kapitalizmu. Rzecz w tym, że ta czwarta cecha przestaje istnieć w współczesnym świecie. A przynajmniej w tej jego części, która interesuje nowoczesną lewicę, czyli w rozwiniętym Centrum.
 
*
 
I nawet czujnie, ponieważ w Centrum istnieje tradycja walki klasowej, opartej na teorii marksizmu. Lewica zachodnia najlepiej by się przyczyniła do sukcesu sprawy, gdyby skupiła się na teorii, bo z Centrum wychodzi najbardziej jadowita propaganda antymarksistowska i antykomunistyczna. Tej należy się przeciwstawić, a nie płynąć z prądem wszechogarniającej gnojówki przedstawianej jako naukowo uzasadniona adekwatność teorii z praktyką. To czysta wymówka!
 
*
 
Dla Dwurieczeńskiego, konsekwentnie, pojęcie „proletariat” jest węższe niż pojęcie „robotnik”, ponieważ robotnik ma wszystkie cechy proletariatu poza cechą piątą, która także przestaje mieć znaczenie (w Centrum). Wbrew powszechnemu mniemaniu na nowoczesnej lewicy, dla Dwurieczeńskiego pojęcie proletariatu jest więc węższe niż pojęcie klasy robotniczej.
 
Nie podaje on definicji klasy robotniczej, ale rozumie pod tym pojęciem zasadniczo to samo, co reszta lewicy – wszystkich ludzi pracy najemnej, pracujących dla kapitału niezależnie od działu gospodarki. Proletariat to więc klasa robotnicza, tyle że żyjąca ledwo ledwo ze swej płacy roboczej. Stanowi on bardzo ograniczoną mniejszość świata pracy. W czasach Lenina i Rewolucji Październikowej, przemysłowa klasa robotnicza, a szczególnie robotnicy przemysłu metalowego stanowili awangardę walki klasowej, zdolną przyciągnąć do tej walki pozostałe odłamy ludzi pracy. Dwurieczeński zadaje sobie i nam pytanie o to, czy dziś ten klasyczny odłam najsłabiej zarabiających robotników jest w stanie pociągnąć za sobą inne odłamy proletariatu. Nie wychodzi mu to specjalnie pocieszająco.
 
Dwurieczeński popełnia kolejny błąd, ponieważ nie bierze pod uwagę faktu, iż robotnicy przemysłu metalowego niekoniecznie byli najbardziej upośledzoną płacowo częścią proletariatu Rosji. Awangardowa rola tego odłamu klasy robotniczej (gdyby Dwurieczeński trzymał się Lenina, a nie swoich wyobrażeń na jego temat) wynikała z miejsca tej klasy w systemie produkcji kapitalistycznej w Rosji (dynamika gospodarcza), zaś skłonność innych grup, w tym proletariatu wiejskiego, do poddania się przewodnictwu klasy robotniczej wynikała z dużo gorszych warunków płacy i życia owych grup. Zasadnicze znaczenie dla pełnienia funkcji awangardy ma nie tyle poziom życia, ile właśnie miejsce w społecznym sposobie produkcji i aktywność polityczna. Aktywność i jej skuteczność są związane z charakterem pracy (nie tyle liczebność absolutna, co koncentracja, a także możliwość przejęcia systemu produkcji bogactwa społecznego przez awangardę z uwagi na stopień kolektywnej organizacji na co dzień).
 
Świadomość klasy robotniczej pracującej w przemyśle nie jest kwestią żywiołowości, jeśli wierzyć Leninowi. A praktyka wykazała, że wiedział, co mówi.
 
Tymczasem cały wysiłek Dwurieczeńskiego oraz krytykowanej przezeń lewicy skupia się na biadoleniu nad brakiem żywiołowo ukształtowanej świadomości klasowej wśród szerokiej rzeszy pracowników najemnych. Jeżeli świadomość klasowa kształtuje się pod wpływem doświadczenia nędzy, a baza społeczna takiej potencjalnej świadomości zawęża się dramatycznie, to perspektywa skutecznej polityki lewicowej rysuje się bardzo marnie.
 
Wedle Dwurieczeńskiego, Marks w Kapitale miesza pojęcia proletariatu i klasy robotniczej. Następnie Lenin uważa klasę robotniczą za awangardę proletariatu, co kłóci się z Dwurieczeńskiego koncepcją, że proletariat jest węższym pojęciem. Wynika stąd, że według Lenina jest akurat odwrotnie. Współczesna lewica także traktuje proletariat jako pojęcie szerokie, jako całokształt świata pracy najemnej plus grupy zmarginalizowane. W przeciwieństwie do Dwurieczeńskiego niekoniecznie musi w nim występować cecha życia na granicy absolutnego ubóstwa. Wystarczy ubóstwo względne, mierzone wobec żyjących z własności lub wobec innych grup „proletariuszy”.
 
W pewnym sensie, upór Dwurieczeńskiego przy przypisywaniu proletariatowi wąskiego zakresu znaczeniowego wynika z chęci utrzymania tej cechy, która wyróżnia klasyczną, przemysłową klasę robotniczą. Chodzi o bycie nośnikiem interesu antykapitalistycznego.
 
Dla Dwurieczeńskiego proletariat to część klasy robotniczej, a pojęciem szerszym od klasy robotniczej jest pojęcie pracowników najemnych. Współcześnie, w warunkach współczesnego kapitalizmu, nie mamy do czynienia z przeciwstawieniem burżuazji proletariatowi, ale z opozycją między kapitalistami a pracownikami najemnymi.
 
Proletariat nie uległ bezwzględnej pauperyzacji, a sprzeczność między burżuazją a proletariatem opierała się na sprzeczności między bogactwem a nędzą. W ten sposób, Dwurieczeński dokonał uzasadnienia nowolewicowej tezy o zakończeniu konfliktu opartego na Marksowskiej tendencji do powszechnej pauperyzacji i przyjął nowolewicową tezę o aktualności sprzeczności między dochodem płynącym z kapitału a dochodem płynącym z wynagrodzenia za pracę najemną. W tym przeciwstawieniu w kąt idą pozostałe cechy proletariatu, a pozostaje domniemany zasadniczy aspekt: sprzeczność między kapitałem a pracą.
 
Na pierwszy rzut oka wygląda to na trzymanie się Marksowskiej i Leninowskiej dewizy o decydującym znaczeniu miejsca w sposobie produkcji. Jedna klasa czerpie dochody z kapitału, druga – z pracy. Ta sprzeczność ma charakter najbardziej klasowy, nie ma bardziej skrajnej sprzeczności.
 
Problem w tym, że jak wskazuje Piketty, nierówności dochodowe oparte na wynagrodzeniu za pracę zastąpiły dziś nierówności związane z dochodami z własności czy z kapitału.
 
Dwurieczeński przytacza także dowody oparte na statystyce, wskazując na ilościowy wzrost zatrudnienia w trzecim sektorze (usług) kosztem rolnictwa i przemysłu, nawet w krajach tradycyjnie uważanych za zbliżone do modelu Marksowskiego.
 
Zamiast uważać, że przyrost zatrudnienia w trzecim sektorze (usług) jest możliwy ze względu na wzrost wydajności pracy i produktywności środków pracy, za czynnik wzrostu bogactwa społecznego uważa się wzrost wartości przetwarzanej w sektorze usług. Największy przyrost zatrudnienia w sektorze usług mają kraje najwyżej rozwinięte, co współczesna lewica interpretuje jako przyczynę wzrostu bogactwa społecznego, a nie jako efekt tego wzrostu. Do pewnego stopnia można przyjąć, że atrakcyjna oferta sektora wysokorozwiniętych usług działa jako podniesienie efektywnego popytu danego społeczeństwa. Jednocześnie jednak, społeczeństwa te są bardziej uzależnione od dostaw zewnętrznych i niezdolne do przetrwania na zasadach autarkii. W tych społeczeństwach rośnie rozwarstwienie społeczne, które przenosi się jako „osiągnięcie cywilizacyjne” na pozostałe kraje. Górny decyl bogaci się, zaś pozostała część społeczeństwa traci stabilność ekonomiczną.
 
Zaostrza się sprzeczność między bogatymi a biednymi, co bardzo przypomina sytuację z okresu kształtowania się proletariatu. Konflikt jest bezpośredni, a więc niczego więcej nie trzeba ani nowoczesnej lewicy, ani Dwurieczeńskiemu. Wszystko jest tak, jak Marks zawarł w Manifeście.
 
*
 
Ostatecznie więc, Dwurieczeński nie wychodzi poza „osiągnięcia” teoretyczne nowoczesnej lewicy, tyle że podlewa je sosem warsztatu naukowego, który – jak to wykazaliśmy – opiera się na wyrywkowym zajmowaniu się wnioskami płynącymi ze scholastycznie obracanej definicji proletariatu bez zrozumienia kontekstu i dynamicznej oraz dialektycznej (wewnętrznie sprzecznej) natury procesu tworzenia się proletariatu i jego bynajmniej nie jednoznacznego stosunku do klasy robotniczej sektora przemysłowego.
 
Kapitalizm jako sposób produkcji ma charakter historyczny. Jego dynamizm powoduje, że zmiany wywołane przez naturalny proces zachodzą szybciej niż w poprzednich epokach. Brak adekwatnego rozwiązania problemu sprzeczności klasowej na bazie kapitalistycznych stosunków produkcji skutkuje komplikowaniem się sytuacji, być może aż do momentu, kiedy sprzeczności staną się nierozwiązywalne na gruncie tego systemu (ze względu na jego ostateczne przegnicie). Logika rozwoju sił wytwórczych zawiera w sobie tendencję do zawężania grup społecznych uwikłanych w antagonistyczny konflikt. Należy ten proces traktować jako uproszczenie sprzeczności przy jednoczesnym skomplikowaniu układu relacji z licznie powstałymi grupami, wyłonionymi z proletariatu, a które mają różny stosunek do owego podstawowego antagonizmu. Zasadniczo jednak, historycznie grupy spoza sfery produkcji materialnej utrzymywały się z nadwyżki ponad potrzeby bezpośrednich producentów (a nawet z ograniczania tych potrzeb do granic przetrwania biologicznego). W tym sensie, historycznie grupy te są obarczone dziedzictwem wzajemnej niechęci do bezpośrednich producentów (obiektywny konflikt interesów), co zbliża je do ideologii klas panujących. Jednocześnie, narastająca pauperyzacja wywołuje bieżący konflikt z burżuazją, która poprzez aparat państwa sprawuje monopol na podział wtórny dochodu i dochodów. Z historycznego punktu widzenia, nadbudowa kulturowa i cywilizacyjna stanowi luksus społeczeństwa mogącego sobie na to pozwolić kosztem bezpośrednich producentów.
 
Interesem klasy robotniczej (bezpośredniego producenta materialnego bogactwa społecznego) jest uzyskanie dostępu do możliwości pełnej realizacji swego potencjału twórczego. Jeśli chodzi o obalenie panowania kapitału nad procesem produkcji, to jest to rzecz do osiągnięcia przez robotników w ramach ich własnej walki klasowej, choćby wbrew wszystkim innym grupom społecznym. Ale realizacja celu komunizmu, czyli rozwoju owego potencjału, wymaga porozumienia z grupami nieantagonistycznymi, które powinny przełamać swój lęk przed utratą dochodów ze sprzedaży efektów swej pracy intelektualnej. Miraż możliwości dorobienia się dzięki swemu potencjałowi kreatywnemu pokutuje w drobnomieszczaństwie, skutecznie izolując je od poczucia wspólnoty interesów z klasą robotniczą.
 
Współczesna lewica całkowicie angażuje się w drobnomieszczańską walkę o lobbing w biurokratycznym aparacie państwa burżuazyjnego w celu zapewnienia sobie większego udziału w torcie powstałym z wyzysku pracowników bezpośrednio produkcyjnych. Dopóki ta taktyka jest jako tako skuteczna, tylko świadome jednostki spośród drobnomieszczaństwa są skłonne przyłączyć się do walki robotników.
 
Analizy i wywody Dwurieczeńskiego nie prowadzą do przezwyciężenia impasu w skuteczności działań lewicy. Lewica pozostaje zaledwie okresowo wykorzystywanym narzędziem do pacyfikacji nastrojów społecznych. Współcześnie, w tej roli została zastąpiona przez prawicowych populistów.
 
Z analiz Marksa wynika, że starzenie się kapitalizmu osłabia go i powoduje, że zmiana ustrojowa staje się prostsza. Sam proces zawężania pola antagonizmu klasowego sprawia, że przewrót może stać się formalnością. Pod warunkiem przekonania do tej strategii grup potencjalnie sojuszniczych, warstw drobnomieszczańskich, świadomych faktu, że kapitalistyczne stosunki hamują pełny rozwój kreatywności do poziomu określonego prymitywnymi lub wyrafinowanymi potrzebami jednostek z klasy panującej. Ale na pewno malejąca liczebnie klasa panująca nie potrzebuje tej liczby usługodawców, traktując ich jak przedmiot jednorazowego użytku.
 
Pozostała, mniejsza część usługodawców służy jako narzędzia do utrwalania dominacji technologicznej nad resztą świata, blokując postępowe, prospołeczne zmiany. Drobnomieszczaństwo traktuje swoje problemy socjalne jako zasadnicze problemy klasowe, specyficzne dla kapitalizmu, co jest fałszywą świadomością, co więcej – nie znajduje uzasadnienia w analizach Marksa. Dwurieczeński usiłuje przywrócić spójność teorii marksowskiej, wyrzucając z niej wszystko to, co stanowiło historycznie o jej sile. Dlatego kategorycznie odrzucamy rozumowanie Dwurieczeńskiego, jednocześnie doceniając podjęcie przezeń problemu i dostrzeżenie problemu tam, gdzie zadowolona z siebie lewica pozostaje ślepa jak kret (bynajmniej nie ten kret, o którym pisał Marks).
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 2 stycznia 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Komórki, polityka, determinizm

commie.jpg
See video

 
Z drugiej strony, ponieważ efektem pożądanym jest sukces (jakkolwiek rozumiany), efektem masowego procesu jest właśnie sukces. Ten sukces skutecznie zamyka drogę dla różnorodności, która stawia czoła determinizmowi. Nieoznaczoność jest przerzucana na coraz wyższy poziom organizacji, gdzie podlega temu samemu procesowi. Stan organizacji materii, Wszechświata, rośnie prowadząc ostatecznie do bezruchu, czyli do śmierci. Śmierć jest tylko punktem wyjścia dla nowego początku, więc nie ma w tym nic negatywnego.
 
Tak jak nasze ciała są zbudowane z komórek, które straciły wolność (indeterminizm), tak my tworzymy struktury społeczne, które odbierają nam naszą wolność w imię trwałości owej wyższej struktury. Wyższa struktura zapewnia nam warunki przetrwania, które zmieniają się w miarę, jak odchodzimy od życia na poziomie zwierzęcym, instynktownym, a przechodzimy do życia, gdzie społeczeństwo zastępuje nam kontakt z przyrodą. Lubimy to. Wystarczy spojrzeć na nasze miasta i miasteczka, gdzie schludny asfalt zastępuje błoto. Na zewnątrz, na ulicach mamy jak w domu, tylko kłaść dywany. Zamykamy dachy nad naszymi ulicami przygotowując się do życia w wiecznym zaduchu społecznego ciała, niczym komórki naszego organizmu w naszym ciele. One też nie widzą już słońca ani chmur. Żyją w ciemności naszego wnętrza, zajmując się codziennymi sprawami, od których zależy sprawne funkcjonowanie naszego organizmu. Czego chcą komórki? Może chcą czasem zobaczyć słońce i niebo?
 
Nasze nastroje i nasze samopoczucie zależą od humoru naszych komórek. A one potrzebują używek, żeby zabić w sobie tę potrzebę oglądania słońca i chmur na niebie. My, jako struktura o wyższym poziomie zorganizowania, możemy trzymać komórki w ryzach, ale nasze samopoczucie jest wypadkową ich samopoczucia.
 
W gruncie rzeczy tak właśnie rozumie zależność między nami a naszymi składowymi współczesna nauka. Aby wyjaśnić, co dzieje się w naszym organizmie, szukamy odpowiedzi w analizie zachowania naszych komórek ciała. Nie przyjmuje nauka do wiadomości wyjaśnień, które traktowałyby części elementarne jak czarną skrzynkę, jak zbiór pewnych całości funkcjonalnych, gdzie nie jest ważne zachowanie poszczególnych "indywiduów”, ale idealizacja ich funkcji, czyli wypadkowa ich jednostkowych zachowań, coś, co może być zdeterminowane, a więc – poddane terapii z punktu widzenia całości (struktury) nadrzędnej.
 
Wypadkową tych wszystkich procesów jest jednak także powstanie zbiorowej świadomości, która gromadzi indywidualne doświadczenia, ale hierarchizuje je wedle częstotliwości występowania i sukcesu funkcjonalnego. Ta świadomość dorasta do poziomu, kiedy możliwe jest zrozumienie, w jaki sposób można przeciwstawić się zdiagnozowanemu determinizmowi zarysowanego procesu.
 
Budowanie wyższego poziomu struktury wymaga specjalizacji „komórek” tworzących ową strukturę. Warunkiem jest jeden i ten sam mechanizm dla wszystkich typów wyspecjalizowanych komórek, mechanizm oparty na współdziałaniu owych grup komórek. Warunkiem zachowania struktury na poziomie obecnym, z dostępem do przyrody, jest powstrzymanie procesu specjalizacji poszczególnych komórek.
 
Ta właśnie idea jest opisana przez komunistyczny postulat wszechstronnego rozwoju każdej jednostki. U podłoża tego postulatu leży właśnie życzenie niezróżnicowania funkcjonalnego komórek-jednostek ludzkich. Taka sytuacja uniemożliwia powstanie wyższej, obejmującej szerzej, struktury.
 
Ścisła zależność między komórkami powstaje z chwilą, gdy jedne z nich zajmują się zaopatrywaniem całości w pożywienie dostarczające energii dla zachodzenia wszelkich procesów. Inna grupa komórek przejmuje funkcje organizacyjne i kierownicze, a ich bezwzględne uzależnienie od komórek dostarczających energię powoduje konieczność ubezwłasnowolnienia tych ostatnich, tak aby nie mogły się usamodzielnić i „olać” komórki przywódcze. Wymaga to izolacji od środowiska naturalnego, które akurat daje „robolom” komórkowym przewagę, ponieważ mają one atawistyczną umiejętność poruszania się w tym środowisku. Życie w społeczności wymaga natomiast znajomości wyrafinowanych reguł, które są dopiero nabywane w procesie socjalizacji. A proces socjalizacji jest przeprowadzany z myślą o stworzeniu sprawnie funkcjonującej struktury izolującej jednostki od bezpośredniego kontaktu z przyrodą jako środowiskiem życia, a nie tylko rozrywki.
 
Nie są więc przedmiotem walki klasowej różne rodzaje socjalizacji w ramach społeczeństwa klasowego, ale tylko i wyłącznie jedna i zasadnicza kwestia – zahamowanie procesu utrwalania specjalizacji. Dlatego, w miarę jak rośnie zapotrzebowanie na utrzymywanie pozorów wolności w zaciskającym swe obręcze społeczeństwie, które przechodzi na nowy etap organizacji, pole walki klasowej zamiast się poszerzać, zawęża się do tego zasadniczego wyzwania. Nie chodzi bowiem o przytulne urządzenie celi, ale o nie znalezienie się w niej.
 
Bo z czasem, zza krat celi przestajemy w końcu dostrzegać słońce i niebo.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 31 grudnia 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: I can’t get no satisfaction, czyli Tao Kapitału

KarolKapitał.jpg
See video

 
Avineri zauważa dalej: „ Pojawienie się własności jest postrzegane przez Hegla jako inna próba przyswojenia sobie przyrody przez człowieka, ale tym razem na wyższym poziomie. Naturalny obiekt nie jest już więcej przyswajany w celu jego zanegowania, ale – przeciwnie – obecnie jest on zachowywany. 
 
Jednak znaczenie tego przyswajanego obiektu nie zależy teraz od jego związku z przyswajającym podmiotem, ale raczej od tego, że inne Podmioty uznają ten obiekt za przynależny wyłącznie temu właśnie szczególnemu podmiotowi (…)” (tamże). Własność nie ma charakteru jednostkowego, podkreśla Avineri za Heglem – odnosi się do osoby uznanej przez inne podmioty w tym charakterze. „Własność zawsze zależy od konsensu społecznego, od świadomości, nie zaś od zwykłego faktu posiadania czegoś” (tamże). 
 
A zatem „własność pozostaje więc dla Hegla momentem walki człowieka o jego uznanie” (tamże) – jako całkowicie społeczny moment bytu, własność jawi się nierzadko jako fundament respektowania godności jednostki, nie mówiąc już o faktycznym uznaniu jej wolności. 
 
Co ważne, z perspektywy marksistowskiej, „na tym etapie swej filozoficznej antropologii, Hegel wprowadza pracę do swego systemu. Tylko dzięki pracy, twierdzi Hegel, ‘przypadkowość brania w posiadanie zostaje przezwyciężona (aufgehoben)’. Dla Hegla, praca jest sublimacją pierwotnej satysfakcji; w pracy ‘jednostka abstrahuje od satysfakcji, tzn. nie osiąga jej. Obiekt jako obiekt nie zostaje zniszczony, ale zostaje zastąpiony innym’.” (tamże). „Poprzez pracę człowiek staje się ‘uniwersalnym dla innych, ale tak samo postrzega innych’.” (tamże). 
 
„Praca okazuje się więc przekształceniem pierwotnie niszczycielskiego charakteru apetytów w coś konstruktywnego: podczas gdy człowiek prymitywny, na wzór zwierząt, konsumuje przyrodę i niszczy przedmiot, praca utrzymuje przedmiot jako obiekt pożądania człowieka nie dzięki negacji, ale dzięki odtworzeniu. Podczas gdy cel produkcji tłumaczy się jako uznanie przez innych, bodźcem jest wciąż potrzeba. (…) Praca jest więc zawsze intencjonalna, nie instynktowna, albowiem reprezentuje ona potencjał człowieka do tworzenia swego własnego świata” (tamże). 
 
Jednak „poglądowi Hegla na pracę jako na narzędzie, dzięki któremu człowiek rozpoznaje siebie samego w świecie i w ten sposób rozwija zarówno ten świat, jak i siebie samego, towarzyszy zdanie sobie sprawy z tego, że warunki pracy zakładają nie tylko realizację człowieka, ale i jego możliwe zubożenie. Dla Hegla, praca, taka jaka jest praktykowana w historii ma podwójny aspekt. Z jednej strony, stanowi uzewnętrznienie i obiektywizację ludzkich zdolności oraz potencjału: dzięki pracy natura staje się częścią naturalnej historii człowieka (…) Ale praca stwarza również warunki, które są przeszkodą dla ludzkich prób integracji ze światem. Ten czynnik alienacji [tkwiący] w procesie pracy nie jest w oczach Hegla jakimś marginalnym aspektem pracy, który można naprawić bądź zreformować: jest fundamentalny i immanentny dla struktury ludzkiego społeczeństwa i stanowi jedną z tych cech charakteryzujących nowoczesne społeczeństwo, które będą stale intensyfikowane” (tamże).
 
Dlatego „w przeciwieństwie do atomistycznego, indywidualistycznego poglądu na pracę, który postrzega pracę jako pierwotną, zaś wymianę jako drugorzędną i pochodną, opartą na wartości dodatkowej, dla Hegla praca ma zawsze jako przesłankę wzajemny stosunek, podporządkowujący produkcję jej poznawczym aspektom. Nikt nie produkuje dla siebie samego, ale wszelka produkcja zakłada innego – stąd w pracy zawsze jest obecny podstawowy element uznania.
 
Jednak ta wzajemność rodzi pewien problem: chociaż każda potrzeba ludzka jest konkretna, całość potrzeb, dla których podejmuje się produkcje w jej totalności, jest abstrakcyjna i nie może zostać konkretnie wyrażona aż do chwili, w której cały proces produkcji i dystrybucji zostanie zakończony. Produkcja staje się więc abstrakcyjna, a podział pracy wydaje się adekwatny do potrzeb produkcji, a nie do potrzeb producentów. (…) Pracując dla wszystkich, jednostka już nie pracuje dla siebie; element odległości oraz potrzeba zapośredniczenia są stałym wymogiem łączącym jego pracę z zaspokojeniem jego potrzeb. Praca społeczna nieuchronnie pociąga za sobą alienację (…)
 
Ta analiza niewątpliwie ukazuje Hegla jako jednego z najwcześniejszych radykalnych krytyków nowoczesnego systemu przemysłowego. Hegel wskazuje na konieczną więź między pojawieniem się maszyn a intensyfikacją procesu alienacji, i w tym względzie znów zajmuje pośrednie stanowisko między tych, którzy idealizują maszyny a niszczycielami maszyn (…)
 
Im więcej czerpie z natury, tym bardziej ją podporządkowuje, tym nędzniejszy staje się sam. Dzięki przetwarzaniu przyrody dzięki wielu maszynom [człowiek] nie znosi konieczności wykonywania pracy; on tylko rozwija pracę, odciąga ją od natury i przestaje odnosić się do niej w żywotny sposób. Przeciwnie, ucieka przed tą negatywną formą żywotności, zaś praca, która mu pozostaje staje się coraz bardziej zmechanizowana. Ilość pracy spada jedynie dla całości, nie dla jednostki wręcz przeciwnie, wzrasta, albowiem im bardziej zmechanizowana staje się praca, tym mniej ma wartości i tym bardziej musi pozostawać indywidualnym znojem” (tamże).
 
Jednak Avineri podkreśla (za Lukacsem) różnicę między Heglem a Marksem w tym względzie – dla Hegla alienacja jest niezbywalnym aspektem obiektywizacji, zaś Marks utrzymuje, że alienacja nie jest wewnętrzną cechą procesu produkcji, ale wynika tylko z jej historycznych warunków. Marks dostrzega więc możliwości rozwiązania, zaś dla Hegla nie ma możliwości oddzielenia obu od siebie.
 
Dla Hegla wniosek był taki, że nierówności społeczne są nieuniknione. Avineri podkreśla, że Hegel jest świadomy tego, że bogactwo narodów można zbudować jedynie na ubóstwie całej klasy. Przy okazji zauważa, że Hegel używa pojęcia „klasa” wyłącznie w odniesieniu do robotników (Arbeiter), podczas gdy w odniesieniu do pozostałych grup używa tradycyjnego pojęcia „stan”.
 
Hegel zauważa także rozszerzanie zasięgu gospodarki rynkowej na pola, na których mały i średni biznes nie są w stanie osiągać niezbędnego zysku.
 
Biorąc pod uwagę rozważania Hegla, pokrótce tu zaprezentowane za Shlomo Avinerim, trudno trwać przy opinii, że Marks krytykował jemu współczesną ekonomię z pozycji późniejszej ekonomiki burżuazyjnej jako zgodnej z nauką jako taką. Dialektyka heglowska przedwcześnie stanowiła samoświadomość poznania ludzkiego, naukowości, zanim jeszcze pojawiła się treść nauki gotowa do ukazania takiej wewnętrznej sprzeczności, jak to miało miejsce w przypadku fizyki newtonowskiej. Nic dziwnego, że także refleksja Marksa nie znalazła zrozumienia u jego współczesnych, choć sukces ruchu robotniczego był empirycznym dowodem prawdziwości marksizmu.
 
Rozważania S. Avineriego prowadzą także do wniosku, że Hegel i Marks wyciągnęli wszelkie możliwe konsekwencje z systemu im współczesnej ekonomii politycznej. Jeżeli Marks daje rozwiązanie problemu, który Hegel uznał za nierozwiązywalny i nieprzekraczalny, to zapewne musiał dostrzec rozwiązanie tkwiące w tych samych uwarunkowaniach, które Hegel brał pod uwagę. Obaj bowiem opierali się na osiągnięciach ekonomii politycznej swego czasu. O ile dla Hegla obiektywny charakter alienacji powodował niemożność emancypacji od wyzysku, o tyle dla Marksa emancypacja nie stawiała sobie zbyt ambitnych (i przez to nieosiągalnych) celów. Obiektywizacja naturalnego potencjału człowieka pociąga za sobą alienację, ponieważ tylko w pochłanianiu zdobywa się i przekazuje informację. Emancypacja ma więc dotyczyć tylko tej pracy ludzkiej, której odebrano charakter twórczy, a co wiąże się z pracą materialną, mechaniczną, odtwórczą, związaną z produkcją dóbr materialnych. A więc i z klasą robotniczą pracującą w sektorze produkcji materialnej.
 
Marksizm nie jest teorią osiągnięcia stanu pozbawionego jakichkolwiek wewnętrznych sprzeczności. Proces twórczy jest z natury obarczony wewnętrzną sprzecznością i pochlania swego twórcę. To jest naturalne i sprawiedliwy charakter tego procesu polega na utrzymaniu jego charakteru jednostkowego, indywidualnego. Umasowienie wyzysku pracy kreatywnej jest wynikiem masowości wyzysku pracy produkcyjnej. Wraz z emancypacją zniknie masowy charakter alienacji pracy twórczej, choć nie zniknie charakter alienacyjny w odniesieniu do jednostki. Będzie ona miała jednak charakter przypadkowy i sporadyczny. Nieznośny charakter alienacji pracy twórczej wynika z komercjalizacji właściwej kapitalizmowi, gdzie wyzysk pracy odtwórczej, produkcyjnej, stwarza warunki dla powszechnej komercjalizacji w poszukiwaniu nieskończonych pól osiągania zysków.
 
*
 
Rozważania powyższe były jedynie wstępem, aby uzasadnić stanowisko Marksa w kwestii teorii ekonomicznej. Po pierwsze, dialektyczna metoda Marksa ma głębokie uzasadnienie, nawet jeśli S. Avineri słusznie zauważa, iż Marks nie mógł znać Heglowskich System der Sittlichkeit oraz obu wersji Realphilosophie. W końcu obaj filozofowie odwoływali się do tych samych greckich korzeni nauki, akcentując każdy inny nurt tego sposobu myślenia.
 
Po drugie, zarzuty, jakie by nie były, niezmiennie dotyczą Marksowskiej teorii wartości. Rozważania Hegla stanowią pomost do koncepcji Marksa – od klasycznej teorii ekonomii zwieńczonej pracami A. Smitha i D. Ricarda. Potwierdza to Marks stwierdzeniem, że perspektywa Hegla jest perspektywą nowoczesnej ekonomii politycznej. Wyrzucenie Marksa z „dobrego towarzystwa” jest analogiczne do wystawienia za drzwi salonu gromadzącego zadufanych akademickich bubków operujących na poziomie przyjmowania bądź odrzucania wulgarnego materializmu, niezdolnych do twórczego przezwyciężenia wadliwego w tym względzie dziedzictwa Oświecenia, ale przez to właśnie otwierającego możliwości dokonania owego przezwyciężenia, a nie tylko – jak to ma miejsce – jałowego narzekania na głupotę epoki Oświecenia.
 
Jak pisze P. Sweezy we Wstępie do wydania pracy E. Boehm-Bawerka i R. Hilferdinga (Eugen von Boehm-Bawerk, Karl Marx and the Close of His System and Boehm-Bawerk’s Criticism by Rudolf Hilferding, edited with an Introduction by Paul Sweezy, Augustus M. Kelley, Nw York 1949), Marks był świadom, że w warunkach rozwiniętego kapitalizmu towary nie są sprzedawane po swojej wartości. Marks był też świadom tego, że towary nie mogą być po tej wartości sprzedawane. Jego analizy dotyczyły prób wytłumaczenia tego faktu. Odpowiada na to w I tomie Kapitału. Boehm-Bawerk nie musiał czekać do III tomu, żeby to zrozumieć. Ale żeby móc, trzeba chcieć…
 
W najbardziej osławionym rozdziale I pierwszego tomu Kapitału jest wszystko, co jest potrzebne dla zrozumienia omawianej kwestii. Trzeba tylko umieć posługiwać się dialektyką. Dlatego było nam potrzebne wszystko to, co znalazło się powyżej. Bez zrozumienia dialektyki nie można zrozumieć dlaczego teoria wartości ma znaczenie ogólniejsze i ujmuje zjawiska głębiej niż burżuazyjna ekonomika.
 
Teoria wartości mówi o gospodarce jako o całości zamkniętej w pewnym, konkretnym okresie (np. roku). Nacisk jest położony na aktywność ludzką (stosunki międzyludzkie), a nie na stosunki między rzeczami. W gospodarce jako całości, wszystko, co zostało wytworzone w danym okresie przez jednych producentów może zostać wymienione tylko na to, co wytworzyli pozostali. To są materialne, rzeczywiste warunki funkcjonowania gospodarki z punktu widzenia społeczeństwa, ludzi, jednostek i grup społecznych.
 
Wprowadzenie pieniądza (utowarowienie gospodarki) powoduje, że towar pozornie usamodzielnia się, może bowiem zostać wymieniony nie na drugi materialny towar (nosiciela konkretnej, fizycznej potrzeby jednostki), ale na symbol wartości – pieniądz.
 
Ale pieniądz też jest towarem (na co zwraca uwagę Marks, obracając go w rękach w poszukiwaniu wszystkich konsekwencji wynikających z tego faktu). Z tego faktu wynika, m.in. taki skutek, że wartość pieniądza może wzrastać lub spadać (analogicznie do innych towarów). To oznacza, że nawet najbardziej adekwatnie do wymogów rynku ustalona cena towarów nie jest w stanie zapobiec pojawieniu się kryzysu.
 
W gospodarce bezpieniężnej, towary są materialne i ich podzielność jest ograniczona. Możliwości elastycznego dopasowania podaży do zapotrzebowania są więc także ograniczone. Pieniądz jest nieskończenie niemal elastyczny. Przy okazji, ta jego cecha fałszuje rzeczywistość podaży i popytu w odniesieniu do materialnych wartości znajdujących się na rynku i w odniesieniu do konkretnych, niepodzielnych zapotrzebowań ludzi. Elastyczność, korzystna z punktu widzenia pojedynczego towaru okazuje się więc czynnikiem zwiększającym ryzyko niedopasowania w gospodarce jako całości.
 
Pieniądz nie jest więc w stanie zmienić żelaznego prawa wartości – tego, że towary wyprodukowane w danym okresie można wymienić skutecznie tylko na inne towary wyprodukowane w tymże okresie. I że wartość jednego towaru jest realnie określona stosunkiem ilościowym między nim a wszystkimi pozostałymi towarami na rynku.
 
Można, oczywiście, manipulować tymi warunkami wrzucając do obiegu towary wyprodukowane za granicą lub włączając do rozrachunków towary mające powstać w przyszłości (nie mówiąc już o „cudach” dokonywanych na rynkach finansowych przez domorosłych Davidów Copperfieldów burżuazyjnej iluzjonistyki stosowanej). Ale to jest tylko manewr odkładający wybuch kryzysu w czasie. Prawo wartości działa nieubłaganie.
 
Przy okazji – to, co nazywa się (nawet w marksizmie) prawem wartości, to fake.
W tym kontekście można tylko zaznaczyć kwestię, że rozwiązanie problemu możliwości funkcjonowania gospodarki socjalistycznej, zaproponowane przez, np. Oskara Langego, na którym opierała się dalsza logika reformowania systemu, była z gruntu i z ducha niemarksistowska. O czym najlepiej świadczy rzeczywisty, materialny i historyczny rezultat konsekwentnie realizowanego kierunku reformowania gospodarki socjalistycznej w duchu tego teoretyka, dość skutecznie spolemizowanego przez szkołę Misesa.
 
Kończąc, pragniemy powtórzyć – ci marksiści, którzy ubolewają nad tym, że Marks „nie zdążył” wyłożyć swej teorii ekonomicznej w całości, przypominają tych, o których mówi Biblia: „patrzą, a nie widzą; słuchają, a nie słyszą”.
 
Przypomnijmy, że Lenin to jakoś zrozumiał i nie ubolewał nad niedokończonym charakterem dzieła Marksa.
 
Zrozumienie dialektyki nie jest proste. Świadczy o tym los koncepcji Hegla. Zrozumienie teorii wartości jest więc konsekwentnie mniej więcej tak samo skomplikowane, co zrozumienie teorii względności. Jednocześnie, jest niezwykle proste, kiedy złapać nić przewodnią.
 
*
 
Jak mówił Lao-tsy: Tao wypowiedziane przestaje być Tao. W sumie Tao ekonomii politycznej, Marks wyłożył w I rozdziale I tomu Kapitału. Co ponadto, to odchodzenie od Tao Kapitału. Nic dziwnego, że interpretacje teorii wartości przez postmarksistów są równie odlotowe, co interpretacje Tao te Jing przez współczesnych spirytualistycznych frustratów, którzy dążą do osiągnięcia satysfakcji w świecie, w którym w pojedynkę jest to mało prawdopodobne.
 
I CAN’T GET NO SATISFACTION
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski11 listopada 2019 r.

See video

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Taniec na zmurszałych deskach

the_communist_worker.jpg
See video

 
Wedle filozofii i teorii Marksa, społeczeństwo organizuje się na bazie zasadniczego podziału pracy między wytwórcami bogactwa materialnego a grupą zawłaszczającą wartość dodatkową. Dzięki istnieniu materialnej wartości dodatkowej, może się rozwijać twórczość niematerialna: kultura i sztuka. Kapitalizm komercjalizuje i tę sferę, upodabniając jej funkcjonowanie do funkcjonowania sfery wytwórczości materialnej. Ale zewnętrzne podobieństwo nie jest tożsamością – możliwość istnienia kultury jest nadal pochodną istnienia bogactwa materialnego. 
 
Poziom kultury (a także jej bezwartościowy, powierzchowny blichtr) może być jednak narzędziem podporządkowywania sobie społeczeństw, które trudnią się wytwarzaniem dóbr materialnych, ale ich kultura jest mniej ceniona na rynku światowym. Zostaje sprowadzona do rangi folkloru zabiegami medialnymi i propagandowymi. W ten sposób kultura staje się metodą wspomagającą przywłaszczanie sobie materialnej wartości dodatkowej krajów pozbawionych kultury wywindowanej przez zależne od kapitału media opiniotwórcze do rangi obowiązującego stylu życia. Kraje nie reprezentujące owej powszechnie uznanej kultury mogą uczestniczyć w podziale zagrabionej wartości dodatkowej na zasadzie członków stada podporządkowanych umownemu samcowi alfa. Na tym opiera się sławetna rola hegemona światowego. Wartość samca alfa decyduje o wartości stada, więc podporządkowane osobniki są zainteresowane dobrą kondycją hegemona, nie tracąc z oczu perspektywy, że jeśli samiec alfa osłabnie, to rozpęta się walka o zajęcie jego pozycji w stadzie. Póki pozostałe samce nie czują się przygotowane, utrzymują samca alfa w przekonaniu, że jest niezastąpiony. 
 
Hegemonia USA słabnie w ostatnim czasie. Ukrywanie tego faktu jest na rękę pozostałym „sojusznikom”, którzy usiłują sobie wypracować jak najlepsze pozycje do startu o rywalizację o przywództwo. W tym kontekście należy widzieć sprawę sankcji przeciwko Rosji. Dęta propaganda wokół sankcji jest obliczona na zmylenie idiotów. Sankcje nie mają bowiem na celu Rosji jako takiej, ale są narzędziem płonnej chęci utrzymywania rywali z dala od gospodarki rosyjskiej, z chęcią zachowania wpływów w tym obszarze dla siebie na wyłączność. Destabilizacja sytuacji w Rosji jest celem USA, które chce przeszkodzić rywalom w zagospodarowaniu potencjału rosyjskiego, co byłoby gwoździem do trumny tego przebrzmiałego supermocarstwa.
 
Polityka demokratów, polegająca na chamskim penalizowaniu Rosji nie okazała się najskuteczniejszym działaniem. Trump usiłuje rozbroić rywali stosując metodę kija i marchewki wobec Rosji, czyli utrzymując ją w niepewności co do swych intencji, dzięki czemu Rosja nie czuje się postawiona pod ścianą i nie jest skazana na przyjęcie oferty niemieckiej czy francuskiej. Wszyscy muszą działać bardzo ostrożnie, żeby nie sprowokować otwartego wybuchu skrywanej, acz coraz mocniej buzującej wrogości, która w każdej chwili może się przekształcić w wybuch wojny o zasięgu światowym.
 
Podobnie jak w okresie I wojny światowej, sytuację może uratować wybuch rewolucji skierowanej przeciwko własnym, imperialistycznym reżymom. Doświadczenie Rewolucji Październikowej pokazuje jednak, jak ogromna może być cena braku jedności i solidarności w międzynarodowym ruchu robotniczym. Obecnie ruch ten jest w rozsypce, a lewica nawet nie usiłuje go złożyć na powrót, ponieważ dominująca stała się w niej ideologia socjaldemokratyczna, która swoje nadzieje opiera na wierze w przezwyciężenie konfliktu klasowego w warunkach poprawy poziomu życia społeczeństwa. A to dzięki prodemokratycznym regulacjom prawnym, które zobligują kapitał do łożenia na państwo socjalne.
 
Efektywne państwo socjalne w powojennej Europie opierało się właśnie na skutecznym zmuszeniu kapitału do poważnego opodatkowania zysków. Było to wynikiem niepowtarzalnej sytuacji polegającej na istnieniu (choćby propagandowym) alternatywy dla systemu kapitalistycznego. Ideologiczna ściema socjaldemokracji i – konsekwentnie – współczesnej lewicy – polega na fałszu teoretycznym, który głosi, że bogactwo społeczne jest wytwarzane w sferze niematerialnej, na równi, a może i bardziej niż w sferze materialnej.
 
Praktycznie państwo dobrobytu opierało się na opodatkowaniu zysku kapitału, a nie na opodatkowaniu obywateli. Teoretycznie – koncepcja Marksa uzasadnia ten fakt.
 
Współczesna lewica opiera się jednak na pobożnych życzeniach teoretyków drobnoburżuazyjnych, którym przeczy zarówno praktyka kapitalizmu, jak i teoria marksizmu. Sfera niematerialna, jak powiedzieliśmy wyżej, tworzy warunki dla wyzysku innych, zagranicznych wytwórców bogactwa materialnego. Wewnątrz zaś narzuca sprawiedliwsze reguły podziału.
 
Różnica między koncepcją socjaldemokratyczną a marksistowską polega na postulacie przejęcia produkcji materialnej przez samych producentów i organizacji wokół tej struktury całości społeczeństwa z jego politycznymi instytucjami, czego gwarantem pozostaje dyktatura klasy robotniczej.
 
Autarkia nie jest rozwiązaniem, niemniej dążenie do reindustrializacji, które stało się ostatnio powszechną modą, dodatkowo zaświadcza o tym, że elity polityczne mają świadomość możliwości wybuchu konfliktu światowego, a reindustrializacja jest gorączkowym sposobem przygotowania się na tę ewentualność, którą elity tuszują wmawiając sobie i innym, że chodzi tylko o „pokojową” rywalizację w ramach międzynarodowej współpracy. Wskazuje to na fakt, że w obliczu sytuacji ekstremalnej, ludności nie wyżywi się nieskończoną podażą amerykańskich seriali telewizyjnych, nawet najbardziej kasowych.
 
W dziejach walk klasowych mieliśmy etap walki chłopstwa, które było wytwórcą materialnego bogactwa społeczeństwa. Wyzysk chłopów dał możliwość wspaniałego rozwoju wielu cywilizacji, które jednak padały pod naporem sprzeczności związanych z ich sposobem produkcji. Chłopi są dużo bardziej związani z przyrodą niż robotnicy. Chłopi nie mogli jednak spełnić tej samej funkcji, co klasa robotnicza w walce klasowej, ponieważ ich ideałem był powrót do własności prywatnej ziemi (i innych środków produkcji). Utopie powstające na bazie świadomości chłopskiej chwytały istotę problemu – kwestię własności środków produkcji – ale nie mogły jej skutecznie rozwiązać, ponieważ wspólna własność środków produkcji stała w sprzeczności z partykularnym interesem klasy wyzyskiwanej, a więc potencjalnej nosicielki idei emancypacyjnej.
 
Tym tłumaczyć można reakcyjne zachowanie chłopstwa w okresie rewolucji burżuazyjnej.
 
Ta trudność znikła wraz z ukształtowaniem się nowoczesnego proletariatu fabrycznego. Dlatego, jak pisał Marks, w idei socjalizmu naukowego została przezwyciężona utopia związana z chłopstwem jako klasą-nosicielką antagonistycznej sprzeczności w społeczeństwie klasowym aż do epoki przemysłowej.
 
Jednak robotnik jest bardziej oddalony od przyrody niż chłop. Stąd inna trudność polegająca na braku zakorzenienia świadomości proletariatu w tej podstawowej relacji przyroda – społeczeństwo. Stąd rozbieżność między klasą w sobie i klasą dla siebie. Zrozumienie relacji między pracą tworzącą bogactwo a przyrodą, zafałszowane uspołecznieniem relacji do przyrody przez stopień cywilizacji, kształtujący mentalnie także i robotników, wymaga pracy intelektualnej. Wymaga zdolności oderwania się od bezpośrednich manifestacji rzeczywistości społecznej. Tę zdolność daje dialektyka, która zajmuje się funkcjonowaniem intelektu i obnaża jego uzależnienie od materialnej rzeczywistości W systemie idealistycznym jest to przedstawiane jako uzależnienie rzeczywistości materialnej od Intelektu (Ducha), ponieważ w oglądzie intelektualnym nie sposób uniknąć przekonania, że rzeczywistość materialna jest celowa. Ogląd materialistyczny uzasadnia twierdzenie, że postrzeganie celowości jest skutkiem zdeterminowanej kolei wydarzeń w sytuacji, kiedy wybory są podejmowane arbitralnie, lecz racjonalne wybory są uzależnione od oceny sytuacji, czyli zdeterminowane w tym znaczeniu. Racjonalność intelektu jest wytworem reguł przyrodniczych, które same nie są regułami intelektu, tylko własnymi. Ale podjęta decyzja eliminuje pewien krąg możliwych wydarzeń, sprawiając wrażenie istnienia celowości zaszłego procesu. Racjonalność towarzyszy decyzji arbitralnej, zaś zdeterminowanie może zostać stwierdzone wyłącznie jako efekt. W każdym z tych etapów mamy do czynienia z działaniem przeciwstawnych sił: arbitralność opiera się na racjonalności; determinizm jest celowością (racjonalnością) arbitralnego wyboru.
 
Dialektyka mówi więc, że bez intelektu nie ma determinizmu. Dialektyka postawiona z głowy na nogi mówi, że intelekt (racjonalne działanie) jest możliwy wyłącznie w konkretnych warunkach naturalnych. Uświadomienie sobie tych warunków jest uruchomieniem intelektu do działania. Idealizm twierdzi odwrotnie, że to świadomość uruchamia świat materialny do działania.
 
Uświadomienie sobie własnej śmiertelności jest iskrą, która inicjuje intelekt, czyli uświadomienie sobie warunków istnienia. W ten sposób tłumaczy się pierwotność filozoficznie pojmowanej materii nad „duchem” (czyli intelektem). W istocie chodzi o to, że materia i świadomość są jednoczesne, jednak świadomość (samoświadomość) jest potencjalnością zawartą w materii, a która rozwija się wraz z przekształcaniem się i ekspansją materii, dochodząc do punktu kulminacyjnego, w którym zaczyna się produkcja materii (filozoficznej) przez potencjał intelektualny. W tej sytuacji potencja samoświadomości staje się rzeczywistością (siłą sprawczą), zaś materia staje się potencjalnością (a więc celem istnienia rzeczywistości).
 
W społeczeństwie oznacza to, że narasta potencjał zmiany relacji społecznych. Poziom cywilizacyjny zdaje się uniezależniać ludzi od materialnej rzeczywistości, jednocześnie czyniąc z produkcji materialnej zasadniczy cel „ducha” (samoświadomości ludzkiej).
 
W tym kontekście najwyższe wykwity lewicowej refleksji teoretycznej, polegające na starożytnym wręcz upieraniu się przy sprawiedliwym rozdzielnictwie dóbr materialnych, jawią się jako jawny bezsens i obnażają nieadekwatność lewicy do podejmowania problematyki współczesnej myśli filozoficznej. Rzecz bowiem nie w rozdzielnictwie, ale w produkcji. Poziom rozwoju sił wytwórczych stawia przed społeczeństwem ludzkim wyzwanie dotyczące charakteru produkcji świata materialnego, który warunkuje przyszły charakter intelektu, a więc – w praktyce – organizacji życia społecznego. Pole arbitralnego wyboru zdaje się nieograniczone, niemniej racjonalny wybór jest o wiele skromniejszy. Musi on wynikać z przemyślenia przeszłych doświadczeń, aby pozostał racjonalny.
 
Potencjał samoświadomości działa z równym niepohamowaniem, co potencjał świata przyrody (ucieleśnienia materialności). Wszystko, co możliwe musi się zmaterializować, nawet jeśli jest niekorzystne z punktu widzenia człowieka jako wytworu walki z niepohamowaniem potencjału materialności, która była naszym wcześniejszym doświadczeniem.
 
Emancypacja klasy robotniczej (związanej z produkcją materialną) jest racjonalnym rozwiązaniem problemu dialektyki rozwoju rzeczywistości na zasadzie postulowanej przez myślicieli starożytności – a mianowicie na zasadzie dążenia do Prawdy, Piękna i Dobra, które to pojęcia jedynie odwołują się do instynktownych przeczuć, a nie do ścisłej definicji. Jako abstrakcyjne pojęcia zawierają w sobie zbyt obszerną zawartość konkretności, by mogły być adekwatnie wyrażone w stosunku 1:1. Zadania zawarte w walce klasowej i w filozoficznym pojęciu klasy robotniczej mają taki sam status wyrażając dynamiczny i wewnętrznie sprzeczny charakter zjawiska, które opisują. Ale dzięki temu sformułowaniu (klasa robotnicza odnosząca się do produkcji materialnej) wyrażają w skrócie istotę zadania wynikającego z racjonalnej, arbitralnej decyzji, którą wybrało społeczeństwo tworząc ruch robotniczy.
 
Krytycy marksizmu odnoszą się do wewnętrznych sprzeczności koncepcji, które są wyrazem sprzecznej natury zjawisk, których problematyzację koncepcja ta podejmuje i wyjaśnia. Dopóki proces nie zakończył się, nie istnieje jego determinizm, a możliwości wyboru dają wrażenie wewnętrznej sprzeczności. Chodzi o osiągnięcie takiego stanu organizacji społecznej, w której zadania tkwiące w pojęciu klasy robotniczej zostaną rozstrzygnięte i przyjęte jako stan naturalny. Nie kładzie to kresu dalszemu rozwojowi (nie jest to żaden koniec historii ani kraina wiecznej szczęśliwości – możliwości konfliktów dzielących społeczeństwo zostały skutecznie zarysowane w historii współczesnej, a lewica jest gotowa uznać je za ważniejsze niż emancypację klasy robotniczej, co tylko wskazuje na potencjał konfliktu w nich drzemiący).
 
Ambicją współczesnej lewicy jest zaistnienie na politycznej scenie w sytuacji, kiedy scena ta jest zbudowana ze zmurszałych desek i grozi zawaleniem w każdej chwili. To jest działanie nacelowane na pogrążenie się wraz z całą resztą. Tymczasem marksizm ma dawać kierunek poruszania się w tym chaosie towarzyszącym kresowi danej cywilizacji. Ten kres nie był nadzieją marksizmu – wystarczy wspomnieć peany Marksa na cześć burżuazji w Manifeście czy jego rozterki na temat brytyjskiego panowania w Indiach, ewentualnie sarkastyczne uwagi Engelsa na temat „idiotyzmu życia wiejskiego”. Od lewicy zależy, czy marksizm pozostanie w historii li tylko tragiczną samoświadomością zmierzchu cywilizacji zachodnioeuropejskiej, czy teorią nowego etapu dziejów ludzkich.
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
11 listopada 2019 r.
 

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

SIERP i MŁOT