Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 8 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

E. Balcerek i W. Bratkowski: Gdy kryzys się ślimaczy (z cyklu "Jaja jak czerwone berety")

MarxWork.jpg
See video

 
 
Jakoś nie było to dla klasyków – w przeciwieństwie do Dwurieczenskiego i Tiulina – powodem do tego, aby odwrócić się z obrzydzeniem od przemysłowej klasy robotniczej i nazwać ją en bloc „arystokracją robotniczą”, chociaż w porównaniu z proletariatem okresu merkantylizmu robotnik to był już ktoś, a przynajmniej nie taki śmieć jak inni. Nie takie „panisko”, jak rzemieślnicy i ich czeladnicy ulegający gwałtownej pauperyzacji i wykluczeniu w okresie przejścia od jednej epoki do drugiej, ale zawsze… Mogli przecież przeżyć z tygodnia na tydzień, a nie z dnia na dzień. 
 
Dość szybko więc pojawiła się grupa pracownicza, którą ochrzczono mianem „klasy robotniczej” i przypisano do fabryk i materialnej produkcji przemysłowej. Pod czym podpisuje się nie tylko Marks, ale i Lenin, a także świadczy szeroki cytat ze Stalina. Co stało się z proletariatem w tej sytuacji? Obaj nasi „archeologowie myśli”, którzy zawstydziliby samego M. Foucault, w tej kwestii milczą. 
 
Możemy, oczywiście, domyślać się, że to miano należało się słusznie wszelkiej maści wykluczonym i zmarginalizowanym, żyjącym na skraju głodu, niezależnie od miejsca w społeczeństwie. Wszelkie grupy uciśnione ze względu na rasę, płeć i przekonania, które wyrażały swój protest przez cały ten czas. 
 
Niejednokrotnie odsądzając Marksa od czci i wiary w ramach swego liberalizmu i demokratyzmu. 
 
Dwurieczenski i Tiulin podkreślają liczebną skromność grupy zaliczanej do proletariatu. To dodatkowo akcentuje jej skrajność we wszelkich aspektach.
 
Można by pokusić się o wnioski z takiego przedstawienia kwestii: jeśli Marks i Engels orientują się właśnie na proletariat jako na klasę najbardziej rewolucyjną, to podkreślana cecha jej niewielkiej liczebności poniekąd tłumaczy małą skuteczność rewolucyjnej agitacji tak w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Tłumaczy to również dalej rzekomą rewolucyjną konieczność terroru itp. ekscesy władzy bolszewickiej. Oczywistą oczywistością jest więc oparcie się na zdecydowanej większości, co gwarantuje pełnię demokratyzmu ewentualnego (r)ewolucyjnego procesu.
 
Tyle że… lewica nie ma legitymacji większościowej, stąd jałowość jej gry politycznej.
 
Dwurieczenski chlubi się swym obiektywizmem, który każe mu tak krytycznie analizować słabości współczesnej lewicy, z którą jednakże całkowicie się utożsamia.
 
Jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę cytat ze Stalina, gdzie pragmatyczny wódz (ceniony ze względu na swój pragmatyzm właśnie przez zwolenników demokratycznej legitymizacji większościowej) wprost mówi o tym, że aspiracje klasy robotniczej zostały w ZSRR zaspokojone i że osiągnęła ona status klasy panującej i właścicielki środków produkcji (wraz z całym społeczeństwem – wszyscy, czyli nikt, jak nam to tłumaczono w okresie transformacji), to zrozumiemy, że ta klasa nie może stanowić siły pragnącej zmiany ustrojowej. Ma bowiem doświadczenie historyczne grupy społecznej wyraźnie znajdującej się w ustabilizowanej pozycji w podziale pracy, a także doświadczenie „realnego socjalizmu”, gdzie była klasą panującą, posiadającą własność środków produkcji. A w dzisiejszej sytuacji kapitalizmu, klasa ta nie znajduje się w rozpaczliwej sytuacji materialnej ze względu na rywalizację ekonomiczną państw i regionów świata. W porównaniu z innymi, pauperyzującymi się grupami społecznymi nie tylko w Rosji, robotnicy przemysłowi znajdują się w „uprzywilejowanej” sytuacji, podobnie jak to widzi Dwurieczenski i Tiulin za klasykami w odniesieniu do sytuacji z początków XIX wieku.
 
Jednym słowem, klasa robotnicza istnieje – dziś i historycznie – wyłącznie jako tzw. arystokracja robotnicza. Proletariat zaś to zawsze prekariat.
 
Tiulin wychodzi od stwierdzenia, że proletariusze nie zawsze istnieli. Trudno zgodzić się z tak ujętą, ogólną myślą, skoro pod pojęciem „proletariusz” rozumie się kogoś, kto nie posiada nic, a w szczególności środków do życia. Tymczasem robotnik oznacza każdego, kto pracuje.
 
Ciekawy punkt widzenia, bo sprzeciwia się powszechnemu na lewicy poglądowi, że proletariat (tj. klasa pracowników najemnych) stanowi zdecydowaną większość społeczeństwa. Stąd modne poszukiwania na temat „biednych pracujących”, które odzwierciedlają podobieństwo między współczesnością a okresem kształtowania się kapitalizmu z jego proletariatem przedfabrycznym.
 
Do epoki kapitalizmu, ludzie całkowicie pozbawieni środków produkcji stanowili, np. grupę wyzyskiwanych czeladników, którym coraz trudniej było się wybić na samodzielność i stać pełnoprawnymi mistrzami obranego rzemiosła, lub żyjący w skrajnej nędzy z prac dorywczych, ewentualnie ze zorganizowanej przestępczości. Jednym słowem, byli to mniej lub bardziej wykluczeni ze społeczeństwa. W okrzepłym społeczeństwie, jak choćby w Rzymie proletariusze cieszyli się natomiast przywilejem podstawowego dochodu gwarantowanego, który zapewniała im przynależność do narodu i imperium wyzyskującego pół ówczesnego świata, włącznie z własnymi rolnikami i niewolnikami.
 
Proletariat nie stanowił historycznie klasy zdolnej do stawienia skutecznego oporu i do zaproponowania praktycznego programu przebudowy społeczeństwa. Także dokapitalistyczna klasa produkcyjna – rolnicy, a następnie chłopi – nie była w stanie zaproponować nieutopijnej wizji takiego społeczeństwa. Dlaczego? Analizowaliśmy ten problem w innym artykule. W skrócie chodziło o to, że intelektualny postulat zniesienia prywatnej własności środków produkcji – dość wcześnie w historii zdiagnozowana przyczyna klasowego charakteru społeczeństwa – nie mógł zejść się z żywiołowym postulatem chłopstwa, aby upowszechnić własność prywatną ziemi (środka produkcji).
 
Warunki dla przezwyciężenia tej sprzeczności interesów i skuteczności wizji komunizmu zaistniały dopiero wraz z pojawieniem się klasy robotniczej, powołanej do życia przez stosunki kapitalistyczne. Skala produkcji przemysłowej nastawionej na masowego odbiorcę i na rynki globalne, a nie tylko lokalne, powoduje, że nie jest możliwy postulat prywatnej własności środków produkcji. W tym też kierunku działa organizacja pracy, gdzie istnieje zależność jednego ogniwa produkcji od drugiego, co wymusza kolektywny charakter tego procesu zarządzania wytwarzaniem.
 
Robotnicy nie są więc tożsami z proletariatem i w tym względzie Oleg Dwurieczenski uchwycił istotną cechę rozpatrywanego problemu.
 
Poza wykluczonymi, w systemach dokapitalistycznych istniały grupy ludzi świadczących usługi, głównie klasom panującym, ale i szerszym rzeszom społeczeństwa. Trudno byłoby ich nazwać pracownikami najemnymi, chociaż wykonywali oni prace, które stanowiły ich tytuł do udziału w podziale bogactwa społecznego. Wszelkiego typu ludzie zajmujący się kulturą, sztuką, nauką czy medycyną stanowili część domowego wyposażenia władcy czy innego panującego. Nie łączył ich z mecenasem stosunek pracy, ale więź osobista, przypominająca bardziej relacje między panem a niewolnikiem, choć raczej w wydaniu rzymskim niż greckim, co wynikało z faktu, że nie byli to niewolnicy używani do produkcji.
 
Istnienie tych grup, podobnie jak istnienie i wysokość świadczenia emerytalnego, jest zależne od aktualnego stanu gospodarki krajowej. Jest otoczką luksusu danego społeczeństwa, wskazującą na jej faktyczny (socjalizm) lub rzekomy (klasowo zróżnicowany) dobrostan. Te grupy powoli powiększały się i poszukiwały odbiorcy w innych kręgach społecznych (zachęcane do tego zresztą przez samych władców, którzy tworzyli prawa nakazujące ludności korzystanie z owych usług, czego najbardziej pamiętanym przejawem jest prawo propinacji, ale też tworzenie szkół, które wypuszczały ludzi szukających rynku na swoje umiejętności). Te grupy także zasiliły proletariat epoki kształtowania się kapitalizmu.
 
Wbrew prostym ekstrapolacjom procesów, w miarę jak kapitalizm w ośrodkach europejskich krzepł, proletariat przestał automatycznie przekształcać się w robotników fabrycznych i zasilił warstwy, które zawsze stanowiły o dobrostanie danego społeczeństwa, czyli grupy świadczące usługi.
 
Poziom życia owych grup zależy w głównej mierze od prosperity kapitalistów-właścicieli środków produkcji, od ich zdolności do wyduszania wartości dodatkowej w sferze produkcji przemysłowej, czyli tej, która wytwarza środki reprodukcji materialnej społeczeństwa.
 
Dobrobyt tych grup nie jest uzależniony jednoznacznie od stopnia wyzysku robotników, ponieważ nawet duża wartość dodatkowa nie musi być rozprowadzana przez kapitalistów zgodnie z potrzebami sfery usług. Szczególnie z potrzebami tego segmentu sfery usług, który obsługuje nie-kapitalistów. Dochody tej grupy usługodawców zależą nawet w prosty sposób od zamożności ich klientów ze sfery produkcji materialnej i na tym procesie opierał się burzliwy rozwój sfery usług dla szerokiej ludności.
 
W potocznej świadomości jednak sfera usług ma wbite w głowę, że źródłem bogactwa społecznego są podatki, a więc liczna sfera usług finansuje bezproduktywny i deficytowy przemysł. Radykalizm grup drobnomieszczańskich może szybko osiągać wysoki poziom, ale jest on skanalizowany w nurt domagający się od klasy panującej skuteczniejszego wykonywania jej funkcji poganiacza bezpośrednich producentów dla korzyści kapitalistów. Biurokracja państwowa ma trudne zadanie neutralizacji niezadowolonego społeczeństwa, które cierpi z powodu koniunkturalnie uwarunkowanej, mniejszej efektywności ekonomicznej krajowej gospodarki, a jednocześnie musi wspierać rodzimy kapitał w rywalizacji globalnej. Stąd każda partia, jaka by nie była lewicowa, wraz z dojściem do władzy musi obiektywnie przestawiać się na politykę neoliberalną, gdyż każda inna, o jakiejkolwiek skuteczności, oznaczałaby rewolucję proletariacką i zaprowadzenie gospodarki centralnie planowanej.
 
Współczesna lewica, w odróżnieniu od tradycyjnej i w swoim czasie skutecznej, posługuje się ahistorycznym rozumieniem pojęcia „proletariat”, utożsamiając je z pojęciem braku bogactwa, z kondycją paupra.
 
Oczywiście, prekaryzacja wynikająca z ogólniejszych problemów kapitalizmu na jego obecnym etapie, budzi obawę, iż los ludzi pracy najemnej może stać się w najbliższej przyszłości analogiczny do losów grup wykluczonych czy zmarginalizowanych, jakie znamy z historii. Nic też dziwnego, że grupy te odwołują się do programów i wizji społecznych, które są charakterystyczne dla proletariatu historycznego. A więc do postulatów sprawiedliwego rozdziału w ramach istniejącego systemu społeczno-gospodarczego.
 
W tym też względzie, lewica cofnęła się do czasów przedmarksowskich w poziomie rozwoju świadomości. Jest na etapie tworzenia koncepcji utopijnych, opartych na wierze w trwałość chylącego się ku upadkowi ładu cywilizacyjnego.
 
Większość lewicy głosi więc przedmarksowskie postulaty „sprawiedliwości” czy „równości”, czyli opiera się na neokantowskich postulatach etycznych, które fundamentalną niesprawiedliwość i nierówność aktualnych stosunków produkcji przyjmują jako naturalną konieczność, a więc coś istniejącego poza wglądem praktycznego rozumu.
 
O ile w okresie prosperity widok wyzysku zewnętrznego otoczenia nie ranił oczu Europejczyka, to obecnie, przy postępującym procesie reindustrializacji trudno będzie powstrzymać konflikt wewnątrz obozu oponentów kapitału.
 
Współczesny „proletariusz” (tj. tzw. przedstawiciel klasy kreatywnej) nie może nie rozumieć pod postulatem zniesienia prywatnej własności środków produkcji niczego innego, jak postulat zniesienia własności prywatnej w ogóle, ponieważ własność intelektualna jest nieodłączną częścią jego osoby. W tym przypadku oba typy własności tworzą w systemie kapitalistycznym jedność. Rozwiązaniem jest przyjęcie, że ta grupa społeczna nie stanowi klasy produkcyjnej. Znosi to konflikt na tym poziomie. Ale nadal pozostaje konflikt generowany codziennie przez system kapitalistyczny: komercjalizacja usług intelektualnych z możliwością (dla nielicznych) zbicia fortuny niezależnie od koniunktury gospodarczej, co udało się różnym przedsiębiorczym informatykom czy gwiazdom showbiznesu. A ten przykład wyznacza istotę obezwładniającej ideologii współczesnego proletariatu. Potencjalnie więc, jak w starożytnym Rzymie, ta grupa proletariuszy stanowi siłę w swej masie reakcyjną i niezdolną do podjęcia wyzwania zmiany panującego systemu.
 
Jej interes nie jest jednak sprzeczny z interesem klasy robotniczej, jak to wykazywaliśmy wyżej. Może być komplementarny.
 
Zrozumienie sytuacji przez pojedynczych intelektualistów z tej grupy jest warunkiem możliwości odnowienia i podjęcia programu Marksowskiego, czyli zastąpienia reakcyjnej utopii „złotych czasów państwa opiekuńczego” naukowym programem robotniczym.
 
O tym, że lewica wciąż jeszcze ma przestrzeń dla staczania się, świadczy choćby uleganie przez B. Kagarlickiego nacjonalistycznej i „imperskiej” w swej istocie tezie, że gdyby nie „komunizm” w ruchu robotniczym i Rewolucja Październikowa, to kapitalizm „naturalnie” ewoluowałby w kierunku socjalizmu samą siłą swego mechanizmu ekonomicznego. I nie stanowi on w tym wyjątku na lewicy, nie tylko rosyjskiej. Zapomina on o tym, że przejście od społeczeństwa klasowego do bezklasowego jest zmianą jakościową, podczas gdy dotychczasowy rozwój historii pisanej pozostaje, z tego punktu widzenia, prehistorią, czyli mechanizmem zmian o charakterze ilościowym.
 
Nie może dziwić, że zasadniczą rolę w tym skoku jakościowym odgrywa czynnik świadomościowy.
 
Jeżeli więc mówimy o jakoś „uprzywilejowanej” sytuacji klasy robotniczej, to bierze się ona przede wszystkim stąd, że jest to jedyna klasa, której obiektywna rzeczywistość pokrywa się z procesem produkcyjnym stanowiącym sedno antagonizmu klasowego, a jej interes ekonomiczny – z interesem społeczeństwa bezklasowego. To ostatnie – bezwzględnie. Inne grupy społeczne mają tu pole dla kompromisu. Dlatego tylko przemysłowa klasa robotnicza może być siłą przewodnią tego pożądanego sojuszu.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
16 lutego 2020 r.
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: Cyrk światowy

kryzys.jpg
See video

 
Tak pisał prof. Kołodko po kryzysie lat 2008-2009. Krytyczna opinia prof. Grzegorza Kołodki na temat transformacji posocjalistycznej, opartej na – jak to nazywa – „szoku bez terapii”, jest znana ogółowi. Sposób rozumowania prof. Kołodki mieści się w kanonach myślowych szerokiej lewicy i dostarcza pozorów dobrego osadzenia w twardej rzeczywistości oraz poczucia pewności siebie owej lewicy, zazwyczaj znajdującej się w stanie braku argumentów w polemice z prawicą. Profesor Kołodko pasuje więc jak ulał jako autorytet, który do zwyczajowych epitetów obu stron dodaje jakąś próbę naukowego wywodu.
 
Zacytowany fragment artykułu G. Kołodki (www.tiger.edu.pl/…/artyk…/WIELKA_TRANSFORMACJA_Nr_3_2009.pdf) forsuje tezę, że wystarczyłaby dobra wola rządzących, aby polska gospodarka, po uwolnieniu z gorsetu ograniczeń doktrynalnych, ruszyła z kopyta, zawstydzając azjatyckie tygrysy. Już bowiem reformy ostatnich rządów PRL wskazywały jedyny, słuszny kierunek:
„Co by było, gdyby wpierw w Europie Środkowo-Wschodniej, poczynając od Polski, a wkrótce potem w Związku Radzieckim, nie zaistniały polityczne warunki umożliwiające kompleksowe, głębokie zmiany ustrojowe i gdyby ta część świata poszła drogą stopniowych, ale skutecznych rynkowych reform, podobnie jak uczyniły to Chiny i Indochiny, a nie gwałtownej posocjalistycznej transformacji, jak to się stało w praktyce? Można spekulować, że byłoby lepiej i tempo wzrostu w okresie 1990–2009 byłoby istotnie wyższe niż to mizerne średnioroczne 0,9%, tak jak było to chociażby w poprzednim dwudziestoleciu (1970–1989) i na jeszcze większą skalę w dwu jeszcze wcześniejszych dekadach (1950–1969)” (tamże).
 
Co prawda, współczynnik Giniego w przypadku Chin (0,47) odzwierciedla zapewne społeczne koszty takiego manewru, niemniej wskazuje na możliwości tkwiące w reformach byłego systemu.
 
Gdyby ekstrapolować korzystne trendy, a pominąć ograniczenia i przeszkody polityczne, byłe „demoludy” mogłyby zwiększyć swój udział w światowej produkcji, co wyraża się w udziale produktu krajowego brutto w produkcie światowym: „ta czterdziesta część globalnej populacji, 2,5% mieszkańców ziemi, będzie wytwarzać dwudziestą część PŚB” – prognozuje, w ramach snucia prawdopodobnych scenariuszy w nieprawdopodobnych okolicznościach, Kołodko.
 
Profesor nie wspomina o takich drobiazgach związanych z transformacją, jak rozszarpywanie przedsiębiorstw państwowych w celu jak najszybszej ich rozprzedaży bądź rozdawnictwa zakładających prywatyzację wszystkiego, co ma jakąś wartość i likwidację wszystkiego, co byłoby obciążone kosztami społecznymi. Następnym, logicznym krokiem prywatyzacyjnym – czyli działaniem mającym na celu podniesienie efektywności gospodarowania, która – jak wszem i wobec wiadomo – rośnie jeśli firma ma konkretnego, prywatnego właściciela, była likwidacja wszelkiej niezależnej i potencjalnie bądź realnie konkurencyjnej produkcji w stosunku do produkcji zagranicznej. Aksjomatem logiki transformacyjnej było założenie, że prywatyzacja, niezależnie od możliwych błędów wynikających z pośpiechu, oraz jej społecznych kosztów, podniesie racjonalność i efektywność gospodarowania, co szybko zwróci ewentualne straty i zrekompensuje niesprawiedliwości społeczne. W efekcie gospodarce polskiej oraz pozostałym gospodarkom posocjalistycznym Europy uda się zwiększyć swój udział w gospodarce globalnej. Jeżeli udział jednej części państw zwiększy się, to udział jakichś innych, słabszych gospodarek spadnie, co jest logicznym wnioskiem. Jakie to gospodarki straciłyby na potencjalnym wzroście znaczenia gospodarek byłych „demoludów”? Pytanie retoryczne.
 
Zauważa to sam prof. Kołodko:
„Powszechnie używany – i nadużywany bez niezbędnej refleksji także do określenia posocjalistycznej rzeczywistości – termin emerging markets bynajmniej nie został ukuty dla określenia nowej, złożonej rzeczywistości gospodarczej krajów przechodzących ustrojową transformację. Termin ten jawi się jako jeszcze jeden neoliberalny pomysł. Wiąże się to z trwającą w tym samym czasie, co już dwudziestoletni posocjalistyczny epizod transformacyjny, ekspansją neoliberalnego modelu kapitalizmu [Harvey 2005]. Otóż te ‘wyłaniające się’ (albo ‘wschodzące’) rynki to nie rodzące się, ewoluujące i dojrzewające gospodarki rynkowe, społeczeństwa obywatelskie i demokracje polityczne, lecz wyłaniające się nowe obszary aktywności gospodarczej, a zwłaszcza spekulacji dla bogatej części świata. Tej, która już dawno temu ‘wyłoniła się’ jako gospodarka kapitalistyczna, dojrzała instytucjonalnie i majętnie na tyle, że współcześnie jest tak silna i zasobna w kapitały, iż może i chce wykorzystywać je również gdzieś indziej, poza tradycyjnymi obszarami swej dominacji. Patrząc na mapę podzielonego wtedy – przed 1989 r. – świata, sytuacja aż prosiła się o to, aby jego nierynkowa część ‘wyłoniła się’ i otworzyła swe podwoje dla penetracji kapitału. To zaś możliwe było i jest jedynie przez transformację od socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej” (tamże).
 
Kwestia pozostaje otwarta, ponieważ scenariusz ten nie ziścił się. Jak by nie patrzył, rozwinięte gospodarki świata zadbały o to, aby potencjalne zagrożenie na pewno nie dotyczyło ich samych. Wykupywanie przedsiębiorstw po to, aby je zamknąć lub zlikwidować może nasunąć niejakie podejrzenie, że nie było to działanie całkowicie altruistyczne, nacelowane na to, aby zmodernizować polską gospodarkę, jak to utrzymywali najmądrzejsi ekonomiści. Wedle Kołodki tylko potem coś jebnęło, bo nastąpiło przechłodzenie gospodarki wynikające z doktrynalnej głupoty światowej sławy ekonomistów.
 
Ciesząca się wśród lewicowców ambiwalentną opinią transformacja chińska pozostaje dla badaczy pokroju Kołodki punktem odniesienia. W gruncie rzeczy, rozumowanie prawicy i antykomunistycznej lewicy przypomina spór braci-bliźniaków: dla obu wyrzeczenia społeczne były niezbędne dla zbudowania silnej, polskiej gospodarki (na wzór chińskiej – dla jednych jako przykład odrażający, dla drugich – jako wzór, choć obarczony grzechem niedemokratyczności), wszystkie posunięcia dają się usprawiedliwić tym celem (podobno cel uświęca środki wyłącznie, jeśli chodzi o dialektyków), choć efekty budzą niejaki niepokój.
 
Sprawa staje się coraz ciekawsza z upływem czasu. Coraz częściej pojawia się nastrój minorowy w odniesieniu do perspektyw konfliktu wywołanego tarciami gospodarczymi, które coraz otwarciej prowadzą do zagrożenia konfliktem militarnym. Najłatwiej o przesunięcie środka ciężkości ewentualnego konfliktu na relacje z Chinami, ponieważ jest to najprostsze propagandowo. Chiny – no może jeszcze bardziej Korea Północna – pozostają modelowym przykładem systemu realnego totalitaryzmu. W miarę tryumfalnego pochodu demokracji przebojem przez świat, międzynarodowa opinia publiczna zyskuje coraz większe możliwości wywierania nacisku i staje się coraz bardziej skuteczna w wymuszaniu podporządkowywania się jej werdyktom, wydawanym w jej imieniu przez jej najgodniejszych reprezentantów. W związku z czym, nie ma czasu na tłumaczenie owej opinii międzynarodowej zawiłości sytuacji społeczno-gospodarczo-politycznej na świecie. Sytuacja bowiem zmienia się zbyt dynamicznie i każde przypadkowe, nieskoordynowane, spontaniczne posunięcie mogłoby skutkować nieobliczalnymi, natychmiastowymi konsekwencjami dla demokracji. Dlatego też opinii światowej należy podawać jedynie proste (im bardziej prostackie, tym lepiej) wyjaśnienia, które są zgodne z wpojonymi jej stereotypami, przez co powodują odruchową reakcję, niezmąconą koniecznością pogłębionej refleksji w obliczu faktu, zdarzenia, zjawiska, które nie znajduje odbicia w myślowym artefakcie należącym do lamusa zbiorowego rozumu tzw. opinii publicznej.
 
Gdyby jakimś cudem nad Wisłą gospodarce polskiej do spółki z innymi b. demoludami udało się powtórzyć (a raczej uprzedzić) chiński skok, to zderzenie z gospodarkami krajów wysokorozwiniętego Zachodu byłoby nie mniej drastyczne i nie mniej wrogo przyjmowane. Ponieważ jednak kraje te zadbały o to, aby owe gospodarki nie zagroziły dotychczasowym potentatom, to można propagandowo używać chińskiego straszaka (do spółki z rosyjskim i północnokoreańskim) do przygotowywania opinii publicznej do myśli o konieczności konfliktu militarnego z „totalitarnymi” reżymami. Zamiast mówić o kwestiach gospodarczych jako przyczynie konfliktu, co byłoby trudne dla opinii publicznej i mogłoby zrodzić w niej wątpliwości co do narodowego charakteru konfliktu ekonomicznego, a nasunąć przebłysk o klasowym charakterze przyczyny sprzeczności i konfliktu, propaganda odwołuje się do łatwoprzyswajalnych stereotypów o braku demokracji, który jest atrybutem „komunizmu”, nawet jeśli ten z komunizmu zachował wyłącznie nazwę partii biurokracji rządzącej, która od 30 lat ochrania transformację kapitalistyczną w swoim kraju. Prowadząc ją jedyną dostępną metodą – brutalnym wyzyskiem klasy robotniczej i podnoszeniem wskaźnika Giniego. Grzechem jej jest skuteczność konkurowania na globalnym rynku.
 
Sytuacja Centrum (najwyżej rozwiniętych gospodarek świata) jest złożona. Chaos, w jakim pogrąża się świat, szczególnie tzw. Trzeci Świat, w wyniku rywalizacji gospodarek Centrum o rynki surowców, taniej siły roboczej i zbytu, wbrew buńczucznym pohukiwaniom różnych apologetów systemu, staje się czynnikiem zagrażającym nawet owemu Centrum. Peryferie, pogrążone w konfliktach zbrojnych, stają się zbyt trudne do pacyfikacji i, co ważniejsze, coraz mniej się boją. Świat rozpada się na regiony, które są zajęte własnymi kłopotami i mają własne ośrodki, gdzie skupia się ich żywotny interes. Delokalizacja przemysłu do Peryferii spowodowała, że Coca Cola i dżinsy przestały być czynnikiem idolatrii i wymuszającym szukanie punktu odniesienia w Centrum. „Wyższość” tzw. cywilizacji zachodniej skończyła się cichaczem, acz skutecznie. Wraz z dżinsami nie jest już przemycana ideologia i kultura Zachodu. Gadżety są produkowane na miejscu, są przydatne, ale coraz mniej dla ich przyswojenia jest potrzebna zachodnia kultura.
 
Tzw. upadek komunizmu spowodował także upadek znajomego ładu światowego, który współkształtowały kraje socjalistyczne, paradoksalnie podtrzymując wizję ewolucyjnego rozwoju modelu nowoczesności i jego stopniowego, acz nieuchronnego rozprzestrzeniania się na całym globie. Stalinowski „naukowy socjalizm” podtrzymywał wiarę w determinizm historyczny, który najbardziej urządzał świat zachodni, utwierdzając ludzkość w przekonaniu o jego przewodniej roli w tym procesie. Niedościgniony model kapitalizmu, który zmieniał się niczym kameleon w coraz bardziej rozwinięte państwo dobrobytu, stanowił cel wysiłków Drugiego i Trzeciego Świata. Świat Pierwszy mógł tylko odcinać kupony od swojej pozycji.
 
I to się nagle skończyło.
Oczywiście, Pierwszy Świat nie może się z tym pogodzić. Nie przyjmuje faktu do wiadomości. W kulturę Zachodu nie wierzą nawet ludzie Zachodu. Sytuacja przypomina schyłek Imperium Romanum.
 
Stary świat nie jest w stanie poddać się wyrokom historii.
 
Nie chodzi o to, czy będzie wojna, czy nie, ale o to, kogo da się oskarżyć o jej wywołanie. A kandydatów jest wielu… Opinia publiczna, niczym plebs w rzymskim cyrku już przygotowuje palce w znanym geście. Kogo nie pozwoli oszczędzić?
 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 7 lutego 2020 r.
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: Śmiertelne zderzenie z rzeczywistością

szzrz.jpg

Andriej K

See video

 
Stąd stawianie na biurokrację. Problem w tym, że elity rosyjskie, podobnie jak przytłaczająca część rosyjskiej klasy kreatywnej, tkwią w głębokim przekonaniu, że rozwiązanie leży w dostosowaniu się do gospodarki globalnej, rezygnacja z partykularnych interesów Rosji, a zdanie się na łaskę zagranicznego kapitału. To się udało w przypadku transformacji w Polsce, chociaż swoje ograniczenia to rozwiązanie właśnie ukazuje. 
 
Być może jest tak, jak było w Rosji przed I wojną światową – system wyczerpał swoje możliwości i dlatego był łatwą ofiarą dla zagranicznych interesów, a interesy rodzime sprowadzały się do interesu przetrwania klasy panującej w dowolnej konfiguracji. 
 
W ramach kapitalizmu nie ma rozwiązania, które byłoby satysfakcjonujące dla społeczeństwa. Niemniej, świadomość innych grup społecznych może się zradykalizować do tego stopnia, aby grupa stała się sojusznikiem klasy robotniczej, która może przejąć produkcję materialną i nikt jej w tym dziele nie zastąpi, ale ta świadomość nie osiągnie wyższego poziomu poza jednostkami i pozostanie chwiejna w swej masie. 
Dlatego nastroje są lewicowe, ale brak im materialnej podstawy. 
 
Dlatego tak ważna jest dyskusja teoretyczna, ponieważ jest ona potrzebna na lewicy po to, aby właśnie tam została wypracowana świadomość teoretyczna, tak jak to miało miejsce z Marksem, a później z Leninem. Fałszywa świadomość lewicy już zaowocowała stworzeniem sobie groźnego wroga w postaci prawicowego populizmu, który przejął rzekomo nieistniejącą bazę lewicy – klasę robotniczą. 
 
Opieranie się na biurokracji w opozycji do lewicy, która opiera się sama na sobie, oznacza obiektywnie wybór nacjonalistyczny, niezależnie od intencji autorów strategii. W tym wyobrażeniu hołubi się iluzję, że grupa ekspertów dobrej, lewicowej woli zastąpi klasę-w-sobie.
 
Zderzenie z rzeczywistością może być śmiertelne.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski2 luty 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Biurokracja jako nadzieja lewicy

sciana.jpg
See video

 
Świat burżuazji, kapitalistów, zakłada w sobie istnienie świata producentów materialnego bogactwa (wartości dodatkowej w sferze produkcji materialnej). Świat biurokracji opiera się na redystrybucji części owej wartości dodatkowej, pozostałej ponad konieczne inwestycje. Robi to dzięki podatkom ściąganym od społeczeństwa poprzez kanały sprzedaży i opodatkowania przedsiębiorstw, jak i bezpośrednio obywateli. Dzięki temu, aparat biurokratyczny państwa może przydzielać dochody różnym grupom społecznym poza mechanizmami rynku siły roboczej, jak to się dzieje w sferze produkcji materialnej. 
 
Trudno się dziwić, że akademicy, jak Korjakowcew czy Żizek ostatnią nadzieję na prywatny welfare state pokładają w biurokracji. Mimo jej rozlicznych wad. W przeciwieństwie do burżuazji, która ma sztywny interes klasowy, biurokracja cechuje się niezwykłą elastycznością. Może mówić nawet językiem marksizmu, jeśli tylko będzie to sprzyjało zdobyciu społecznej przychylności. 
 
Akademicy mają tendencję do przyjmowania jako pewnika, że jeśli ktoś mówi jakimś językiem, to ten język tworzy rzeczywistość. Przykro odzierać z iluzji, ale elastyczność biurokracji pozostaje jej przebiegłością, a nie zobowiązaniem. Lewica, która choćby warunkowo wspiera biurokrację w jej pozornej chęci zbudowania samodzielności gospodarczej Rosji, tym samym wchodzi w buty socjaldemokracji, która w sierpniu 1914 r. zagłosowała za kredytami wojennymi. 
 
Po upływie niemal dwustu lat od powstania marksizmu, istotą tej teorii okazuje się coraz wyraźniej kwestia dążenia lub odrzucenia zadania przerwania pochodu systemów klasowych, niezależnie od stopnia ich tymczasowej przychylności lub nie kwestii socjalnej. Sprawa ta sprowadza się coraz wyraźniej do bardzo wąskiego segmentu pracy produkcyjnej o charakterze materialnym, gdzie skupia się sedno problemu klasowości w żywotnym miejscu społecznego sposobu wytwarzania bogactwa. 
 
Cały ciężar zadania skupia się w maleńkim punkcie o takiej masie, że jej drobny ruch zmienia całą rzeczywistość wokół, wraz z mechanizmami jej funkcjonowania. Ale jednocześnie opór wobec tej masy jest odpowiednio wielki.
 
Słusznie bowiem Korjakowcew odpowiada na pytanie prowadzącego wywiad o warunki sukcesu Rosji w neomerkantylnej rywalizacji. Tym warunkiem jest rozwój przemysłu.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 1 lutego 2020 r.
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: Nudy na pudy, czyli jak zrodziła się IDEA SOLIDARNOŚCI...

nowalewica.png

See video

 
Można by powiedzieć, że brak elementu rywalizacji zabije potrzebę kultywowania talentu. Dla każdego przejawu naszej osobowości potrzebna jest relacja społeczna, prościej mówiąc – odbiorca. Oczywiście, aby zaistniała taka relacja, nie jest konieczna komercjalizacja talentu. Społeczeństwa pierwotne, ale nie tylko, znały i ceniły sztukę, niekoniecznie tę, która była wykonywana zawodowo. Możliwość odtwarzania dzieł sztuki w prywatnych domach i izolowanie się jednostek we współczesnym tłumie skutecznie neutralizuje ów czynnik, który stanowi najistotniejszą motywację dla idei komunizmu. Niezależnie od miliardów istot ludzkich żyjących na planecie Ziemia, motywację dla uprawiania sztuki czy nauki mają w zasadzie tylko te jednostki, które czerpią z tego kultywowania talentu prawdziwą przyjemność. Nie mniejszą niż uprawianie seksu.
 
W sytuacji, w której większość ludzi pozostaje biernymi odbiorcami kultury, idea komunizmu przestaje mieć sens.
 
W istocie, we współczesnym świecie, jeśli spojrzeć na „nowoczesną” lewicę, zasadniczą sprawą stało się wymyślanie na siłę celów walki, które mogłyby przywrócić ludziom motywację do walki, do zaangażowania się, do ryzyka. Postulat dochodu gwarantowanego jest przyzwoleniem na sprowadzenie na nas wszystkich nudy w ograniczonym wymiarze. Za dużo, aby umrzeć, za mało, aby żyć.
 
Każda grupa społeczna ma swoje partykularne cele działania, niezbędne do funkcjonowania społeczeństwa jako całości. Dochód gwarantowany na poziomie minimalnym daje możliwość przetrwania, ale nie pozwala się nudzić, ponieważ potencjalnie wyższe dochody są związane z zasługami ponadnormatywnymi.
 
Problem w tym, że system, który jest tak zorganizowany prowadzi do wysokiej skuteczności funkcjonowania całości, a w wyniku – do rutynizacji i do automatyzacji mechanizmów społecznych, w związku z czym następuje utrata spontaniczności i nuda powraca.
 
Element wciąż odradzającej się spontaniczności, żywiołowości i nieprzewidywalności trwa w kilku pierwotnych mechanizmach funkcjonowania człowieka – np. w reprodukcji gatunku. Ochrona środowiska, które zabezpiecza rozwój nowego życia, wymaga traktowania otaczającego świata jako czegoś zewnętrznego i potencjalnie zagrażającego, co skutecznie powoduje, że wszelkie mechanizmy zabezpieczające są przyjmowane jako szczęśliwy zbieg okoliczności, a nie jako stabilizacja. Czynnik zakłócający wszelką stabilizację pochodzi od wewnątrz, podobnie jak erupcja talentu.
 
Automatyzacja produkcji życia, jak i produkcji sztuki, znosi ten element destabilizacji w swym sprzecznym dążeniu do zapewnienia stabilizacji, i rodzi nudę.
 
Zarówno uprawianie sztuki, jak i reprodukcja są elementami destabilizującymi, które wymagają dla swego urzeczywistnienia dążenia i walki o stabilizację zewnętrzną.
 
Stabilizacja rozumiana w sensie komunistycznym nie jest stabilizacją luksusową, konsumpcyjną, odbierającą ludziom aktywność. Konieczność uczestnictwa w tworzeniu tej stabilizacji rodzi pytanie o racjonalność nakładów pracy i oczekiwanych efektów. Cudza praca nigdy nie jest wystarczającym argumentem dla zakończenia dążenia do pomnażania jej wydatkowania w celu osiągania malejących przyrostów wartości, ale jeśli to my mamy pracować w tym syzyfowym celu – to już inna kwestia.
 
W komunizmie nie chodzi o automatyzację podejmowania decyzji wartościujących w oparciu o rutynę mechanizmów proefektywnościowych, ale o ich podejmowanie przez wszystkich świadomych ludzi - członków społeczności. Inaczej społeczność ludzka nie będzie się niczym różniła od społeczności termitów. Czy od organizacji ludzkiego ciała, gdzie każda komórka zna swoje miejsce, a jedynym krzykiem o zakończenie nudy jest gwałtowny rozrost własnych, wybujałych ambicji, które nazywamy nowotworem.
 
Warto więc zauważyć, że my, jako paleomarksiści, traktujemy problematykę podejmowaną przez nowoczesną lewicę nie jako coś wrogiego, ale jako objaw patologii współczesnego świata. Zrozumienie tej patologii pozwala na zrozumienie istoty problemów współczesności. Jednak objaw patologii nie może być traktowany jako lek.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski26 stycznia 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Dziwolągi

KPP.jpg

E. Balcerek i W. Bratkowski: W poszukiwaniu straconego czasu …

powertotheworkers.jpg
See video

 
Marks, w przeciwieństwie do Dwurieczeńskiego, zwrócił uwagę na fakt, że to epoka kapitału z jego dynamicznym wzrostem poziomu sił wytwórczych jest zasadniczym czynnikiem umożliwiającym zakończenie okresu „prehistorycznego” w dziejach ludzkości, a mianowicie okresu społeczeństw klasowych. Proletariat innych epok mógł mieć jak najlepsze cechy predestynujące go do roli antagonisty klasy wyzyskującej, niemniej sam fakt, że społeczeństwo nie osiągało takiego poziomu ekonomicznego, który umożliwiłby zaspokojenie potrzeb owego społeczeństwa i uzyskanie odpowiedniej nadwyżki, aby nie było to przeżycie na granicy minimum biologicznego, był wystarczającym powodem, aby najlepsze plany polityczne okazywały się wizjami utopijnymi. 
 
Proletariat i inne grupy społeczne istniały także w innych epokach, oczywiście w swoich mutacjach historycznych. Epoka kapitalizmu, która stworzyła możliwość przezwyciężenia fatum głębokich nierówności między członkami społeczeństwa, jest epoką specyficzną. Sprzeczność klasowa kapitalizmu ma również charakter specyficzny, opierający się na istnieniu klas toczących swój spór w obrębie kapitalistycznego sposobu produkcji. Dlatego proletariat – grupa istniejącą zawsze, wyróżniona ze względu na kryterium dochodowe (przeżycie na poziomie minimum biologicznego) – nie jest specyficzną grupą społeczną posiadającą cechy zdolne uczynić zeń skutecznego przeciwnika kapitału i jego grabarza. 
 
Dla Marksa i Engelsa z okresu młodości, pauperyzujące się masy społeczne, zmarginalizowane resztki minionej stratyfikacji społeczeństwa feudalnego, wpadały w tryby nowego sposobu produkcji, zasilając najbardziej prężnie rozwijający się sektor przemysłowy, który stanowił motor napędzający dynamikę gospodarczą tego ustroju. Jednak ta dynamika i wzrost wydajności pracy uruchomiły powolny mechanizm hamujący wzrost liczebności zatrudnienia w przemyśle. Wzrost wartości dodatkowej dał możliwość sfinansowania „nadbudowy” kulturowej i cywilizacyjnej. Oczywiście, funkcjonowanie tej sfery musiało przybrać postać właściwą kapitałowi, czyli formę komercjalizacji związanej z rynkiem. Funkcjonowanie tej sfery nadbudowy jest z konieczności analogiczne do funkcjonowania sfery pierwotnej gospodarki, czyli sfery przemysłowej, która podporządkowała sobie funkcje spełniane dotychczas przez gospodarkę chłopską, czyli bezpośredni kontakt z przyrodą poprzez wchłonięcie produkcji rolnej oraz rozwój przemysłu wydobywczego. 
 
Dotychczasowe formy mecenatu prywatnego bądź okazjonalnej wymiany na rynku lokalnym usług nie związanych z rolnictwem zostały zastąpione wynagrodzeniem na podobieństwo płacy roboczej. Dla sfery usług jest to jednak tylko forma mimikry, a nie taka relacja, która stworzyła ową sferę, jak to ma miejsce w przypadku robotników zatrudnionych w fabrykach przemysłowych.
 
Marks, analizując prace klasyków ekonomii, odkrył jak istotnie różna treść kryje się pod pojęciem sprzedaży „pracy” a pojęciem sprzedaży „siły roboczej”. W latach 40-tych XIX wieku nie miał jeszcze tej świadomości. Stąd irytujące Dwurieczeńskiego niespójności koncepcji proletariatu z okresu pisania Manifestu w porównaniu z tekstem Kapitału.
 
Jeśli chodzi o sprzedaż „wolnej pracy”, to Dwurieczeński popełnia za młodymi klasykami charakterystyczny błąd, który został skorygowany dopiero przez Marksa w ramach pracy nad Kapitałem. Z przedkapitalistycznej „komercjalizacji” swoich usług utrzymywały się niektóre grupy społeczne, niekiedy na całkiem dobrym, wręcz uprzywilejowanym poziomie, np. lekarze dworscy czy artyści. Nie byli to jednak pracownicy najemni, nawet jeśli ich czas był wypełniony służbą u możnych. Nie sprzedawali swej siły roboczej, choć w pewnym sensie (mało precyzyjnym) sprzedawali swą „pracę”, a raczej efekty tej pracy.
 
Jeżeli uwzględnić rozróżnienie między „pracą” a „siłą roboczą”, to możni kupowali dobra i usługi wytworzone przez szeroko pojętych rzemieślników i usługodawców, którzy pozostawali właścicielami swej siły roboczej w momencie wykonywania usługi. Jednym słowem, ponieważ wszystko było inne, a dopiero kapitalizm wprowadził rozróżnienie między „siła roboczą” a „pracą” (co skonstatował Marks, ponieważ jeszcze klasycy ekonomii jak Smith czy Ricardo nie potrafili tego dostrzec), to sam fakt nie posiadania dochodu z własności (poza własnością swej siły roboczej), co jest sytuacją nie pozwalającą na utrzymanie na poziomie przewyższającym przeżycie, rzeczywiście nie wystarczy do prowadzenia skutecznej walki klasowej.
 
Jak skonstatowaliśmy wyżej, nie ma powodu, aby twierdzić, że przemysłowa klasa robotnicza byłaby w stanie obalić system wyzysku epok przedkapitalistycznych tylko dlatego, że posiada 5 uświęconych przez Dwurieczeńskiego cech predestynujących do sukcesu. Każda epoka ma swoich wyzyskiwanych, których walka jest adekwatna do konkretnej sytuacji. Nieskuteczność walki w epokach minionych wynika nie z cech proletariatu (nie mógł on być inny, niż był), ale ze stopnia rozwoju sił wytwórczych. Proletariat nie był wówczas dojrzały, ponieważ warunki gospodarcze były dla celu emancypacyjnego niedojrzałe. W związku z tym, walka klasowa nieuchronnie rozbijała się o własną utopijność.
 
Warto też zauważyć, że w ustroju niewolniczym, główną siłą produkcyjną nie byli niewolnicy, ale rolnicy. Niewolnicy nie stanowili siły roboczej, niezależnej od właściciela, byli jakby przedłużeniem jego ramienia, jego narzędziem. W terminologii marksizmu powiedzielibyśmy, że z tego właśnie powodu, niewolnicy nie tworzyli wartości (poza wartością użytkową), ponieważ nie produkowali na rynek, ale dla swego właściciela, tak jak narzędzie czy wół roboczy. Jeżeli dobro znalazło się na rynku w charakterze towaru, to reprezentowało ono właściciela niewolnika, a nie niewolnika. Inaczej było w przypadku rolnika – kiedy wyprodukowany przezeń towar trafiał na rynek, reprezentował swego bezpośredniego wytwórcę.
 
W epoce feudalizmu mieliśmy do czynienia z chłopami, którzy nie byli już niewolnikami, ale nie byli jeszcze całkowicie osobiście niezależni od właściciela obrabianej przez nich ziemi.
 
Wszystkie te epoki miały w ramach społeczeństwa takie grupy, które nie zajmowały się produkcją materialną, produkcją dóbr służących do reprodukcji społeczeństwa. Grupy te należały do sfery tzw. nadbudowy i czerpały swe środki do życia z nadwyżek produkcji materialnej, czyli z wartości dodatkowej, przywłaszczanej przez właścicieli środków produkcji i wydawanych przez nich na konsumpcję luksusową (dobra kultury należą do sfery dóbr luksusowych w epokach sprzed rozwiniętego społeczeństwa burżuazyjnego).
 
W kapitalizmie, tylko przemysłowa klasa robotnicza stanowi specyficzną grupę zatrudnionych adekwatną dla potrzeb nowego sposobu produkcji. Zastępuje ona w tej mierze chłopstwo, które zastąpiło rolników starożytności.
 
Trzeba dużo wysiłku intelektualnego, aby zapomnieć o zasadniczym znaczeniu sposobu produkcji w teorii Karola Marksa i skupić się wyłącznie na cechach proletariatu – grupy społecznej o charakterze dynamicznym i przejściowym. A Dwurieczeńskiemu można zarzucić sporo, tylko nie to, że nie przyłożył rzetelnego wysiłku.
 
Dwurieczeński przypomina, że dla Marksa proletariat ma skupić absolutną większość pauperyzującego się społeczeństwa. Nie sposób nie zauważyć, że snucie przypuszczeń na temat takiej tendencji opierało się na procesach, które miały miejsce w rzeczywistości, ale które nie miały charakteru zdeterminowanego. Ogromny, dynamiczny wzrost sił wytwórczych spowodował możliwość takiego przyrostu wartości dodatkowej w sferze produkcji materialnych warunków życia społeczeństwa, że rosnąca część społeczeństwa nie musiała spadać do poziomu robotników fabrycznych, zadając kłam nieco prymitywnym, niedialektycznym wizjom rozwoju społecznego.
 
Kapitalizm nie spowodował jakościowej zmiany w relacjach społecznych, jeśli chodzi o stosunki klasowe. Nadal bogactwo społeczne było wytwarzane w sferze produkcji materialnej, służąc za fundament potencjału rozwoju społeczeństwa we wszelkich innych aspektach. Zmieniły się jednak reguły podziału wytworzonego bogactwa. W poprzednich epokach podstawę utrzymania stanowiło posiadanie własności ziemskiej. Rozwój rzemiosła i usług różnego typu był spowodowany przymusem uzyskiwania w jakiś sposób dostępu do dóbr pierwszej potrzeby. Podstawą życia społecznego była praca chłopstwa, a dobra tam wytwarzane były kierowane na rynek i za pomocą jego mechanizmów rozprowadzane wśród reszty społeczeństwa. Im wydajniejsza produkcja rolna, tym więcej dóbr rolnych można było wymienić w zamian za rosnącą ilość usług z innych sektorów gospodarki. Niezależnie od mnożenia się szczebli pośredniczących i wpływu importu oraz ingerencji państwa, zasadnicze znaczenie w skali globalnej miała produkcja rolna.
 
W miarę swego rozwoju przemysł zaczął przejmować tę funkcję stając się monopolistą utrzymywania stosunków z rolnictwem, czyli z produkcją bogactwa materialnego, nie wspominając o gwałtownym rozwoju przemysłu wydobywczego.
 
I tu dochodzimy do pewnego paradoksu, na który Oleg Dwurieczeński nie zwraca uwagi. Jeżeli dynamiczny rozwój sił wytwórczych powoduje wzrost zamożności społeczeństwa, prowadząc do poszerzenia grup społecznych mogących utrzymać się z wymiany swych usług na towary pierwszej potrzeby czy na potrzeby materialne jako takie, to zahamowanie wzrostu szeregów proletariatu jest całkiem naturalnym skutkiem i nie powinno budzić nastrojów przygnębienia u Dwurieczeńskiego ani u lewicy.
 
Jeżeli przestaniemy trzymać się jak pijany płotu owych 5 charakterystyk proletariatu, na których Dwurieczeński opiera cały swój uczony wywód, i przestaniemy traktować Kapitał jako zasadniczy błąd metodologiczny na spójnej drodze od Manifestu komunistycznego do II Międzynarodówki (kiedy to nastąpiła korekta definicji proletariatu o warstwy pośrednie w epoce stabilnego kapitalizmu – co pośrednio doprowadziło do konfliktu ideologicznego między Leninem a rewizjonizmem II Międzynarodówki), to mamy szansę zauważyć, że zasadnicze znaczenie dla tej definicji ma miejsce w systemie produkcji, które staje się coraz ważniejsze, w miarę, jak tracą na znaczeniu takie cechy, jak poziom wynagrodzenia.
 
Jak podaje T. Piketty (w książce Kapitał w XXI wieku, passim), w XX wieku znalazł ukoronowanie proces zamiany dochodu z kapitału na dochód z pracy, jeśli chodzi o źródło utrzymania członków społeczeństwa. Przy okazji, stopień zróżnicowania (nierówności społecznych) nie uległ zmianie na korzyść, poza krótkim okresem powojennym, kiedy to ogólnie ożywiła się koniunktura na tle wychodzenia z wojennego załamania. Jednocześnie, na co zwraca przytomnie uwagę Piketty, wzrosło społeczne przyzwolenie na zaistniałe nierówności: są one uważane za uzasadnione merytorycznie, czyli… uzasadnione wystarczająco. Drobnomieszczaństwo strzela sobie w stopę, a wraz z nim, nie mniej ochoczo, drobnomieszczańska lewica. W związku z tym, charakterystyka polegająca na utrzymywaniu się z pracy najemnej przestała służyć jako cecha konstytutywna dla upośledzenia (nierówności społecznej).
 
Dwurieczeński szuka uzasadnienia dla nieefektywności lewicy w zawężeniu się grupy najbardziej spauperyzowanej, żyjącej na skraju nędzy. Piketty pokazuje, że przez większość istnienia społeczeństwa klasowego, różnice między górnym decylem a resztą społeczeństwa pozostawały na szokującym poziomie, utrzymując się przez całe stulecia. Jeszcze bardziej szokuje rozbieżność między górnym centylem a 90% decyla, nie mówiąc już o przepaści w stosunku do przymierającej głodem pozostałej ludności. Tak więc, nędza niekoniecznie bywa motywem dla skutecznej walki klasowej. Wszystkie cechy proletariatu, na które powołuje się Dwurieczeński za młodymi klasykami marksizmu, odwołują się do żywiołowego buntu przeciwko nędzy. Tymczasem ta definicja proletariatu, aczkolwiek ma podstawy w pismach Marksa i Engelsa, wymaga skonfrontowania z późniejszym rozwojem proletariatu i z tym, co na ten temat pisał Marks w swych dojrzałych tekstach.
 
Dwurieczeński trzyma się opinii, że wraz z rozwojem kapitalizmu proletariat będzie coraz liczniejszy i będzie obejmował zasadniczo całość społeczeństwa, albowiem wszyscy ci, którzy nie utrzymują się z kapitału z definicji należą do proletariatu lub będą do niego nieuchronnie należeli. Motywem determinacji w zwalczaniu kapitału jest bowiem skrajna nędza związana z brakiem dostępu do dochodów z kapitału czy innej własności. Tymczasem zaliczenie do proletariatu niekoniecznie wiąże się z pauperyzacją. Sięganie do sztuczki z pracownikami najemnymi niewiele pomaga. Dwurieczeński ucieka się do rozróżnienia między proletariatem a pracownikami najemnymi, gdzie jedynym kryterium rozróżnienia jest poziom dochodu, co pozwala mu na utrzymanie ulubionej tezy o tym, że pojęcie proletariatu jest węższe od pojęcia klasy robotniczej. Konia z rzędem temu, kto powie czym się wówczas różni klasa robotnicza od klasy pracowniczej, czyli od całości pracowników najemnych. Dla nowej lewicy  nie ma tu w ogóle żadnego problemu – nie różni się niczym, ba, w czasach Marksa już się nie różniły. Co więcej, dla nowej lewicy, nie różnią się niczym od proletariatu. I dopiero tu Oleg się porządnie wnerwia. Proletariat to ubodzy członkowie klasy robotniczej vel pracowniczej. Super naukowe kryterium…
 
Marks by się załamał…
 
Okazuje się przy okazji, że motywem oporu wobec kapitału nie jest pierwsza w kolejności cecha proletariatu – bycie pracownikiem najemnym. Pierwsze trzy cechy są bowiem według Dwurieczeńskiego warunkami koniecznymi (pracownik najemny, brak dochodów z własności i procentu z kapitału), ale niewystarczającymi. Tymi ostatnimi, determinującymi stosunek do kapitału, są: skoszarowanie w fabryce oraz życie na granicy biologicznego przetrwania.
 
Jak nie wegetuje, to nie ma szansy na świadomość klasową. Szukamy więc nieudaczników życiowych w dowolnej grupie społeczeństwa (proletariatu, klasy robotniczej, klasy pracowniczej itd.) Zawsze się tacy znajdą. Tyle że odkrywamy nierzadko, iż są to ofiary własnej nieudolności merytorycznej, dziedzicznej czy nie, ale faktycznej. Należy im nie tyle wnosić świadomość (na najbliższe 2-3 pokolenia to beznadziejna sprawa!), co pomagać. I na tym polega gros wysiłku nowoczesnej lewicy – konkurowanie w charytatywie z Kościołem i służbą socjalną państwa, najlepiej z dofinansowania z budżetu lub z datków współczującej, wyższej klasy średniej, która ma możliwości, ale nie ma chęci zmiany istniejących stosunków społecznych.
 
Jak wykazywaliśmy, pierwsze trzy cechy nie mają sensu w odniesieniu do epok poprzedzających kapitalizm, tak samo jest z cechą czwartą, dopiero skrajne ubóstwo pozwala dostrzegać podobieństwo między proletariatem epok przedkapitalistycznych i epoki kapitalizmu. Rzecz w tym, że ta czwarta cecha przestaje istnieć w współczesnym świecie. A przynajmniej w tej jego części, która interesuje nowoczesną lewicę, czyli w rozwiniętym Centrum.
 
*
 
I nawet czujnie, ponieważ w Centrum istnieje tradycja walki klasowej, opartej na teorii marksizmu. Lewica zachodnia najlepiej by się przyczyniła do sukcesu sprawy, gdyby skupiła się na teorii, bo z Centrum wychodzi najbardziej jadowita propaganda antymarksistowska i antykomunistyczna. Tej należy się przeciwstawić, a nie płynąć z prądem wszechogarniającej gnojówki przedstawianej jako naukowo uzasadniona adekwatność teorii z praktyką. To czysta wymówka!
 
*
 
Dla Dwurieczeńskiego, konsekwentnie, pojęcie „proletariat” jest węższe niż pojęcie „robotnik”, ponieważ robotnik ma wszystkie cechy proletariatu poza cechą piątą, która także przestaje mieć znaczenie (w Centrum). Wbrew powszechnemu mniemaniu na nowoczesnej lewicy, dla Dwurieczeńskiego pojęcie proletariatu jest więc węższe niż pojęcie klasy robotniczej.
 
Nie podaje on definicji klasy robotniczej, ale rozumie pod tym pojęciem zasadniczo to samo, co reszta lewicy – wszystkich ludzi pracy najemnej, pracujących dla kapitału niezależnie od działu gospodarki. Proletariat to więc klasa robotnicza, tyle że żyjąca ledwo ledwo ze swej płacy roboczej. Stanowi on bardzo ograniczoną mniejszość świata pracy. W czasach Lenina i Rewolucji Październikowej, przemysłowa klasa robotnicza, a szczególnie robotnicy przemysłu metalowego stanowili awangardę walki klasowej, zdolną przyciągnąć do tej walki pozostałe odłamy ludzi pracy. Dwurieczeński zadaje sobie i nam pytanie o to, czy dziś ten klasyczny odłam najsłabiej zarabiających robotników jest w stanie pociągnąć za sobą inne odłamy proletariatu. Nie wychodzi mu to specjalnie pocieszająco.
 
Dwurieczeński popełnia kolejny błąd, ponieważ nie bierze pod uwagę faktu, iż robotnicy przemysłu metalowego niekoniecznie byli najbardziej upośledzoną płacowo częścią proletariatu Rosji. Awangardowa rola tego odłamu klasy robotniczej (gdyby Dwurieczeński trzymał się Lenina, a nie swoich wyobrażeń na jego temat) wynikała z miejsca tej klasy w systemie produkcji kapitalistycznej w Rosji (dynamika gospodarcza), zaś skłonność innych grup, w tym proletariatu wiejskiego, do poddania się przewodnictwu klasy robotniczej wynikała z dużo gorszych warunków płacy i życia owych grup. Zasadnicze znaczenie dla pełnienia funkcji awangardy ma nie tyle poziom życia, ile właśnie miejsce w społecznym sposobie produkcji i aktywność polityczna. Aktywność i jej skuteczność są związane z charakterem pracy (nie tyle liczebność absolutna, co koncentracja, a także możliwość przejęcia systemu produkcji bogactwa społecznego przez awangardę z uwagi na stopień kolektywnej organizacji na co dzień).
 
Świadomość klasy robotniczej pracującej w przemyśle nie jest kwestią żywiołowości, jeśli wierzyć Leninowi. A praktyka wykazała, że wiedział, co mówi.
 
Tymczasem cały wysiłek Dwurieczeńskiego oraz krytykowanej przezeń lewicy skupia się na biadoleniu nad brakiem żywiołowo ukształtowanej świadomości klasowej wśród szerokiej rzeszy pracowników najemnych. Jeżeli świadomość klasowa kształtuje się pod wpływem doświadczenia nędzy, a baza społeczna takiej potencjalnej świadomości zawęża się dramatycznie, to perspektywa skutecznej polityki lewicowej rysuje się bardzo marnie.
 
Wedle Dwurieczeńskiego, Marks w Kapitale miesza pojęcia proletariatu i klasy robotniczej. Następnie Lenin uważa klasę robotniczą za awangardę proletariatu, co kłóci się z Dwurieczeńskiego koncepcją, że proletariat jest węższym pojęciem. Wynika stąd, że według Lenina jest akurat odwrotnie. Współczesna lewica także traktuje proletariat jako pojęcie szerokie, jako całokształt świata pracy najemnej plus grupy zmarginalizowane. W przeciwieństwie do Dwurieczeńskiego niekoniecznie musi w nim występować cecha życia na granicy absolutnego ubóstwa. Wystarczy ubóstwo względne, mierzone wobec żyjących z własności lub wobec innych grup „proletariuszy”.
 
W pewnym sensie, upór Dwurieczeńskiego przy przypisywaniu proletariatowi wąskiego zakresu znaczeniowego wynika z chęci utrzymania tej cechy, która wyróżnia klasyczną, przemysłową klasę robotniczą. Chodzi o bycie nośnikiem interesu antykapitalistycznego.
 
Dla Dwurieczeńskiego proletariat to część klasy robotniczej, a pojęciem szerszym od klasy robotniczej jest pojęcie pracowników najemnych. Współcześnie, w warunkach współczesnego kapitalizmu, nie mamy do czynienia z przeciwstawieniem burżuazji proletariatowi, ale z opozycją między kapitalistami a pracownikami najemnymi.
 
Proletariat nie uległ bezwzględnej pauperyzacji, a sprzeczność między burżuazją a proletariatem opierała się na sprzeczności między bogactwem a nędzą. W ten sposób, Dwurieczeński dokonał uzasadnienia nowolewicowej tezy o zakończeniu konfliktu opartego na Marksowskiej tendencji do powszechnej pauperyzacji i przyjął nowolewicową tezę o aktualności sprzeczności między dochodem płynącym z kapitału a dochodem płynącym z wynagrodzenia za pracę najemną. W tym przeciwstawieniu w kąt idą pozostałe cechy proletariatu, a pozostaje domniemany zasadniczy aspekt: sprzeczność między kapitałem a pracą.
 
Na pierwszy rzut oka wygląda to na trzymanie się Marksowskiej i Leninowskiej dewizy o decydującym znaczeniu miejsca w sposobie produkcji. Jedna klasa czerpie dochody z kapitału, druga – z pracy. Ta sprzeczność ma charakter najbardziej klasowy, nie ma bardziej skrajnej sprzeczności.
 
Problem w tym, że jak wskazuje Piketty, nierówności dochodowe oparte na wynagrodzeniu za pracę zastąpiły dziś nierówności związane z dochodami z własności czy z kapitału.
 
Dwurieczeński przytacza także dowody oparte na statystyce, wskazując na ilościowy wzrost zatrudnienia w trzecim sektorze (usług) kosztem rolnictwa i przemysłu, nawet w krajach tradycyjnie uważanych za zbliżone do modelu Marksowskiego.
 
Zamiast uważać, że przyrost zatrudnienia w trzecim sektorze (usług) jest możliwy ze względu na wzrost wydajności pracy i produktywności środków pracy, za czynnik wzrostu bogactwa społecznego uważa się wzrost wartości przetwarzanej w sektorze usług. Największy przyrost zatrudnienia w sektorze usług mają kraje najwyżej rozwinięte, co współczesna lewica interpretuje jako przyczynę wzrostu bogactwa społecznego, a nie jako efekt tego wzrostu. Do pewnego stopnia można przyjąć, że atrakcyjna oferta sektora wysokorozwiniętych usług działa jako podniesienie efektywnego popytu danego społeczeństwa. Jednocześnie jednak, społeczeństwa te są bardziej uzależnione od dostaw zewnętrznych i niezdolne do przetrwania na zasadach autarkii. W tych społeczeństwach rośnie rozwarstwienie społeczne, które przenosi się jako „osiągnięcie cywilizacyjne” na pozostałe kraje. Górny decyl bogaci się, zaś pozostała część społeczeństwa traci stabilność ekonomiczną.
 
Zaostrza się sprzeczność między bogatymi a biednymi, co bardzo przypomina sytuację z okresu kształtowania się proletariatu. Konflikt jest bezpośredni, a więc niczego więcej nie trzeba ani nowoczesnej lewicy, ani Dwurieczeńskiemu. Wszystko jest tak, jak Marks zawarł w Manifeście.
 
*
 
Ostatecznie więc, Dwurieczeński nie wychodzi poza „osiągnięcia” teoretyczne nowoczesnej lewicy, tyle że podlewa je sosem warsztatu naukowego, który – jak to wykazaliśmy – opiera się na wyrywkowym zajmowaniu się wnioskami płynącymi ze scholastycznie obracanej definicji proletariatu bez zrozumienia kontekstu i dynamicznej oraz dialektycznej (wewnętrznie sprzecznej) natury procesu tworzenia się proletariatu i jego bynajmniej nie jednoznacznego stosunku do klasy robotniczej sektora przemysłowego.
 
Kapitalizm jako sposób produkcji ma charakter historyczny. Jego dynamizm powoduje, że zmiany wywołane przez naturalny proces zachodzą szybciej niż w poprzednich epokach. Brak adekwatnego rozwiązania problemu sprzeczności klasowej na bazie kapitalistycznych stosunków produkcji skutkuje komplikowaniem się sytuacji, być może aż do momentu, kiedy sprzeczności staną się nierozwiązywalne na gruncie tego systemu (ze względu na jego ostateczne przegnicie). Logika rozwoju sił wytwórczych zawiera w sobie tendencję do zawężania grup społecznych uwikłanych w antagonistyczny konflikt. Należy ten proces traktować jako uproszczenie sprzeczności przy jednoczesnym skomplikowaniu układu relacji z licznie powstałymi grupami, wyłonionymi z proletariatu, a które mają różny stosunek do owego podstawowego antagonizmu. Zasadniczo jednak, historycznie grupy spoza sfery produkcji materialnej utrzymywały się z nadwyżki ponad potrzeby bezpośrednich producentów (a nawet z ograniczania tych potrzeb do granic przetrwania biologicznego). W tym sensie, historycznie grupy te są obarczone dziedzictwem wzajemnej niechęci do bezpośrednich producentów (obiektywny konflikt interesów), co zbliża je do ideologii klas panujących. Jednocześnie, narastająca pauperyzacja wywołuje bieżący konflikt z burżuazją, która poprzez aparat państwa sprawuje monopol na podział wtórny dochodu i dochodów. Z historycznego punktu widzenia, nadbudowa kulturowa i cywilizacyjna stanowi luksus społeczeństwa mogącego sobie na to pozwolić kosztem bezpośrednich producentów.
 
Interesem klasy robotniczej (bezpośredniego producenta materialnego bogactwa społecznego) jest uzyskanie dostępu do możliwości pełnej realizacji swego potencjału twórczego. Jeśli chodzi o obalenie panowania kapitału nad procesem produkcji, to jest to rzecz do osiągnięcia przez robotników w ramach ich własnej walki klasowej, choćby wbrew wszystkim innym grupom społecznym. Ale realizacja celu komunizmu, czyli rozwoju owego potencjału, wymaga porozumienia z grupami nieantagonistycznymi, które powinny przełamać swój lęk przed utratą dochodów ze sprzedaży efektów swej pracy intelektualnej. Miraż możliwości dorobienia się dzięki swemu potencjałowi kreatywnemu pokutuje w drobnomieszczaństwie, skutecznie izolując je od poczucia wspólnoty interesów z klasą robotniczą.
 
Współczesna lewica całkowicie angażuje się w drobnomieszczańską walkę o lobbing w biurokratycznym aparacie państwa burżuazyjnego w celu zapewnienia sobie większego udziału w torcie powstałym z wyzysku pracowników bezpośrednio produkcyjnych. Dopóki ta taktyka jest jako tako skuteczna, tylko świadome jednostki spośród drobnomieszczaństwa są skłonne przyłączyć się do walki robotników.
 
Analizy i wywody Dwurieczeńskiego nie prowadzą do przezwyciężenia impasu w skuteczności działań lewicy. Lewica pozostaje zaledwie okresowo wykorzystywanym narzędziem do pacyfikacji nastrojów społecznych. Współcześnie, w tej roli została zastąpiona przez prawicowych populistów.
 
Z analiz Marksa wynika, że starzenie się kapitalizmu osłabia go i powoduje, że zmiana ustrojowa staje się prostsza. Sam proces zawężania pola antagonizmu klasowego sprawia, że przewrót może stać się formalnością. Pod warunkiem przekonania do tej strategii grup potencjalnie sojuszniczych, warstw drobnomieszczańskich, świadomych faktu, że kapitalistyczne stosunki hamują pełny rozwój kreatywności do poziomu określonego prymitywnymi lub wyrafinowanymi potrzebami jednostek z klasy panującej. Ale na pewno malejąca liczebnie klasa panująca nie potrzebuje tej liczby usługodawców, traktując ich jak przedmiot jednorazowego użytku.
 
Pozostała, mniejsza część usługodawców służy jako narzędzia do utrwalania dominacji technologicznej nad resztą świata, blokując postępowe, prospołeczne zmiany. Drobnomieszczaństwo traktuje swoje problemy socjalne jako zasadnicze problemy klasowe, specyficzne dla kapitalizmu, co jest fałszywą świadomością, co więcej – nie znajduje uzasadnienia w analizach Marksa. Dwurieczeński usiłuje przywrócić spójność teorii marksowskiej, wyrzucając z niej wszystko to, co stanowiło historycznie o jej sile. Dlatego kategorycznie odrzucamy rozumowanie Dwurieczeńskiego, jednocześnie doceniając podjęcie przezeń problemu i dostrzeżenie problemu tam, gdzie zadowolona z siebie lewica pozostaje ślepa jak kret (bynajmniej nie ten kret, o którym pisał Marks).
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 2 stycznia 2020 r.

Społeczność

che rebel