Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 41 gości.

Ekonomia

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Miejsce przyłożenia

Róża Luksemburg
See video

 
Refleksja nad teorią ekonomiczną Marksa prowadzi do wniosku, że mamy tam do czynienia z jednoczesnym przedstawieniem dwóch poziomów analizy. Wszelkie kategorie, których Marks używa do analizy kapitalistycznego sposobu produkcji, mają jakiś rodowód, nie istnieją wyłącznie w kręgu synchronicznie (równolegle) ujętego procesu społecznego. Kapitał (zwłaszcza tom I) przedstawia ujęcie diachroniczne, czyli uogólniony system reprodukcji prostej, na tle którego dopiero można zrozumieć sens funkcjonowania współczesnego kapitalizmu oraz tylko z tej perspektywy historycznej, ale uogólnionej, ujętej w abstrakcję, można przewidywać przyszłe trajektorie tego systemu włączając w to przewidywanie aktywne oddziaływanie ludzkiej racjonalności i opartego na niej planowania przyszłości.
 

Interpretacja teorii ekonomicznej Marksa przez następne pokolenia poszła torem entuzjazmu dla części „synchronicznej” – pozytywistycznego wykładu rzeczywistych mechanizmów rynkowych. Jako całkowicie nieprzystającą do rzeczywistości odrzucono kategorię wartości – pod pretekstem, że dubluje ona całkiem wygodne pojęcia ekonomii burżuazyjnej, jak cena czy zysk. Tymczasem kategoria wartości jest niezbędna dla płynnego przejścia między analizą synchroniczną a diachroniczną. Kapitalizm jest tylko węzłem na sznurze procesu historycznego. Niestety (dla niektórych antydialektycznych deterministów), sznur ten za węzłem jest jeszcze rozpleciony i składa się z mniejszych sznureczków, które można zapleść na różne sposoby. Niemniej, nie można od sznureczków przejść do lodów waniliowych.
 
 
Sprzeczność systemu kapitalistycznego ma szczególny i specyficzny charakter, a dzięki dynamice tego systemu, sprzeczności owe mają gwałtowny przebieg, w przeciwieństwie do powolnych procesów dostosowawczych znanych z systemów cechujących się ociężałością. Co nie znaczy, że w innych systemach nie istnieją sprzeczności. Sprzeczności są zasadą ruchu, bez którego nie ma zmian, a ruch jest podstawową, konstytutywną cechą materialnej rzeczywistości. Charakter elementów składowych konkretnej sprzeczności wyznacza (determinuje) przyszły rozwój wypadków, ale determinuje tylko w ogólnych zarysach.
 
 
Wedle Marksa, dynamika systemu kapitalistycznego jest czynnikiem sprzyjającym dla dzieła racjonalnego wpłynięcia na proces wyznaczający mechanizm gospodarczy. Proces nie przebiega jako niezauważalny dla kolejnych pokoleń, statyczny, wręcz cykliczny do końca świata bieg rzeczy, na który ludzie nie mają wpływu, ale w jednym historycznym momencie mamy do czynienia z nagromadzeniem wyborów, które wpływają na siebie, ale ponieważ z braku czasu nie mogą się ustabilizować, skutki mogą być w dostępnym stopniu potęgowane lub hamowane świadomym działaniem. Dzieje się tak dlatego, że skutki są widoczne niemal natychmiastowo – można więc je ocenić i próbować korygować.
 
 
Róża Luksemburg „bardzo wysoko ceni też dokonany przez Marksa – po długim okresie pomieszania idei oraz błędów wykluczających naukową analizę reprodukcji kapitału w makroskali – podział wartości produktu globalnego na trzy części. Całkowicie także aprobuje rozbicie tego produktu na dwa główne działy produkcji społecznej i ideę proporcji rzeczowych i wartościowych koniecznych do tego, by reprodukcja – prosta czy rozszerzona – mogła mieć miejsce (…)
 
 
Z tych wszystkich względów wysoko ceni marksowskie schematy reprodukcji, będące liczbowym ujęciem tych założeń i idei. Pierwsza też chyba wśród marksistów nie tylko rozpoznaje, ale i szeroko uzasadnia ponadustrojowe znaczenie tych założeń, idei i konstrukcji” (tamże, s. 307).
 
 
Ogólna formuła produktu: C + V + M, przedstawia najogólniejszy podział w społeczeństwie, czyli ten, który determinuje podział wtórny. Dla analizy realnego, kapitalistycznego sposobu produkcji, okazała się ona jednak niewystarczająca. Doszły więc, jako krok przybliżający do rzeczywistego życia gospodarczego, schematy reprodukcji. Na papierze, jak zauważa Róża Luksemburg, można wszystko uzgodnić. Jest to podobny zabieg do tego, który wydawał się uzasadniać możliwość rachunku ekonomicznego w socjalistycznej gospodarce, przy założeniu, że chodzi o równowagę. Rzeczywistość pokazała jednak, że kryzysy nie są do przezwyciężenia, a gospodarka planowa to nie sprawa techniczna.
 
 
 
Schematy reprodukcji ujmują działy produkcji i konsumpcji, i można tak ustawić arytmetycznie proporcje, aby przyrosty równoważyły się w obu działach. Nie tu więc leży problem.
 
 
Sytuacja była trochę inna, niż to ujmowano dotychczas. Ale po kolei.
 
 
Formuła C + V + M kryje w swoich agregatach nieco więcej, niż się zazwyczaj podejrzewa. W przedkapitalistycznych społeczeństwach V oznacza nie tylko bezpośredniego producenta, ale i jego szeroko pojętą rodzinę, której członkowie mają tytuł do uczestnictwa w podziale ze względu na swą przynależność do rodziny. Podobnie M kryje w sobie nie tylko samego właściciela środków produkcji, ale także jego rodzinę oraz – co już nieoczywiste – dostarczycieli usług „luksusowych”. Wydatki na te usługi nie wchodzą w mechanizm rynku, ale są tożsame z wydatkami na rodzinę (są pokrywane z tej samej części przywłaszczanego dochodu, bogactwa czy wartości dodatkowej).
 
 
Kapitalizm uwalnia wieś od nadwyżki zbędnej siły roboczej, której większość zasila proletariat. Z drugiej strony, usługodawcy, którzy wchodzą na rynek, włączają się w jego mechanizm. Kiedy wyczerpują się rezerwy osiągnięte w poprzednim systemie, a które zasilają wewnętrzną akumulację pierwotną kapitału, grupy te ulegają proletaryzacji. Czyli wydaje się, że zasilą one szeregi klasy robotniczej, co nie zmieni wyżej przytoczonej, ogólnej formuły. Całe społeczeństwo ulegnie proletaryzacji poza garstką kapitalistów.
 
 
Schematy reprodukcji z kolei uspokajały, że proporcje – na wyższym pułapie – ale zostaną zachowane.
 
 
Prosty wniosek, jaki wyciągają stąd zwolennicy dogmatycznie (bo XIX-wiecznej) ujętej teorii Marksa, jest taki, że cały problem kapitalizmu polega na zachłanności kapitalistów. Gdyby zabrać im wartość dodatkową (zysk), to starczyłoby dla wszystkich pracowników najemnych, ponieważ wszyscy są zatrudnieni przez kapitał na równych zasadach. Schematy reprodukcji wprowadzają jednak nieco wątpliwości, ponieważ zarysowują latentną sprzeczność między produkcją a konsumpcją, odsuwając ją jednak szybko, ponieważ „papier jest cierpliwy” i teoretycznie problem jest rozwiązywalny. Schematy wskazują jednak kierunek wątpliwości. Gdyby wydzielić działy „produkcyjny” i „konsumpcyjny”, a nie zawęzić produkcyjnego do produkcji środków produkcji, otrzymalibyśmy właściwie postawione pytanie czy problem. Zgodnie z dialektyczną metodą Marksa (diachroniczną), zadalibyśmy sobie pytanie o fundamenty dla utrzymania nadbudowy cywilizacyjnej (reprezentowanej przez warstwy społeczne nie biorące udziału w produkcji środków reprodukcji społeczeństwa – jak to lubią stawiać feministki, mając jednak coś nieco innego na myśli), której utrzymanie przestaje być problemem właścicieli środków produkcji (czyli bogactwa społecznego). Mówiąc wprost – przestaje się zaliczać do M.
 
 
Rzecz nawet nie w samym zjawisku, tylko w jego masowości. Tu mamy ilustrację tego, jak nieproporcjonalnie duże znaczenie mogą mieć w dynamicznej, a więc mało stabilnej z założenia gospodarce, drobne z pozoru czynniki, które w poprzednich systemach społeczno-ekonomicznych rozkładały się na powolne procesy dostosowawcze.
 
 
Z drugiej strony, uwolnienie ludzi od pracy produkcyjnej i upowszechnienie dóbr cywilizacyjnych pozostaje celem społeczeństwa bezklasowego. A więc problem nie jest marginalny, tylko ma zasadnicze znaczenie dla owego przyszłego społeczeństwa. Stawiając problem klasy robotniczej jako motoru czy osi procesu prowadzącego do komunizmu, Marks właśnie ten problem miał przed oczami.
 
 
Rozwiązanie tego problemu przez Marksa (nie w formułach, ale w rozważaniach) polegało na wyłączeniu wolnej kreatywności z mechanizmu rynkowego poprzez upowszechnienie uczestnictwa w tej twórczości. W ten sposób wracamy do sytuacji przedkapitalistycznej – braku oddzielenia twórczości od klas bezpośrednio zaangażowanych w produkcję – robotników i kapitalistów. A ponieważ w społeczeństwie bezklasowym obie te klasy znikną, „klasa kreatywna” tym bardziej nie będzie stanowiła osobnego czynnika popytu lub podaży. Wówczas będą działały schematy reprodukcji i proporcje, tak jak to przewidziano w modelu teoretycznym, w którym pozostanie „naturalna” proporcja między produkcją społeczną a opartą na niej konsumpcją społeczną.
 
 
Antagonizm między klasą bezpośrednio produkcyjną a warstwami i grupami społecznymi oderwanymi od procesu produkcji (czy to od strony robotnika, czy to od strony właściciela środków produkcji) bierze się stąd, że utrzymanie „cywilizacyjnej nadbudowy” wymaga środków, które można czerpać wyłącznie z produkcji, a więc z zysku kapitalisty. Zwiększenie zysku oznacza (w czystym modelu) zwiększenie wyzysku bezpośredniego producenta, czyli robotnika produkcyjnego. Rola państwa w tym procederze polega na opodatkowaniu po raz kolejny robotnika, który dorzuca się znowu do kosztów utrzymania cywilizacji, z której korzysta niewiele, a jeśli, to i tak odpłatnie (czyli jest opodatkowywany po raz trzeci – przez kapitalistę, przez państwo i przez usługodawcę).
 
 
Komercjalizacja kreatywnego potencjału człowieka jest realnym przejawem alienacji. Jeżeli przez tysiąclecia klasy ludowe nie korzystały z dobrodziejstw cywilizacyjnych, to rozwijały własne, ludowe formy twórczości. Komercjalizacja kreatywnego potencjału człowieka ma praktyczny skutek, jakim jest skansenizacja niekomercyjnych form ludowej twórczości i, w efekcie, ich ostateczna komercjalizacja. Albowiem rynek zagarnia wszystko, gdyż każdy nie zawłaszczony skrawek terenu grozi rozsadzeniem systemu.
 
 
Jeżeli więc weźmiemy koncepcje Marksa w ich dialektyce diachronicznej i synchronicznej, w jednoczesnej perspektywie przeszłości i przyszłości, to możemy uporządkować świat realnych zjawisk wedle pewnej struktury, która jest logiczna w tej właśnie perspektywie.
 
 
W odniesieniu do problemu „nadbudowy cywilizacyjnej”, czyli do sproletaryzowanych „mas kreatywnych”, problem polega na wymianie zewnętrznej między środkami utrzymania a dobrami dostarczanymi spoza systemu. Dlatego system jako taki nie może się domknąć. Schematy reprodukcji opierały się na równoważeniu składowych, które były częściami jednej całości. Wcześniej domykał się, ponieważ „twórczość” czy „cywilizacja” była zawarta wewnątrz dwóch klas antagonistycznych, ale działających w sferze produkcji materialnej, reprodukującej społeczeństwo w jego postaci materialnej.
 
 
Wzrost wydajności pracy i produkcyjności sił wytwórczych w ogóle spowodował zaistnienie warunku możliwości społeczeństwa bezklasowego, czyli takiej nadwyżki wartości dodatkowej, która jest do tego potrzebna. Jednocześnie, system kapitalistyczny nie ma mechanizmów, które włączałyby wyalienowaną stronę człowieka nie będącego producentem dóbr materialnych, do tego systemu. „Klasa kreatywna” nie reprezentuje popytu efektywnego na poziomie najogólniejszych, abstrakcyjnych rozważań Marksa. W takim rozumieniu, popyt taki jest związany wyłącznie z wymianą z przyrodą. Rozwiązywanie tego problemu tu i teraz, konkretnie i czysto schematycznie, prowadzi do obserwacji, że jedna z dwóch klas antagonistycznych musi zapłacić końcowy rachunek. A ponieważ możliwość zapłacenia rachunku przez kapitalistę opiera się na wyzysku siły roboczej robotnika produkcyjnego, to ostatecznie wszystko sprowadza się do wzmożenia wyzysku owego robotnika. Tak, jak to miało miejsce w poprzednich systemach społeczno-ekonomicznych, gdzie cywilizacja opierała się jawnie na wyzysku podstawowej klasy produkcyjnej – chłopach bezpośrednio wymieniających z przyrodą (praca na roli).
 
 
Rzecz nie w tym, żeby zahamować rozwój cywilizacyjny, ale w tym, żeby zlikwidować alienację, która towarzyszy klasowym formom owej cywilizacji.
 
 
Zamiast zastanawiać się nad najlepszymi (dla kogo?) formami podziału bogactwa (dochodu wartości dodatkowej), należy zastanowić się nad zniesieniem alienacji płynącej z komercjalizacji kreatywnego potencjału społeczeństwa. Zamiast zastanawiać się nad jak najszerszym ujęciem konfliktowości w łonie społeczeństwa, należy wymierzyć precyzyjny cios w chore miejsce klasowego społeczeństwa. Jest to bardzo wąski cel, ale właśnie dlatego jest osiągalny. Łatwiej przewrócić górę, kiedy opiera się swoim czubku, niż kiedy stoi na szerokiej podstawie.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
31 marca 2019 r.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kapitalizm socjalny, czyli kryptoniewolnictwo

Welfare state

See video

 

Według Aleksandra Buzgalina, zbudowanie „kapitalizmu socjalnego” opiera się na konsekwentnym stosowaniu zasad kapitalizmu wolnorynkowego, czyli na wolnej konkurencji i nieudzielaniu państwowego/społecznego wsparcia prywatnej przedsiębiorczości. Sektor prywatny ma być całkowicie swobodny, acz tylko w ramach „wąskiego korytarza”, którego niewzruszone ściany będą zapobiegały temu, aby stosunki kapitalistyczne przeradzały się – skądinąd zgodnie z logiką swego rozwoju – w monopolistyczne formy, dzięki którym będą mogły narzucać społeczeństwu swoje, znane nam doskonale, antyspołeczne warunki.

Jednym słowem, marzenie Janusza Korwina-Mikkego, nie mówiąc już o pozostałych uczniach L. von Misesa. Taki „rezerwat” zagrożonego gatunku – wolnorynkowego kapitalizmu – odgrodzony od groźnego, zewnętrznego świata stalowymi prętami, jak w ZOO.

Powstaje może tylko pytanie – po co nam takie ZOO? Ani nie przyniesie nam ono szokujących wynalazków motywujących postęp techniczny, ani nie będzie generowało jakichś nadzwyczajnych zysków zdolnych zasilić kasę państwową. Trudno wyobrazić sobie taki model gospodarowania w odniesieniu do wielkich przedsiębiorstw, ważących na rynku globalnym. Raczej miałby on zastosowanie do drobnych przedsiębiorstw zajmujących się usługami na rzecz ludności. Ale w tej sytuacji trochę dziwne by było, żeby w tym segmencie gospodarki należało stosować tak surowe, wyniszczające wręcz, zasady.

W pewnym sensie, Buzgalin przypomina tu… erudycyjnie lepiej podbudowaną wersję Michała Nowickiego, który także proponuje znęcanie się nad drobnym handlem i rzemiosłem. Pewnie dlatego, że w odniesieniu do wielkiego kapitału ich model państwa socjalnego jest całkowicie bezbronny, a komuś należy przecież dla prestiżu obić mordę.

W wykonaniu Nowickiego, analogia z Polpotyzmem sama się nasuwa, propozycja Buzgalina brzmi bardziej wyrafinowanie, naukowo, dzięki czemu skojarzenia nie są tak oczywiste. Ale sedno jest podobne.

Propozycja Buzgalina wychodzi od słusznego stwierdzenia, a mianowicie, że rozwiązanie dla Rosji prowadzi jedynie poprzez zaproponowanie światu (głównie Trzeciemu, czyli innym pół- i pełnym peryferiom) ogólnego modelu rozwoju. Jak rozumiemy, Rosja byłaby motorem i w pewnym sensie gwarantem funkcjonalności tego modelu, podobnie jak ZSRR był motorem i gwarantem modelu radzieckiego.

Zaskakujące może być tylko to, że modelem tym ma być model kapitalizmu, od którego odżegnują się dziś kraje kapitalistycznego Centrum. Czyżby kapitalistom odbiło? Buzgalin powołuje się na działanie S. Allende w Chile jako na wzór. Trochę samobójczy pomysł…

W sumie, propozycja Buzgalina nawiązuje do politycznych wyobrażeń lewicy zachodniej, która nie miała doświadczenia rewolucji socjalistycznej, a tylko ograniczającą się do welfare state.

Jeżeli jednak przyjąć, co nie kłóci się z realizmem historycznym i politycznym, że okres powojennej prosperity dla kapitalizmu był okresem wyjątkowym, związanym z istnieniem ZSRR i bloku państw tzw. realnego socjalizmu, to cała misterna budowla reformistycznej lewicy może okazać się zamkiem stawianym na piasku.

Sam Buzgalin podkreśla, że gospodarka ZSRR nie rozwijała się w izolacji i to nie tylko od obszaru RWPG, ale i od gospodarki kapitalistycznej. Więzi nie były nieważące dla obu stron. To samo dotyczyło pozostałych państw bloku. Nie sposób też pominąć więzów łączących gospodarkę „realnego socjalizmu” z Trzecim Światem.

Już Róża Luksemburg podkreślała znaczenie „otoczenia niekapitalistycznego” dla podtrzymywania żywotności gospodarki kapitalistycznej. Ekspansja na obszary trzecie chwilowo łagodziła i nieco oddalała w czasie konflikty między krajami imperialistycznymi. Wyniszczanie „otoczenia niekapitalistycznego” miało ten minus, że raz wyniszczone, „otoczenie” stawało się częścią systemu kapitalistycznego (generując jakieś koszty i/lub wegetując na jego marginesie) i nie przynosiło więcej zysków nadzwyczajnych. Trzeba było zainwestować, aby coś w przyszłości uzyskać; darmowe przechwytywanie bogactwa się skończyło.

Na tym tle socjalistyczne „otoczenie niekapitalistyczne” przedstawiało się nadzwyczaj korzystnie. W wymianie z wysokorozwiniętymi krajami kapitalistycznymi, kraje socjalistyczne dostarczały towarów o mniejszym stopniu przetworzenia, mniej innowacyjnych, relatywnie tańszych od towarów kupowanych za dewizy, zaspokajających potrzeby niższych warstw społeczeństw zachodnich. Sprzyjało to finansowaniu „socjalu” tych społeczeństw. Jednocześnie, co jeszcze ważniejsze, ten typ „otoczenia” skutecznie bronił się przed upadkiem, czyli całkowitym wyniszczeniem. Dzięki temu nie przechodził „na garnuszek” dobroczynności społeczeństw zachodnich i nie generował kosztów. Socjalistyczna kura znosząca złote jajka, w przeciwieństwie do swych trzecioświatowych koleżanek, unikała zarżnięcia, chociaż na jej podwórku było coraz mniej trawki do skubania. Wprowadzając elementy planowania do anarchii gospodarki kapitalistycznej, biurokracja była w stanie dokonać tego „cudu”. Ceną był zorganizowany i utrzymywany przez biurokrację w skali ogólnoprzemysłowej wyzysk klasy robotniczej jako propagandowy, nieodzowny warunek utrzymania socjalizmu w konfrontacji z kapitalizmem.
 

Upadek ZSRR i bloku wschodniego ujawnił prawdę o fundamentach „państwa socjalnego” w rozwiniętym kapitalizmie. Jeżeli oczywistą rzeczą był w tym kontekście wyzysk kolonialny, a następnie postkolonialny krajów Trzeciego Świata, to rola „realnego socjalizmu” w podtrzymywaniu kapitalizmu nie cieszy się równą oczywistością. Tymczasem dzieje transformacji i jej wpływu na struktury Unii Europejskiej oraz na gospodarkę zachodnią nie mogą dawać bardziej wyrazistego świadectwa.
 

Trudno więc przyjmować poważnie marzenia o powrocie do „państwa socjalnego” bez rozpatrzenia tej kwestii. Lewica reformistyczna, pozornie realistyczna, czy to na Zachodzie, czy to na Wschodzie, wychodzi z założenia, że kapitalizm rozwija siły wytwórcze tworzące gospodarczy fundament dla budowy „państwa socjalnego”. Sam z siebie jednak nie przejdzie do budowy takiego państwa. Dlatego, wedle tej lewicy, niezbędna jest polityczna presja ze strony sił demokratycznych, które pomogą kapitałowi skierować wysiłki we właściwym kierunku.
 

Buzgalin, w ramach realizmu politycznego, nie proponuje zmiany systemu ekonomicznego, a jedynie obłożenie kapitalistów podatkiem progresywnym od dochodów. Taki współpracujący z państwem socjalnym kapitał będzie się cieszył przywilejami, których odmówi się drobnemu kapitałowi (czyli temu, który nie będzie źródłem wielkich kwot ww. podatku). I w tym miejscu od razu widać, jak powróci problem, kto jest tak naprawdę od kogo uzależniony i kto komu dyktuje warunki. Zaś nie będzie „otoczenia niekapitalistycznego”, które zneutralizowałoby ten dylemat dzięki redukcji kosztów socjalu. Odtworzą się warunki państw realsocjalizmu, gdzie koszty socjalnej polityki stwarzały rządzącej biurokracji przeszkody nie do pokonania i wieczne źródło niepokoju społecznego, nie mówiąc już o niefunkcjonalności swobód demokratycznych.
 

Staje też przed nami problem wygasania dynamiki gospodarki kapitalistycznej jako naturalnego procesu. Zastąpienie go mechanizmem gospodarki socjalistycznej, a następnie – komunistycznej, z zachowaniem kapitalistycznego rozdziału między gospodarowaniem a życiem społecznym, będzie stale owocowało próbami odradzania się gospodarki mniej lub bardziej kapitalistycznej, tzn. przekształcaniem rynku w mechanizm maksymalizowania zysku i konkurencji mającej na celu eliminację innych uczestników rynku. Będzie tak się działo, ponieważ stabilny rynek zbytu zapewniony przez gospodarkę upaństwowioną lub uspołecznioną będzie kusił ludzi przedsiębiorczych. Szybko będzie się odradzało całe dawne paskudztwo.
 

Rozwiązaniem właściwym nie jest więc regulowanie gospodarki kapitalistycznej z gruntu, czyli wpychanie gospodarki w uregulowane koryto, od którego będzie się tylko pobierało niezbędne środki utrzymania, ale zmiana charakteru gospodarowania w społeczeństwie bezklasowym.
 

Aby znieść alienującą siłę produkcji towarowej, należy tę produkcję zinternalizować i wyeliminować jej różnicujący społecznie charakter. Wówczas dopiero będzie zgoda co do konieczności ograniczania czasu pracy i odstąpienia od luksusowych potrzeb – ponieważ w pewnym sensie będzie na to odpowiedź: chcesz mieć dobro luksusowe, to zastanów się, ile czasu chcesz przeznaczyć na jego produkcję kosztem własnego rozwoju, życia rodzinnego itp.
 

Inaczej zawsze będzie tak, że chętnemu nigdy nie będzie na to szkoda czasu… cudzego.
 

Niezmiennie powtarzającym się w ustach lewicy reformistycznej jest postulat docenienia sfery produkcji kreatywnej. Stanowi on dopełnienie pierwszej, wyżej omawianej kwestii. Stanowi bowiem wypracowanie uzasadnienia otrzymywania przez część społeczeństwa wykonującą pracę nieprodukcyjną owoców pracy produkcyjnej wytwarzającej materialne dobra. Pracownicy produkcyjni otrzymują wynagrodzenie, za które mogą kupić owe dobra. Ich siła nabywcza powinna być utrzymana na tyle niskim poziomie, aby wytworzonych dóbr starczyło dla zaspokojenia pozostałego popytu efektywnego społeczeństwa. Skąd jednak reszta społeczeństwa ma brać środki na zaspokojenie swego popytu na dobra materialne (i niematerialne, ale te nie stanowią dóbr pierwszej potrzeby, więc można je pominąć w tym rozumowaniu)?

Produkcja niematerialna ulega więc komercjalizacji. Jeżeli państwo (lub społeczeństwo) monopolizuje środki na edukację, służbę zdrowia czy kulturę, twórcy tych usług otrzymują wynagrodzenie arbitralnie wyznaczone przez państwo. W społeczeństwie kapitalistycznym, w którym produkcja niematerialna stanowi często wspomniane wyżej źródło nadzwyczajnego zysku w wymianie międzynarodowej, twórcy tacy są wynagradzani sowicie i mają poczucie, że ich wysiłek stanowi wkład produkcyjny w gospodarkę społeczeństwa. Nie biorą pod uwagę, że jest to możliwe tylko w sytuacji, w której akceptuje się wyzysk płynący z nierównomierności rozwoju gospodarczego różnych krajów.

Jeżeli poważnie przyjąć nauki Marksa o tym, że kupnu i sprzedaży podlega wyłącznie siła robocza, a nie „praca”, to bezsensem jest konkurowanie w kategorii, ile każdy z nas dołożył do rywalizacji na międzynarodowym globalnym rynku. To oznacza bowiem przyjmowanie logiki kapitału, jakimi by to nie było przykryte „komunistycznymi” frazesami.

Z drugiej strony, zniesienie podstawy kapitalistycznej eksploatacji polegającej na sprzedaży „wolnej” siły roboczej i wynikającej z tego sprzeczności interesów ekonomicznych grup społecznych pozbawionych własności środków produkcji, podkopuje fundamenty systemu kapitalistycznego. Przy okazji znosi też pomysły na „kapitalizm socjalny”. Jeżeli siła robocza przestanie być towarem, to nie będzie możliwa realizacja wyrafinowanego pomysłu na przezwyciężenie kapitalizmu przy pomocy zachowania jego fundamentalnej zasady, dzięki której w ogóle powstaje wartość dodatkowa, bez której kapitalizm nie istnieje).

Postulowana przez Buzgalina kontrola ze strony społeczeństwa obywatelskiego, obejmująca, m.in. kontrolę nad zasobami naturalnymi kraju, sprowadza się ostatecznie do postulatu państwowego regulowania wartości siły roboczej grup tzw. kreatywnych, przy zgodzie na praktyczne wykonywanie kontroli przez odrodzoną biurokrację, której oddelegowana zostanie ta funkcja kontroli, czyli powrót dawnego mechanizmu znanego z „realsocjalizmu”.

W tej sytuacji należałoby raczej przyjrzeć się doświadczeniom „realnego socjalizmu” i skupić na analizie tego doświadczenia po to, aby nie powtarzać tych samych błędów, aniżeli na tworzeniu konstrukcji teoretycznych, które ignorują to, co bieżące doświadczenie dobitnie nam uświadamia.

Wbrew urzędowemu optymizmowi reformistycznej lewicy, która uważa, że poddając się fałszywej samoświadomości kapitału, można skutecznie budować na nieadekwatnym rozumieniu historii kapitalizmu w XX wieku, należy dostrzec, że rzeczywiste podziały społeczne i ideologiczne, a za nimi – walka, przebiegają całkowicie gdzie indziej, niż sądzi ta lewica.

To bowiem jest przyczyną jej coraz wyraźniejszego oderwania od realiów społecznych, które rzutuje na jej skuteczność polityczną.
*
 
Rzecz nie jest nowa.

Orientacja na przemysłową klasę robotniczą nie wynika z przesłanek ideologicznych, ale ze specyfiki systemu kapitalistycznego. Nie oznacza także, iż pozostałe odłamy klasy robotniczej są wykluczane z „prestiżowego” grona robotników. Jak zawsze w praktycznym życiu, nie sposób utrzymać „czystych” granic między żywymi organizmami, jakimi są zmienne i wielobarwne środowiska ludzkie.

Po Rewolucji Francuskiej, w której aktywną rolę odegrały grupy literackie (wolne zawody), okazało się, że ich radykalizm nakierowany na procesy demokratyzacji życia publicznego szybko rozchodził się z innym typem radykalizmu – z radykalizmem ekonomicznie wyróżnionych grup i klas społecznych, który przerastał postulaty demokracji i orientował się na postulaty socjalistycznego typu. W XIX wieku to rozejście się dojrzewało w bolesnych doświadczeniach stale ponawianych i tłumionych rewolucji, bez ostatecznej jasności, a szczególnie odzwierciedlenia istoty sporu w świadomości społecznej i klasowej.
 
 
Rewolucja Październikowa także nie zdołała przełamać tego ograniczenia, chociaż na Zachodzie Europy był on wyrażony politycznie i programowo. Niemniej, wedle tradycji XIX wieku, samodzielność ruchu klasy robotniczej była stale kwestionowana, także w łonie samego ruchu robotniczego. Nie było to niczym nowym ani nieoczekiwanym. Walki programowe wewnątrz tego ruchu trwały przez cały czas istnienia I czy II Międzynarodówki.
 
 
Klasa robotnicza jest, podobnie jak burżuazja, cechą wyróżniającą systemu kapitalistycznego. Warto zauważyć, że jeśli odrzuca się wyróżnienie klasy robotniczej, także posługiwanie się kategorią „burżuazja” zaczyna brzmieć fałszywie. Klasa kapitalistów reprezentuje wówczas wobec reszty społeczeństwa sektor gospodarczy, staje się obiektywnym i naturalnym bytem, obiektywnym i naturalnym sposobem organizacji życia gospodarczego. W efekcie – politycznie przestaje być kwestionowana. Kwestionowany jest tylko sposób redystrybucji wyników gospodarczych w społeczeństwie – naturalny mechanizm gospodarczy, na wzór przyrody, której owoce byłyby dostępne każdemu gratis, gdyby tylko nie znalazł się przedsiębiorczy człowiek, który wpadł na pomysł „ogrodzenia” jakiejś części naturalnego pola i ogrodu po to, aby czerpać z niego korzyści materialne.
 
 
Sytuacja jest analogiczna do wspomnianej wyżej sytuacji po Rewolucji Francuskiej – demokratyzacja postulowana przez burżuazję, po jej zwycięstwie, nie stała w sprzeczności z dostosowaniem się burżuazji do systemu ograniczonej w swych przywilejach monarchii czy innego systemu nierówności społecznej. Większość przedstawicieli literackiego radykalizmu ograniczyła się do programu poszerzania wolności i swobód obywatelskich, bez poruszania kwestii organizacji życia gospodarczego. Zainteresowani tym tematem byli jedynie uczestnicy tej sfery życia społecznego. Swoją drogą, ciekawy i charakterystyczny jest zarzut wobec nich o tworzenie sprzeczności klasowych.
 
 
Z klasą robotniczą historycznie związane jest więc zauważenie problemu organizacji stosunków produkcji i jej wagi dla ruchu demokratyczno-socjalistycznego. Zagłębianie się w problematykę powoduje zawężanie jej istoty do faktycznego jądra sprzeczności klasowej między kapitalistą w sektorze produkcji materialnej a robotnikiem z jego przedsiębiorstwa.
 
 
Co warte są w tej sytuacji gaworzenia różnych najemnych ideologów aparatu partyjnej biurokracji, którzy do dziś utrzymują, że biurokracja realsocjalizmu była niezbędnym czynnikiem nadrabiania zacofania gospodarczego i modernizacji krajów półperyferii, mimo wysokich kosztów społecznych? Podobnie i orientacja na przyjęcie rozwiązania rynkowego w okresie transformacji wynika wyłącznie z nieadekwatnej koncepcji gospodarczej, braku zrozumienia warunków ekonomicznych i politycznych towarzyszących istnieniu dwóch obozów i ich faktycznego stosunku sił.
 
 
Na tej fałszywej kalkulacji opiera się złudzenie radykalnodemokratycznej części lewicy polegające na fałszywym przekonaniu, że kapitalizm – kiedy przestał być systemem rewolucjonizującym siły wytwórcze – nadal może się rozwijać na własnych podstawach. Perspektywy systemu kapitalistycznego ujawniają się dziś krachem inicjatyw bezkonfliktowego rozwijania współpracy zamiast rywalizacji i zażartej konkurencji prowadzącej do wojny.
 
 
W tej sytuacji ważne jest, aby zrozumieć, co jest zasadniczym celem rewolucji socjalistycznej. Na czym lewica rewolucyjna powinna skupić swe wysiłki. Nie jest ona w stanie posuwać się szeroką tyralierą, musi się skupić na zasadniczej sprzeczności.
 
 
Niezbyt mądre są więc licytowanie się w radykalizmie, polegające na skupianiu się na pozornie najłatwiejszych wątkach przyszłej rewolucji, tj. na drobnej przedsiębiorczości. Wszelkie wymuszenie poprawy warunków pracy na drobnych przedsiębiorcach zostanie zneutralizowane poprzez mechanizm inflacji. Nie mówiąc już o tym, że tacy właśnie drobni przedsiębiorcy są często uczestnikami np. ruchu Żółtych Kamizelek. Można domagać się innej redystrybucji od wielkich przedsiębiorców, co jednoczy różne klasy i grupy społeczne. Niemniej, w kierunku socjalistycznym prowadzi jedynie droga poprzez zmianę stosunków produkcji w sferze produkcji materialnej. Tutaj bowiem, jak pisaliśmy wyżej, kryje się mechanizm kapitalistycznego sposobu produkcji wymuszający komercjalizację pozostałych sfer życia – na zasadzie analogii i logiki kapitalistycznej.
 
 
Co więcej, poza sferą produkcji bezpośredniej, komercjalizacja nie jest postrzegana jako samo zło. Przedstawiciele tych dziedzin gospodarki są raczej niezadowoleni ze swego udziału w wartości dodatkowej, a nie z samej zasady. Wymiana wzajemna usług nie jest przyczyną problemu, jest to proces naturalny. Kapitalizm wprowadza sztuczne zasady (fałszujące prawdziwe mechanizmy), które odnoszą się nie do siły roboczej, ale do „wartości pracy”. Dlatego tak ważne jest odkrycie Marksa, że tak naprawdę to chodzi o wartość siły roboczej. Tylko takie podejście zrównuje pracę robotnika z pracą intelektualisty, w społeczeństwie odrzucającym komercjalizację życia społecznego.
 
 
Niezbędne jest to, aby uświadomić sobie, że chodzi o wartość siły roboczej, czyli o równość (hasło Rewolucji Francuskiej), nie mówiąc już o wolności i braterstwie. Wysuwany zarzut, że robotnik zarabia więcej niż intelektualista nie świadczy bynajmniej o gotowości intelektualisty do zrównania swego wynagrodzenia z wynagrodzeniem robotnika. To raczej zarzut, że świat jest postawiony na głowie, bo przecież praca kreatywna ma większą wartość niż praca fizyczna.
 
 
Podstawiając pod pracę człowieka, mamy alienację, która wcale nie jest niemiła klasie średniej.
 
 
Wystarczy sobie to uświadomić, aby wyobrazić sobie, że opór i sprzeciw wobec takiego konsekwentnie antykapitalistycznego podejścia będzie się pojawiał nie tylko wśród 1% właścicieli międzynarodowych korporacji, ale i u przewidywanych sojuszników ruchu robotniczego.
 
Jednak tylko przyjęcie tego do wiadomości jest warunkiem socjalistycznego charakteru zmian rewolucyjnych. Inaczej będzie to co najwyżej korektą zasad kapitalizmu. Z czym Buzgalin się godzi.
 
 
Pozostaje do udowodnienia, że od tego „kapitalizmu socjalnego” będzie bliżej do socjalizmu. A nam się wydaje, że będzie bliżej do kryptoniewolnictwa.
 
 
Ewa Balcerek i Włodzimierz Bratkowski
17 lutego 2019 r.

Rosyjski Ruch Socjalistyczny: Dlaczego jesteśmy przeciwko własności prywatnej

Rosyjski Ruch Socjalistyczny

 
Dlaczego jesteśmy przeciwko własności prywatnej?
 

James Conolly: Państwowy monopol przeciw socjalizmowi

James Connolly - irlandzki republikański socjalista

Jednym z najbardziej znaczących znaków naszych czasów jest ochoczość, jaką okazuje nasze walczące drobnomieszczaństwo, w stosunku do własności państwowej lub komunalnej,

OPZZ krytycznie o projekcie budżetu na 2017 r.

OPZZ

Międzynarodowy Fundusz Walutowy krytykuje… neoliberalizm

capitalism bankruptcy.jpg

Ekonomiści z Międzynarodowego Funduszu walutowego skrytykowali neoliberalną politykę gospodarczą – donosi Dziennik Trybuna.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

Sierp i młot