Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 30 gości.

Na stronie głównej

E. Balcerek i W. Bratkowski: Dziwolągi

KPP.jpg

Oświadczenie Komitetu Centralnego Partii Tude Iranu

Tudeh_2017.bjpg_.jpg

Oświadczenie Komitetu Centralnego Partii Tude Iranu: Pilna potrzeba wzmożenia wysiłków w celu zachowania pokoju w regionie i s

E.Balcerek i W. Bratkowski: Możliwiści porozumienia brak

CPC.jpg
See video

 
Teoria marksistowska dotycząca wyzysku wynika z analizy doświadczenia historycznego, z analizy antagonizmu klasowego, który zawsze rozgrywa się na poziomie sposobu produkcji. Kryterium jest interes klasy wyzyskiwanej. A ten jest dosyć prosty i polega na zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych. Inne koncepcje socjalistyczne wychodzą od aksjomatu trwałości aktualnego sposobu produkcji i analizują możliwości i sposoby tzw. sprawiedliwego podziału. Pojęcie „sprawiedliwości” jest tu nader ambiwalentne. Praca produkcyjna dotycząca podstawowych potrzeb jest od zawsze niżej ceniona od pracy z wartościami niematerialnymi, wymagającymi twórczego wkładu. Dlatego sprawiedliwość podziału wedle zasług merytorycznych nie znosi przeciwieństwa klasowego, tylko utrwala je na innej podstawie (zauważa to T. Piketty w swoim dziele o kapitale w XXI wieku, co poniekąd tłumaczyłoby jego niewielki, faktyczny odzew wśród lewicowców). 
 
Marksizm nie musi zwyciężyć, ale póki istnieją marksiści, ich zadaniem będzie ukazywanie odmienności podejścia marksistowskiego od pozostałych koncepcji socjalistycznych i socjaldemokratycznych. 
 
W sytuacji, kiedy sprzeczności uzyskały w schyłkowym kapitalizmie nadzwyczajną wyrazistość, widzimy, że antagonizm sprowadza się do wąskiego problemu klasowych stosunków produkcji w specyficznej dla kapitalizmu relacji w sferze produkcji. 
 
W praktyce politycznej naszych dni wyraża się to w następujący sposób: lewica demokratyczna nienawidzi tzw. realnego socjalizmu za brak demokracji. Za swój cel owa lewicowa opozycja demokratyczna (w PRL) uznała zmianę systemu produkcji na bardziej efektywny, czyli na gospodarkę rynkową, oraz osiągnięcie demokracji. Z zachowaniem sposobu podziału stosowanego w tymże PRL: pogardliwie traktowane (wraz z ich producentami) dobra materialne powinny być sprawiedliwie dzielone wśród pozostałej ludności zgodnie z zasługami merytorycznymi. W PRL arbitrem była biurokracja partyjno-państwowa, która mentalnie i ideologicznie była całym sercem z inteligencją twórczą. Ta ostatnia przejawiała niezrozumiałą niechęć do biurokracji, która przecież wiła się jak piskorz, żeby zadość uczynić „Moskalom”, ale i nie skrzywdzić ludzi, którzy powinni propagandowo sprzyjać biurokratycznej władzy. 
 
Opozycja robotnicza występowała z hasłem przywrócenia robotnikom (bezpośrednim producentom) decyzji o podziale dóbr podstawowych, czyli tych, które oni sami wytwarzali. Opozycja robotnicza była więc zwalczana z obu stron – przez biurokrację i przez opozycję tzw. demokratyczną. Dyktatura mniejszości, nawet wyzyskiwanej, kojarzy się nieuchronnie z totalitaryzmem.
 
Co innego demokratyczne decydowanie o podziale dóbr wytworzonych przez innych. Opcja socjalistyczna i socjaldemokratyczna uważały, że arbitrem powinna być demokratyczna reprezentacja społeczeństwa jako całości. Biurokracja była natomiast postrzegana jako emanacja klasy robotniczej, czyli faktyczna realizacja dyktatury mniejszości, wbrew większości społeczeństwa.
 
Społeczeństwo i wyrażająca jego nastroje demokratyczna opozycja stały jednak na stanowisku, że system rozdzielczo-nakazowy jest nieefektywny i przegrywa z modelem rynkowym (kapitalistycznym). Tym bardziej urzekała iluzja welfare state, która wydawała się związana z demokratycznym charakterem kapitalizmu, a nie z propagandą czynem socjalnych regulacji „realnego socjalizmu”. Złudzenie to podzielała sama biurokracja, ewoluująca zgodnie z przewidywaniami Trockiego w kierunku burżuazji kompradorskiej.
 
Transformacja okazała się sukcesem (przynajmniej w Polsce).
 
Drobny problem polega na tym, że rzeczywistość okazała się odległa od idyllicznej wizji. Zwycięski kapitalizm wycofał się z ciążącego mu brzemienia socjalu. W efekcie spadkobiercy opozycji demokratycznej pogodzili się we wspólnym problemie ze spadkobiercami biurokracji partyjno-państwowej(tzw. postkomunistami). Zrozumieli swój błąd, polegający na przypisywaniu jej roli emanacji interesów klasy robotniczej. Okazało się, że biurokracja może reprezentować interesy szerokiego społeczeństwa. Co więcej, radykalna lewica na Zachodzie, dotknięta tym samym problemem odarcia z iluzji, uznała, że nie ma lepszego i skuteczniejszego narzędzia nacisku na kapitał w celu oddania większej części wartości dodatkowej (nie mylić z dodaną) społeczeństwu nie zamieszanemu w produkcję dóbr mających ulec „sprawiedliwemu” podziałowi niż owa biurokracja.
 
W efekcie, program polityczny współczesnej radykalnej lewicy polega na przywróceniu władzy biurokracji państwowej (aparatu przymusu państwa) jako jedynej siły mogącej zapanować nad kapitałem. Jednocześnie, w odniesieniu do reszty społeczeństwa, postulowana jest „najszersza demokracja”, czyli gwarancja wpływu zainteresowanych na kształt podziału dokonywany przez biurokrację. Utopijność postulatu wpływu na biurokrację, która jest finansowo uzależniona od kapitału, nie wymaga dalszych komentarzy – spuśćmy zasłonę miłosierdzia na łagodny typ zidiocenia lewicy.
 
Eufemistycznie ujmując rzecz, słabość takiego programu polega na bezwarunkowym poparciu biurokracji państwowej i oparciu się na niej w kwestii wywłaszczania bezpośrednich producentów z owoców ich pracy pod pretekstem, że wywłaszczani są (za pomocą podatków) wywłaszczyciele-kapitaliści. Powstaje sytuacja, w której robotnicy przemysłowi poczuwają się do solidarności ze swymi wyzyskiwaczami, ponieważ rosnące opodatkowanie kapitaliści kompensują sobie zwiększonym wyzyskiem robotników, tłumacząc im, że gdyby nie wzrost opodatkowania, to oni by im (robotnikom) nieba przychylili i płacili tyle, co członkom rad nadzorczych.
 
Ale czemu robotnicy mieliby w mniejszym stopniu ulegać iluzjom niż „wykształciuchy”?
 
Fakt, że kapitaliści sektora produkcyjnego we własnym interesie przyciągają wykwalifikowanych robotników wyższą płacą, budzi w reszcie społeczeństwa wściekłość ze względu na domniemane sprzeniewierzenie się kryterium merytokratycznemu. Tymczasem takie, a nie inne relacje płacowe są niezmiennie podyktowane rynkiem, kalkulacją mającą na celu maksymalizację zysku. Kryterium merytokratyczne stoi z nim w sprzeczności. Jest kryterium pierwszego stadium przejścia do społeczeństwa bezklasowego – stadium socjalistycznego. Więc albo rynek i kryterium rynkowe (maksymalizacja zysku), albo socjalizm i kryterium merytokratyczne. Albo – albo.
 
Owoce pracy sektora dóbr podstawowych należą do niszy produktów poszukiwanych, na które popyt będzie się stale utrzymywał. Przyciąganie pracowników ma więc sens ekonomiczny. W logice rynku efekty pracy należącej do sfery usług luksusowych (a w ubożejącym społeczeństwie wszelkie usługi poza elementarnymi mają potencjalnie charakter luksusowy) tracą na wartości, ponieważ siła robocza usługodawców ma niską wartość (w przeciwieństwie do wytworów ich pracy).
 
Lewica niemarksistowska zapomina więc o tym, że wartość w relacjach społecznych nie zależy od kwalifikacji, ale od dostępności towaru-nosiciela tej wartości. Jeżeli sektor usług rośnie liczebnie ponadproporcjonalnie do wydajności pracy w sektorze dóbr podstawowych, to wartość siły roboczej, zatrudnionej w usługach, dramatycznie maleje.
 
Marksizm mówi o sprzedaży i o wartości siły roboczej, lewica niemarksistowska – o sprzedaży i wartości pracy. Oba odłamy lewicy mówią więc innym językiem. Możliwości porozumienia brak! Bo język wyraża interesy klasowe i grupowe.
 
Program nowoczesnej lewicy wyznającej socjalizm XXI wieku głosi więc porozumienie między biurokracją państwową (mającą trzymać za mordę kapitał) a kapitałem (odpowiedzialnym za trzymanie za mordę robotników). Idiotyzm tego postulatu bije po oczach. Biurokracja państwa kapitalistycznego jest komitetem zarządzającym interesami kapitału. Ledwo łapiąca poparcie społeczne jak ryba na piasku oddech lewica pretenduje do manipulowania biurokracją w celu trzymania w ryzach ambicji kapitału, podczas gdy ta biurokracja traktuje kapitał jako swego rzeczywistego pana.
 
Jednym słowem, nieprzejednany w gębie, ale faktycznie ugodowy stosunek nowoczesnej, demokratycznej, antytotalitarnej i antykomunistycznej lewicy do biurokracji PRL wynika z niedocenionej w swoim czasie skuteczności kombinacji jednoczesnego panowania nad robotnikami i nad kapitałem.
 
Polska radykalna lewica uważa, że jest zmuszona do opowiedzenia się albo za zwolennikami kapitalistycznej transformacji, albo za biurokracją partyjno-państwową. Taki jest niby realizm polityczny. W istocie zaś opowiadają się za biurokracją: w swoim czasie – na zasadzie oportunizmu, po transformacji – na zasadzie szukania usprawiedliwienia dla swego oportunizmu. Przyznanie, że istota konfrontacji społecznej w PRL leżała na osi: biurokracja – robotnicy unicestwia usprawiedliwienie ich oportunizmu. Dlatego też wymyślają na poczekaniu bzdury na temat systemu biurokratycznego jako niezbędnego etapu na drodze do industrializacji kraju zacofanego (kapitalizm państwowy). Nie potrafią i nie chcą dostrzec socjalizmu jako możliwie nie sprowadzającego się do jego stalinowskiego wyobrażenia, które samo było efektem nieudolności ekipy Stalina w stawieniu czoła niezwykle skomplikowanej sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej młodego państwa proletariackiego. Pragmatyczne wysiłki ekipy Stalina szły w kierunku upodobnienia systemu radzieckiego do globalnego trendu w rozwoju społeczeństw europejskich. O ile Lenin wyciągnął wnioski z rozejścia się dróg z socjaldemokracją II Międzynarodówki, o tyle Stalin nie potrafił zrozumieć tego programu wykuwanego w praktyce procesu rewolucyjnego. Dlatego dynamika nadana biurokracji przez ekipę Stalina została słusznie zdiagnozowana przez Trockiego jako dążenie biurokracji do przekształcenia się w burżuazję kompradorską, co stało się faktem w latach 90-tych.
 
Masowy konformizm nowoczesnej lewicy, polegający na utożsamieniu się z niewydolną programowo socjaldemokracją rodem z II Międzynarodówki, doprowadził do powtórzenia na skalę masową tej niewydolności, która czasowo była maskowana jedynie wysiłkiem kapitału, aby wygrać propagandowo z „realnym socjalizmem”.
 
Program lewicy postuluje więc system biurokratyczny z gospodarką rynkową, czyli totalitaryzm w odniesieniu do podziału pierwotnego, i pełną (choć utopijną) demokrację w odniesieniu do podziału wtórnego.
 
Sam kapitalistyczny sposób produkcji traktuje jako niezmienną stałą procesu.
 
I to jest przyczyna zdiagnozowanej, pełnej niewydolności politycznej lewicy. Nikt nie traktuje jej poważnie. I słusznie.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 3 stycznia 2020 r.
 

E. Balcerek i W. Bratkowski: W poszukiwaniu straconego czasu …

powertotheworkers.jpg
See video

 
Marks, w przeciwieństwie do Dwurieczeńskiego, zwrócił uwagę na fakt, że to epoka kapitału z jego dynamicznym wzrostem poziomu sił wytwórczych jest zasadniczym czynnikiem umożliwiającym zakończenie okresu „prehistorycznego” w dziejach ludzkości, a mianowicie okresu społeczeństw klasowych. Proletariat innych epok mógł mieć jak najlepsze cechy predestynujące go do roli antagonisty klasy wyzyskującej, niemniej sam fakt, że społeczeństwo nie osiągało takiego poziomu ekonomicznego, który umożliwiłby zaspokojenie potrzeb owego społeczeństwa i uzyskanie odpowiedniej nadwyżki, aby nie było to przeżycie na granicy minimum biologicznego, był wystarczającym powodem, aby najlepsze plany polityczne okazywały się wizjami utopijnymi. 
 
Proletariat i inne grupy społeczne istniały także w innych epokach, oczywiście w swoich mutacjach historycznych. Epoka kapitalizmu, która stworzyła możliwość przezwyciężenia fatum głębokich nierówności między członkami społeczeństwa, jest epoką specyficzną. Sprzeczność klasowa kapitalizmu ma również charakter specyficzny, opierający się na istnieniu klas toczących swój spór w obrębie kapitalistycznego sposobu produkcji. Dlatego proletariat – grupa istniejącą zawsze, wyróżniona ze względu na kryterium dochodowe (przeżycie na poziomie minimum biologicznego) – nie jest specyficzną grupą społeczną posiadającą cechy zdolne uczynić zeń skutecznego przeciwnika kapitału i jego grabarza. 
 
Dla Marksa i Engelsa z okresu młodości, pauperyzujące się masy społeczne, zmarginalizowane resztki minionej stratyfikacji społeczeństwa feudalnego, wpadały w tryby nowego sposobu produkcji, zasilając najbardziej prężnie rozwijający się sektor przemysłowy, który stanowił motor napędzający dynamikę gospodarczą tego ustroju. Jednak ta dynamika i wzrost wydajności pracy uruchomiły powolny mechanizm hamujący wzrost liczebności zatrudnienia w przemyśle. Wzrost wartości dodatkowej dał możliwość sfinansowania „nadbudowy” kulturowej i cywilizacyjnej. Oczywiście, funkcjonowanie tej sfery musiało przybrać postać właściwą kapitałowi, czyli formę komercjalizacji związanej z rynkiem. Funkcjonowanie tej sfery nadbudowy jest z konieczności analogiczne do funkcjonowania sfery pierwotnej gospodarki, czyli sfery przemysłowej, która podporządkowała sobie funkcje spełniane dotychczas przez gospodarkę chłopską, czyli bezpośredni kontakt z przyrodą poprzez wchłonięcie produkcji rolnej oraz rozwój przemysłu wydobywczego. 
 
Dotychczasowe formy mecenatu prywatnego bądź okazjonalnej wymiany na rynku lokalnym usług nie związanych z rolnictwem zostały zastąpione wynagrodzeniem na podobieństwo płacy roboczej. Dla sfery usług jest to jednak tylko forma mimikry, a nie taka relacja, która stworzyła ową sferę, jak to ma miejsce w przypadku robotników zatrudnionych w fabrykach przemysłowych.
 
Marks, analizując prace klasyków ekonomii, odkrył jak istotnie różna treść kryje się pod pojęciem sprzedaży „pracy” a pojęciem sprzedaży „siły roboczej”. W latach 40-tych XIX wieku nie miał jeszcze tej świadomości. Stąd irytujące Dwurieczeńskiego niespójności koncepcji proletariatu z okresu pisania Manifestu w porównaniu z tekstem Kapitału.
 
Jeśli chodzi o sprzedaż „wolnej pracy”, to Dwurieczeński popełnia za młodymi klasykami charakterystyczny błąd, który został skorygowany dopiero przez Marksa w ramach pracy nad Kapitałem. Z przedkapitalistycznej „komercjalizacji” swoich usług utrzymywały się niektóre grupy społeczne, niekiedy na całkiem dobrym, wręcz uprzywilejowanym poziomie, np. lekarze dworscy czy artyści. Nie byli to jednak pracownicy najemni, nawet jeśli ich czas był wypełniony służbą u możnych. Nie sprzedawali swej siły roboczej, choć w pewnym sensie (mało precyzyjnym) sprzedawali swą „pracę”, a raczej efekty tej pracy.
 
Jeżeli uwzględnić rozróżnienie między „pracą” a „siłą roboczą”, to możni kupowali dobra i usługi wytworzone przez szeroko pojętych rzemieślników i usługodawców, którzy pozostawali właścicielami swej siły roboczej w momencie wykonywania usługi. Jednym słowem, ponieważ wszystko było inne, a dopiero kapitalizm wprowadził rozróżnienie między „siła roboczą” a „pracą” (co skonstatował Marks, ponieważ jeszcze klasycy ekonomii jak Smith czy Ricardo nie potrafili tego dostrzec), to sam fakt nie posiadania dochodu z własności (poza własnością swej siły roboczej), co jest sytuacją nie pozwalającą na utrzymanie na poziomie przewyższającym przeżycie, rzeczywiście nie wystarczy do prowadzenia skutecznej walki klasowej.
 
Jak skonstatowaliśmy wyżej, nie ma powodu, aby twierdzić, że przemysłowa klasa robotnicza byłaby w stanie obalić system wyzysku epok przedkapitalistycznych tylko dlatego, że posiada 5 uświęconych przez Dwurieczeńskiego cech predestynujących do sukcesu. Każda epoka ma swoich wyzyskiwanych, których walka jest adekwatna do konkretnej sytuacji. Nieskuteczność walki w epokach minionych wynika nie z cech proletariatu (nie mógł on być inny, niż był), ale ze stopnia rozwoju sił wytwórczych. Proletariat nie był wówczas dojrzały, ponieważ warunki gospodarcze były dla celu emancypacyjnego niedojrzałe. W związku z tym, walka klasowa nieuchronnie rozbijała się o własną utopijność.
 
Warto też zauważyć, że w ustroju niewolniczym, główną siłą produkcyjną nie byli niewolnicy, ale rolnicy. Niewolnicy nie stanowili siły roboczej, niezależnej od właściciela, byli jakby przedłużeniem jego ramienia, jego narzędziem. W terminologii marksizmu powiedzielibyśmy, że z tego właśnie powodu, niewolnicy nie tworzyli wartości (poza wartością użytkową), ponieważ nie produkowali na rynek, ale dla swego właściciela, tak jak narzędzie czy wół roboczy. Jeżeli dobro znalazło się na rynku w charakterze towaru, to reprezentowało ono właściciela niewolnika, a nie niewolnika. Inaczej było w przypadku rolnika – kiedy wyprodukowany przezeń towar trafiał na rynek, reprezentował swego bezpośredniego wytwórcę.
 
W epoce feudalizmu mieliśmy do czynienia z chłopami, którzy nie byli już niewolnikami, ale nie byli jeszcze całkowicie osobiście niezależni od właściciela obrabianej przez nich ziemi.
 
Wszystkie te epoki miały w ramach społeczeństwa takie grupy, które nie zajmowały się produkcją materialną, produkcją dóbr służących do reprodukcji społeczeństwa. Grupy te należały do sfery tzw. nadbudowy i czerpały swe środki do życia z nadwyżek produkcji materialnej, czyli z wartości dodatkowej, przywłaszczanej przez właścicieli środków produkcji i wydawanych przez nich na konsumpcję luksusową (dobra kultury należą do sfery dóbr luksusowych w epokach sprzed rozwiniętego społeczeństwa burżuazyjnego).
 
W kapitalizmie, tylko przemysłowa klasa robotnicza stanowi specyficzną grupę zatrudnionych adekwatną dla potrzeb nowego sposobu produkcji. Zastępuje ona w tej mierze chłopstwo, które zastąpiło rolników starożytności.
 
Trzeba dużo wysiłku intelektualnego, aby zapomnieć o zasadniczym znaczeniu sposobu produkcji w teorii Karola Marksa i skupić się wyłącznie na cechach proletariatu – grupy społecznej o charakterze dynamicznym i przejściowym. A Dwurieczeńskiemu można zarzucić sporo, tylko nie to, że nie przyłożył rzetelnego wysiłku.
 
Dwurieczeński przypomina, że dla Marksa proletariat ma skupić absolutną większość pauperyzującego się społeczeństwa. Nie sposób nie zauważyć, że snucie przypuszczeń na temat takiej tendencji opierało się na procesach, które miały miejsce w rzeczywistości, ale które nie miały charakteru zdeterminowanego. Ogromny, dynamiczny wzrost sił wytwórczych spowodował możliwość takiego przyrostu wartości dodatkowej w sferze produkcji materialnych warunków życia społeczeństwa, że rosnąca część społeczeństwa nie musiała spadać do poziomu robotników fabrycznych, zadając kłam nieco prymitywnym, niedialektycznym wizjom rozwoju społecznego.
 
Kapitalizm nie spowodował jakościowej zmiany w relacjach społecznych, jeśli chodzi o stosunki klasowe. Nadal bogactwo społeczne było wytwarzane w sferze produkcji materialnej, służąc za fundament potencjału rozwoju społeczeństwa we wszelkich innych aspektach. Zmieniły się jednak reguły podziału wytworzonego bogactwa. W poprzednich epokach podstawę utrzymania stanowiło posiadanie własności ziemskiej. Rozwój rzemiosła i usług różnego typu był spowodowany przymusem uzyskiwania w jakiś sposób dostępu do dóbr pierwszej potrzeby. Podstawą życia społecznego była praca chłopstwa, a dobra tam wytwarzane były kierowane na rynek i za pomocą jego mechanizmów rozprowadzane wśród reszty społeczeństwa. Im wydajniejsza produkcja rolna, tym więcej dóbr rolnych można było wymienić w zamian za rosnącą ilość usług z innych sektorów gospodarki. Niezależnie od mnożenia się szczebli pośredniczących i wpływu importu oraz ingerencji państwa, zasadnicze znaczenie w skali globalnej miała produkcja rolna.
 
W miarę swego rozwoju przemysł zaczął przejmować tę funkcję stając się monopolistą utrzymywania stosunków z rolnictwem, czyli z produkcją bogactwa materialnego, nie wspominając o gwałtownym rozwoju przemysłu wydobywczego.
 
I tu dochodzimy do pewnego paradoksu, na który Oleg Dwurieczeński nie zwraca uwagi. Jeżeli dynamiczny rozwój sił wytwórczych powoduje wzrost zamożności społeczeństwa, prowadząc do poszerzenia grup społecznych mogących utrzymać się z wymiany swych usług na towary pierwszej potrzeby czy na potrzeby materialne jako takie, to zahamowanie wzrostu szeregów proletariatu jest całkiem naturalnym skutkiem i nie powinno budzić nastrojów przygnębienia u Dwurieczeńskiego ani u lewicy.
 
Jeżeli przestaniemy trzymać się jak pijany płotu owych 5 charakterystyk proletariatu, na których Dwurieczeński opiera cały swój uczony wywód, i przestaniemy traktować Kapitał jako zasadniczy błąd metodologiczny na spójnej drodze od Manifestu komunistycznego do II Międzynarodówki (kiedy to nastąpiła korekta definicji proletariatu o warstwy pośrednie w epoce stabilnego kapitalizmu – co pośrednio doprowadziło do konfliktu ideologicznego między Leninem a rewizjonizmem II Międzynarodówki), to mamy szansę zauważyć, że zasadnicze znaczenie dla tej definicji ma miejsce w systemie produkcji, które staje się coraz ważniejsze, w miarę, jak tracą na znaczeniu takie cechy, jak poziom wynagrodzenia.
 
Jak podaje T. Piketty (w książce Kapitał w XXI wieku, passim), w XX wieku znalazł ukoronowanie proces zamiany dochodu z kapitału na dochód z pracy, jeśli chodzi o źródło utrzymania członków społeczeństwa. Przy okazji, stopień zróżnicowania (nierówności społecznych) nie uległ zmianie na korzyść, poza krótkim okresem powojennym, kiedy to ogólnie ożywiła się koniunktura na tle wychodzenia z wojennego załamania. Jednocześnie, na co zwraca przytomnie uwagę Piketty, wzrosło społeczne przyzwolenie na zaistniałe nierówności: są one uważane za uzasadnione merytorycznie, czyli… uzasadnione wystarczająco. Drobnomieszczaństwo strzela sobie w stopę, a wraz z nim, nie mniej ochoczo, drobnomieszczańska lewica. W związku z tym, charakterystyka polegająca na utrzymywaniu się z pracy najemnej przestała służyć jako cecha konstytutywna dla upośledzenia (nierówności społecznej).
 
Dwurieczeński szuka uzasadnienia dla nieefektywności lewicy w zawężeniu się grupy najbardziej spauperyzowanej, żyjącej na skraju nędzy. Piketty pokazuje, że przez większość istnienia społeczeństwa klasowego, różnice między górnym decylem a resztą społeczeństwa pozostawały na szokującym poziomie, utrzymując się przez całe stulecia. Jeszcze bardziej szokuje rozbieżność między górnym centylem a 90% decyla, nie mówiąc już o przepaści w stosunku do przymierającej głodem pozostałej ludności. Tak więc, nędza niekoniecznie bywa motywem dla skutecznej walki klasowej. Wszystkie cechy proletariatu, na które powołuje się Dwurieczeński za młodymi klasykami marksizmu, odwołują się do żywiołowego buntu przeciwko nędzy. Tymczasem ta definicja proletariatu, aczkolwiek ma podstawy w pismach Marksa i Engelsa, wymaga skonfrontowania z późniejszym rozwojem proletariatu i z tym, co na ten temat pisał Marks w swych dojrzałych tekstach.
 
Dwurieczeński trzyma się opinii, że wraz z rozwojem kapitalizmu proletariat będzie coraz liczniejszy i będzie obejmował zasadniczo całość społeczeństwa, albowiem wszyscy ci, którzy nie utrzymują się z kapitału z definicji należą do proletariatu lub będą do niego nieuchronnie należeli. Motywem determinacji w zwalczaniu kapitału jest bowiem skrajna nędza związana z brakiem dostępu do dochodów z kapitału czy innej własności. Tymczasem zaliczenie do proletariatu niekoniecznie wiąże się z pauperyzacją. Sięganie do sztuczki z pracownikami najemnymi niewiele pomaga. Dwurieczeński ucieka się do rozróżnienia między proletariatem a pracownikami najemnymi, gdzie jedynym kryterium rozróżnienia jest poziom dochodu, co pozwala mu na utrzymanie ulubionej tezy o tym, że pojęcie proletariatu jest węższe od pojęcia klasy robotniczej. Konia z rzędem temu, kto powie czym się wówczas różni klasa robotnicza od klasy pracowniczej, czyli od całości pracowników najemnych. Dla nowej lewicy  nie ma tu w ogóle żadnego problemu – nie różni się niczym, ba, w czasach Marksa już się nie różniły. Co więcej, dla nowej lewicy, nie różnią się niczym od proletariatu. I dopiero tu Oleg się porządnie wnerwia. Proletariat to ubodzy członkowie klasy robotniczej vel pracowniczej. Super naukowe kryterium…
 
Marks by się załamał…
 
Okazuje się przy okazji, że motywem oporu wobec kapitału nie jest pierwsza w kolejności cecha proletariatu – bycie pracownikiem najemnym. Pierwsze trzy cechy są bowiem według Dwurieczeńskiego warunkami koniecznymi (pracownik najemny, brak dochodów z własności i procentu z kapitału), ale niewystarczającymi. Tymi ostatnimi, determinującymi stosunek do kapitału, są: skoszarowanie w fabryce oraz życie na granicy biologicznego przetrwania.
 
Jak nie wegetuje, to nie ma szansy na świadomość klasową. Szukamy więc nieudaczników życiowych w dowolnej grupie społeczeństwa (proletariatu, klasy robotniczej, klasy pracowniczej itd.) Zawsze się tacy znajdą. Tyle że odkrywamy nierzadko, iż są to ofiary własnej nieudolności merytorycznej, dziedzicznej czy nie, ale faktycznej. Należy im nie tyle wnosić świadomość (na najbliższe 2-3 pokolenia to beznadziejna sprawa!), co pomagać. I na tym polega gros wysiłku nowoczesnej lewicy – konkurowanie w charytatywie z Kościołem i służbą socjalną państwa, najlepiej z dofinansowania z budżetu lub z datków współczującej, wyższej klasy średniej, która ma możliwości, ale nie ma chęci zmiany istniejących stosunków społecznych.
 
Jak wykazywaliśmy, pierwsze trzy cechy nie mają sensu w odniesieniu do epok poprzedzających kapitalizm, tak samo jest z cechą czwartą, dopiero skrajne ubóstwo pozwala dostrzegać podobieństwo między proletariatem epok przedkapitalistycznych i epoki kapitalizmu. Rzecz w tym, że ta czwarta cecha przestaje istnieć w współczesnym świecie. A przynajmniej w tej jego części, która interesuje nowoczesną lewicę, czyli w rozwiniętym Centrum.
 
*
 
I nawet czujnie, ponieważ w Centrum istnieje tradycja walki klasowej, opartej na teorii marksizmu. Lewica zachodnia najlepiej by się przyczyniła do sukcesu sprawy, gdyby skupiła się na teorii, bo z Centrum wychodzi najbardziej jadowita propaganda antymarksistowska i antykomunistyczna. Tej należy się przeciwstawić, a nie płynąć z prądem wszechogarniającej gnojówki przedstawianej jako naukowo uzasadniona adekwatność teorii z praktyką. To czysta wymówka!
 
*
 
Dla Dwurieczeńskiego, konsekwentnie, pojęcie „proletariat” jest węższe niż pojęcie „robotnik”, ponieważ robotnik ma wszystkie cechy proletariatu poza cechą piątą, która także przestaje mieć znaczenie (w Centrum). Wbrew powszechnemu mniemaniu na nowoczesnej lewicy, dla Dwurieczeńskiego pojęcie proletariatu jest więc węższe niż pojęcie klasy robotniczej.
 
Nie podaje on definicji klasy robotniczej, ale rozumie pod tym pojęciem zasadniczo to samo, co reszta lewicy – wszystkich ludzi pracy najemnej, pracujących dla kapitału niezależnie od działu gospodarki. Proletariat to więc klasa robotnicza, tyle że żyjąca ledwo ledwo ze swej płacy roboczej. Stanowi on bardzo ograniczoną mniejszość świata pracy. W czasach Lenina i Rewolucji Październikowej, przemysłowa klasa robotnicza, a szczególnie robotnicy przemysłu metalowego stanowili awangardę walki klasowej, zdolną przyciągnąć do tej walki pozostałe odłamy ludzi pracy. Dwurieczeński zadaje sobie i nam pytanie o to, czy dziś ten klasyczny odłam najsłabiej zarabiających robotników jest w stanie pociągnąć za sobą inne odłamy proletariatu. Nie wychodzi mu to specjalnie pocieszająco.
 
Dwurieczeński popełnia kolejny błąd, ponieważ nie bierze pod uwagę faktu, iż robotnicy przemysłu metalowego niekoniecznie byli najbardziej upośledzoną płacowo częścią proletariatu Rosji. Awangardowa rola tego odłamu klasy robotniczej (gdyby Dwurieczeński trzymał się Lenina, a nie swoich wyobrażeń na jego temat) wynikała z miejsca tej klasy w systemie produkcji kapitalistycznej w Rosji (dynamika gospodarcza), zaś skłonność innych grup, w tym proletariatu wiejskiego, do poddania się przewodnictwu klasy robotniczej wynikała z dużo gorszych warunków płacy i życia owych grup. Zasadnicze znaczenie dla pełnienia funkcji awangardy ma nie tyle poziom życia, ile właśnie miejsce w społecznym sposobie produkcji i aktywność polityczna. Aktywność i jej skuteczność są związane z charakterem pracy (nie tyle liczebność absolutna, co koncentracja, a także możliwość przejęcia systemu produkcji bogactwa społecznego przez awangardę z uwagi na stopień kolektywnej organizacji na co dzień).
 
Świadomość klasy robotniczej pracującej w przemyśle nie jest kwestią żywiołowości, jeśli wierzyć Leninowi. A praktyka wykazała, że wiedział, co mówi.
 
Tymczasem cały wysiłek Dwurieczeńskiego oraz krytykowanej przezeń lewicy skupia się na biadoleniu nad brakiem żywiołowo ukształtowanej świadomości klasowej wśród szerokiej rzeszy pracowników najemnych. Jeżeli świadomość klasowa kształtuje się pod wpływem doświadczenia nędzy, a baza społeczna takiej potencjalnej świadomości zawęża się dramatycznie, to perspektywa skutecznej polityki lewicowej rysuje się bardzo marnie.
 
Wedle Dwurieczeńskiego, Marks w Kapitale miesza pojęcia proletariatu i klasy robotniczej. Następnie Lenin uważa klasę robotniczą za awangardę proletariatu, co kłóci się z Dwurieczeńskiego koncepcją, że proletariat jest węższym pojęciem. Wynika stąd, że według Lenina jest akurat odwrotnie. Współczesna lewica także traktuje proletariat jako pojęcie szerokie, jako całokształt świata pracy najemnej plus grupy zmarginalizowane. W przeciwieństwie do Dwurieczeńskiego niekoniecznie musi w nim występować cecha życia na granicy absolutnego ubóstwa. Wystarczy ubóstwo względne, mierzone wobec żyjących z własności lub wobec innych grup „proletariuszy”.
 
W pewnym sensie, upór Dwurieczeńskiego przy przypisywaniu proletariatowi wąskiego zakresu znaczeniowego wynika z chęci utrzymania tej cechy, która wyróżnia klasyczną, przemysłową klasę robotniczą. Chodzi o bycie nośnikiem interesu antykapitalistycznego.
 
Dla Dwurieczeńskiego proletariat to część klasy robotniczej, a pojęciem szerszym od klasy robotniczej jest pojęcie pracowników najemnych. Współcześnie, w warunkach współczesnego kapitalizmu, nie mamy do czynienia z przeciwstawieniem burżuazji proletariatowi, ale z opozycją między kapitalistami a pracownikami najemnymi.
 
Proletariat nie uległ bezwzględnej pauperyzacji, a sprzeczność między burżuazją a proletariatem opierała się na sprzeczności między bogactwem a nędzą. W ten sposób, Dwurieczeński dokonał uzasadnienia nowolewicowej tezy o zakończeniu konfliktu opartego na Marksowskiej tendencji do powszechnej pauperyzacji i przyjął nowolewicową tezę o aktualności sprzeczności między dochodem płynącym z kapitału a dochodem płynącym z wynagrodzenia za pracę najemną. W tym przeciwstawieniu w kąt idą pozostałe cechy proletariatu, a pozostaje domniemany zasadniczy aspekt: sprzeczność między kapitałem a pracą.
 
Na pierwszy rzut oka wygląda to na trzymanie się Marksowskiej i Leninowskiej dewizy o decydującym znaczeniu miejsca w sposobie produkcji. Jedna klasa czerpie dochody z kapitału, druga – z pracy. Ta sprzeczność ma charakter najbardziej klasowy, nie ma bardziej skrajnej sprzeczności.
 
Problem w tym, że jak wskazuje Piketty, nierówności dochodowe oparte na wynagrodzeniu za pracę zastąpiły dziś nierówności związane z dochodami z własności czy z kapitału.
 
Dwurieczeński przytacza także dowody oparte na statystyce, wskazując na ilościowy wzrost zatrudnienia w trzecim sektorze (usług) kosztem rolnictwa i przemysłu, nawet w krajach tradycyjnie uważanych za zbliżone do modelu Marksowskiego.
 
Zamiast uważać, że przyrost zatrudnienia w trzecim sektorze (usług) jest możliwy ze względu na wzrost wydajności pracy i produktywności środków pracy, za czynnik wzrostu bogactwa społecznego uważa się wzrost wartości przetwarzanej w sektorze usług. Największy przyrost zatrudnienia w sektorze usług mają kraje najwyżej rozwinięte, co współczesna lewica interpretuje jako przyczynę wzrostu bogactwa społecznego, a nie jako efekt tego wzrostu. Do pewnego stopnia można przyjąć, że atrakcyjna oferta sektora wysokorozwiniętych usług działa jako podniesienie efektywnego popytu danego społeczeństwa. Jednocześnie jednak, społeczeństwa te są bardziej uzależnione od dostaw zewnętrznych i niezdolne do przetrwania na zasadach autarkii. W tych społeczeństwach rośnie rozwarstwienie społeczne, które przenosi się jako „osiągnięcie cywilizacyjne” na pozostałe kraje. Górny decyl bogaci się, zaś pozostała część społeczeństwa traci stabilność ekonomiczną.
 
Zaostrza się sprzeczność między bogatymi a biednymi, co bardzo przypomina sytuację z okresu kształtowania się proletariatu. Konflikt jest bezpośredni, a więc niczego więcej nie trzeba ani nowoczesnej lewicy, ani Dwurieczeńskiemu. Wszystko jest tak, jak Marks zawarł w Manifeście.
 
*
 
Ostatecznie więc, Dwurieczeński nie wychodzi poza „osiągnięcia” teoretyczne nowoczesnej lewicy, tyle że podlewa je sosem warsztatu naukowego, który – jak to wykazaliśmy – opiera się na wyrywkowym zajmowaniu się wnioskami płynącymi ze scholastycznie obracanej definicji proletariatu bez zrozumienia kontekstu i dynamicznej oraz dialektycznej (wewnętrznie sprzecznej) natury procesu tworzenia się proletariatu i jego bynajmniej nie jednoznacznego stosunku do klasy robotniczej sektora przemysłowego.
 
Kapitalizm jako sposób produkcji ma charakter historyczny. Jego dynamizm powoduje, że zmiany wywołane przez naturalny proces zachodzą szybciej niż w poprzednich epokach. Brak adekwatnego rozwiązania problemu sprzeczności klasowej na bazie kapitalistycznych stosunków produkcji skutkuje komplikowaniem się sytuacji, być może aż do momentu, kiedy sprzeczności staną się nierozwiązywalne na gruncie tego systemu (ze względu na jego ostateczne przegnicie). Logika rozwoju sił wytwórczych zawiera w sobie tendencję do zawężania grup społecznych uwikłanych w antagonistyczny konflikt. Należy ten proces traktować jako uproszczenie sprzeczności przy jednoczesnym skomplikowaniu układu relacji z licznie powstałymi grupami, wyłonionymi z proletariatu, a które mają różny stosunek do owego podstawowego antagonizmu. Zasadniczo jednak, historycznie grupy spoza sfery produkcji materialnej utrzymywały się z nadwyżki ponad potrzeby bezpośrednich producentów (a nawet z ograniczania tych potrzeb do granic przetrwania biologicznego). W tym sensie, historycznie grupy te są obarczone dziedzictwem wzajemnej niechęci do bezpośrednich producentów (obiektywny konflikt interesów), co zbliża je do ideologii klas panujących. Jednocześnie, narastająca pauperyzacja wywołuje bieżący konflikt z burżuazją, która poprzez aparat państwa sprawuje monopol na podział wtórny dochodu i dochodów. Z historycznego punktu widzenia, nadbudowa kulturowa i cywilizacyjna stanowi luksus społeczeństwa mogącego sobie na to pozwolić kosztem bezpośrednich producentów.
 
Interesem klasy robotniczej (bezpośredniego producenta materialnego bogactwa społecznego) jest uzyskanie dostępu do możliwości pełnej realizacji swego potencjału twórczego. Jeśli chodzi o obalenie panowania kapitału nad procesem produkcji, to jest to rzecz do osiągnięcia przez robotników w ramach ich własnej walki klasowej, choćby wbrew wszystkim innym grupom społecznym. Ale realizacja celu komunizmu, czyli rozwoju owego potencjału, wymaga porozumienia z grupami nieantagonistycznymi, które powinny przełamać swój lęk przed utratą dochodów ze sprzedaży efektów swej pracy intelektualnej. Miraż możliwości dorobienia się dzięki swemu potencjałowi kreatywnemu pokutuje w drobnomieszczaństwie, skutecznie izolując je od poczucia wspólnoty interesów z klasą robotniczą.
 
Współczesna lewica całkowicie angażuje się w drobnomieszczańską walkę o lobbing w biurokratycznym aparacie państwa burżuazyjnego w celu zapewnienia sobie większego udziału w torcie powstałym z wyzysku pracowników bezpośrednio produkcyjnych. Dopóki ta taktyka jest jako tako skuteczna, tylko świadome jednostki spośród drobnomieszczaństwa są skłonne przyłączyć się do walki robotników.
 
Analizy i wywody Dwurieczeńskiego nie prowadzą do przezwyciężenia impasu w skuteczności działań lewicy. Lewica pozostaje zaledwie okresowo wykorzystywanym narzędziem do pacyfikacji nastrojów społecznych. Współcześnie, w tej roli została zastąpiona przez prawicowych populistów.
 
Z analiz Marksa wynika, że starzenie się kapitalizmu osłabia go i powoduje, że zmiana ustrojowa staje się prostsza. Sam proces zawężania pola antagonizmu klasowego sprawia, że przewrót może stać się formalnością. Pod warunkiem przekonania do tej strategii grup potencjalnie sojuszniczych, warstw drobnomieszczańskich, świadomych faktu, że kapitalistyczne stosunki hamują pełny rozwój kreatywności do poziomu określonego prymitywnymi lub wyrafinowanymi potrzebami jednostek z klasy panującej. Ale na pewno malejąca liczebnie klasa panująca nie potrzebuje tej liczby usługodawców, traktując ich jak przedmiot jednorazowego użytku.
 
Pozostała, mniejsza część usługodawców służy jako narzędzia do utrwalania dominacji technologicznej nad resztą świata, blokując postępowe, prospołeczne zmiany. Drobnomieszczaństwo traktuje swoje problemy socjalne jako zasadnicze problemy klasowe, specyficzne dla kapitalizmu, co jest fałszywą świadomością, co więcej – nie znajduje uzasadnienia w analizach Marksa. Dwurieczeński usiłuje przywrócić spójność teorii marksowskiej, wyrzucając z niej wszystko to, co stanowiło historycznie o jej sile. Dlatego kategorycznie odrzucamy rozumowanie Dwurieczeńskiego, jednocześnie doceniając podjęcie przezeń problemu i dostrzeżenie problemu tam, gdzie zadowolona z siebie lewica pozostaje ślepa jak kret (bynajmniej nie ten kret, o którym pisał Marks).
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 2 stycznia 2020 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Komórki, polityka, determinizm

commie.jpg
See video

 
Z drugiej strony, ponieważ efektem pożądanym jest sukces (jakkolwiek rozumiany), efektem masowego procesu jest właśnie sukces. Ten sukces skutecznie zamyka drogę dla różnorodności, która stawia czoła determinizmowi. Nieoznaczoność jest przerzucana na coraz wyższy poziom organizacji, gdzie podlega temu samemu procesowi. Stan organizacji materii, Wszechświata, rośnie prowadząc ostatecznie do bezruchu, czyli do śmierci. Śmierć jest tylko punktem wyjścia dla nowego początku, więc nie ma w tym nic negatywnego.
 
Tak jak nasze ciała są zbudowane z komórek, które straciły wolność (indeterminizm), tak my tworzymy struktury społeczne, które odbierają nam naszą wolność w imię trwałości owej wyższej struktury. Wyższa struktura zapewnia nam warunki przetrwania, które zmieniają się w miarę, jak odchodzimy od życia na poziomie zwierzęcym, instynktownym, a przechodzimy do życia, gdzie społeczeństwo zastępuje nam kontakt z przyrodą. Lubimy to. Wystarczy spojrzeć na nasze miasta i miasteczka, gdzie schludny asfalt zastępuje błoto. Na zewnątrz, na ulicach mamy jak w domu, tylko kłaść dywany. Zamykamy dachy nad naszymi ulicami przygotowując się do życia w wiecznym zaduchu społecznego ciała, niczym komórki naszego organizmu w naszym ciele. One też nie widzą już słońca ani chmur. Żyją w ciemności naszego wnętrza, zajmując się codziennymi sprawami, od których zależy sprawne funkcjonowanie naszego organizmu. Czego chcą komórki? Może chcą czasem zobaczyć słońce i niebo?
 
Nasze nastroje i nasze samopoczucie zależą od humoru naszych komórek. A one potrzebują używek, żeby zabić w sobie tę potrzebę oglądania słońca i chmur na niebie. My, jako struktura o wyższym poziomie zorganizowania, możemy trzymać komórki w ryzach, ale nasze samopoczucie jest wypadkową ich samopoczucia.
 
W gruncie rzeczy tak właśnie rozumie zależność między nami a naszymi składowymi współczesna nauka. Aby wyjaśnić, co dzieje się w naszym organizmie, szukamy odpowiedzi w analizie zachowania naszych komórek ciała. Nie przyjmuje nauka do wiadomości wyjaśnień, które traktowałyby części elementarne jak czarną skrzynkę, jak zbiór pewnych całości funkcjonalnych, gdzie nie jest ważne zachowanie poszczególnych "indywiduów”, ale idealizacja ich funkcji, czyli wypadkowa ich jednostkowych zachowań, coś, co może być zdeterminowane, a więc – poddane terapii z punktu widzenia całości (struktury) nadrzędnej.
 
Wypadkową tych wszystkich procesów jest jednak także powstanie zbiorowej świadomości, która gromadzi indywidualne doświadczenia, ale hierarchizuje je wedle częstotliwości występowania i sukcesu funkcjonalnego. Ta świadomość dorasta do poziomu, kiedy możliwe jest zrozumienie, w jaki sposób można przeciwstawić się zdiagnozowanemu determinizmowi zarysowanego procesu.
 
Budowanie wyższego poziomu struktury wymaga specjalizacji „komórek” tworzących ową strukturę. Warunkiem jest jeden i ten sam mechanizm dla wszystkich typów wyspecjalizowanych komórek, mechanizm oparty na współdziałaniu owych grup komórek. Warunkiem zachowania struktury na poziomie obecnym, z dostępem do przyrody, jest powstrzymanie procesu specjalizacji poszczególnych komórek.
 
Ta właśnie idea jest opisana przez komunistyczny postulat wszechstronnego rozwoju każdej jednostki. U podłoża tego postulatu leży właśnie życzenie niezróżnicowania funkcjonalnego komórek-jednostek ludzkich. Taka sytuacja uniemożliwia powstanie wyższej, obejmującej szerzej, struktury.
 
Ścisła zależność między komórkami powstaje z chwilą, gdy jedne z nich zajmują się zaopatrywaniem całości w pożywienie dostarczające energii dla zachodzenia wszelkich procesów. Inna grupa komórek przejmuje funkcje organizacyjne i kierownicze, a ich bezwzględne uzależnienie od komórek dostarczających energię powoduje konieczność ubezwłasnowolnienia tych ostatnich, tak aby nie mogły się usamodzielnić i „olać” komórki przywódcze. Wymaga to izolacji od środowiska naturalnego, które akurat daje „robolom” komórkowym przewagę, ponieważ mają one atawistyczną umiejętność poruszania się w tym środowisku. Życie w społeczności wymaga natomiast znajomości wyrafinowanych reguł, które są dopiero nabywane w procesie socjalizacji. A proces socjalizacji jest przeprowadzany z myślą o stworzeniu sprawnie funkcjonującej struktury izolującej jednostki od bezpośredniego kontaktu z przyrodą jako środowiskiem życia, a nie tylko rozrywki.
 
Nie są więc przedmiotem walki klasowej różne rodzaje socjalizacji w ramach społeczeństwa klasowego, ale tylko i wyłącznie jedna i zasadnicza kwestia – zahamowanie procesu utrwalania specjalizacji. Dlatego, w miarę jak rośnie zapotrzebowanie na utrzymywanie pozorów wolności w zaciskającym swe obręcze społeczeństwie, które przechodzi na nowy etap organizacji, pole walki klasowej zamiast się poszerzać, zawęża się do tego zasadniczego wyzwania. Nie chodzi bowiem o przytulne urządzenie celi, ale o nie znalezienie się w niej.
 
Bo z czasem, zza krat celi przestajemy w końcu dostrzegać słońce i niebo.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 31 grudnia 2019 r.

E. Balcerek i W. Bratkowski: Syzyfowa praca najemna

proletariat-d0012080511.png
See video

 
Dla Dwurieczeńskiego w grę wchodzi jeszcze kwestia skrajnego ubóstwa (przeżycie z dnia na dzień). W ten sposób Dwurieczeński dochodzi do zadziwiającego (i jałowego) wniosku, że proletariat jest kategorią węższą od kategorii robotnika. 
 
Komentator SM słusznie podkreśla, że w odróżnieniu od Dwurieczeńskiego, który odwołuje się do socjologicznego, burżuazyjnego punktu widzenia, nakazującego różnicowanie klasowe ze względu na poziom dochodu, Marks kierował się stosunkiem do własności środków produkcji. Idzie jednak dalej w swym zapale twierdząc, że proletariat wymaga koniecznie dla siebie kontrpartnera w postaci klasy kapitalistów. Niekoniecznie, a mówi nam o tym przykład starożytnego Rzymu. Natomiast tego kontrpartnera wymaga klasa robotnicza. Ten błąd wskazuje na fakt, że pomieszanie pojęć nie zostało jeszcze całkowicie przezwyciężone u krytyków Dwurieczeńskiego. I ma to swoje powody. Ostatecznie bowiem SM i Dwurieczeński zgadzają się co do istoty sprawy: proletariat i klasa robotnicza to jedno i to samo (chociaż komentator SM zarzuca to Dwurieczeńskiemu, to jednak kilka minut później powtarza to samo za Olegiem jak za panią matką). 
 
SM słusznie utrzymuje, że w analizie towaru przeprowadzonej przez Marksa nie ma ani grama wartości użytkowej. Słusznie, poza tym drobnym faktem, że Marks podkreśla, iż wartość użytkowa towaru jest fundamentem, bez którego w ogóle nie sposób prowadzić sensownej analizy pojęcia wartości towaru. Użyteczność i inne fundamentalne reguły życia społecznego są bazą, na której nabudowane są konkretne systemy społeczno-ekonomiczne. Rozumowanie współczesnej lewicy opiera się na przekonaniu, że przed kapitalizmem nie było nic, a już na pewno nic, co wcześniejsze, nie oddziałuje na ten system w sposób konstytutywny. 
 
A przecież sam komentator SM przyznaje, że chodzi o pracę abstrakcyjną i, jednocześnie, użyteczną społecznie. Ta użyteczność jest wręcz założona, jest punktem wyjścia analizy, punktem, który można łatwo przeoczyć, ponieważ jest oczywisty. To dopiero kapitalizm spowodował, że w analizie ekonomicznej, w ślad za rzeczywistością gospodarki maksymalizacji zysku, zaczęła liczyć się praca abstrakcyjna. W tym systemie abstrahuje się od konkretności, od rodzaju pracy. Stąd bierze się fakt, że kapitalizm może zamieniać w maszynkę do przynoszenia zysku dowolną działalność społeczną. Chodzi tylko o wydatkowanie siły roboczej. 
 
SM wie, że obie klasy antagonistyczne wywodzą się z drobnej własności, które dopiero w systemie przemysłowym nabierają wyrazistości „czystych postaci” kapitalisty i pracownika najemnego, którego ucieleśnia robotnik przemysłowy. 
 
W historycznym ujęciu więc, proletariat to faza przejściowa (choć o trwałym charakterze, uwarunkowanym ciągnącym się procesem wchłaniania w szeregi proletariatu stale pauperyzujących się grup społeczeństwa) między upadającym drobnym właścicielem a proletariatem fabryczno-przemysłowym. Ten proces pauperyzacji i proletaryzacji stanowi swoiste, własne paliwo napędowe systemu kapitalistycznego, takie swoiste „otoczenie niekapitalistyczne” czy, dokładniej, „otoczenie przedkapitalistyczne”. Ulega ono odtworzeniu w sytuacjach poprawy położenia tych grup w związku z koniunkturą i ekspansją gospodarczą, a następnie grupy te stanowią nawóz dla dalszego rozwoju kapitalizmu. Proces ten ma swoją dynamikę, jednak ulega wyczerpaniu z czasem i dlatego musi sięgać po „otoczenie zewnętrzne”. 
 
W rozumowaniu komentatora SM pojawia się jednak błąd polegający na utożsamianiu kapitalisty z rentierem. Wynika on ze statycznej interpretacji określenia, że kapitalista żyje z kapitału. W ten sposób, wszyscy, którzy żyją z pracy najemnej znajdują się w jednej i tej samej klasie, która jest uważana en bloc za antagonistę kapitału. Komentator SM (jak i większość nowej lewicy) czyni jednak rozróżnienie na sprzedających swą siłę roboczą a sprzedających swoje produkty. Ci pierwsi są proletariuszami, zaś ci drudzy – drobnymi właścicielami (swojej siły roboczej). Nie jest to jednak rozróżnienie, które eliminowałoby z grona proletariuszy topmenedżerów, którzy sprzedają swoją siłę roboczą (swój czas pracy) za stawkę, którą sami ustalają w taki sposób, jak gdyby byli właścicielami środków produkcji. Często zresztą nimi są jako właściciele pakietów kontrolnych. Wszyscy, którzy są właścicielami akcji przedsiębiorstw czy papierów finansowych stają się w jakimś stopniu przedstawicielami kapitału. 
 
W ten sposób kapitał prowadzi swą hodowlę proletariuszy, którzy następnie stanowią to, co wyżej nazwaliśmy nawozem lub „otoczeniem przedkapitalistycznym”. Paradoksalnie, ponieważ są oni wytworem kapitału, ale jednocześnie jakby zasilaniem zewnętrznym dla kolejnej fazy rozwoju kapitalizmu. Tylko ucieczką do przodu kapitał ratuje swoje istnienie, powodując jednak przyspieszenie tempa wypalania się zasobów podtrzymujących ten sposób produkcji. 
 
Jeżeli Dwurieczeński utożsamia – wg SM – robotników z proletariatem (w rzeczywistości uważa proletariat za węższe określenie, a to ze względu na wtórne cechy i wbrew intuicyjnemu odczuciu), to SM włącza klasę robotniczą w szerokie pojęcie proletariatu (ludzi żyjących z pracy najemnej) i otrzymuje, że rozróżnienie jest pozbawione sensu. 
 
Tymczasem sama teza o tym, że naprzeciw kapitału stoi klasa antagonistyczna – proletariat – kłóci się z realistyczną obserwacją, że proletariat jest stale wrzącym kotłem, do którego wpadają i z którego wyłaniają się bardziej skrystalizowane typy społeczne o zróżnicowanych – w związku z tym – interesach klasowo-warstwowych. 
 
SM słusznie opiera definicję klasy na stosunku do własności środków produkcji. Można jednak mieć wątpliwość, czy zależność ta jest dobrze rozumiana. Stosunek do własności środków produkcji zakłada użytkowanie owych środków produkcji, a nie tylko samą własność jako tytuł do czerpania korzyści. Skoro czysty typ kapitalisty przekształcił się w rentiera, czyli osobnika nie mającego związku z produkcją, to i analogicznie, lewica nie widzi szczególnego miejsca klasy robotniczej jako klasy skupionej w produkcji przemysłowej (czyli w miejscu, gdzie produkowane są podstawowe dobra służące reprodukcji społeczeństwa). Lewica jest zainteresowana wyłącznie kwestią podziału, więc ulega złudzeniu, jaką roztacza propaganda burżuazyjna, która „czystego” kapitalistę lokuje w postaci rentiera. Fakt, że walka o przyszłość społeczeństwa globalnego rozgrywa się na poziomie walki o produkcję niezbędnych do przeżycia dóbr materialnych przestał być dla lewicy jasny i oczywisty. Zaślepiona, rzuca się do walki tam, gdzie jej wskazuje kapitał, czyli do walki o środki z podziału, co służy odnawianiu szeregów proletariatu, czyli odnawianiu paliwa dla gasnącej dynamiki odtwarzania się stosunków kapitalistycznych. 
 
Owszem, system ten wypala się, jednak dla zmiany i zapobieżenia katastrofie, którą taki żywiołowy proces przygotowuje, niezbędne jest zdanie sobie sprawy z tego, gdzie toczy się zasadnicza walka klasowa, a nie walka w ciągłych ramach procesu proletaryzacji. Lewica daje się wpędzić w Syzyfową pracę dla kapitału zamiast zakwestionować sam system. 
 
Komentator SM dobrze widzi, że proletariat był i pozostaje pojęciem rozproszonym. Lewica usiłuje w tym rozproszonym charakterze doszukiwać się plusów dla swej walki. W takim rozumowaniu, pracownicy sektora IT jawią się jako współcześni następcy klasy robotniczej, ponieważ dzięki pracy w sieci, mogą się oni łączyć i organizować dla walki. Problem techniczny jest ważny, ale jeszcze ważniejsza jest kwestia świadomości i interesu klasowego. Skoro proletariat pozostaje najliczniejszą warstwą społeczną, której aktywność życiowa polega na ściganiu mirażu doskoczenia do klasy wyższej, to proletariat znajduje się w położeniu chłopstwa, które odczuwało solidarność z klasami posiadającymi ze względu na swój status drobnego posiadacza, który każdy z osobna marzył o zamienieniu w status wielkiego posiadacza. W ten sposób każdy z proletariuszy współczesnych marzy o tym, że w którymś momencie swej kariery zawodowej uzyska wyjątkowe wynagrodzenie za swoją pracę, które pomoże mu stać się średnim właścicielem, co pozwoli mu na życie z renty od nagromadzonego kapitału. 
 
Dlatego marzenia o sprawiedliwym społeczeństwie wysnuwane przez ideologów chłopskiej, drobnej własności należą w literaturze socjalistycznej do kategorii utopii, która w momentach rewolucyjnych staje się ideologią reakcyjną, antyrewolucyjną, jak to pokazał przykład Wandei. 
 
Nie ma dotąd przeprowadzonego dowodu na to, że zmienił się mechanizm reprodukcji kapitału tylko dlatego, że coraz więcej ludzi usiłuje żyć z wytwarzanej w tradycyjnym sektorze produkcji materialnej wartości dodatkowej. Ogromny wzrost sił wytwórczych jest tego spełnionym warunkiem. Przyszłe społeczeństwo komunistyczne wyrasta na podłożu rozwiązania problemu dostatecznych środków dla materialnego zabezpieczenia bytu wszystkim członkom społeczeństwa na przyzwoitym poziomie. Rzecz idzie więc o materialne podstawy bytu społecznego. To, co u Marksa było założeniem jego teorii – wartość użytkowa – staje się obecnie warunkiem koniecznym dla projektowania przyszłego społeczeństwa bezklasowego. Albowiem w społeczeństwie bezklasowym wartość użytkowa będzie odgrywała zasadniczą rolę. 
 
Współczesna lewica nie potrafi mentalnie wyjść poza ramy kapitalizmu i to jest zrozumiałe, ponieważ takie są mentalne ograniczenia magmy, jaką stanowi proletariat, ten wrzący kocioł, z którego dopiero wyłaniają się jakieś konkretne twory społeczne zanim znowu zostaną wchłonięte przez ten wrzący kocioł dla przetopu i tak bez końca. Ta lewica to właśnie proletariat. Traktując samą siebie jako podmiot historii, nie jest w stanie wznieść się poza swoje ograniczenia. Dlatego przegrywa w rozgrywce z kapitałem. 
 
Poststaliniści trzymają się ortodoksji II Międzynarodówki z tą różnicą, że nie przyjęli przezwyciężenia owej ortodoksji w następstwie rewizji Bernsteina. Po upływie stu lat nadrabiają to opóźnienie, które nie wynika z poziomu teoretycznego myśli Stalina, ale z zamrożenia pewnych frazesów. Posttrockiści i reszta nowej lewicy z łatwością palcem przewrócą zmurszały pień teorii poststalinowskiej, ponieważ ich własne położenie klasowe (przynależność do „proletariatu”) popycha w tymże kierunku. 
 
Dlatego też nie zgodzimy się na rozumienie dyktatury proletariatu jako narzędzia walki o „sprawiedliwy” podział na bazie stosunków ewoluującego kapitalizmu, jak tego chce współczesna nowa lewica, w ślad za swoją poprzedniczką z XX wieku. 
 
Z naszego punktu widzenia, istotnych sprzeczności między Dwurieczeńskim a rosyjską nową lewicą nie ma. Analiza Dwurieczeńskiego jest bardziej uproszczona, ale prowadzi do tego samego wniosku, który odrzuca wyróżnioną rolę przemysłowej klasy robotniczej. Zasługą Dwurieczeńskiego jest wydobycie i zwrócenie uwagi na ambiwalencję podejścia do kwestii klas antagonistycznych w teorii Marksa. 
 
Nowa lewica rozwiązuje problem zamiatając go pod dywan – wszystkie rodzaje pracy najemnej są równorzędne i znajdują się w dokładnie takim samym położeniu względem kapitału. Chociaż… okazuje się, że w łonie samego proletariatu (ludzi pracy najemnej) istnieją zasadnicze, wręcz klasowe, różnice (technik komputerowy a topmenedżer). Dwurieczeński, mimo prymitywizmu swego rozumowania, z uporem maniaka wskazuje na niejednoznaczność pozycji Marksa w Kapitale, który komplikuje sprawę (niepotrzebnie, ku rozpaczy Dwurieczeńskiego) w porównaniu ze stanowiskiem w Manifeście komunistycznym czy w Zasadach komunizmu Engelsa. Jeżeli jednak przyjąć, że rozumowanie Marksa uwzględnia dynamikę procesów, zaś rozróżnienie wartości, wartości wymiennej i wartości użytkowej w teorii ekonomicznej ma głębszy sens, to sprawa staje się jasna. 
 
Wartość użytkowa istnieje niezależnie od systemu społeczno-ekonomicznego. Wartość wymienna istnieje w prostej gospodarce towarowej. Kategoria wartości (abstrakcyjnej) wskazuje na rozdzielenie towaru od jego producenta, co pociąga za sobą przypisanie wartości wymiennej sile roboczej. To jest „osiągnięcie” systemu kapitalistycznego, które ma zostać przezwyciężone w systemie bezklasowym. 
 
W tej mierze, w jakiej wartość została przypisana sile roboczej (traktowanie jej jako towaru), wymiana towarowa przestała dotyczyć nadwyżek produkcyjnych. Wymiana ograniczająca się do uprzedmiotowionej pracy (pracy martwej) nie pociąga za sobą wartości dodatkowej; sprowadza się do wymiany równowartości. Dzieje się tak dlatego, że nie sposób w gospodarce prostej wymienić więcej niż się znajduje na rynku, a wartość globalna towarów się równoważy. Ewentualny produkt okresu minionego zwiększa ilość towaru w danym okresie, zmniejszając jego wartość (liczoną w jednostkach czasu), a więc powoduje nieopłacalność tego typu manewru (akumulacji dóbr, które mogłyby stać się kapitałem). Dopiero utowarowienie siły roboczej powoduje możliwość manewru – rozliczenie, które w przypadku tożsamości właściciela środków produkcji i właściciela siły roboczej pozostaje poza rynkiem, staje się polem manewru: oszczędzanie na sile roboczej w celu zwiększenia produkcji przestaje „boleć” właściciela środków produkcji. Zaś masowość produkcji powoduje zatarcie granic między okresami wymiany, co z kolei powoduje, że ceny towarów z okresu na okres nie muszą spadać wraz z wartością jednostki towaru. 
 
Wartość ulega gwałtownemu oddzieleniu od ceny produkcji. W tej mierze jednak, w jakiej działa prawo popytu i podaży, pozostaje ono regulatorem rynku, stąd kryzysy przywracające względną równowagę. 
 
Wytworem kapitalizmu jest proletariat fabryczny, który wykrystalizował się w klasę robotniczą. Konkretny, historyczny twór, jakim jest kapitalizm, znajduje swego konkretnego, historycznego antagonistę w klasie robotniczej – wytwórcy bogactwa materialnego. Wartość nie jest synonimem bogactwa. To ostatnie ma w sobie komponentę materialną, które czyni z tego pojęcia pojęcie bogactwa materialnego. 
 
Sfera nieprodukcyjna działa w systemie wartości, ale – analogicznie do rynków finansowych – jest uniezależniona od systemu gospodarki realnej. Wartość, która tam powstaje służy podziałowi wartości rzeczywistych, wartości dodatkowej tworzącej bogactwo (efekt mariażu pracy i przyrody). System kapitalistyczny jest wielopiętrowy, zaś analiza Marksa wprowadza weń porządek pozwalający na analizę. Rozumowanie przyjmowane przez nową lewicę porusza się wyłącznie na powierzchni zjawisk. 
 
Wynagrodzenie za siłę roboczą jest analogiczne do wynagrodzenia za pracę dla ludzi zajmujących się twórczością niematerialną jeszcze przed pojawieniem się epoki kapitalizmu. W sposób oczywisty, pracownicy sfery niematerialnej żyli z podziału wtórnego nadwyżki (wartości dodatkowej) nad potrzebami producentów (=właściciele środków produkcji). W kapitalizmie nic się nie zmieniło, poza tym, że analogia zaczęła funkcjonować w drugą stronę. „Uwolnienie” twórców sfery niematerialnej od mecenasów stało się metodą legitymizacji żądań sprawiedliwego podziału wartości dodatkowej tworzonej w sferze materialnej. Właściciele środków produkcji przestali czuć się odpowiedzialni za „swoich” artystów, filozofów i lekarzy. Cała jednak ta sfera nadal pozostaje nadbudowana nad sferą produkcji materialnej, o której Marks mówił, że jej rozwój jest warunkiem dobrobytu w społeczeństwie komunistycznym, gdzie wystarczy nadwyżki dla przeżycia sfery niematerialnej zdolnej zaspokoić potrzeby całego społeczeństwa, a nie tylko garstki prywatnych właścicieli społecznego bogactwa. 
 
Dlatego w Kapitale, mimo „polifonii” terminów i określeń tak drażniących Dwurieczeńskiego, Marks ani razu nie przeanalizował ogólnej relacji kapitał-siła robocza na przykładzie np., nauczyciela czy modystki, nie mówiąc już o baletnicy. Nie wygląda to na przypadek. 
 
Istnieje szansa, że upór Dwurieczeńskiego spowoduje, iż znajdzie się wśród nowej rosyjskiej lewicy ktoś, kto temat potraktuje poważnie, jak ten na to zasługuje. Sam fakt podjęcia analizy stwarza taką możliwość i porządkuje pole badawcze. 
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 19 grudnia 2019 r.
 
[1]
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: W 102 rocznicę Rewolucji Październikowej: odpowiedź Olegowi Dwuieczeńskiemu

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Dialektyka, alienacja i kryzys lewicy
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Kwestia życia i śmierci dla poststalinizmu

Paweł Kamiński: Lekcje libańskie

Liban - protesty

Trwające w Libanie od ponad miesiąca protesty sparaliżowały ten kraj.

Ogłoszenia parafialne

Społeczność

front