Multimedia

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 18 gości.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkows

E.Balcerek i W. Bratkowski: Możliwiści porozumienia brak

CPC.jpg
See video

 
Teoria marksistowska dotycząca wyzysku wynika z analizy doświadczenia historycznego, z analizy antagonizmu klasowego, który zawsze rozgrywa się na poziomie sposobu produkcji. Kryterium jest interes klasy wyzyskiwanej. A ten jest dosyć prosty i polega na zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych. Inne koncepcje socjalistyczne wychodzą od aksjomatu trwałości aktualnego sposobu produkcji i analizują możliwości i sposoby tzw. sprawiedliwego podziału. Pojęcie „sprawiedliwości” jest tu nader ambiwalentne. Praca produkcyjna dotycząca podstawowych potrzeb jest od zawsze niżej ceniona od pracy z wartościami niematerialnymi, wymagającymi twórczego wkładu. Dlatego sprawiedliwość podziału wedle zasług merytorycznych nie znosi przeciwieństwa klasowego, tylko utrwala je na innej podstawie (zauważa to T. Piketty w swoim dziele o kapitale w XXI wieku, co poniekąd tłumaczyłoby jego niewielki, faktyczny odzew wśród lewicowców). 
 
Marksizm nie musi zwyciężyć, ale póki istnieją marksiści, ich zadaniem będzie ukazywanie odmienności podejścia marksistowskiego od pozostałych koncepcji socjalistycznych i socjaldemokratycznych. 
 
W sytuacji, kiedy sprzeczności uzyskały w schyłkowym kapitalizmie nadzwyczajną wyrazistość, widzimy, że antagonizm sprowadza się do wąskiego problemu klasowych stosunków produkcji w specyficznej dla kapitalizmu relacji w sferze produkcji. 
 
W praktyce politycznej naszych dni wyraża się to w następujący sposób: lewica demokratyczna nienawidzi tzw. realnego socjalizmu za brak demokracji. Za swój cel owa lewicowa opozycja demokratyczna (w PRL) uznała zmianę systemu produkcji na bardziej efektywny, czyli na gospodarkę rynkową, oraz osiągnięcie demokracji. Z zachowaniem sposobu podziału stosowanego w tymże PRL: pogardliwie traktowane (wraz z ich producentami) dobra materialne powinny być sprawiedliwie dzielone wśród pozostałej ludności zgodnie z zasługami merytorycznymi. W PRL arbitrem była biurokracja partyjno-państwowa, która mentalnie i ideologicznie była całym sercem z inteligencją twórczą. Ta ostatnia przejawiała niezrozumiałą niechęć do biurokracji, która przecież wiła się jak piskorz, żeby zadość uczynić „Moskalom”, ale i nie skrzywdzić ludzi, którzy powinni propagandowo sprzyjać biurokratycznej władzy. 
 
Opozycja robotnicza występowała z hasłem przywrócenia robotnikom (bezpośrednim producentom) decyzji o podziale dóbr podstawowych, czyli tych, które oni sami wytwarzali. Opozycja robotnicza była więc zwalczana z obu stron – przez biurokrację i przez opozycję tzw. demokratyczną. Dyktatura mniejszości, nawet wyzyskiwanej, kojarzy się nieuchronnie z totalitaryzmem.
 
Co innego demokratyczne decydowanie o podziale dóbr wytworzonych przez innych. Opcja socjalistyczna i socjaldemokratyczna uważały, że arbitrem powinna być demokratyczna reprezentacja społeczeństwa jako całości. Biurokracja była natomiast postrzegana jako emanacja klasy robotniczej, czyli faktyczna realizacja dyktatury mniejszości, wbrew większości społeczeństwa.
 
Społeczeństwo i wyrażająca jego nastroje demokratyczna opozycja stały jednak na stanowisku, że system rozdzielczo-nakazowy jest nieefektywny i przegrywa z modelem rynkowym (kapitalistycznym). Tym bardziej urzekała iluzja welfare state, która wydawała się związana z demokratycznym charakterem kapitalizmu, a nie z propagandą czynem socjalnych regulacji „realnego socjalizmu”. Złudzenie to podzielała sama biurokracja, ewoluująca zgodnie z przewidywaniami Trockiego w kierunku burżuazji kompradorskiej.
 
Transformacja okazała się sukcesem (przynajmniej w Polsce).
 
Drobny problem polega na tym, że rzeczywistość okazała się odległa od idyllicznej wizji. Zwycięski kapitalizm wycofał się z ciążącego mu brzemienia socjalu. W efekcie spadkobiercy opozycji demokratycznej pogodzili się we wspólnym problemie ze spadkobiercami biurokracji partyjno-państwowej(tzw. postkomunistami). Zrozumieli swój błąd, polegający na przypisywaniu jej roli emanacji interesów klasy robotniczej. Okazało się, że biurokracja może reprezentować interesy szerokiego społeczeństwa. Co więcej, radykalna lewica na Zachodzie, dotknięta tym samym problemem odarcia z iluzji, uznała, że nie ma lepszego i skuteczniejszego narzędzia nacisku na kapitał w celu oddania większej części wartości dodatkowej (nie mylić z dodaną) społeczeństwu nie zamieszanemu w produkcję dóbr mających ulec „sprawiedliwemu” podziałowi niż owa biurokracja.
 
W efekcie, program polityczny współczesnej radykalnej lewicy polega na przywróceniu władzy biurokracji państwowej (aparatu przymusu państwa) jako jedynej siły mogącej zapanować nad kapitałem. Jednocześnie, w odniesieniu do reszty społeczeństwa, postulowana jest „najszersza demokracja”, czyli gwarancja wpływu zainteresowanych na kształt podziału dokonywany przez biurokrację. Utopijność postulatu wpływu na biurokrację, która jest finansowo uzależniona od kapitału, nie wymaga dalszych komentarzy – spuśćmy zasłonę miłosierdzia na łagodny typ zidiocenia lewicy.
 
Eufemistycznie ujmując rzecz, słabość takiego programu polega na bezwarunkowym poparciu biurokracji państwowej i oparciu się na niej w kwestii wywłaszczania bezpośrednich producentów z owoców ich pracy pod pretekstem, że wywłaszczani są (za pomocą podatków) wywłaszczyciele-kapitaliści. Powstaje sytuacja, w której robotnicy przemysłowi poczuwają się do solidarności ze swymi wyzyskiwaczami, ponieważ rosnące opodatkowanie kapitaliści kompensują sobie zwiększonym wyzyskiem robotników, tłumacząc im, że gdyby nie wzrost opodatkowania, to oni by im (robotnikom) nieba przychylili i płacili tyle, co członkom rad nadzorczych.
 
Ale czemu robotnicy mieliby w mniejszym stopniu ulegać iluzjom niż „wykształciuchy”?
 
Fakt, że kapitaliści sektora produkcyjnego we własnym interesie przyciągają wykwalifikowanych robotników wyższą płacą, budzi w reszcie społeczeństwa wściekłość ze względu na domniemane sprzeniewierzenie się kryterium merytokratycznemu. Tymczasem takie, a nie inne relacje płacowe są niezmiennie podyktowane rynkiem, kalkulacją mającą na celu maksymalizację zysku. Kryterium merytokratyczne stoi z nim w sprzeczności. Jest kryterium pierwszego stadium przejścia do społeczeństwa bezklasowego – stadium socjalistycznego. Więc albo rynek i kryterium rynkowe (maksymalizacja zysku), albo socjalizm i kryterium merytokratyczne. Albo – albo.
 
Owoce pracy sektora dóbr podstawowych należą do niszy produktów poszukiwanych, na które popyt będzie się stale utrzymywał. Przyciąganie pracowników ma więc sens ekonomiczny. W logice rynku efekty pracy należącej do sfery usług luksusowych (a w ubożejącym społeczeństwie wszelkie usługi poza elementarnymi mają potencjalnie charakter luksusowy) tracą na wartości, ponieważ siła robocza usługodawców ma niską wartość (w przeciwieństwie do wytworów ich pracy).
 
Lewica niemarksistowska zapomina więc o tym, że wartość w relacjach społecznych nie zależy od kwalifikacji, ale od dostępności towaru-nosiciela tej wartości. Jeżeli sektor usług rośnie liczebnie ponadproporcjonalnie do wydajności pracy w sektorze dóbr podstawowych, to wartość siły roboczej, zatrudnionej w usługach, dramatycznie maleje.
 
Marksizm mówi o sprzedaży i o wartości siły roboczej, lewica niemarksistowska – o sprzedaży i wartości pracy. Oba odłamy lewicy mówią więc innym językiem. Możliwości porozumienia brak! Bo język wyraża interesy klasowe i grupowe.
 
Program nowoczesnej lewicy wyznającej socjalizm XXI wieku głosi więc porozumienie między biurokracją państwową (mającą trzymać za mordę kapitał) a kapitałem (odpowiedzialnym za trzymanie za mordę robotników). Idiotyzm tego postulatu bije po oczach. Biurokracja państwa kapitalistycznego jest komitetem zarządzającym interesami kapitału. Ledwo łapiąca poparcie społeczne jak ryba na piasku oddech lewica pretenduje do manipulowania biurokracją w celu trzymania w ryzach ambicji kapitału, podczas gdy ta biurokracja traktuje kapitał jako swego rzeczywistego pana.
 
Jednym słowem, nieprzejednany w gębie, ale faktycznie ugodowy stosunek nowoczesnej, demokratycznej, antytotalitarnej i antykomunistycznej lewicy do biurokracji PRL wynika z niedocenionej w swoim czasie skuteczności kombinacji jednoczesnego panowania nad robotnikami i nad kapitałem.
 
Polska radykalna lewica uważa, że jest zmuszona do opowiedzenia się albo za zwolennikami kapitalistycznej transformacji, albo za biurokracją partyjno-państwową. Taki jest niby realizm polityczny. W istocie zaś opowiadają się za biurokracją: w swoim czasie – na zasadzie oportunizmu, po transformacji – na zasadzie szukania usprawiedliwienia dla swego oportunizmu. Przyznanie, że istota konfrontacji społecznej w PRL leżała na osi: biurokracja – robotnicy unicestwia usprawiedliwienie ich oportunizmu. Dlatego też wymyślają na poczekaniu bzdury na temat systemu biurokratycznego jako niezbędnego etapu na drodze do industrializacji kraju zacofanego (kapitalizm państwowy). Nie potrafią i nie chcą dostrzec socjalizmu jako możliwie nie sprowadzającego się do jego stalinowskiego wyobrażenia, które samo było efektem nieudolności ekipy Stalina w stawieniu czoła niezwykle skomplikowanej sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej młodego państwa proletariackiego. Pragmatyczne wysiłki ekipy Stalina szły w kierunku upodobnienia systemu radzieckiego do globalnego trendu w rozwoju społeczeństw europejskich. O ile Lenin wyciągnął wnioski z rozejścia się dróg z socjaldemokracją II Międzynarodówki, o tyle Stalin nie potrafił zrozumieć tego programu wykuwanego w praktyce procesu rewolucyjnego. Dlatego dynamika nadana biurokracji przez ekipę Stalina została słusznie zdiagnozowana przez Trockiego jako dążenie biurokracji do przekształcenia się w burżuazję kompradorską, co stało się faktem w latach 90-tych.
 
Masowy konformizm nowoczesnej lewicy, polegający na utożsamieniu się z niewydolną programowo socjaldemokracją rodem z II Międzynarodówki, doprowadził do powtórzenia na skalę masową tej niewydolności, która czasowo była maskowana jedynie wysiłkiem kapitału, aby wygrać propagandowo z „realnym socjalizmem”.
 
Program lewicy postuluje więc system biurokratyczny z gospodarką rynkową, czyli totalitaryzm w odniesieniu do podziału pierwotnego, i pełną (choć utopijną) demokrację w odniesieniu do podziału wtórnego.
 
Sam kapitalistyczny sposób produkcji traktuje jako niezmienną stałą procesu.
 
I to jest przyczyna zdiagnozowanej, pełnej niewydolności politycznej lewicy. Nikt nie traktuje jej poważnie. I słusznie.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski 3 stycznia 2020 r.
 

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski: Krety i mole historii

enjoy.png

„Dobro wspólne charakteryzuje się długą i niejednorodną tradycją w obszarze myśli s

See video

 
Przy odrobinie dobrej woli wszystko da się uzasadnić, już Róża Luksemburg pisała, że papier jest cierpliwy.
 
W starożytności wykluczano niewolników ze wspólnoty wolnych obywateli. Natomiast sami obywatele byli przeważnie samowystarczalni pod względem gospodarczym (domus – gospodarstwo domowe). Ci, którzy nie mieli takiej możliwości, byli utrzymywani przez miasto-państwo.
 
W ten sposób Platon mógł skonstruować swoje państwo komunistyczne… dla elity. Każdemu według jego potrzeb. Idea słuszna, tylko precz z totalitarnym Wielkim Kwantyfikatorem! Dla Platona więc „każdy” znaczyło „nie każdy”.
 
Rozpatrując przeszłe koncepcje filozoficzne nie należy traktować ich twórców jak idiotów, którzy specjalnie chcieli rozwijać koncepcje idealistyczne w odróżnieniu od materialistycznych, ponieważ taki mieli uświadamiany interes klasowy. Przeciwnie, rozpatrując realistycznie swoje społeczeństwa i traktując siłę roboczą swoich niewolników czy poddanych chłopów, nie traktowali ich jako odrębne podmioty, ale jako część swego „domostwa” – jednostki ekonomicznej.
 
Idealistyczna perspektywa wynikała z rzeczywistej sytuacji społecznej bezpośrednich wytwórców. Przy takim oglądzie społeczeństwa nie razi przekonanie, że wolne podmioty (jednostki-obywatele) nie znajdują się w jakimś nieprzezwyciężalnym antagonistycznym konflikcie. Wręcz przeciwnie, ich działania dopełniają się, a podstawą harmonii jest poczucie pewnego nadmiaru bogactwa, które przychodzi naturalnie jak dar Natury. Bezpośredni wytwórca nie odróżnia się od owej Natury, jest jej naturalnym dopełnieniem, jak zwierzęca siła pociągowa.
 
Harmonia interesów ma więc charakter rzeczywisty, a nie idealistyczny – przy takim podejściu.
 
Niby drobna poprawka, ale istotna. Łukasz Moll traktuje podejście marksistowskie jako zastaną perspektywę ideologiczną, konkurencyjną wobec idealizmu. Tymczasem, perspektywa materialistyczna (przeczuwana w odniesieniu do kwestii społecznych, ale mająca odniesienie głównie do zagadnień przyrodniczych) w dziejach dopiero walczy o swoje miejsce w umysłowym przyswajaniu świata.
 
Pogardliwe traktowanie Hegla jest o tyle nie na miejscu, że Marks cenił zdolność tego filozofa do uchwycenia istoty mechanizmu dziejowego, zaś „postawienie z głowy na nogi”, czyli materialistyczne ujęcie tego mechanizmu było możliwe dopiero dzięki odkryciu prawdziwej podstawy reprodukcji społeczności ludzkiej w wyzysku bezpośredniego producenta, a który dopiero w kapitalizmie pojawił się jako osobny podmiot faktycznie pozbawiony podmiotowości.
 
Dopiero kapitalistyczne stosunki społeczne pozwoliły na zauważenie problemu bezpośredniego producenta i na zrozumienie mechanizmu tworzenia cywilizacji z jej kulturą. Dopiero od tego odkrycia i w odniesieniu do niego ma sens mówienie o materialistycznym pojmowaniu dziejów.
 
Z tego punktu widzenia MDW nie przestaje być koncepcją idealistyczną. Jawi się raczej jako próba odtworzenia takiego pojmowania struktury i mechanizmu społecznego, z jakim mieliśmy do czynienia niegdyś, przed Marksem, jedynie z marksistowskim słownictwem.
 
Wspólnota jest tu przeciwstawiona państwu. Wspólnota jest inaczej strukturą aklasową, albowiem obejmuje grupy społeczne znajdujące się w jednakowym położeniu względem kapitału. Jest to przekonanie płynące z tradycji źródeł koncepcji MDW, które zresztą Ł. Moll przywołuje. W odróżnieniu od Marksa, który analizuje funkcje państwa jako konkretnego tworu mającego swoje przyczyny historyczne, przedstawiana koncepcja krytykuje państwo z perspektywy idealnej wspólnoty. Jeżeli Marks oceniał minione formacje z punktu widzenia aktualnego kapitalizmu, to MDW (w ślad za swoimi „źródłami i składowymi”) opiera swą krytykę kapitalizmu na podstawie wyobrażonej wspólnoty, dla której nie ma przesłanek we współczesnym kapitalizmie.
 
„Transcendentny cel istnienia państwa”, jak pisze Łukasz Moll, okazuje się „jedynie zamaskowanym dobrem publicznym, do którego nie daje się sprowadzić dobro wspólne”.
 
Nieważne, że utrzymujący się dość długo ideał wspólnoty opartej na zasadzie religijnej okazał się ostatecznie nie do utrzymania (został rozsadzony wewnętrzną sprzecznością) w związku z ewolucją relacji wyzysku, która w kapitalizmie po prostu wybuchła po odrzuceniu przez Rewolucję Francuską ostatnich zasłon skrywających jej wstydliwą tajemnicę. Zasada równości i demokracji unicestwiła sztuczkę związaną z wykluczeniem ze społeczeństwa klas wyzyskiwanych, których pozycja była znaturalizowana dzięki pracy na styku z przyrodą. W miarę, jak praca produkcyjna odrywała się od przyrodniczych korzeni, coraz trudniej było zamykać oczy na samodzielną podmiotowość jej wykonawców.
 
„Dobro wspólne” w rozumieniu MDW przywraca naturalistyczne rozumienie stosunków międzyludzkich, abstrahując od konkretności aktualnych sprzeczności systemu kapitalistycznego, które pozostają do rozwiązania.
 
Jeżeli u Marksa mamy wymóg, aby o podziale decydował interes klasy wytwórców, bezpośrednich producentów, to MDW postuluje – podobnie jak rozwiązania socjaldemokratyczne – moc decyzyjną całego, niezróżnicowanego społeczeństwa, chociaż podstawą takiej możliwości jest względna obfitość dóbr materialnych pierwszej potrzeby. Nic się nie zmieniło od czasów starożytności, kiedy to harmonia społeczeństwa wolnych obywateli opierała się na niezauważalnej pracy części wykluczonej ludzkości.
 
Odwoływanie się do automatyzacji, o której rozmyślał Marks w Grundrisse, jako do usprawiedliwienia zasadności takiego rozwiązania, jest przyznaniem się do tego, że problemu tego nowoczesna lewica nie postrzega w kategoriach społecznych, ale… w technicznych. Stalinizm to czy kapitulanctwo?
 
Na tym tle bardzo charakterystyczne jest postulowanie wspólnoty dóbr przez warstwy społeczne, które historycznie nie są powiązane z żadną formą pozyskiwania bogactwa – ani poprzez posiadanie siły roboczej zatrudnionej w produkcji dóbr materialnych, ani w postaci kapitału pozwalającego na roszczenie sobie prawa do przejmowania własności wytworzonych dóbr.
 
„[…] za to, co wspólne (the co-mmon) – pisze Ł. Moll – uznamy relację, w jaką wchodzą ze sobą wspólne zasoby (co-mmon goods/the co-mmons), kolektywne praktyki uwspólniania (co-llective co-mmoning), które organizowane są przez co-mmonerów (gmin, pospólstwo), wytwarzających wspólne bogactwo (co-mmonweal) i chroniących je przed grodzeniami (enclosures of the co-mmons), mając na uwadze dobro wspólne (co-mmon good) w postaci rzecz-pospolitej (co-mmonwealth)” (tamże, s. 313-314).
 
I dalej:
 
„[…] cechy zaobserwowane w przypadku dóbr naturalnych, które ze względu na wagę, jaką odgrywają w reprodukcji człowieka, nie mogą podlegać grodzeniom, które wykluczałyby pewne grupy bądź jednostki z ich użytkowania, zostały następnie dostrzeżone w ‘ekosystemach ludzkich’, takich jak dostęp do dóbr kultury” (tamże, s. 315).
 
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym sformułowaniu chodzi nie tyle o „wywłaszczenie” kapitalistycznych wywłaszczycieli w interesie bezpośrednich producentów, ale o zapewnienie sobie prawa do korzystania z dóbr, które „ze względu na wagę, jaką odgrywają w reprodukcji człowieka, nie mogą podlegać grodzeniom, które wykluczałyby pewne grupy bądź jednostki z ich użytkowania”. Te „grupy bądź jednostki” to przecież nie kapitaliści! Kapitaliści nie potrzebują gwarancji „dobra wspólnego”, biorą swoje, bo mają prawa własności!
 
Chodzi więc o inne grupy, ciekawe jakie? Czyżby nie o osławioną klasę średnią, klasę kreatywną, kognitariat czy jak go zwał? Bo jakież inne zasady mogłyby zapewnić owym grupom bezpośredni (na zasadach komunistycznych) udział w produkcji dóbr materialnych wytwarzanych przez robotników? Nawet, a nawet tym bardziej po obaleniu kapitalistów, bezpośrednim dysponentem tych dóbr pozostałaby klasa robotnicza.
 
Należy więc zabezpieczyć sobie na porewolucyjną przyszłość ubezwłasnowolnienie klasy robotniczej, tak aby nie mogła ona dysponować swoim produktem, aby nie mogła „ogrodzić” produktu pracy swoich rąk.
 
Podejście Marksa do zasad komunizmu ukazuje drogę, która w zgodzie z prawidłowościami konkretnej formacji, prowadzi do socjalizmu i komunizmu. Ta koncepcja zakłada pewną drogę, która jest nie mniej ważna od celu, ponieważ znosi sprzeczności, nie tylko antagonizm, istniejące w społeczeństwie. Sprzeczność istnieje obok podstawowego antagonizmu. I widzimy na przykładzie lewicy, że problem ten już dziś dręczy wielu. A jest ich tak wielu, ponieważ ewolucja społeczeństwa ludzkiego odrywa coraz szersze społeczności od dostępu do darmowych zasobów przyrody. Przyroda jest zawłaszczana wciąż dzięki przemysłowi. Społeczeństwo jest wywłaszczone przez kapitał, który przemocą usankcjonowaną historycznie wziął przyrodę w swe władanie. Klasa robotnicza, dzięki włączeniu w proces bezpośredniej produkcji, jako jedyna może realnie wywłaszczyć kapitalistów i przejąć zarządzanie produkcją w interesie całego społeczeństwa.
 
Wymaga to jednak zniesienia i klasy robotniczej poprzez przemienienie się w nią całego społeczeństwa, tak aby nikt nie był robotnikiem jako pozycją społeczną.
 
MDW jest wyrazem niewiary w drogę wskazaną przez Marksa, odzwierciedla niepokoje „kognitariatu”, który nie chce stracić uprzywilejowanej pozycji w stosunku do robotników. Dlatego, aby użyć wyrażenia S. Žižka, kognitariat woli już sprawną biurokrację, która będzie trzymała robotników za mordę i nie dopuści, aby to oni dysponowali produktem (wartością dodatkową). Historyczne doświadczenie uczy, że z eksploatatorskimi klasami i para-klasami panującymi można się dogadać. Warunkiem jest podkręcenie śruby bezpośredniemu producentowi w celu wyduszenia z niego wartości dodatkowej, której obfitość pozwoli na harmonię społeczeństwa komunistycznego… w rozumieniu Platona.
 
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
10 lutego 2019 r.

Społeczność

Dobry kułak